Martwe dusze/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Nikołaj Gogol
Tytuł Martwe dusze
Data wydania 1876
Wydawnictwo Redakcya Kuryera Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Zygmunt Wielhorski
Tytuł orygin. Мёртвые души
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VII.

Szczęśliwy podróżny, który po długiéj, nudnéj podróży, z jéj chłodem, deszczem, błotem, niewyspanymi zawiadowcami stacyi, dźwięczącemi dzwonkami, popasami, przenosinami z bryczki na bryczkę, pocztylionami, kowalami, i różnego rodzaju, w podróży nieodzownemi przykrościami, ujrzy nakoniec znajomy dach, wyglądające na jego spotkanie światła, i nakoniec gdy usłyszy, wszedłszy do znajomych pokoi, rozlegające się okrzyki wesoło witających go ludzi, śmiechy i biegania dzieci, serdeczne, ciche szepty przerywane gorącemi pocałunkami, które o wszystkich dolegliwościach każą zapomnieć! Szczęśliwy człowiek żonaty, który swój kąt posiada, ale bieda, bieda kawalerowi!
Szczęśliwy autor, który wobec charakterów smutnych, odrażających, uderzających swoją nikczemną rzeczywistością, zbliża się do charakterów okazujących wysoką godność człowieka, który z odmętu codziennych obrazów, wybrał rzadkie tylko wyjątki, który nie zmieniał nastroju swojéj liry, nie schodził ze swojéj wysokości do biednych, znanych sobie braci, nie dotykał się ziemi i zagrzebywał się w oderwane od niéj swoje nudne marzenia! Podwójnie godzien los jego zazdrości: on między niemi jak w swojéj rodzinie, a jednak daleko i głośno rozchodzi się jego sława. On owiał upajającém kadzidłem ludzkie oczy; on cudnie ich nęcił, ukrywając troski życia, a pokazując tylko doskonałego człowieka. Wszyscy klaszcząc w dłonie, cisną się za jego wozem tryumfalnym. Wielkim całego świata poetą go nazywają, bujającym wysoko nad innemi zamiarami tego świata, jak buja orzeł nad innemi ptakami. Przy wymówieniu tylko jego imienia, już kipią ogniste młodzieńcze serca; w odpowiedzi widzi błyszczące łzy we wszystkich oczach. Niema równego jemu na świecie!..... Nie taki jest los autora, który chce odkryć i na jaw wystawić wszystko, co przed oczami, a czego oczy w większéj części nie widzą, — cały straszny, odrażający kał drobnostek, zapełniający nasze życie, cały głęboki chłód powszednich charakterów, od których się trzęsie nasza ziemia; czasami gorzka i utrudzająca droga — i wielkiéj siły, mocnego skalpelu potrzebuje ten, który odważył się wystawić to jaskrawo przed oczy wszystkich! Jemu nie będą bili oklasków; jemu nie będą łzami odpowiadali; serca młodzieńcze nie będą się ogniem zapalać; nie wyleci na jego spotkanie szesnastoletnia dziewica z wymarzoną głową w heroiczném uniesieniu; on się nigdy nie zapomni w pieszczotach wywołanych swoim głosem, on nie minie nakoniec fałszywo-nieczułego ogólnego sądu, który nazwie jego utwory nizkiemi, nikczemnemi albo podłemi i wyznaczy mu miejsce pogardliwe w rzędzie autorów znieważających spółeczeństwo, obdarzy go przymiotami cechującemi jego bohaterów, odmówi mu duszy i serca, a nawet Boskiéj iskry talentu. Gdyż sąd ogółu nie uznaje, że szkła są równie doskonałe te, przez które patrzy się na słońce i te, które nam pokazują świat niedostrzeżony oku insektów; gdyż sąd ogółu nie uznaje, że trzeba wielkiéj głębokości duchowéj, żeby oświecić obraz wzięty z pogardzonego życia i osadzić go jak perłę; gdyż sąd ogółu nie uznaje, że szczery śmiech wart jest stać na równi z lirycznym nastrojem, i że przepaść go dzieli od krzyków pajaców z bud jarmarcznych! Nie uznaje tego sąd ogółu — i wszystko uważa za wadę i naśladownictwo nieuznanemu autorowi: bez różnicy, bez odpowiedzi, bez współczucia, jak sierota zostanie się sam jeden w pośród szerokiéj drogi. Ciężkie i nieurodzajne jego pole i gorzko uczuje on swoje opuszczenie.
A długo jednak jeszcze przeznaczone mi jest, iść ręka w rękę z moimi bohaterami, obejrzyć lecące życie, przedstawiać je przez widziany śmiech ale niewidzialne dla nikogo łzy!
W drogę, w drogę! Precz zmarszczki z czoła! precz chmurność oblicza! Razem wspólnie rzućmy się w życie, w cały już bezdźwięczny szum z bębenkami i dzwonkami i zobaczmy, co robi teraz Cziczikow.
