Martwe dusze/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Nikołaj Gogol
Tytuł Martwe dusze
Data wydania 1876
Wydawnictwo Redakcya Kuryera Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Zygmunt Wielhorski
Tytuł orygin. Мёртвые души
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV.

Gdy przybyli przed zajazd, Cziczikow kazał się zatrzymać dla dwóch przyczyn: najprzód, żeby dać wytchnąć koniom; następnie, żeby samemu się posilić. Autor, prawdę powiedziawszy, zazdrości podobnym ludziom ich apetytu i żołądka. Dla niego zupełnie są obojętnymi ci wielcy panowie mieszkający w Moskwie albo Petersburgu, tracący czas na wymyślaniu, coby to zjeść jutro, lub jaki obiad zadysponować na pojutrze, a siadają do tego obiadu nie inaczéj jak po zażyciu pigułki, połykający ostrygi, morskie pająki lub inne jakie potwory, następnie udających się do Karlsbad, albo na Kaukaz. Tacy nigdy nie wzbudzili we mnie zazdrości. Ale ci ludzie średniéj zamożności, którzy na jednym popasie każą sobie podać szynki, na drugim prosiaka, na trzecim kawał jesiotra, albo wędzonéj kiełbasy z czosnkiem, a następnie jak gdyby nic, siadają do obiadu o jakiéj bądź porze i jedzą, że aż piszczy pod zębami, — ci ludzie mogą się rzeczywiście pochlubić szczególną i zazdrość wywołującą łaską nieba! Nie jeden z wielkich panów oddałby połowę swojego majątku, zastawionego i niezastawionego, ze wszystkiemi ulepszeniami na zagraniczny sposób, aby tylko posiadać taki żołądek, jak obywatele średniozamożni; na nieszczęście, za żadne pieniądze, nawet za majątek z ulepszeniami i bez ulepszeń, nie można nabyć żołądka podobnego temu, jakim się cieszą średniozamożni.
Drewniany, zczerniały zajazd przyjął gościnnie Cziczikowa pod swoją wąziutką wystawką, wspartą na dwóch cienkich toczonych słupkach, podobnych do lichtarzy cerkiewnych. Izba w oberży, podobna do wszystkich izb rosyjskich, była tylko nieco obszerniejszą. Wyżynane w desenie gzymsy ze świeżego drzewa na około okien i pod dachem żywo odbijały od czarnych ścian zajazdu; na okiennicach wymalowane były kwiaty w wazonach.
W obszernéj sieni spotkał Cziczikow starą tłustą babę, ubraną w jaskrawe kolory, która rzekła do niego:
— Proszę tędy!
W izbie spotkał się z staremi znajomemi, których zobaczyć można we wszystkich małych wiejskich zajazdach, tak licznych przy drogach, a mianowicie z zaśniedziałym samowarem, gładko wyheblowanemi sosnowemi ścianami, z szafą w narożniku, pełną imbryczków i filiżanek. Obrazu dopełniały wyzłocone porcelanowe jajko na wstążeczkach czerwonéj i niebieskiéj przed obrazami świętych, nie dawno co okocona kotka, zwierciadło odbijające zamiast dwóch, cztery oczy, a zamiast twarzy, jakiś placek, w końcu aromatyczne trawy powtykane w ścianę, lecz tak zeschnięte, że, ile razy kto je chciał powąchać, kichał tylko i nic więcéj.
— Prosiaka macie? Takiém zapytaniem przywitał Cziczikow stojącą obok niego babę.
— Jest.
— Czy z chrzanem i ze śmietaną?
— Z chrzanem i ze śmietaną.
— To daj go tutaj.
Stara poszła prosiaka przyrządzić. Przyniosła talerz, serwetę, ale tak nakrochmaloną, że prędzéj była podobną do kory drzewnéj, jak do serwety, nóż z pożółkłym trzonkiem kościanym, cienki jak scyzoryk, widelec o dwóch zębach i sólniczkę, któréj w żaden sposób prosto na stole postawić nie mogła.
Nasz bohater; wedle swego zwyczaju, wdał się z nią zaraz w rozmowę, wypytywał się, czy sama utrzymuje oberżę, lub czy ma męża, ile im to przynosi dochodu, czy synowie przy nich mieszkają, czy starszy syn kawaler, czy żonaty, czy dobrą pojął żonę, czy znaczne wiano mu przyniosła; słowem nic nie przepuścił. Rozumie się, że ciekawym był także wiedzieć, jacy w téj stronie są obywatele, dowiedział się, że znajdują się rozmaici: Błochin, Poczytajew, Mylnoj, pułkownik Czeprakow, Sobakiewicz. „A! znasz Sobakiewicza?“ zapytał; pokazało się, że gosposia nietylko Sobakiewicza znała ale i Maniłowa, i że Maniłow delikatniejszy od Sobakiewicza: bo każe zaraz ugotować kurę, poprosi o cielęcinę, a jak jest pieczeń barania, to i o pieczeń baranią poprosi, a każdéj rzeczy tylko pokosztuje, a Sobakiewicz jednę tylko potrawę zamówi, i krom tego, że wszystko sprzątnie, domaga się, żeby za te same pieniądze dołożyć mu jeszcze.
Gdy tak rozmawiał, jedząc prosiaka, z którego był mu został jeden już tylko kawałek, zaturkotało i bryczka zatrzymała się przed oberżą. Cziczików zaraz podszedł do okna i zobaczył lekką bryczkę, zaprzężoną trójką dzielnych koni. Z bryczki wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był wysoki, jasny blondyn, drugi cokolwiek niższy, brunet. Blondyn ubrany był w granatową węgierkę, brunet zaś miał na sobie prostą grubą algierkę. W dali widać było kolaskę, ciągnioną czterema lichemi szkapami, zaprzężonymi w porozrywane chomąta ze sznurkowemi lejcami. Blondyn zaraz wszedł na wschody, prowadzące do sieni, a brunet jeszcze się został, macał coś w bryczce, rozmawiał ze służącym i kiwał na jadącą z tyłu kolaskę. Głos jego wydał się Cziczikowi, jakoby znajomy. Podczas gdy mu się przysłuchiwał, blondyn już wszedł do izby. Był to wysoki mężczyzna z twarzą bladą, albo raczéj wyniszczoną z małemi rudemi wąsikami. Z ogorzałych jego rysów można było wnioskować, że wiedział co to dym, jeżeli nie prochu, to przynajmniéj fajki. Grzecznie ukłonił się Cziczikowi, który tak samo mu odpłacił.
Oni by się niewątpliwie w przeciągu kilka minut byli bliżéj zaznajomili, bo zaczęli dobrze, oba zgodzili się na to, że deszcz wczorajszy oswobodził ich od kurzu, i że teraz przyjemnie jechać, bo chłodno; ale wszedł brunet, rzucił czapkę na stół, i chwacko zapuścił palce we włosy. Wzrostu był średniego, pięknych kształtów, z rumieńcem na twarzy, białemi jak śnieg zębami, i czarnemi jak smoła faworytami. Był świeży jak krew z mlekiem, a zdrowie tryskało z jego oblicza.
— Ba, ba, ba! Zawołał wyciągając obie ręce do Cziczikowa. — Jakim że to szczęśliwym trafem?
Cziczików poznał Nozdrewa, tego samego, z którym obiadował u prokuratora, i który w kilka minut tak się do niego zbliżył, że mówił mu ty, chociaż on, Cziczików, nie dał mu do tego żadnego powodu.
