Marya (Orzeszkowa)/List IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Marya
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1886
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST  IV.
Adam do Jerzego.

Ongród, 3 Października.

Kochany mój Jerzy! piszę do Ciebie z nowego miejsca pobytu. Miasta nie opisuję ci, bo wiem, że je znasz trochę, jeśli zaś zechcesz bliższych szczegółów, weźmiesz piérwszy lepszy podręcznik geograficzny i znajdziesz w nim kilkudziesiętną cyfrę ludności i co tam więcéj sobie zechcesz. Przez tydzień nie rozpatrzyłem się jeszcze dostatecznie w nowém mém położeniu, ale widzę, że roboty będę miał sporo. Rozgłosowi pism moich zawdzięczam pewno, że chorzy oblegają już moje mieszkanie. Pamiętam jednak przedewszystkiém o tém, że jestem tu mniéj dlatego, aby leczyć ludzi, niż dlatego, aby zapobiegać powstawaniu ich chorób. Pod względem hygienicznym miasto urządzone jest jak najgorzéj. Na szczęście, reformy są pod tym względem możliwemi i względnie łatwemi do wykonania. Wszystkie przecież pomysły moje i projekta są jeszcze dotąd w stanie zaczątków. Dlatego, aby rozwinęły się pomyślnie, muszę wprzódy należycie grunt zbadać i materyały przyszłych robót przygotować.
Teraz bezpośrednia odpowiedź na list twój.
Nie jestem tak bardzo chory, jak to sobie wyobraziłeś, kochany Jerzy, jakkolwiek i to prawda, że nie posiadam już nienaruszalnego zdrowia piérwszéj młodości. Nie jest że to przecie wypadek nieunikniony? Wiész o tém tak dobrze, jak i ja, że kto wiele myśli i uczy się, ten wiele téż wątpi, i kto mocno kocha, ten, jeżeli nie często, to przynajmniéj niekiedy, smutnym bywać musi. Nakreśliłem wyraz, który tak często powtarza się w twym liście, nie stosuję go tylko do żadnéj jednostki żeńskiego ani nijakiego rodzaju. Kocham naukę. Kocham także ludzkość, a śród niéj wyłącznie, z największém skupieniem sił moich, ten jéj odłam, z którym wiąże mię wspólność mowy, obyczaju, cierpień i specyalnych niejako, przez położenie wytworzonych obowiązków. Przez podwójną miłość tę nie ustaję w pracy, ani na dzień jeden; jestem sługą wszystkich potrzebujących mię we dnie i w nocy, samotnym szczurem, zakopanym w szpargałach wtedy, gdy inni bawią się i używają życia na różne sposoby, albo śpią snem, niezmąconym nigdy, gorączką wiedzy, ni rozpaczą zwątpień.
Cóż dziwnego, jeżeli mnogie poszukiwania i zwątpienia, jeżeli szczere mozoły ducha wątpliwemi skutkami zwieńczane, zetrą, przedwcześnie niekiedy, z uczuć i imaginacyi człowieka, który ich doświadcza, pierwszą świeżość młodości, dadzą mu od czasu do czasu uczuć przedsmak niejakiego zmęczenia, a humorowi jego, nie czyniąc go przecież czarnym, odbiorą wiecznie różową barwę?
Upewnić cię jednak mogę, że nie czuję się bynajmniéj nieszczęśliwym, bo ani razu nie zapytałem siebie; jakim jest cel istnienia mego na tym świecie?