Cziczikow obudził się, wyciągnął ręce i nogi — i uczuł, że się dobrze wyspał. Poleżał parę minut na wznak, i przypomniał sobie, z wesołym uśmiechem, że posiada już blizko czterysta dusz. Wyskoczył z łóżka, nie popatrzał nawet w zwierciadło na swoją twarz, którą bardzo lubił, a w któréj, jak się zdaje, najwięcéj podobał mu się podbródek, bo często go chwalił przed przyjaciółmi, szczególniéj gdy zabierał się do golenia. „Popatrz tylko,“ mówił zwykle, gładząc go ręką, „jaki u mnie podbródek zupełnie okrągły!“ Lecz teraz nie zwrócił na to uwagi, obuł się w safianowe czerwone bóty wykładane rozmaicie wykrojonemi z różnych kolorów skórkami, któremi z takiem powodzeniem targuje miasto Tolżok, dzięki szlafrokowym upodobaniom rosyjskiéj natury, i po szkocku, w jednéj tylko krótkiéj koszuli, wspomniawszy swoją skromność i średni swój wiek, dał parę susów po pokoju, uderzając się bardzo zgrabnie piętami. Następnie, zabrał się zaraz do dzieła: przed szkatułką potarł sobie ręce, z taką radością z jaką pociera je sobie wyjeżdżający na śledztwo nieprzedajny ziemski sąd, i wyjął z niéj papiery. Chciał wszystko skończyć jak najprędzéj nie odkładając nic na potém. Postanowił sam sporządzić akta sprzedaży, napisać i przepisać, żeby nie płacić nic urzędnikom. Forma była mu doskonale znaną: prędko napisał wielkiemi literami, jak się zwykle akta zaczynają: Tysiąc ośmset takiego to roku; następnie zaraz za tém już drobnemi; obywatel taki — to, i wszystko co się należało. W dwie godziny wszystko było gotowe. Gdy spojrzał następnie na te papiery, na chłopów, którzy w saméj rzeczy byli kiedyś chłopami, pracowali, orali, pili, furmanili, oszukiwali swoich panów, a może téż byli poczciwymi chłopami, to jakieś osobliwe, niepojęte uczucie jemu samemu, owładnęło nim. Każda ćwiartka miała swój właściwy charakter, i przez to ci chłopi zdawali się posiadać także swój właściwy charakter. Chłopi Koroboczki byli wszyscy z jakiemiś dodatkami i przezwaniami. Karteczka Pliuszkina odznaczała się zwięzłością, często było napisane parę tylko liter imienia i następowały dwie kropki. Rejestra Sobakiewicza celowały znowu najdrobniejszemi szczegółami; ani jedna z zalet chłopa nie była opuszczoną; o jednym np. było powiedziane: „dobry stolarz;“ o drugim: „wódki do gęby nie bierze.“ Była także wzmianka o ojcu i o matce; i tak o jednym z chłopów Fedotowie było napisane: „Niewiadomo, kto ojciec; urodził się z dworskiéj dziewki Kapitoliny, która była dobrych obyczajów i prowadzenia się.“ Wszystkie te szczegóły dodawały jakiéjś świeżości; zdawało się, że chłopi jeszcze wczoraj byli przy życiu.
Długo patrzał Cziczików na imiona chłopów, wreszcie rzekł westchnąwszy: „Boże mój, ilu was tu jest? Coście wy za życia robili, jakeście się mordowali?“ I wzrok jego padł na jedno z nazwisk. Było ono znajome już Piotra Saweliewa Nieuważaj-Koryto, należącego niegdyś do obywatelki Koroboczki. Znów nie mógł wytrzymać, żeby nie wyrzec: „Oh, jaki długi! Byłżeś ty majstrem, albo po prostu chłopem i jaką śmiercią skończyłeś? Czy w karczmie, czy téż wśród drogi?“ Probka Stefan, cieśla wzorowéj trzeźwości. Oto ten Stefan Probka, ten bohater, który zdałby się do gwardyi! Prawie wszytkie gubernie przeszedł z toporem za pasem i bótami na ramieniu, zjadał za grosz chleba, a za dwa ryby suszonéj, a w kaletce przynosił każdym razem do domu po sto i więcéj rubli, a może zaszywał nawet asygnacye w płócienne spodnie, albo zatknął gdzie w buty! A ty gdzieś umarł? Może dla większego zarobku wlazłeś na wysoką dzwonnicę i pośliznąwszy się, spadłeś z rusztowania jak niedźwiedź. Michał stojący na ziemi, podrapawszy się w głowę, powiedział: Eh Wańka, toś sobie dopiero dał chleba! a sam przepasawszy się postronkiem, polazł na twoje miejsce.
— Maksym Tielatnikow, szewc. Ha! ha! szewc. Pijany jak szewc, mówi przysłowie. Znam ciebie, znam przyjacielu, jeżeli chcesz, całą historyą twoją opowiem. Uczyłeś się u Niemca, który razem z wami jadał, bił rzemieniem po plecach za nieakuratność, nie puszczał na dwór na psoty, i ty byłeś cudem, ale nie szewcem, i rozmawiając z żoną lub przyjacielem, Niemiec nie mógł się dość ciebie nachwalić; a gdy się twoja nauka skończyła: „Kupię sobie teraz domek,“ powiedziałeś do siebie, „ale nie tak, jak Niemiec, który drzy o każdy grosz, ja raptem zrobię się bogatym.“ I okupiwszy się panu sowicie, założyłeś sklepik, nabrałeś obstalunków kupę i wziąłeś się do roboty. Dostałeś gdzieś, trzy razy taniéj jak zwykle, zgniłéj skóry i zyskałeś w saméj rzeczy podwójnie na każdéj parze, ale za dwa tygodnie popękały twoje buty, i wyłajali ciebie jak oszusta. I sklepik twój opustoszał, ty sam zacząłeś pić, a taczając się po ulicach, mruczałeś pod nosem: „Źle, źle na świecie, nie ma życia dla rosyjskiego człowieka; Niemcy wszędzie włażą w drogę.“ — A to co za chłop: Elżbieta Worobiéj? co baba! A ona jak się tu dostała? Szelma Sobakiewicz i tu oszukał“! Cziczikow miał słuszność, była to w istocie baba. Jakim sposobem ona się tu dostała, nie wiadomo, ale tak zręcznie była wpisana, że z daleka nie można było poznać, imię jéj nawet nie kończyło się na a, ale było napisane tylko Elżbiet. Nie zważał jednak na to i zaraz ją wykreślił. — „Grzegórz Dojeżdżaj!