— Gdzieżeś jeździł? mówił Nozdrew, i nie czekając na odpowiedź, ciągnął daléj: — Ja wracam z jarmarku. Powinszuj: zgrałem się do grosza! Czy wierzysz, że nigdy w życiu takem się nie zgrał? Musiałem nawet nająć konie, popatrz jeno w okno! I sam nagiął głowę Cziczikowa, tak że o mało nie wybił nią okna. Patrzaj co za chetki? ledwie tu doszły przeklęte; ja nawet się przesiadłem do jego bryczki. Mówiąc to Nozdrew, pokazał palcem na swego towarzysza. — Panowie się jeszcze nie znają? Szwagier mój Miżujew! Mówiliśmy z nim cały ranek o tobie. „Zobaczysz, że się spotkamy z Cziczikowem!“ Ach żebyś ty wiedział, jak ja się zgrałem! Nie tylko, żem przegrał cztery dzielne kłusaki, ale nawet zegarek i łańcuszek.
Cziczików popatrzył i zobaczył, że rzeczywiście nie miał ani zegarka ani łańcuszka. Jemu nawet się wydało, że faworyty z jednéj strony były mniejsze, i nie tak gęste jak z drugiej.
— A gdybym był miał jeszcze w kieszeni dwadzieścia rubli, mówił ciągle Nozdrew, — nie więcéj jak dwadzieścia, to oprócz tego, żebym moje odegrał, położyłbym tu, na stole, jakem honorowy człowiek, trzydzieści tysięcy rubli.
— Ty jednak i dawniéj, tak samo mówiłeś, rzekł blondyn, a gdym ci dał pięćdziesiąt rubli, przepuściłeś je jak i resztę.
— Nie przegrałbym, jak Bóg w niebie, gdybym sam był głupstwa nie zrobił. Gdybym nie był zagiął parolu na tę przeklętą siódemkę, byłbym bank rozbił.
— Tymczasem go nie rozbiłeś, rzekł blondyn.
— Nie rozbiłem dla tego, żem zagiął parol nie w porę. A czy ty myślisz, że twój major gra dobrze?
— Czy dobrze, czy nie dobrze, jednak ciebie ograł.
— A to racya! rzekł Nozdrew; takim sposobem i ja jego potrafię ograć. Ale niech on spróbuje grać w co innego, wtenczas przypatrzymy się, jaki on gracz? Za to bracie Cziczikow pierwszych dni pochulaliśmy tęgo! Co prawda, jarmark był wyśmienity. Nawet kupcy mówili, że takiego zjazdu od dawna nie pamiętają. Wszystko co tylko przywiózłem ze wsi, sprzedałem jak najkorzystniéj. Hulaliśmy bracie, hulali, co się zowie, jak sobie nawet teraz wspomnę.... niech djabli porwą! szkoda tylko że ciebie nie było! Wystaw sobie, że o trzy wiorsty od miasta stoi pułk dragonów i że wszyscy oficerowie, a było ich do czterdziestu, znajdowali się w mieście! Jakeśmy zaczęli, bracie, z nimi pić... sztabs rotmistrz Pocałujew... co za dzielny chłop! wąsy ma ot takie! wino bordeaux nazywa burdaszką. „Podajcie, zawoła, burdaszki!“ Porucznik Kuwszynnikow... Ah, bracie, co za chwacki chłopak! o nim to można powiedzieć, że jest całą gębą hulaka. Nie rozłączaliśmy się ani na chwilę. A wino jakie nam dostawił Ponamarew! Bo trzeba ci wiedzieć, że ten Ponamarew to wielki szelma, i że nic nie można brać z jego sklepu: wino farbuje jakiémś drzewem a nawet palonym korkiem; ale za to, jeżeli przyniesie z tylnego pokoju jaką buteleczkę, to już istna ambrozia. Szampańskie u gubernatora, to kwas w porównaniu z tem, cośmy pili. Wystaw sobie, nie cliquo, ale jakieś cliquo-matradura; to znaczy dubeltowe cliquo. Wyciągnął téż butelkę francuskiego pod nazwaniem: bonbon. Zapach? — rezeda, i co tylko chcesz. Hulaliśmy, zaprawdę hulali!... Po nas przyjechał jakiś książę, posłał do sklepu po szampańskie — i ani jednéj butelki nie mógł dostać w całém mieście, oficerowie wszystko wysuszyli. Uwierzysz ty, że ja, na moją osobę, podczas obiadu wypiłem siedmnaście butelek szampana!
— Już siedmnaście butelek ty nie wypijesz, zauważył blondyn.
— Jakem honorowy człowiek, tak wypiłem, odpowiedział Nozdrew.
— Mów sobie, co chcesz, a ja powiadam, że i dziesięciu nie wypijesz.
— Chcesz iść w zakład, że wypiję?
— Po co się zakładać?
— Załóżmy się o fuzyą, którą teraz kupiłeś w mieście.
— Nie chcę.
— Załóż się, spróbuj!
— Próbować nie będę.
— A widzisz, boisz się zostać bez strzelby. Eh, bracie Cziczikow! jak ja żałowałem, że ciebie tam nie było! Wiem, że tybyś nie potrafił się rozstać z porucznikiem Kuwszynnikowem. Nadalibyście się jeden do drugiego! To nie prokurator i nie nasze gubernialne sknery, którym ręce się trzęsą o kopiejkę. Oni i do lancknechta, i do sztosa, i do czego tylko chcesz, staną. Eh, Cziczikow, dla czegożeś nie przyjechał? Bydlę jesteś za to! pocałuj mnie teraz; na śmierć cię lubię! Miżujew, patrz, oto los sprawił, żeśmy się spotkali! A co mi po nim, albo jemu po mnie? On przyjechał, Pan Bóg wie, zkąd, ja znowu tu żyję... A ile karet tam było, bracie, a wszystkie en gros. Żebyś ty wiedział, jaki to zalotnik z tego Kuwszinnikowa! Byliśmy z nim na wszystkich balach. Siedziała tam jedna, ale tak wystrojona, żem pomyślał sobie tylko: „Niech djabli porwą!“ A Kuwszynników, bo trzeba ci wiedzieć, to taka bestya, siadł koło niéj i daléj po francusku palić jéj komplementa. A ryb co było! Wiozę z sobą łososia i bałyka, — dobrze, żem je kupił, póki jeszcze były pieniądze. A ty gdzie teraz jedziesz?
— Ja tu niedaleko, rzekł Cziczikow.
— Co tam, porzuć ten projekt! jedź lepiéj do mnie!
— Nie mogę: mam interes.
— Oho! Jużeś i interes wymyślił ty Opodeldok Iwanowicz!
— Prawdziwie, mam interes, i to jeszcze ważny.
— Założę się, że łżesz! powiedz przynajmniéj do kogo jedziesz?
— Do Sobakiewicza.
Nozdrew zaczął się głośno i serdecznie śmiać, trzymając się za boki.
— Cóż w tém tak śmiesznego? zapytał Cziczikow, nie kontent z tego śmiechu.
Ale Nozdrew śmiał się na całe gardło, mówiąc od czasu do czasu: „Daj pokój, zmiłuj się, pęknę od śmiechu!“
— Ależ ja w tém nic śmiesznego nie widzę, dałem mu słowo, — rzekł Cziczików.
— Tylko zastanów się, że pożałujesz, jak przyjedziesz do tego żyda! Przecie ja znam twój charakter; bardzo się mylisz, jeżeli myślisz, że tam w karty zagrasz, albo wypijesz butelkę jakiego bonbona. Posłuchaj mnie bracie: porzuć do djabła tego Sobakiewicza! pojedziemy do mnie — a jakim wyśmienitym bałykiem cię uczęstuję! Ponamarew, wiesz kupiec, zaklinał się, mówiąc „Tylko dla was, obejdźcie cały jarmark, nie znajdziecie nic podobnego.“ Jednak to wielki szachraj, ja jemu to w oczy mówiłem: „Wy i nasz odkupszczyk pierwsze oszusty.“ Śmieje się tylko szelma, gładząc brodę. Z Kuwszynnikowem codzień u niego jadaliśmy śniadanie. Ale zapomniałem ci bracie powiedzieć: już teraz pewny jestem, że zemną pojedziesz. Uprzedzam cię jednak, że za dziesięć tysięcy rubli ci go nie oddam. „Ej, Porfiry!“ zawołał, podszedłszy do okna, na swego służącego, który w jednéj ręce trzymał kozik, a w drugiéj kromkę chleba i kawał bałyka, który udało mu się oderznąć, szukając czegoś w bryczce. — „Ej Porfiry, przynieś szczeniaka.“ Żebyś ty wiedział, co to za szczeniak, mówił daléj, obracając się do Cziczikowa, wystaw sobie kradziony, jego właściciel za nic w świecie nie chciał mi go odstąpić. Dawałem mu za niego karą kobyłę, którą pamiętasz wymieniłem u Chwostyrewa...... Cziczików jednak od urodzenia swego nie widział ani karéj kobyły, ani Chwostyrewa.