Bardzo być może zresztą, iż sposobowi życia mego niedostaje potrzebnych mu, uzupełniających pierwiastków jakichś. Ależ jaka na to może być rada? Z téj, którą ty mi podajesz, przebacz, że śmieję się szczerze. „Zakochaj się!“ O, mój ty poeto! jakże bez śmiechu i zgrozy wyobrazić mógł-bym siebie w roli gruchającego gołębia? Jakimże językiem przemawiał-bym do bogdanki? Nie umiem mówić o niczém, o czém specyalnie mawiać zwykły wszystkie bohdanki tego świata, to jest: o kwiatach, balach, sennych rojeniach, anielskich uczuciach, wstążkach i tiulach. Przypuszczając nawet, że cudem jakimś, pomiędzy mną a bohdanką moją, liryczno-komiczne wstępy te mogły-by pozostać opuszczonemi, czy wiész, co nastąpiło-by potem? Oto wielka ruina Kartaginy czyli zburzenie życia mego, dokonane za pomocą różnych szumów i szelestów, które mogą być dla innych wielce zabawnemi, ale których ja z gustu i z zasady cierpiéć nie mogę. A osłabione nerwy, spazmy, podróże dla zdrowia, hysterye, melancholie, gorzkie urazy do świata i męża!.. Jestem lekarzem, mój bracie, i dość napatrzyłem się na rzeczy podobne, abym miał ochotę osobiście niemi się uszczęśliwiać.
Powiész mi zapewne, że wszystkie wyżéj wymienione właściwości kobiecego rodu istnieją tylko w pewnych warstwach społecznych, i że są takie warstwy, wśród których żyją istoty całkiem innéj natury. Być może, lecz w jakiéj-że stronie świata tego istnieją Fenixy? gdzie szukać ich trzeba? Gdy zaś tylko mowa o szukaniu, rzecz zaczyna być trudną. Nie mam czasu, a gdybym go i miał, wolał bym już pojechać do Afryki, aby wśród Babembów i Babisów poszukiwać źródeł Nilu, aniżeli puszczać się na nieciekawe wędrówki, dla poszukiwania własnego, a wielce problematycznego, szczęścia. W téj-to potrzebie nieznośnego często i niemożliwego szukania, spoczywa słowo zagadki: dlaczego ludzie, pracujący na seryo, ludzie nauki szczególniéj, pozostają częstokroć w dośmiertnym celibacie, albo téż zaślubiają piérwsze lepsze koczkodany, rodem bądź z kuchni, bądź z salonów, z któremi spotkali się w chwili najżywszego poczucia najniższych swych, tranchons le mot, fizyologicznych potrzeb. Zdaje mi się, że inaczéj dziać się nie będzie, dopóki o wartości kobiety świadczyć nie zacznie, jak świadczy o wartości mężczyzny, jawne, wszystkim widzialne, życie pracy i czynu.
Czy kobiety z natury swéj zdolnemi są do takiego życia? Rozwiązanie zagadnienia tego należy do pedagogów i moralistów. Co do mnie, wiem tylko, że jeżeli wszystko, co piszą i mówią o prababkach naszych z jednéj strony, o prawnuczkach z innéj, prawdą było i być ma, żałuję bardzo, że nie jestem swoim pradziadem lub prawnukiem, niepodobna mi bowiem zaprzeczyć ani wysokiego znaczenia, które posiada dla człowieka życie rodzinne, takie naturalnie, jakiém być ono powinno, ani téj próżni, którą brak jego stwarza w najlepiéj nawet zkądinąd urządzoném istnieniu.