“ — Nie dojedziesz! A ty, co za jeden byłeś? Czyś ty furmanił? Czy kupiwszy sobie trójkę i kibitkę, wyrzekłeś się domu, ojczystego barłogu i poszedłeś włóczyć się z kupcami po jarmarkach? Czyś w drodze oddał duszę Bogu, albo téż zabili cię twoi właśni przyjaciele za jaką tłustą i czerwonolicą żołnierkę; albo téż spodobały się leśnemu włóczędze (bradiadze) twoje skórzane rękawice i trójka choć niskich ale dzielnych mierzynów; albo téż leżąc na piecu, przyszła ci chętka zajrzeć do karczmy, i powracając zaszedłeś w przerębel, i niech cię teraz wspominają, jak wiedzą? Ej, rosyjski naród! nie lubi on umierać naturalną śmiercią! — A wy co, moje gołąbki? mówił daléj Cziczikow, zwracając wzrok na karteczkę, na któréj były umieszczone dusze zbiegłe Pliuszkina, wy chociaż żywi jeszcze, ale jaki z was pożytek? ten sam co i z martwych! Gdzież to teraz noszą was, wasze bystre nogi? Czy wam źle było u Pliuszkina, albo też zachciało się wam pohulać i obdzierać teraz w lasach przechodniów? Albo w więzieniach siedzicie, albo też przystaliście do innych panów i uprawiacie rolę? — Jeremiasz Karjakin, Nikita Wołokita, syn jego Antoni Wołokita...... Ci to i z nazwiska widać że dobre bieguny. — Popow, dworski parobek....... Pewnie piśmienny człowiek: nie, ja noża nie brałem w rękę, a honorowym sposobem okradłem. Ale ciebie złapał kapitan-Isprawnik, boś ty bez paszportu. Ty udajesz chwata na śledztwie. „Ty czyj?“ Zapytuje kapitan-isprawnik, dodawszy przy téj okazyi jakie silne słowo. — „Takiego a takiego obywatela“, odpowiadasz śmiało. „Dla czego teraz jesteś tu?“ mówi kapitan-isprawnik. — „Mam pozwolenie iść na zarobek“, odpowiadasz bez zająknienia. „Gdzie twój paszport?“ — „U gospodarza Pimenowa.“ — „Zawołać Pimenowa! Ty Pimenów?“ — „Ja Pimenów“. — „Czy on ci oddał swój paszport?“ — „Nie on mi żadnego paszportu nie dawał.“ — „Więc dla czego łżesz?“ mówi kapitan-isprawnik z dodatkiem jakiego ostrego słowa. „W saméj rzeczy,“ odpowiadasz ostro, „jemu nie oddałem, bo przyszedłem już późno do domu, a oddałem na schowanie Antoniemu Prochorowu, dzwonnikowi“. — „Zawołać dzwonnika! Czy on oddał tobie paszport?“ — „Nie ja żadnego paszportu od niego nie dostałem“. — „Dla czego że ty łżesz znowu?“ mówił kapitan-isprawnik, nadawszy swéj mowie więcéj energii jakiém energiczném słowem. „Gdzież twój paszport?“ — „Miałem go przy sobie.“ odpowiadasz ostro, „ale może być, że w drodze, widać jakoś musiałem go zgubić“ — „A płaszcz żołnierski,“ mówi kapitan-isprawnik, dodawszy znowu energiczne słowo, „dla czego ukradłeś i u popa szkatułkę z miedzianemi pieniędzmi?“ — „Nie może być,“ odpowiadasz śmiało, „o złodziejstwo nie byłem nigdy poszlakowany“. — „A jakim sposobem płaszcz znaleźli u ciebie?“ — „Nie mogę wiedzieć! Widać ktoś drugi go przyniósł“. — „Ale ty bestyo, bestyo!“ mówi kapitan-isprawnik wziąwszy się pod boki i kiwając głową, „Wsadźcie mu dyby na nogi i zaprowadźcie do więzienia.“ — „Jak się wam podoba, i owszém, ja z chęcią“, odpowiadasz. I wyciągnąwszy z kieszeni tabakierkę, częstujesz po przyjacielsku tabaczką dwóch inwalidów nabijających na twoje nogi dyby, i wypytujesz się ich, czy dawno są już w dymisyi i w jakich bywali wojnach. I oto żyjesz sobie w turmie, póki toczy się śledztwo. A sąd pisze: Przeprowadzić go z Carewo-Kokszajska do więzienia w takiém to mieście, a tamten sąd pisze: przyprowadzić go do jakiego bądź Wiesiegońska, i ty przejeżdżasz sobie z więzienia do więzienia, i mówisz, opatrując nowe swoje mieszkanie: „Nie, Wiesiegońskie więzienie porządniejsze, tam można i w gry różne grać, miejsca więcéj, i towarzystwo przyzwoitsze“.
„Abakum Tyrów! A ty bracie co za jeden? Gdzie, w jakich miejscach ty się teraz włóczysz? Może ciebie zaniósł los nad Wołgę, polubiłeś swobodne życie, i przystałeś do burłaków (flisów)?“. Tu Cziczików zamilkł, i zamyślił się. Nad czém się on tak zadumał. Czy nad losem Abakuma Tyrowa, albo też zadumał się tak tylko, jak zadumywa się każdy Rosyanin, jakiegokolwiek wieku i stanu, gdy pomyśli o życiu szerokiém. I w saméj rzeczy, gdzie teraz Tyrów? Hula szumnie i wesoło w porcie zbożowym, zgodziwszy się z kupcami. Ma kwiaty i wstążki na kapeluszu, hula cała banda burłaków, żegna się z kochankami i żonami, wysokiemi, strojnemi dziewkami w galony i wstążki przybranemi; rozmowy, pieśni, kipi brzeg cały, aż łodzie się naładują, i odpłyniecie jedni za drugimi razem z wiosennym lodem. Tam dopiero napracujecie się, burłaki! i wspólnie jak przed tém hulaliście i bawili, weźmiecie się do roboty śpiewając długą, przeciągłą, jak cała Rosya, pieśń.
„Eh, he! już dwunasta godzina!“ zawołał Cziczikow spojrzawszy na zegarek. „Co ja tak się zamyśliłem, żeby to przynajmniéj było o czém, a to ni z tego ni z owego, z początku coś zagadałem, a późniéj tak się zamyśliłem. Jaki ja w saméj rzeczy dureń!“ To mówiąc, przemienił swój szkocki ubiór na europejski, ściągnął silnie brzuch paskiem, skropił surdut wodą kolońską, włożył ciepłą czapkę, wziął pod pachę papiery i poszedł do izby cywilnéj sporządzać akta. Spieszył się nie dla tego, że bał się spóźnić, — spóźnić on się nie lękał, bo prezes był mu znajomym i mógł godziny biórowe przedłużyć i skrócić do woli; ale czuł sam w sobie chęć, jak można najprędzéj przeprowadzić sprawę do końca, do téj pory, nie był spokojny i sam sobą; przychodziła mu jednak zawsze myśl, że dusze nie zupełnie sprawiedliwe, i że w podobnych razach trzeba interes prowadzić jaknajspieszniéj. Ledwie wyszedł na ulicę, gdy na rogu spotkał się z jednym panem. Pan krzyknął; był to Maniłow. Rzucili się wzajemnie w objęcia i z pięć minut zostawali w takiém położeniu. Z kwadrans Maniłów trzymał w obydwóch rękach rękę Cziczikowa. W najgorętszych słowach wyraził, jak pędził z domu, żeby uściskać Pawła Iwanowicza. Rozmowa skończyła się komplementem, którego możnaby użyć tylko dla panny, z którą się ma tańcować. Cziczikow otworzywszy usta, nie wiedział, co na to odpowiedzieć, gdy Maniłow wyjął z pod futra zwitek papierów przewiązanych różową wstążeczką.