— Czy panowie nie będą łaskawi czego zakąsić? — ozwała się stara gospodyni, podchodząc do nich.
— Nie. Zresztą daj kieliszek wódki. A jaką masz wódkę?
— Anyżową.
— Dawaj anyżówki! rzekł Nozdrew.
— To i mnie daj kieliszek! rzekł blondyn.
— Poszliśmy i na teatr; była tam jedna aktorka, śpiewała bestya jak kanarek. A cośmy bud z różnemi sztukami widzieli, narachowałem ich blisko pięćdziesiąt. Tu przyjął kieliszek z rąk gospodyni, która mu się za to nisko ukłoniła.
— Dawaj go tu! zawołał, widząc wchodzącego Porfirego ze szczeniakiem.
— Dawaj go tu, połóż na podłodze.
Porfiry położył szczeniaka na podłodze, a ten rozciągnąwszy wszystkie cztery łapy, zaczął wąchać ziemię.
— Oto szczenię! rzekł Nozdrew, podnosząc go za grzbiet. Szczenię zaczęło żałośnie piszczeć.
— Tyś jednak nie zrobił tego, co ci kazałem, rzekł Nozdrew obracając się do Porfirego, przyglądając się brzuchowi psiaka. — Zapomniałeś go wyczesać?
— Owszém, wyczesałem go.
— A zkądże ma pchły?
— Nie mogę wiedzieć, może być, że się w bryce znalazły.
— Łżesz, łżesz, aniś myślał czesać; sądzę raczéj, żeś mu jeszcze, durniu, swoich napuścił. Popatrz jeno, Cziczikow, jakie uszy, pomacaj ręką.
— Po co? ja i tak widzę: dobrego pomiotu! odpowiedział Cziczikow.
— Tylko proszę cię, naumyślnie pomacaj.
Cziczikow, chcąc mu dogodzić, wziął szczenię za uszy i rzekł:
— Dobry będzie pies.
— A nos, czujesz, jaki zimny! weźże go za nos.
Nie chcąc mu się sprzeciwiać, Cziczikow pomacał i nos, mówiąc:
— Węch doskonały.
— Prawdziwy wyżeł kurlandzki, mówił Nozdrew; — już dawno miałem ochotę na takiego psa. Porfiry, odnieś go.
Porfiry wziął szczeniaka pod brzuch i odniósł go do bryczki.
— Posłuchaj Cziczikow, ty teraz nieodmiennie musisz jechać do mnie; wszystkiego tylko pięć wiorst, za kilkanaście minut dojedziemy, a późniéj, jeżeli zechcesz, to sobie pojedziesz do Sobakiewicza.
„Cóż?“ pomyślał sobie w duchu Cziczikow, „pojadę w saméj rzeczy do Nozdrewa. Wszak on nie gorszy od drugich? Taki sam człowiek, przytém jeszcze zgrał się. On, jak widać, do wszystkiego; może mi téż uda się wyprosić co od niego.“
— Dobrze więc, pojedziemy, rzekł, ale pod warunkiem, że mnie nie będziesz zatrzymywał, bo mam pilne interesa.
— Oto dasza! tak to ślicznie! Niech cię za to uściskam. Doskonale, we trzech sobie pojedziemy!
— Nie, ja cię proszę, żebyś mnie zwolnił, ozwał się blondyn; spieszy mi się do domu.
— Głupstwo, głupstwo, nie puszczę.
— Ale powiadam ci, żona będzie się gniewała; teraz możesz przesiąść się do bryczki tego pana.
— Nie, nie, nie! Ani myśli.
Blondyn był z tego rodzaju ludzi, którzy, jak się uprą, to trudna z nimi sprawa. Jeszcze nie zdążysz ust otworzyć, — a oni gotowi już do sprzeczki; zdawałoby się, że nigdy się nie zgodzą na to, co wręcz sprzeciwia się ich sposobowi widzenia, że nigdy głupstwa nie wezwą za rzecz rozumną i że nigdy nie zgodzą się tańcować tak, jak im kto zagra, w końcu zawsze jednak pokażą miękki charakter, że właśnie zgodzą się na to, czemu przeczyli; głupstwo nazwią rozumem, a wkońcu i tańcować zaczną tak, jak im zagrają — słowem, początek tęgi, ale koniec żałosny.
— Głupstwo! zawołał Nozdrew w odpowiedzi na jakieś przedstawienie blondyna, — włożył mu czapkę na głowę i blondyn poszedł za nimi.
— Wny pan za wódeczkę nie zapłacił...... rzekła gospodyni.
— Zaraz, zaraz, matko. Szwagierku, zapłać, proszę cię, bo ja nie mam przy sobie ani złamanego grosza.
— Wiele ci się należy? zapytał szwagierek.
— Tylko dwadzieścia kopiejek, rzekła stara.
— Łżesz, łżesz! Daj jéj piętnaście, aż nadto będzie miała, zawołał Nozdrew.
— Trochę za mało, rzekła stara, ale pieniądze wzięła dziękując i pospieszyła drzwi otworzyć. Stratną babina nie była, bo cztery razy więcéj zażądała, jak wódka była wartą.
Zeszli na dół, siedli do bryczek, które obok siebie jechały, tak że całą drogę mogli z sobą rozmawiać. Za nimi jechała, ciągle zostając w tyle, niewielka kolaska Nozdrewa, w któréj siedział Porfiry wraz ze szczeniakiem.
Ponieważ rozmowa, którą prowadzili podróżni, nie zajęłaby czytelnika, wolimy przeto powiewiedzieć cośkolwiek o Nozdrewie, który odegra nie ostatnią rolę w naszéj powieści.
Twarz Nozdrewa już po części znajoma czytelnikowi. Takich ludzi nie rzadko można spotykać. Nazywają się tęgie chłopcy, słyną od samego jeszcze dzieciństwa i ze szkół za dobrych kamratów, a jednak przy tém wszystkiém często bywają bici. Z ich twarzy widać szczerość, otwartość, dziarskość. Znajomości zawierają od razu; nie zdąrzysz się obejrzeć, a oni już do ciebie ty mówią. Zdawałoby się, że zawierają przyjaźń na całe życie, ale prawie zawsze tak bywa, że zaprzyjaźniwszy się, tego samego wieczora, na przyjacielskiéj pohulance, poczubią się. Nozdrew w trzydziestym piątym roku życia był ten sam, co w ośmnastym albo dwudziestym — i lubi pohulać, zabawić się. Ożenienie wcale go nie poprawiło; przytém żona wkrótce umarła, zostawiając dwoje dzieci, które mu wcale nie były potrzebne. Dzieci miały jednak niańkę, która ich pilnowała. Nigdy więcéj nad jeden dzień nie mógł w domu wysiedzieć. — Zawsze przewąchał, choćby o kilkanaście wiorst, jaki jarmark, zebranie albo bal i w mgnieniu oka już tam był i zrobił awanturę przy kartach, bo tak — jak wszyscy jemu podobni — lubił karty niesłychanie.