Cóż robić? Nie wszyscy mogą być tak szczęśliwymi, jak ów Iwicki, któremu żona, piękna, wykształcona i szlachetna, jak z nieba spadła! Za urywek niby powieści, którą przysłałeś, mi w swym liście, nie gniewam się wcale. Wyznaję, że historya małżeństwa, w którém kobieta oddała rękę swą mężczyźnie, różniącemu się z nią o wiele wiekiem, przywyknieniami, ukształceniem, dlatego przeważnie, że u boku jego ujrzała miejsce, na którém mogła zostać czynną służebnicą Boga światłości, zajęła mię niepospolicie. Pamiętam dokładnie teraźniejszą panią Iwicką, taką, jaką widziałem ją dziesięć lat temu. Henryk nie myli się i nie przesadza. Miała ona ogromne oczy a małe usta, o cienkich inteligentnych wargach, które często drżały, znamionując tém, jeżeli się nie mylę, wrażliwą i głęboko czułą naturę. Co do barwy jéj oczu, których nie dojrzał Henryk, mogę uwiadomić Was obu, że jest, a przynajmniéj była ona, mieniącą się szafirem i srebrem. Były to właściwie szafirowe oczy, ale pływały w blaskach ciemnego srebra. Podziwiaj lokalność pamięci mojéj i obdarz coprędzéj bohaterkę któréj z powieści swych podobnemi oczyma. Obdarz ją tylko szczerze zadziwiającém na wiek jéj bogactwem umysłowych wiadomości i częstemi rumieńcami, które, oblewając twarz jéj, nadawały jéj wyraz na-pół dziewiczy, na-pół ognisty, a będziesz miał gotowy typ idealnéj dziewczyny.
Podziwiaj moję pamięć, Jerzy, i pozwól Henrykowi, aby śmiał się z zaciekłości młodego ideologa, który dlatego, aby przybyć coprędzéj i bez dystrakcyi na obrane stanowisko, rzuca spotkaną śród drogi dziewczynę taką, nie mówiąc jéj nawet swego nazwiska i zrywając umyślnie wszelką nić, która-by mogła wiązać jego z nią i wzajemnie. Dziewczyna ta była najpiękniejszą realnością życia, jaką kiedy na świecie spotkałem; według więc tego, co utrzymuje świat o ludziach pozytywnych, do których rzędu się zaliczam, powinienem był porzucić dla niéj wszelkie abstrakcye. Tymczasem stało się przeciwnie. Miałem głowę tak pełną mojéj idei, że dla niéj porzuciłem, kto wié? najrealniejsze może na ziemi szczęście. Co dowodzi, że nie śniło się nawet o tém krytykom filozoficznych dokryn, jaki zaciekły fanatyk ideałów siedziéć może w skórze najkrańcowszego pozytywisty! W streszczonéj historyi, którą mi przesłałeś, czuć woń poematu. Szczególne mi ona sprawia wrażenie w dniach tych, w których właśnie zajęty jestem pracą, tyczącą się ścieków, wyziewów i śmieci miejskich... Sprawia mi ona takie wrażenie, że chwilami przestaję czytać i pisać i staję przy oknie, aby popatrzyć na widok, który mam przed sobą. Tłem widoku tego jest wielka, czworokątna kamienica, oddzielona od domu, w którym mieszkam, wązką ulicą i sporym ogrodem. Teraz, gdy liście z drzew opadły, kamienicę widać z okien moich, jak na dłoni. Domyślam się, że mieszkać w niéj musi jakaś mieszczańska rodzina, zamożna i wesoła. Co wieczór oświetla się tam dość rzęsisto cały rząd okien i w ramach białych firanek zjawiają się cienie różnych ludzkich postaci, to wysokiéj, kształtnéj kobiety, to dziecka, które wskakuje na wysokie sprzęty i czepia się jéj szyi, to mężczyzny z kwadratową postacią, którego usta, szeroko otwarte, oznajmują mi, że śmieje się głośno i rubasznie. Pełno tam życia i ruchu, na które spoglądam czasem z pewną przyjemnością. Zdarza się to jednak zazwyczaj wieczorami. W dzień raz tylko spojrzałem na okna mego vis-à-vis i w jedném z nich zobaczyłem tę samę zapewne kobietę, któréj ładny cień widuję na złotém tle wieczornego oświetlenia. Miała na sobie ponsowe jakieś ubranie i z tego powodu wyglądała z za wielkich szyb, jak gorący i wesoły płomień.
Bądź zdrów, mój Jerzy. Czas mi już od rozmowy z tobą wracać do moich ścieków, wodociągów i t. d.
Przyjaciel twój
Adam.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.