— A to co?
— Chłopi! odpowiedział Maniłow.
— A! Cziczikow papier rozwiązał, przebiegł oczami, i zdziwił się, źe tak ładnie było napisane: — Śliczny charakter, rzekł, nie trzeba nawet przepisywać. Nawet obwódka jest naokoło! Któż to taką estetyczną obwódkę zrobił?
— Już proszę was, nie pytajcie się, odpowiedział Maniłów.
— To wy?
— Nie, żona.
— Ah mój Boże! wstyd mi na prawdę, że byłem przyczyną takiéj pracy.
— Dla Pawła Iwanowicza nie ma żadnéj pracy.
Cziczikow ukłonił się. Dowiedziawszy się Maniłow, że on idzie do izby dla sporządzenia aktu sprzedaży, objawił, że chce mu towarzyszyć. Przyjaciele wzięli się pod ręce i tak wyszli na plac, na którym stał dom piętrowy, duży budynek, w którym znajdowały się bióra. Budynek ten cały był stósownie wybielony, jak gdyby miał świadczyć, że i sumienia urzędników w nim zasiadujących, są równie białe. Przyjaciele wbiegli prędko na wschody, przeszli ciemny kurytarz i weszli do jednego z pokoi; ale ani w korytarzach, ani w pokojach wzrok ich nie był porażony czystością. Wtedy nie dbali jeszcze o nią, i to co było brudne, pozostało brudném, nie przybierając przyjemnéj powierzchowności. Wypadałoby opisać kancelaryjskie pokoje, ale autor czuje odrazę do wszystkich biór, chociaż zdarzało mu się przez nie przechodzić, wtedy nawet, gdy były w najświetniejszym stanie i miały woskowane podłogi on starał się przebiedz jak najprędzéj skromnie spuściwszy oczy, to téż nie wie, jak tam wszystko wygląda. Bohaterowie nasi widzieli dużo papieru, białego i czarnego, spuszczone włosy, szerokie plecy, fraki, surduty gubernialnego kroju, a nawet jakąś szarą kurtkę jaskrawo odbijającą, która nachyliwszy głowy ostro i zamaszyście coś pisała. Słychać było także używane słowa: „Pozwólcie Fedosiej Fedosiewicz, akta za Nr. 368!“ — „Wy wiecznie musicie gdzieś zadziać korek od skarbowego kałamarza!“ Czasami dawał się słyszeć głos rozkazujący, widać którego z naczelników: „Masz, przepisz! a nie to zdejmą buty i przesiedzisz mi cały tydzień o głodzie.“ Szelest od piór zaraz się wzmagał i podobny był do tego, gdy wóz naładowany wlokącemi się gałęziami, przejedzie po kupie suchych liści.
Cziczikow i Maniłów podeszli do pierwszego stołu, przy którym siedziało dwóch urzędników jeszcze młodych i spytali: Proszę nam powiedzieć gdzie się tu znajduje wydział do spraw kupna i sprzedaży?
— A co wam potrzeba? rzekli naraz obaj urzędnicy, obróciwszy się.
— Potrzeba mi podać prośbę.
— A wy coście takiego kupili?
— Chciał bym wprzód wiedzieć, gdzie jest wydział o kupnie tu czy nie tu?
— Powiedzcie najprzód, coście kupili, i za jaką cenę, wtedy wam powiemy, inaczéj nie można wiedzieć.
Cziczikow od razu zmiarkował, że urzędnicy byli po prostu ciekawi, tak jak wszyscy młodzi urzędnicy, i chcieli więcéj nadać wagi i znaczenia sobie i swoim zatrudnieniom.
— Moi mili, posłuchajcie, rzekł on, — wiem dobrze, że wszystkie sprawy co do kupna, jakiéjkolwiek ceny, znajdują się w jedném miejscu, zatem proszę nam pokazać stół: a jeżeli wy nie wiecie co się u was dzieje, to spytamy się u drugich. Urzędnicy nic na to nie odpowiedzieli, tylko jeden z nich ukazał palcem na kąt pokoju, w którym siedział jakiś staruszek przewracający papiery. Cziczikow i Maniłów poszli prosto do niego. Staruszek bardzo gorliwie pracował.
— Proszę powiedzieć, rzekł Cziczikow, kłaniając się — czy tu sprawy co do kupna.
Stary podniósł oczy i z rozwagą odpowiedział:
— Tu nie wydział spraw o kupnie.
— A gdzie on?
— W wydziale ekspedycyjnym co do kupna.
— A gdzie ta ekspedycya?
— Ona jest u Iwana Antoniewicza,
— A gdzież jest Iwan Antoniewicz?
Stary pokazał palcem w przeciwny róg pokoju. Cziczikow i Maniłów udali się do Iwana Antoniewicza. Iwan Antoniewicz już zerkał na nich jednem okiem, ale w téj saméj chwili jeszcze więcéj zagłębił się w swojéj robocie.
— Raczcie powiedzieć, czy tu jest wydział co do kupna? rzekł Cziczikow kłaniając się.
Iwan Antonowicz jak gdyby nie słyszał, tak był pracą zajęty, nic nie odpowiedział. Widać było zaraz z tego, że to był człowiek stateczny, — a nie jak młody gaduła i wietrznik. Iwan Antonowicz miał, o ile się zdawało, przeszło pięćdziesiąt lat; włosy miał czarne, gęste; środek jego twarzy wystąpił naprzód i poszedł ku nosowi; jedném słowem była to twarz, którą zowią kuflowatą.
— Raczcie powiedzieć, czy tu jest wydział co do kupna? powtórzył Cziczikow.
— Tu, rzekł Iwan Antonowicz, podnosząc oczy i zaczynajac znowu pisać.
— A mam właśnie interes, ot taki: kupiłem u różnych obywateli tutejszego powiatu, chłopów — dla przeniesienia w inne strony; akta mam, trzeba tylko podpisać i zaciągnąć do ksiąg.
— A sprzedający czy są obecni?
— Niektórzy są, a od drugich mam upoważnienie.
— A prośbę przynieśliście?
— Jest i prośba. Chciałbym, bo mi się bardzo spieszy... zatém czy nie możnaby dziś jeszcze interesu załatwić?
— Dziś?... dziś nie można, odpowiedział Iwan Antonowicz. — Trzeba zobaczyć, czy nie ma jakich przeszkód.