Jakeśmy widzieli w pierwszym rozdziale, nie grał on w karty zupełnie czysto i bez grzechu, znał rozmaite wolty i przeróżne sztuki, tak że gra w karty często kończyła się inną grą: albo zbili go i namięli boków obcasami, albo téż były w robocie jego piękne i gęste faworyty, tak że czasem wracał do domu z faworytami po jednéj tylko stronie i to bardzo przerzedzonemi. Ale zdrowe i pełne jego policzki zawierały w sobie tyle sił żywotnych, że faworyty znowu wyrastały, i to jeszcze gęstsze i piękniejsze, niż przedtém. — Co jednak w tém najosobliwszego i co tylko w jednéj Rosyi może się zdarzyć, to to, że wkrótce potém spotykał się z tymi samymi przyjaciołmi, co go tak wytuzowali i witał się z nimi, jakby nigdy nic między nimi nie zaszło. I on, jak to mówią, nic — i oni téż nic.
Pod pewnemi względami Nozdrew był historycznym człowiekiem. Musiała koniecznie zdarzyć się jaka historya: albo żandarmi wyprowadzili go z sali pod ręce, albo téż przyjaciele byli zmuszeni wypchnąć go za drzwi. Jeżeli zaś to nie nastąpiło, zdarzyło się zawsze jednak coś takiego, co się drugiemu nie przytrafi; w bufecie n. p. albo śmiał się tylko, albo tak zełgał, że aż wstyd. — Nakłamał zupełnie bez potrzeby i bez celu; powiedział n. p. że miał konia różowego albo jasno niebieskiego, lub jakie podobne głupstwo, tak iż wszyscy słuchacze odchodzili od niego, mówiąc: zdaje się bracie, żeś już zalał kulę.
Są ludzie, którzy mają pasyą szkodzić drugim bez żadnego celu. I tak n. p. zdarza się spotkać człowieka z wyższą rangą, szlachetnéj postaci, z gwiazdą na piersiach, będzie serdecznie ściskał za rękę, zacznie mówić o przedmiotach głębokich, dających do myślenia, a potém patrz, zaraz w oczach twoich zaczyna obgadywać, jak prosty kolezki registrator,[1] a nie jak przystało na człowieka z gwiazdą na piersiach, mówiącego o przedmiotach głębokich, dających do myślenia, tak że stoisz tylko, dziwisz się, ruszysz ramionami i nic więcéj. Taką namiętność posiadał Nozdrew. — Im kto w bliższych był z nim stósunkach, tém więcéj mu dopiekał; rozpowszechniał najgłupsze wieści, rozrywał skojarzyć się mające małżeństwa, różnił kupujących, a jednak nie uważał się nigdy za niczyjego nieprzyjaciela, i jeżeli się przypadkiem z kim spotkał lub kogo obraził, to mówił: co ty za szelma, nigdy do mnie nie przyjedziesz. On był, jak to mówią, do wszystkiego.
W téj saméj chwili proponował jaką podróż, choć na koniec świata, przystąpienie do jakiéjbądź entrepryzy, mienianie się na wszystko. — Strzelba, pies, koń — wszystko mogło być przedmiotem wymiany, jednakże nie we widokach korzyści, — tylko wyłącznie z niespokojności charakteru. Jeśli na jarmarku udało mu się ograć jakiego nowicyusza, zaraz zakupił stosy różnych rzeczy, które mu przypadły w oko: chomąt, zapałek, chustek dla niańki, ogiera, rodzynków, miednicę srebrną, płótna holenderskiego, mąki pszennéj, tytóniu, pistoletów, śledzi, obrazków, warsztat tokarski, garnczków, butów, naczyń porcelanowych na ile tylko wystarczyło pieniędzy. Rzadko się jednak zdarzało, żeby to wszystko dostało się do domu; tego samego dnia najczęściéj przegrywał do innego, szczęśliwszego, czasem jeszcze dołożył swą fajkę z kapciuchem, zdarzało się nawet, że puścił i czwórkę ze wszystkiém, z kolaską i furmanem, a sam w krótkim surduciku lub kuséj algierce — szukał przyjaciela, któryby go chciał zabrać na swoją bryczkę. Takim był Nozdrew!
Może kto powie, że to charakter przedawniony, że teraz nie ma już Nozdrewów. — Niestety! Niesprawiedliwi byliby ci, coby tak utrzymywali. Jeszcze upłynie dużo czasu, nim takie Nozdrewy wyplenią się z tego świata. Oni wszędzie są między nami, może tylko w innym ubiorze; ale lekkomyślni, nieprzenikliwi ludzie mniemają, że dla tego, iż się przebrał, został innym człowiekiem.
Tym czasem bryczki zajechały przed ganek domu Nozdrewa. W domu nie było nic przygotowane na ich przyjęcie. Dwóch chłopów bieliło pokój jadalny, śpiewając jakąś pieśń przeciągłą; podłoga wszędzie była zabryzgana wapnem. Nozdrew zaraz kazał iść precz malarzom, sam zaś wyszedł do drugiego pokoju wydać rozkazy. Goście słyszeli, jak dysponował kucharzowi obiad; Cziczikow, u którego apetyt zaczął się na nowo odzywać, zmiarkował, że przed piątą godziną nie siądą do stołu. Nozdrew, skoro powrócił, poprowadził swoich gości obejrzeć wszystko, co się u niego na wsi znajdowało, i w dwie godziny pokazał wszystko, tak, że już nic więcéj do obejrzenia nie zostało. Najpierw poszli do stajni, w któréj widzieli dwie klacze, jedną siwo-jabłkowitą, drugą karą, następnie gniadego ogiera, za które Nozdrew, przysięgał się, że dał dziesięć tysięcy rubli.
— Tyś za niego dziesięć tysięcy nie dał, on i tysiąca nie wart.
— Jak Boga kocham, zapłaciłem dziesięć tysięcy, rzekł Nozdrew.
— Przysięgaj się, ile chcesz, odpowiedział szwagier.
— Chcesz? pójdźmy w zakład, rzekł Nozdrew
Ale szwagier zakładać się nie chciał.
Następnie Nozdrew pokazał puste przegrody, w których kiedyś stały także doskonałe konie. W téjże stajni widzieli kozła, którégo podług starodawnych zwyczajów, uważano za konieczne trzymać przy koniach i który jak widać był z niemi w zgodzie, bo spacerował sobie pod ich brzuchami, jakby był u siebie. Pokazał im następnie Nozdrew wilczka na uwięzi. „Patrzcie co za wilczek!“ mówił; „naumyślnie karmię go surowem mięsem, żeby był dziki!“ Obejrzeli sadzawkę, w któréj jak mówił Nozdrew były tak wielkie ryby, że dwóch ludzi zaledwie jednę sztukę unieśćby mogło, o czém jednak szwagier pozwolił sobie wątpić. „Pokażę ci Cziczikow,“ rzekł Nozdrew „parę psów, jakich jeszcze nigdy nie widziałeś!“ i poprowadził ich ku ładnemu małemu domkowi, otoczonemu ogrodzonym dziedzińczykiem. Gdy weszli na ten dziedzińczyk, psy rzuciły się do Nozdrewa z karesami, a on wyglądał między niemi zupełnie jak ojciec pośród dzieci.
Gdy psy obejrzeli, Nozdrew zaprowadził ich jeszcze do staréj krymskiéj suki, całkiem ślepéj, która, podług słów Nozdrewa, miała nie długo zdechnąć, ale tému dwa lata, była doskonałą suką. Zwiedzili następnie młyn wodny, gdzie brakło kamieni; idąc daléj, Nozdrew powiedział: „Patrzcie, tutaj będzie stała kuźnia.“ Wistocie widzieli miejsce, na którém można było kuźnię zbudować.
— Na tém polu, rzekł Nozdrew, pokazując palcem na pole, — taka moc zajęcy, że ziemi od nich nie widać; ja sam własnemi rękami złapałem jednego za zadnie skoki.
— Zająca ty nie złapiesz ręką! zauważył szwagier.
— Właśnie żem złapał! odpowiedział Nozdrew.
— Teraz poprowadzę cię, mówił daléj, obracając się do Cziczikowa, na granicę, gdzie kończy się mój majątek.