— Zresztą co do tego, żeby przyspieszyć interes, to Iwan Gregoriewicz, prezes, mój dobry przyjaciel...
— Tak, ale Iwan Gregoriewicz nie jest sam jeden, są i drudzy, rzekł surowo Iwan Antonowicz.
Cziczikow zrozumiał dobrze, co przez to chciał powiedzieć Iwan Antonowicz, więc rzekł:
— Drudzy także krzywdy nie będą mieli, ja sam służyłem, wiem, jak trzeba postąpić.
— Idźcie zatém do Iwana Gregoriewicza rzekł Iwan Antonowicz już daleko grzeczniéj, — niech wyda rozporządzenie komu należy, a my nie będziemy przyczyną zwłoki.
Cziczikow wyjął bilet bankowy, położył go przed Iwanem Antonowiczem, którego ten zdawał się nie zauważać i nakrył go książką. Cziczikow chciał zwrócić jego uwagę na asygnatkę, ale Iwan Antonowicz poruszeniem głowy dał znać, że nie trzeba mu nic pokazywać.
— Oto ten pan was poprowadzi do prezesa, rzekł Iwan Antonowicz, kiwnąwszy głową na jednego z urzędników, który, jak niegdyś Wirgiliusz Dantemu, tak on teraz służył za przewodnika naszym bohatérom.
Za ogromnym stołem, pokrytym zieloném suknem i obstawionym fotelami, siedział prezes, sam jeden jak słońce. Nowy Wirgiliusz tyle uczuł szacunku dla tego miejsca, że doszedłszy do drzwi ukłonił się i czémprędzéj odszedł. Wszedłszy do sali, zobaczyli, że prezes nie był sam, ale siedział obok niego Sobakiewicz, którego z początku zakrywał stos książek. Przyjście gości sprawiło niewypowiedzianą radość, fotele zaraz zostały odsunięte z hałasem. Nawet Sobakiewicz wstał i cała jego postać została widzialną. Prezes uścisnął w swoich objęciach Cziczikowa i głośne pocałunki rozległy się po sali; spytali wzajemnie o zdrowie i pokazało się, że u obydwóch zarówno bolą krzyże. Prezes, jak widać, wiedział już o kupnie, widać uprzedzony był przez Sobakiewicza, bo winszował Cziczikowowi, co z początku zmięszało trochę naszego bohatéra, szczególniéj, gdy zobaczył naprzeciwko siebie stojących Sobakiewicza i Maniłowa, z którymi interes prowadził osobno. Jednak podziękował prezesowi i obracając się do Sobakiewicza zapytał:
— A jak wasze zdrowie?
— Dzięki Bogu, nie mogę się skarżyć, rzekł Sobakiewicz. I w rzeczy saméj nie było na co się skarżyć; prędzéj żelazo mogłoby się zaziębić i kaszleć, jak ten, na urząd zbudowany obywatel.
— Wy zawsze słynęliście dobrém zdrowiem, rzekł prezes, — nieboszczyk wasz ojciec był także zdrów.
— Zapewne, sam jeden chodził na niedźwiedzie, odpowiedział Sobakiewicz.
— Mnie się zdaje, rzekł prezes, że i wy, gdybyście zechcieli, tobyście niedźwiedzia powalili.
— Nie powaliłbym, odpowiedział Sobakiewicz: — nieboszczyk był silniejszy odemnie. I westchnąwszy mówił daléj: — Nie, teraz już nie ci ludzie: choćby i moje życie... co to za życie? tak sobie tylko...
— Czemuż wasze życie nie piękne? rzekł prezes.
— Nie dobrze, nie dobrze, mówił Sobakiewicz kiwając głową. — Sami osądźcie Iwanie Gregoriewiczu, na piąty krzyżyk już mi idzie, a ani razu nie byłem chory, żeby choć gardło zabolało, albo wrzód, albo wreszcie chociażby brodawka wyskoczyła... Nie, to nie dobrze! trzeba to będzie kiedy przypłacić. Tu Sobakiewicz pogrążył się w melancholią.
„Eh, he!“ pomyśleli razem Cziczikow i prezes: — „ot wymyślił, na co się skarżyć!“
— Mam list do was, rzekł Cziczikow, podając prezesowi list Pliuszkina.
— Od kogo? rzekł prezes, a rozpieczętowawszy, zawołał: — A, od Pliuszkina! Więc on jeszcze do téj pory ziębi się na świecie? Oto los! Jaki to był rozumny, szacowny człowiek! a teraz...
— Pies, rzekł Sobakiewicz, — szelma, wszystkich ludzi wymorzył głodem.
— I owszem, i owszem, rzekł prezes, przeczytawszy list: — gotów jestem być pełnomocnikiem. A kiedy chcecie akt spisać, teraz czy późniéj?
— Teraz, rzekł Cziczikow, — będę was nawet prosił, jeżeli można, to dziś, bo chciałbym jutro wyjechać; przyniósłem papiery i prośbę.
— Wszystko bardzo dobrze, ale już jak sobie chcecie, a my was z miasta nie puścimy. Akta będą gotowe dzisiaj wy jednak pomieszkajcie jeszcze u nas. Zaraz wydam rozkazy, rzekł, i otworzył drzwi do kancelaryi, napełnionéj urzędnikami, podobnymi do pracowitych pszczół: — Czy jest Iwan Antonowicz?
— Jest! odezwał się głos z wewnątrz.
— Zawołać go tu!
Znajomy już czytelnikom Iwan Antonowicz zaraz zjawił się i z uszanowaniem się skłonił.
— Oto weźcie Iwanie Antonowiczu wszystkie te papiery...
— Ale nie zapomnijcie Iwanie Gregoriewiczu, przerwał Sobakiewicz: — potrzeba będzie świadków, przynajmniéj dwóch z każdéj strony. Poślijcie zaraz po prokuratora, on człowiek swobodny, i pewno siedzi teraz w domu: za niego obrabia wszystkie interesa strapczy Zołotucha, pierwszy łapownik w świecie. Inspektor rady lekarskiéj, także człowiek swobodny, pewno téż w domu, jeżeli nie pojechał gdzie grać w karty, jest ich jeszcze wielu, którzy nie daleko mieszkają: Truchaczewski, Bieguszkin — oni wszyscy darmo ciążą na téj ziemi!
— W saméj rzeczy, w saméj rzeczy, rzekł prezes, i po wszystkich posłał urzędnika.
— Prosił bym was jeszcze, rzekł Cziczikow, posłać po plenipotenta jednéj obywatelki, z którą także zawarłem umowę, — syna protopopa ojca Kiryły; on podobno u was służy.
— Naturalnie, i po niego poślemy! rzekł prezes, wszystko będzie zrobione, a urzędnikom nic nie dawajcie, już ja was o to proszę. Przyjaciele nasi nie powinni płacić. To rzekłszy, wydał rozkaz Iwanowanowi Antonowiczowi, który, jak widać, nie podobał mu się. Umowy widać dobry wpływ wywarły na prezesie, szczególniéj gdy spostrzegł, że kupno wynosiło więcéj, niż sto tysięcy rubli. Kilka minut patrzał w oczy Cziczikowowi z wyrażeniem zadowolenia, nakoniec rzekł: — Zatém tak to jest! Takim sposobem, Pawle Iwanowiczu! i nabyliście.
— Nabyłem, odpowiedział Cziczikow.
— Dobra sprawa! prawdziwie dobra sprawa!
— Sam widzę, że korzystniejszego interesu nie mógłem przedsięwziąć. Jak by to nie było, cel człowieka zawsze nie pewny, jeżeli nie stanął na twardéj podstawie, a tylko opiera się na marzeniach młodzieńczych. Tu, bardzo w porę, Cziczikow, wyłajał liberałów i wszystkich młodych ludzi. Ale godne uwagi, że w słowach jego nie było stanowczości, tak jak gdyby sam w duchu mówił do siebie: „Ej bracie, ty łżesz, silnie nawet łżesz!“ On nawet nie spojrzał na Maniłowa, ani na Sobakiewicza, bojąc się wyczytać czego w ich twarzach. Ale napróżno się trwożył: twarz Sobakiewicza była jakby marmurowa, a Maniłow oczarowany jego mową, z ukontentowania tylko potrząsał głową, i zdawał się w takiém położeniu, w jakiém się znajduje lubownik muzyki, gdy śpiewaczka, biorąc tony jeszcze wyższe niż skrzypce, piśnie tak cienko, jak nie w stanie uczynić żadne ptasie gardło.
— Dla czego wy nie powiecie Iwanowi Gregoryewiczowi, odezwał się Sobakiewicz, — coście w saméj rzeczy nabyli? A wy Iwanie Gregoryewiczu, dlaczego się nie spytacie, co za szacowne uczynili nabytki? Co za lud! prawdziwe złoto! Wszak ja im sprzedałem nawet powoźnika Michiejewa.
— Nie, czy i Michiejewa sprzedaliście! rzekł prezes. — Znam powoźnika Michiejewa, sławny majster; on mi przerabiał doróżkę. Lecz pozwólcie, jak to? Wszak mówiliście mi kiedyś, że on umarł....
— Kto, Michiejew umarł? przerwał Sobakiewicz, wcale niezmięszany. — To jego brat umarł; a on żywiuteńki, zdrowszy niż kiedykolwiek. W tych dniach taką bryczkę skończył, że i w Moskwie podobnéj nie dostać. Jemu naprawdę to tylko dla Cesarza trzeba by robić.
— Tak, tak, Michiejew sławny majster, rzekł prezes, — dziwię się nawet, jak mogliście się go pozbyć.
— Albo to jednego tylko Michiejewa! A Probka Stepan cieśla, Miłuszkin mularz, Tielatników Maksym szewc, wszyscy poszli, wszystkich sprzedałem! A gdy przezes się zapytał dla czego wszyscy poszli, będąc ludźmi niezbędnymi w gospodarstwie, Sobakiewicz odpowiedział, machnąwszy ręką: „A! tak szał jakiś przyszedł do głowy: niech tam, powiedziałem sobie, sprzedam, i sprzedałem jak głupiec! To rzekłszy, zwiesił głowę, tak jak gdyby szczerze żałował swego postępku, nareszcie dodał: „Człowiek już siwieje, a do téj pory nie nabrał rozumu.“
— Raczcie powiedzieć Pawle Iwanowiczu, jak że wy tak kupujecie chłopów bez ziemi, pewnie żeby ich przesiedlić?
— Tak, dla przesiedlenia.
— To co innego; a w jakie strony?
— W jakie strony?... Do Chersońskiéj gubernii.
— O, tam ziemia doskonała, rzekł prezes.
— Bardzo dobra, odpowiedział Cziczików.
— A czy macie ziemi w dostatecznéj ilości?
— O, w dostatecznéj, tyle ile potrzeba dla kupionych chłopów.
— Czy obok rzeki, czy téż są stawy?
— Rzeka; zresztą są i stawy. To powiedziawszy, Cziczików spojrzał ukradkiem na Sobakiewicza, i chociaż Sobakiewicz był jak przedtém nieruchomy, lecz jemu się zdawało, jak gdyby na jego czole było napisane: „Oj, łżesz ty bratku, łżesz! Wątpię, czy tam jest rzeka i stawy, czy nawet jest ziemia?“
Podczas, gdy tak rozmawiali, zeszli się świadkowie, niektórzy, jak prokurator, już znajomi naszym czytelnikom, inni nieznajomi; przyszedł nie tylko syn protopopa ojca Kiryły, ale nawet sam ojciec Kiryło. Iwan Antonowicz sprawił się chwacko, akta były wpisane do ksiąg i tam gdzie należy. Cziczików coś zapłacił do skarbu, ale bardzo mało, bo prezes kazał wziąść od niego tylko połowę tego, co się należało, a drugą połowę miał zapłacić jakiś biedny kupiec, który także kilka dusz kupował.
— A zatém, rzekł prezes, gdy wszystko już było ukończone, nic nam nie pozostaje więcéj, jak sprysnąć kupno.
— Z największą chęcią, rzekł Cziczików. — Od was tylko zależy wyznaczyć czas. Grzechby był, żebym dla tak miłego towarzystwa nie postawił kilka butelek szampana.
— Nie, źleście zrozumieli, szampana my sami postawimy, rzekł prezes, — to nasz obowiązek. Wy jesteście naszym gościem, my powinniśmy częstować....... Wiecie co, panowie?......... Oto tak zróbmy: pójdziemy wszyscy, jak tu jesteśmy, do policmajstra, — to wyśmienity człowiek; on tylko mrugnie, przechodząc obok rybiego targu albo handlu win, a doskonale zakąsimy! Przy okazyi téj i w wista można pograć.