Nozdrew poprowadził swoich gości polem.
Goście musieli iść to po oranéj, to po zawleczonej ziemi, i Cziczikow czuł nie małe znużenie. W wielu miejscach pod ich nogami występowała woda. Z początku szli ostrożnie, ale widząc, że to się na nic nie przyda, szli sobie na przebój. Przeszedłszy kawał nie mały, stanęli na granicy, którą oznaczał mały słupek i wąziutki rowek.
— Oto granica! rzekł Nozdrew: — wszystko co widzisz po téj stronie, to wszystko moje, i nawet to, co po tamtéj stronie, cały las, który ciemnieje w dali, i wszystko co za lasem — wszystko moje.
— A od kiedyż las do ciebie należy? zapytał szwagier? — Czyś go kupił? Przecież to nie twój las.
— Tak, kupiłem go niedawno, odpowiedział Nozdrew.
— Jakżeś ty mógł go tak prędko nabyć?
— Od trzech dni go kupiłem i drogo zapłaciłem, niech djabli porwą.
— Przecież byłeś wtedy na jarmarku.
— Eh ty Sofron![2] Alboż nie można być w tym samym czasie na jarmarku i las kupić? Ja byłem na jarmarku, a mój pisarz kupił las bezemnie.
— Chyba że pisarz kupił, rzekł szwagier, ale jakoś nie wierzył i kręcił głową.
Goście powrócili tą samą złą drogą do domu. Nozdrew zaprowadził ich do swojego gabinetu, w którym nie znaleźli jednak tego, co zwykle bywa w gabinetach, t. j. książek i papierów; wisiały tam tylko pałasze i dwie strzelby, jedna z nich, jak zaręczał gospodarz, wartości dwóch set, a druga trzech set rubli. Szwagier obejrzał je i pokręcił głową. Następnie oglądano tureckie kindżały, lecz na jednym z nich zapewne przez pomyłkę było wyryte po rosyjsku: Majster Iwan Sybiraków. Z kolei przedstawioną została gościom katarynka. Nozdrew zaraz zaczął kręcić i katarynka zagrała, ale snać wewnątrz zaszedł jakiś przypadek, bo mazur kończył się piosenką: Malboroug s’en vat en guerre; a Malboroug s’en vat en guerre nagle przemienił się w znanego walca. Nozdrew już od dawna przestał kręcić, ale w katarynce była jedna piszczałka, która żadnym sposobem nie chciała zamilknąć i długo jeszcze sama jedna się odzywała. Przyszła następnie koléj na obejrzenie fajek, drewnianych, glinianych, piankowych, jednych wypalonych, drugich nie wypalonych, jednych obszytych w skórkę, drugich nie obszytych; cybuchów z bursztynami i bez bursztynów; pokazał téż kapciuch wyhaftowany przez jakąś hrabinę, która na stacyi pocztowéj do szaleństwa się w nim rozkochała, i u któréj rączki, jak mówił Nozdrew, były jak najsubtelniejsze siuperfliu, — słowo, które zapewne znaczyło u niego najwyższą doskonałość. Zakąsiwszy bałyka, siedli do stołu około piątéj. Obiad, jak widać, nie był głównym celem życia Nozdrewa; potrawy nie grały ważnéj roli: jedne były spalone, drugie niedogotowane. Widać, że kucharz kierował się instynktem, i pakował pierwszą lepszą rzecz, która mu wpadła pod rękę: jeżeli leżał pieprz — to kładł pieprzu, jeżeli kapusta, to kapustę, mięszał mleko, groch, szynkę — wszystko było mu jedno, aby tylko dać gorące, a smak, jak sądził, to się już jakiś znajdzie. Za to Nozdrew dbał o wino: jeszcze przed podaniem zupy, nalał gościom po kieliszku portwajnu, i po drugim hautsoternu, dla tego, że w miastach gubernialnych nie bywa zwyczajnego soternu, tylko haut-soterne. Następnie Nozdrew kazał podać butelkę madery, „lepszéj nawet feldmarszałek nie pije“ — powiedział. Madera w saméj rzeczy paliła w gardle, bo kupcy, znając gust obywateli, zaprawiają to wino nielitościwie arakiem, niektórzy nawet wodą królewską, w nadziei, że rosyjskie żołądki wszystko zniosą. Potém Nozdrew kazał jeszcze przynieść jednę osobliwszą butelkę, która, jak mówił, była zarazem i burgonion i szampanion. Bardzo téż gorliwie nalewał po obu stronach, i szwagrowi i Cziczikowi, Cziczików zauważał jednak, że sobie leje mało, to go zastanowiło i powiedział sobie, że się będzie miał na baczności. To téż jak tylko Nozdrew się gdzie obrócił, albo dolewał szwagrowi, on zaraz wylewał ze swego kieliszka na talerz. Wkrótce podali jarzębinową nalewkę, która, jak mówił Nozdrew, miała mieć zapach śliwek, ale rzecz szczególna, śmierdziała tylko prostą siwuchą. Późniéj pili jakiś balsam, ale tak się dziwnie nazywał, że trudno spamiętać, ba! nawet sam gospodarz, za drugim razem nazywał go inaczéj. Obiad już od dawna był skończony, a goście jeszcze siedzieli przy stole. Cziczików nie chciał mówić przy szwagrze o swoim interesie. Przedmiot ten potrzebował widzenia się na osobności i przyjacielskiego wylania. Chociaż szwagier nie mógł być niebezpieczny, bo miał już zadość, i nosem tylko uderzał o talerz. Niebawem sam on spostrzegłszy, że jakoś z nim nie tęgo, wstał więc, jak mógł, i zaczął prosić, aby go Nozdrew puścił do domu.
— Nie, nie, nie puszczę, rzekł Nozdrew.
— Ale proszę cię, mój kochany, mówił szwagier, puść mnie.
— Głupstwo, założymy zaraz banczek.
— Zakładaj sobie sam, bracie, a ja nie mogę: żona będzie niespokojna i będzie się gniewać, muszę jéj opowiedzieć, co się działo na jarmarku. Należy jéj się ta przyjemność, proszę cię, nie zatrzymuj mnie.
— Niech tam twoją żonę... Strasznie téż ważny macie do siebie interes!
— Nie mów tego, ona taka zacna kobieta! Proszę cię, nie zatrzymuj mnie, muszę koniecznie wracać do domu.
— Puść go, niech jedzie, co za pożytek z niego? rzekł cicho Cziczikow do Nozdrewa.
— Masz słuszność! rzekł Nozdrew, nie cierpię takich mazgajów: Niech cię diabli porwią, jedź sobie do żony.
— Ty nie klnij, bracie, bo moja żona to taka dobra, taka miła, taka łaskawa, aż na płacz się zbiera. Zapyta się, com widział na jarmarku, — trzeba jéj wszystko opowiedzieć.
— Jedź, jedź! łżyj jéj, jak sobie chcesz, oto twoja czapka.
— Nie wypada, bracie, nie wypada, tak się o niéj odzywać, ty tém samém i mnie ubliżasz... a ona taka miła.
— Więc jedźże sobie do niéj czémprędzéj!
— Pojadę, bracie, pojadę, przepraszam cię, że wstać nie mogę. Całém sercem bym pragnął, ale nie mogę. Szwagier długo jeszcze się usprawiedliwiał, nie zważając, że już od dawna siedział na bryczce, że od dawna wyjechał za wrota i że teraz przed nim było puste pole. Można przypuścić, że żona nie dowiedziała się szczegółów o jarmarku.
— Dureń! mówił Nozdrew, stojąc przed oknem i patrząc na odjeżdżającą bryczkę. A jak się spieszy! Dobrego ma konia na przyprzążce, dawno mnie na tego konia bierze ochota. Ale z tym mazgajem nie można żadnego zrobić interesu.
Przeszli następnie do innego pokoju; Porfiry podał świece, a Cziczikow spostrzegł w rękach gospodarza talią kart, która, nie wiedzieć, zkąd się wzięła.