Nikt nie mógł się wymówić od takiéj propozycyi. Świadkowie gdy posłyszeli tylko o rybim rynku, uczuli silny apetyt; wszyscy chwycili za czapki i zaczęli wychodzić. Gdy przechodzili przez kancelaryą, Iwan Antonowicz zbliżył się do Cziczikowa i cicho szepnął mu do ucha:
— Nakupiliście chłopów przeszło za sto tysięcy rubli, a za kłopoty daliście tylko dwadzieścia pięć.
— Tak, ale jacy to chłopi! odpowiedział cicho Cziczików; słaby i nikczemny lud, połowy nawet nie wart.
Iwan Antonowicz zmiarkował, że kupujący był twardego charakteru i że więcéj nie da.
— A po czemu kupiliście dusze u Pliuszkina? szepnął mu do drugiego ucha Sobakiewicz.
— A Worobia dla czego przypisaliście? powiedział mu na to Cziczików.
— Jakiego Worobia? rzekł Sobakiewicz.
— Tak, babę — Elżbieta Worobiéj, nawet literę „a“ opuściliście na końcu imienia.
— Nie, ja żadnéj baby nie wpisałem, rzekł Sobakiewicz i odszedł do drugich gości.
Nareszcie goście tłumnie doszli do policmajstra. Policmajster w istocie był wyśmienity człowiek; jak tylko się dowiedział, o co rzecz idzie, to w téjże minucie zawołał komisarza cyrkułowego, dzielnego, młodego człowieka, w dużych lakierowanych butach, szepnął mu parę słów na ucho i dodał tylko: „Rozumiesz?“ A w drugim pokoju — podczas, gdy goście grali w karty — już na stół zjawiła się bieługa, jesiotry, siomga, kawior świeży, kawior prasowany, śledzie, minogi, sielawy, sardynki, bałyk, rozmaite sery, szynki, wędzone ozory, itd. Wszystko to było z rybiego targu. Następnie zjawiły się dodatki ze strony gospodyni: pirog z jesiotrzéj głowy, który to jesiotr ważył do czterystu funtów, drugi pirog z grzybami, pieróżki z kapustą, z jajkami, z konfiturami itd.
Policmajster był w pewnym względzie ojcem i dobroczyńcą całego miasta; między mieszczanami znajdował się jak we własnéj rodzinie, a w sklepach i w szynkach rozporządzał jak we własnéj spiżarni. Był, jak to powiadają, na swojém miejscu i urząd swój spełniał wzorowo. Trudnoby nawet było rozwiązać to pytanie: czy on był stworzony dla miejsca, czy miejsce dla niego? — Tak umiał zręcznie prowadzić swoje interesa, że dwa razy więcéj miał dochodu od swych poprzedników, a przy tém lubiło go całe miasto. Kupcy pierwsi bardzo go lubili za to właśnie, że nie był hardy; w saméj rzeczy, trzymał im do chrztu dzieci, kumał się z nimi, a chociaż zdzierał ich czasami niemiłosiernie, ale bardzo zręcznie, bo i po ramieniu poklepie i rozśmieje się i na herbatę zaprosi; obieca, że sam przyjdzie pograć w warcaby, o wszystko się wypyta, jak idą interesa; jeśli się dowie, że które z dzieci zachorowało, to i lekarstwo przyśle. Jedném słowem: chwat! Jeżeli przejedzie przez miasto, to i porządku dopatrzy, a przytém i zagada do niejednego: „A co, Michieicz, trzebaby nam dograć zaczętą partyą.“ — „Zapewne, Aleksiéj Iwanowicz, — odpowiedział kupiec, zdejmując czapkę — trzebaby.“ — „Eh bracie, Ilia Paramonowicz, przyjdź do mnie obejrzeć kłusaka, a przyjedź swoim, będziemy się ścigali.“ — Kupiec się uśmiechał, gładził długą brodę i mówił: „Spróbujemy, Aleksiéj Iwanowicz!“ Wszyscy kupczyki zdawali się nawet mówić: „Aleksiéj Iwanowicz wyśmienity człowiek“ Jedném słowem, pozyskał popularność i zdanie kupców było takie: „że Aleksiéj Iwanowicz chociaż bierze duże łapówki, — ale za to nie da nikomu skrzywdzić człowieka.“
Gdy już zakąska była gotowa, policmajster zaproponował, żeby wista odłożono na późniéj, i wszyscy udali się do pokoju, z którego wychodził miły zapach, łechtający już dawno zmysł powonienia u wielu gości, szczególniéj Sobakiewicza, nieraz przez drzwi w pół otwarte przyglądającego się przygotowaniom do śniadania; zwrócił szczególniej jego uwagę ogromny jesiotr, stojący trochę na uboczu. Goście wypiwszy po kieliszku wódki ciemno oliwkowego koloru, podeszli do stołu ze wszystkich stron, i jak to mówią, każdy odkrył swój charakter i skłonność, zabierając się to do kawioru, to do ryby, to do sera. Sobakiewicz nie zważał na wszystkie podobne drobiazgi, usiadł obok jesiotra, i póki inni pili, jedli, rozmawiali, on nie więcéj jak w kwadrans, prawie całego sprzątnął; tak że gdy policmajster przypomniał sobie o jesiotrze i rzekł: „Może panowie sprobują tego płodu przyrody?“ przytém podszedł ku niemu z widelcem, wraz z innymi gośćmi, to spostrzegł że od płodu przyrody został się tylko ogon; a Sobakiewicz tymczasem, jak gdyby nic, kładł sobie na talerz jakąś malutką wędzoną rybkę. Sprzątnąwszy jesiotra Sobakiewicz już nic nie jadł więcéj i nie pił, a siadłszy w fotelu mrugał tylko oczami.
Policmajster nie lubił żałować wina, to też toastów było bez liku; pierwszy, jak czytelnik zapewno się domyślił był wniesiony za zdrowie nowego obywatela chersońskiego; późniéj za pomyślność i przeprowadzenie nabytych włościan; późniéj za zdrowie przyszłéj żony, niebiesko-okiéj zdrowéj blondynki, toast, który wywołał uśmiech zadowolenia na ustach naszego bohatéra. Nareszcie obstąpili go ze wszystkich stron i zaczęli usilnie prosić, by ze dwa tygodnie chociaż pomieszkał jeszcze z nimi: „Nie Pawle Iwanowiczu! tak być nie może, to tylko izbę ziębić: wejść na próg i nazad! nie, czy możecie jakiś czas znami zabawić? Ożenimy was. Nie prawda Iwanie Gregoriewiczu? my go ożenimy.
— Ożenimy, ożenimy! zawołał prezes. — Choćbyście się rękami i nogami opierali, ożenimy was! Już kiedyście się między nas dostali, to się nie uskarżajcie. My żartować nie lubimy.
— A cóż? dla czego opierać się nogami i rękami, rzekł uśmiechając się Cziczików, — ożenienie wszak nie jest rzeczą tak straszną... żeby tylko panna była.
— Będzie i panna! Jak nie ma być? wszystko będzie czego tylko zachcecie!......
— Zatém kiedy będzie......
— Brawo, zostaje się! zawołali wszyscy: — wiwat! hura, Paweł Iwanowicz! hura! I wszyscy podchodzili do niego trącić się kieliszkiem szampana. „Nie jeszcze, nie dość,“ mówili serdeczniejsi i jeszcze raz się trącali kieliszkami, nareszcie trącili się i po raz trzeci. W krótkim czasie wszyscy byli niezwykle weseli. Prezes, który był nadzwyczaj miłym człowiekiem, gdy rozweselił się, ściskał kilkakrotnie Cziczikowa, mówiąc z największą szczerością: „Dusza ty moja, serce moje!“ i nawet klaskając w palce, zaczął koło niego tańcować kozaczka, przyśpiewując znaną pieśń: „Ach ty taki i owaki, komacyński chłopek!“ Po szampańskim, podali węgierskie, które jeszcze więcéj dodało ducha i rozweseliło towarzystwo. O wiście zupełnie wszyscy zapomnieli; krzyczeli, rozmawiali o wszystkiem — o polityce, o sprawach wojennych dość liberalnie, tak że innym razem za takie twierdzenia byliby rózgą dali swoim dzieciom. I to zaraz na miejscu rozwiązywali najtrudniejsze polityczne kwestye.
Cziczikow jeszcze nigdy nie czuł się w tak wesołém usposobieniu, wyobrażał sobie, że jest najprawdziwszym chersońskim obywatelem, mówił o różnych ulepszeniach, o zaprowadzeniu trzechpolowego gospodarstwa: o szczęściu i rozkoszy dwóch serc i zaczął czytać Sobakiewiczowi list wierszami, Wertera do Karoliny; ale Sobakiewicz mrugał tylko oczami, rozpierając się w fotelu, gdyż po jesiotrze sen go bardzo morzył.
Cziczików sam zmiarkował, że zaczął cokolwiek za wiele mówić, to téż objawił życzenie odjechania do domu. Prokurator ofiarował mu swoją dorożkę. Jak się okazało w drodze, furman prokuratora był chłopak doświadczony, bo jedną tylko ręką kierował końmi, a drugą przytrzymywał Cziczikowa. Takim to sposobem dojechał on do domu, gdzie długo jeszcze plótł rozmaite brednie: Jasnowłosa narzeczona, z uniesieniem na twarzy i dołeczkiem na prawym policzku, chersońskie wsie, kapitały... Selifanowi dał kilka rozkazów, tyczących się gospodarstwa, kazał zwołać wszystkich nowo nabytych chłopów, żeby poznać każdego. Selifan długo milcząc słuchał, nareszcie wyszedł z pokoju i rzekł do Piotrka: „Idź rozbierz pana!“ Piotrek wziął się do ściągania butów, ale ledwie co samego pana na ziemię nie ściągnął. Nakoniec i buty były ściągnięte, pan rozebrany jak się należy i przewróciwszy się kilka razy w łóżku, które skrzypiało niemiłosiernie, zasnął prawdziwym chersońskim obywatelem.
Piotrek wyniósł na korytarz spodnie i frak borówkowego koloru w centki, które powiesiwszy zaczął trzepać, tak że cały zakurzył korytarz. Spojrzawszy na dół, zobaczył Selifana, który powracał ze stajni; wzrok ich się spotkał, i wraz się zrozumieli: pan położył się spać. Piotrek zaraz odniósł do pokoju frak i spodnie, następnie zeszedł na dół i obaj wyszli razem, nie mówiąc ani słowa jeden do drugiego o celu swéj wyprawy, ale tylko o rzeczach zupełnie obcych. Spacer odbyli nie długi, przeszli tylko ulicę i zatrzymali się przy domu, który był naprzeciwko zajazdu i weszli przez małe zakopcone, szklanne drzwi do izby, w któréj już siedziało za stołami wielu rozmaitych, i ogolonych i z brodami, i w ciepłych kożuchach i w koszulach, niektórzy nawet w płaszczach. Co tam robili Selifan z Piotrkiem, pan Bóg raczy wiedzieć; ale wyszli z tamtąd nie prędzéj jak za godzinę, wziąwszy się za ręce i zachowując najściślejsze milczenie, okazując sobie przytém największe uważanie i ostrzegając się wzajemnie, jeżeli droga była nie równa. Trzymając się za ręce, więcéj jak kwadrans gramolili się po wschodach, na koniec jednak przezwyciężyli tę zaporę i dostali się na wierzch. Piotrek zastanowił się chwilę przed swojém nizkiém łóżkiem, myśląc, jakby się to położyć, żeby było wygodniéj, i położył się na poprzek, tak że nogi jego opierały się o podłogę.
Selifan położył się także na tém samém łóżku, kładąc głowę na Piotrka brzuchu i zapominając o tém, że jemu należało się spać w stajni obok koni. Obydwa w téj chwili zasnęli, chrapiąc niesłychanym jeszcze basem, na który pan ich z drugiego pokoju odpowiadał cienkim nosowym świstem.
Za ich przykładem wszystko się uciszyło w zajeździe i wszyscy spali snem twardym; tylko w jedném oknie widać było jeszcze światło, tam mieszkał przejezdny porucznik z Riazania, jak widać, wielki amator butów, bo aż cztery pary obstalował, a piątą przymierzał. Kilka razy zbliżał się do łóżka, aby się położyć, ale żal mu było zdjąć buty; w saméj rzeczy były one bardzo ładnie uszyte, i długo jeszcze podnosił porucznik nogę i przypatrywał się eleganckiemu obcasowi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Nikołaj Gogol i tłumacza: Zygmunt Wielhorski.