— Co myślisz, bracie, rzekł Nozdrew, zgiąwszy karty tak, że papier, w którym były zawinięte, popękał na wszystkie strony. — Dla przepędzenia czasu trzymam bank z trzystu rubli.
Cziczikow udał, że nie słyszy, i obracając się do niego, jakby sobie coś nagle przypomniał:
— A, żeby nie zapomnieć: mam do ciebie prośbę.
— Jaką?
— Daj naprzód słowo, że ją spełnisz.
— Ale o co rzecz idzie?
— Daj tylko słowo.
— Dobrze, daję ci je.
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— Oto interes: u ciebie zapewne, od czasu ostatniéj rewizyi, nie mało chłopów musiało umrzeć?
— Umarło. Ale cóż z tego?
— Przepisz ich na mnie, to jest na moje imię.
— Dla czego?
— Bo mi się to przyda.
— Ale na co?
— Potrzebuję, w tém już moja sprawa, słowem potrzebuję.
— Ty pewno coś knujesz. Przyznaj się, co?
— Zdaje ci się tylko, czy można zrobić co wielkiego z tą lichotą.
— W takim razie na co ci się to przyda?
— Jakiś ty ciekawy! Tobie każdéj drobnostki chciałoby się ręką dotknąć, a nawet powąchać.
— Dla czego ty nie chcesz powiedzieć? Więc tak będzie: póki nie powiesz, nic nie zrobię!
— Jakaż dla ciebie korzyść, jak się dowiesz? Tak sobie tylko, przyszła mi fantazya. A z twojéj strony nie honorowo słowo dałeś, a teraz się cofasz.
— Jak sobie chcesz, jednak nic nie wskórasz, póki nie powiesz.
„Coby mu tu powiedzieć?“ myślał sobie Cziczikow, i po minucie zastanowienia powiedział mu, że dusze martwe potrzebne mu są dla nadania sobie większego znaczenia w spółeczeństwie, że dóbr wielkich nie posiada, że chce przeto brak ten wynagrodzić chociaż po części, duszami...
— Łżesz, łżesz! zawołał Nozdrew, nie dając mu nawet dokończyć, — łżesz, bracie!
Cziczikow sam zmiarkował, że nie na tęgi zdobył się koncept i że błahą podał przyczynę.
— Powiem ci już rzeczywistą prawdę, mówił on, tylko zaklinam cię, zachowaj to w tajemnicy. Mam zamiar ożenić się; ale trzeba ci wiedzieć, że rodzice panny młodéj nadzwyczaj ambitni ludzie. Sam nie rad jestem teraz, żem się wdał z nimi. Pragną koniecznie, żeby pan młody miał przynajmniéj trzysta dusz, a ponieważ mnie braknie ich blisko półtora sta...
— Łżesz, jak Boga kocham, łżesz! zawołał znowu Nozdrew.
— Teraz, rzekł Cziczikow, to i na tyle nie skłamałem, i pokazał wielkim palcem sam koniuszek małego.
— Głowę swoję daję, że łżesz!
— Jednakże to przykro! Cóż ty sobie myślisz w saméj rzeczy? Dla czego mam koniecznie łgać?
— Już ja znam ciebie: wiem, żeś ty oszust nie lada — pozwól, że ci to powiem z przyjaźni. Gdybym był twoim naczelnikiem, kazałbym cię powiesić na pierwszéj gałęzi.
Cziczikow obraził się takiém oświadczeniem. Każde słowo, trochę grube lub ubliżające było dla niego nieprzyjemne. Nie lubił nawet dopuszczać z sobą żadnéj poufałości, chyba wtedy, kiedy osoba była bardzo wysoko położona. Dla tego téż teraz na prawdę się obraził.
— Jak Boga kocham, powiesiłbym, powtórzył Nozdrew. — Nie mówię tego w celu, żeby cię obrazić, ot tak po prostu, po przyjacielsku.
— We wszystkiém jest granica, rzekł Cziczikow. Jeżeli chcesz popisywać się z takiemi gadaninami, to idź sobie do koszar, a po chwili dodał: jeżeli nie chcesz darować, to sprzedaj.
— Sprzedać! Znam ja ciebie ptaszku, ty drogo nie zapłacisz, gałganie?
— Tyś także paradny! Czy one są brylantowe, czy co?
— Widzisz? Dobrze mówiłem, już ja znam ciebie, ptaszku.
— Zmiłujże się, bracie, jaka u ciebie żydowska natura! Powinienbyś mi je oddać bez wszystkiego.
— Żeby ci dowieść, że nie jestem żydem, to nic za nie nie wezmę. Kup mojego ogiera, a dusze dam ci w dodatku.
— A co mi po twoim ogierze? rzekł Cziczikow zdumiony taką propozycyą.
— Jak to, co ci po nim? Ja zapłaciłem za niego dziesięć tysięcy rubli, a tobie go oddam za cztery.
— Ale ja ogiera nie potrzebuję, stadniny nie mam.
— Posłuchaj tylko, ty nie rozumiesz: teraz dasz mi tylko trzy tysiące, a czwarty tysiąc trochę późniéj.
— Kiedy ogier mi nie potrzebny, Bóg z nim!
— Więc kup karą kobyłę.
— I kobyły nie potrzebuję.
— Za kobyłę i siwego konia, któregoś widział, wezmę od ciebie tylko dwa tysiące.
— Ale mnie konie na nic się nie zdadzą.
— Sprzedasz je na pierwszym jarmarku, zapłacą ci trzy razy tyle.
— Zatém lepiéj, żebyś sam sprzedał, kiedy jesteś pewny, że trzy razy tyle weźmiesz.
— Ja wiem, że zyskałbym, ale chciałem, żebyś i ty zarobił.
Cziczikow podziękował, jednakże wręcz odmówił.
— Więc kup odemnie parę psów. Odstąpię ci także, że aż ci zimno w kości pójdzie! Z brodami i wąsami, a szerść na nich najeżona jak szczecina.
— Nie potrzebuję, ja nie myśliwy.
— A ja takbym pragnął, żebyś ty miał psy. Ale słuchaj, kiedy psów nie chcesz, kup katarynkę. Cudny instrument! Jakem honorowy człowiek, tak mnie kosztowała półtora tysiąca, a tobie sprzedam za dziewięćset rubli.
— Ale do czego mnie katarynka, przecież ja nie Niemiec, żebym ją na plecach dźwigał i pieniądze po drogach zbierał.
— To nie taka katarynka, jaką Niemcy po drogach noszą. To organy; przypatrz jéj się tylko: cała mahoniowa. Pójdź, pokażę ci ją jeszcze! I Nozdrew wziął za rękę Cziczikowa i ciągnął go do drugiego pokoju, i chociaż Cziczikow opierał się nogami ze wszystkich sił i upewniał, że wie, jaka to katarynka, musiał jednak jeszcze raz wysłuchać, jak Malborough wyprawiał się na wojnę.
— Kiedy nie chcesz kupić za gotówkę, rzekł Nozdrew, ot wiesz, jak zrobimy: ja tobie dam katarynkę i wszystkie martwe dusze, ile ich tam jest; a ty mi daj twoją bryczkę i trzysta rubli przydatku.
— A to znowu! A czémże pojadę?
— Dam ci inną bryczkę. Pójdziemy do wozowni, to ci ją pokażę! Każesz ją tylko przemalować, a będzie ślicznie wyglądała.
„To go dopiero djabeł opętał!“ pomyślał w duchu Cziczikow i postanowił oswobodzić się od wszystkich bryczek, katarynek, psów, ogierów i kobył.
— Pomyśl, bryczka, katarynka i martwe dusze, wszystko razem, rzekł Nozdrew.
— Nie chcę! rzekł jeszcze raz Cziczikow.
— Dla czego nie chcesz?
— Dla tego, że nie chcę — i basta.
— Jakiś ty uparty, naprawdę! Z tobą nie można, jak widzę, poczynać sobie jak z dobrym przyjacielem. Zaraz widać, żeś człowiek obłudny.
— Cóż ty myślisz, że ja dureń jaki? osądź sam: po co mam nabywać przedmioty zupełnie mi nie potrzebne?
— Tylko już proszę cię lepiéj nic nie mów: Poznałem się już na tobie. Prawdziwa z ciebie kanalia! Posłuchaj: chcesz, załóż sztosa? Na jednę kartę postawię wszystkie dusze i katarynkę.
— Puścić się w sztosa, jest to sprawę uczynić nie pewną, rzekł Cziczikow i z ukosa popatrzał na karty, które Nozdrew trzymał w ręku. Obiedwie talie wydały mu się podejrzane.
— Dla czego nie pewną? rzekł Nozdrew.
— Tu nie ma żadnéj niepewności! Niech tylko szczęście ci posłuży, a djabli wiedzą, co wygrasz.
Gdy Nozdrew to mówił, Porfiry przyniósł butelkę. Ale Cziczikow stanowczo oświadczył, że już pić nie będzie i grać nie będzie.
— Dla czego ty grać nie chcesz? zapytał Nozdrew.
— Bo nie mam ochoty. Wogóle, muszę ci się przyznać, że nie bardzo grę lubię.
— Dla czego nie lubisz?
Cziczikow ruszył ramionami i dodał:
— Bo nie lubię.
— Kiep jesteś!
— Cóż robić? Takim mnie Bóg stworzył.
— Dawniéj myślałem, żeś ty choć trochę porządny człowiek, a ty zgoła nie umiesz się zachowywać. Nie można z tobą mówić jak z bliskim, żadnéj otwartości, szczerości nie ma w tobie. Taki sam jesteś gałgan, jak Sobakiewicz!
— Za cóż ty mnie lżysz? Czy to grzech, że nie gram w karty? Sprzedaj mi dusze osobno, jeżeli taki jesteś człowiek, że łakomisz się na taką odrobinę.
— Djabła łysego dostaniesz!... Chciałem ci je darmo oddać, ale teraz już nie dam! Chociażbyś za nie trzy królestwa dawał, nie sprzedam. Od téj pory, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Porfiry, idź do furmana, powiedz mu, żeby koniom tego pana nie dawał owsa, niech tylko siano jedzą.
Takiego rozwiązania Cziczikow wcale się nie spodziewał.
— Lepiéj byś zrobił, gdybyś mi się był na oczy nie pokazywał, rzekł Nozdrew.
Nie zważając jednak na to, co się stało, i gość i gospodarz zasiedli do kolacyi, ale już nie podano wina z szumnemi etykietami, a stała tylko skromnie jedna butelka jakiegoś wina niby cypryjskiego, a istny kwas. Po kolacyi, Nozdrew odprowadził Cziczikowa do przeznaczonego mu pokoju: „Oto twoja pościel! Nie chcę nawet życzyć ci dobréj nocy.“
Cziczików, po wyjściu Nozdrewa, był w najgorszém usposobieniu. Wyrzucał sobie, przeklinał sam siebie, że do niego zajechał i cały dzień stracił; tego sobie szczególniéj nie mógł darować, że mówiąc z nim o interesie, postąpił sobie jak dzieciak, jak błazen; bo interes nie był tego rodzaju, aby go było można powierzyć Nozdrewowi, takiemu letkiewiczowi; Nozdrew może nakłamać, rozpuścić, djabli wiedzą, jakie plotki: „nie dobrze, nie dobrze, prawdziwy dureń ze mnie!“ mówił do siebie. Spał bardzo licho, coś go ciągle kąsało a drapiąc się, powtarzał: „Żeby was djabli porwali, razem z Nozdrewem!“ Obudził się wcześnie. Zaraz włożył szlafrok i buty i poszedł do stajni kazać Selifanowi zaprzęgać. Powracając, spotkał Nozdrewa, także w szlafroku z fajką w ustach.
Nozdrew przywitał go po przyjacielsku i zapytał się, jak mu się spało?
— Tak sobie, odpowiedział sucho Cziczików.
— A mnie, wystaw sobie bracie, mówił Nozdrew, całą noc majaczyły się smalone duby, aż przykro wspomnieć, i w ustach po wczorajszém tak, jak gdyby cały szwadron w nich nocował. Wystaw sobie, śniło mi się, że mi cięgi sprawiono, jak Boga kocham! I wyobraź sobie kto? Nigdy nie zgadniesz! — sztabs-rotmistrz Pocałujew i porucznik Kuwszyników.
— „Dobrzeby było, żeby cię to spotkało na jawie,“ pomyślał w duchu Cziczików.
— Jak Boga kocham, aż boli! Obudziłem się, a tu w saméj rzeczy ciało swędzi; pewnie to pchły przeklęte. Idź, ubierz się, zaraz do ciebie przyjdę, muszę tylko wyłajać ekonoma.
Cziczików poszedł do siebie ubrać się i umyć.
Gdy wyszedł następnie do sali jadalnéj, już zastał wszystko przygotowane do herbaty. Widać tam było jeszcze ślady wczorajszego obiadu i kolacyi, szczotka musiała nie dotykać podłogi, na któréj leżały okruchy chleba, popiół z fajek i cygar nie był strząśnięty z obrusa. Gospodarz zaraz przyszedł, nie miał on nic pod swoim szlafrokiem, oprócz gołych piersi mocno zarosłych. Trzymając w ręku fajkę i popijając herbatę, mógłby się był podobać malarzowi, któryby nienawidził wymuskanych figur, podobnych do lalek wystawionych w oknach fryzyerów.
— No i cóż, rzekł Nozdrew po krótkim milczeniu, nie namyśliłeś się grać na dusze?
— Już ci raz mówiłem, bracie, że nie będę grał, kupić, z chęcią kupię.
— Ja znowu nie chcę sprzedać: toby nie było po przyjacielsku. W karty rzecz inna, — przeciągniemy choć jedną talię!
— Już ci powiedziałem, że nie.
— A mieniać się nie chcesz?
— Nie chcę.
— Posłuchaj: zagramy w warcaby; wygrasz, twoje wszystkie. U mnie dużo jest takich, których potrzeba z list wykreślić. Porfiry, przynieś warcabnicę!
— Napróżno, ja grać nie będę.
— Przecież to nie w karty, tu nie potrzeba żadnego szczęścia, ani téż nie może być oszukaństwa; wszystko zależy od umiejętności. Muszę cię nawet uprzedzić, że ja prawie wcale grać nie umiem, chyba że mi dasz co naprzód.
„Spróbuję“, pomyślał Cziczikow, „zagram z nim w warcaby? W warcaby ja kiedyś nie źle grałem, a szachrować w tę grę trudno.“
— Zgadzam się, niech i tak będzie, zagramy w warcaby.
— Dusze idą w stu rublach.
— Dla czego? dostatecznie jeśli pójdą w pięćdziesięciu.
— Nie, co to za stawka pięćdziesiąt? Lepiéj ja dodam co do martwych, albo szczeniaka, albo złotą pieczątkę od zegarka.
— Niech i tak będzie! rzekł Cziczików.
— Ile dajesz mi naprzód? rzekł Nozdrew.
— A to z jakiéj racyi? naturalnie że nic.
— Pozwól przynajmniéj, żebym zrobił pierwsze dwa pociągnienia.
— Nie chcę, ja sam gram nie tęgo.
— Wiemy, jak wy nie tęgo gracie! rzekł Nozdrew, robiąc posunięcie.
— Dawno téż warcabów w ręku nie miałem! mówił Cziczików, robiąc także posunięcie.
— Wiemy, jak wy nie tęgo gracie, rzekł Nozdrew posuwając warcabę.
— Dawno téż warcabów w ręku nie miałem! mówił Cziczików, robiąc posunięcie.
— Wiemy, jak wy nie tęgo gracie, rzekł Nozdrew, posuwając warcabę, ale razem z nią posunął rękawem i drugą warcabę.
— Dawno téż warcabów w rękach... E, e! a to co bracie? postaw ją na swoje miejsce, mówił Cziczików.
— Kogo?
— Warcabę, rzekł Cziczików, i w téjże chwili zobaczył przed samym nosem i drugą, która jak się zdawało dobierała się do damy. Zkąd one się tam wzięły, to Bóg jeden wie. — Nie, rzekł Cziczików, wstając, — z tobą grać nie podobna, tak się nie posuwa, trzema warcabami na raz.
— Jak to trzema? To przypadkiem. Sama się posunęła; ale ja ją postawię na swojém miejscu.
— A druga, skąd się wzięła?
— Jaka druga?
— A ta, która dobiera się do damy.
— Masz tobie! jak gdybyś nie pamiętał!
— Nie, bracie, ja zachowałem wszystkie posunięcia, i wszystko pamiętam; tyś ją teraz dopiero tu postawił, a jéj miejsce, ot tutaj!
— Gdzie? gdzie jéj miejsce, rzekł czerwieniąc się Nozdrew; — jak widzę, bracie, to ty lubisz zmyślać.
— Nie, bracie, to ty zmyślasz, ale ci się nie udaje.
— Za kogo ty mnie masz? mówił Nozdrew, czy myślisz, że ja szachraj?
— Nie mam ciebie ani za to, ani za owe; ale od téj pory nigdy z tobą więcéj grać nie będę.
— Nie możesz teraz się cofnąć, mówił Nozdrew rozpalając się; — gra już zaczęta!
— Mam prawo gry nie kończyć, bo ty nie grasz tak, jak przystało na honorowego człowieka.
— Łżesz, ty tego nie możesz powiedzieć!
— Nie prawda, bracie, ty sam łżesz!
— Ja nie szachrowałem, cofnąć się nie możesz, ty musisz kończyć partyą!
— Do tego mnie nie zmusisz, rzekł z zimną krwią Cziczików, podstąpił do stołu i zmięszał warcaby.
Nozdrew wybuchnął i podszedł tak blisko do Cziczikowa, że ten cofnął się o dwa kroki.
— Ja cię zmuszę do grania! To nic, żeś warcaby pomięszał! pamiętam wszystkie posunięcia. Ustawimy je tak, jak stały.
— Nie, bracie, rzecz skończona: ja z tobą grać nie będę.
— Więc ty nie chcesz grać?
— Sam widzisz, że z tobą grać nie podobna.
— Nie, powiedz otwarcie, ty nie chcesz grać? mówił Nozdrew, przystępując bliżéj.
— Nie chcę! rzekł Cziczików, ale podniósł obiedwie ręce, na każdy przypadek bliżéj twarzy, bo sprawa stawała się coraz gorętszą. Ta ostrożność była potrzebną, bo Nozdrew zamachnął się ręką... i byłoby się mogło stać, iżby jeden z przyjemnych i pełnych policzków naszego bohatera pokrył się niezmazalną plamą; ale szczęściem odtrąciwszy zamach, złapał Nozdrewa za obiedwie ręce i trzymał je silnie.
— Porfiry! Paweł! krzyczał w wściekłości Nozdrew, starając się wyrwać.
Usłyszawszy te słowa Cziczików, puścił jego ręce, nie chcąc, aby służący byli świadkami takiego zajścia, oraz widząc, że na nic by mu się nie przydało trzymać dłużéj Nozdrewa. Wszedł Porfiry i Paweł, chłop ogromny, z którym ciężka by była sprawa.
— Więc nie chcesz kończyć partyi? mówił Nozdrew. — Mów otwarcie.
— Nie ma sposobu jéj kończyć, odpowiedział Cziczików, a wejrzawszy przez okno, spostrzegł swoją bryczkę i Selifana siedzącego na koźle, gotowego zaraz ruszyć. Ale niepodobna było wyjść z pokoju, we drzwiach stało dwóch barczystych chłopów, Porfiry i Paweł.
— Więc ty nie chcesz kończyć partyi? powtórzył Nozdrew, a twarz jego pałała jak w ogniu.
— Gdybyś był grał jak przystało na honorowego człowieka... ale teraz nie mogę.
— Więc ty nie możesz, łajdaku! Gdyś postrzegł, że przegrywasz, to nie możesz! Bijcie go! zawołał na swoich ludzi, a sam złapał cybuch czereszniowy.
Cziczików stał blady jak ściana. Chciał coś powiedzieć, ale czuł, że wargi jego się ruszają, nie wydając żadnego głosu. — Bijcie go! krzyczał Nozdrew, postępując naprzód z cybuchem, cały zapyrzony i spocony, jak by szedł do szturmu jakiéj fortecy. Bijcie go! krzyczał takim głosem, jakim w czasie wielkiego ataku woła do swoich żołnierzy „Naprzód dzieci!“ bohaterski porucznik, którego odwaga tak głośna, że rozkazują trzymać go za ręce w najgorętszych chwilach. Ale porucznik się zawziął, w jego oczach stanął Suworow, drze się do sławy: „Naprzód dzieci!“ woła pędząc pierwszy, nie myśląc, że szkodzi już ułożonemu planowi ogólnego ataku, że tysiące karabinów są na niego wymierzone, że jak puch wyleci w powietrze jego słaby oddział i że już świszcze złowroga kula, która zamknie jego krzykliwe usta. Ale jeżeli Nozdrew podobnym był do tego oficera, to forteca którą miał zdobywać, nie wyglądała na niezdobytą. Przeciwnie, forteca tak była przestraszona, że aż dusza jéj poszła w pięty. Już krzesełko, którem Cziczików się zasłonił, ludzie mu z rąk wydarli, już zamrużywszy oczy, więcéj umarły niż żywy, przygotowany był spróbować czereszniowego cybucha i Bóg wie, co by się z nim było stało; przeznaczenie jednak chciało ocalić boki, plecy i inne szacowne części naszego bohatera. Nagle dał się słyszeć dzwonek pocztowy, zawarczały koła i dzielna trójka zatrzymała się przed gankiem. Wszyscy pomimo woli wyjrzeli przez okno. Jakiś mężczyzna z wąsami w mundurze wyskoczył z bryczki, i nim jeszcze Cziczików zdążył się uspokoić i w najsmutniejszem był położeniu, wszedł do pokoju.
— Proszę mi powiedzieć, który z panów jest p. Nozdrew? rzekł nieznajomy, przyglądając się ze zdziwieniem Nozdrewowi, który stał z cybuchem w ręku, i Cziczikowowi, który ledwie zaczął do siebie przychodzić.
— Proszę mi naprzód powiedzieć, z kim mam honór mówić? rzekł Nozdrew, podchodząc ku niemu.
— Kapitan isprawnik.
— A co wam potrzeba?
— Przyjechałem wam udzielić zawiadomienie, które otrzymałem, że znajdujecie się pod władzą sądu aż do czasu ukończenia śledztwa w waszéj sprawie.
— Co za głupstwo, w jakiéj sprawie? rzekł Nozdrew.
— Byliście wmięszani w sprawę wysmagania rózgami obywatela Maksimowa i to po pijanemu.
— Wy kłamiecie! ja nigdy na oczy nie widziałem Maksimowa!
— Niech pan pozwoli sobie powiedzieć, że jestem oficerem. Możecie tak się odzywać do waszych sług, ale nie do mnie.
Ale Cziczików nie czekał, co na to odpowie Nozdrew, pochwycił czém prędzéj czapkę, i po za plecami kapitana isprawnika, wyszedł na ganek, siadł do bryczki i kazał Selifanowi poganiać konie co tylko sił.


Przypisy

  1. Kolezki registrator, nizka ranga w Rosyi (p. t.)
  2. Sofron imie własne, używane w Rosyi dla oznaczenia głupca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Nikołaj Gogol i tłumacza: Zygmunt Wielhorski.