[186]MARSZ WYGNANIA.
Trzymam wciąż wędrowny kij
Słyszę głos: „Tułaczu, mknij!“
Nie wiem, co to druh, co brat,
Zły jest na mnie cały świat,
Wciąż do cudzych pukam bram,
Dzisiaj tu, jutro tam.
Dnia nie spędzam tam, gdzie noc,
Nigdzie własnej ziemi piędź —
Wiecznie: pędź, pędź, pędź,
Póki tylko służy moc!
Przeszłość ma zapadła w proch,
Słowa me — na ścianę groch:
Moja chwała — zmierzchły mit,
Tytuł mój — przeklęty żyd,
Moje życie — wieczny ból,
A mój wpływ — okrągły nul.
Moja wiara — wyzysk, mord,
[187]
Język — gwara dzikich hord,
Moje przyjście na świat — grzech
Pędzę byt, jakby na śmiech,
Sądzi mnie: bat, ogień, miecz;
Zewsząd: precz, precz, precz,
Muszę błagać, ronić łzy,
Gdy oprawca smaga, lży.
Tak przechodzi dzień, rok, wiek —
Ciągle swój przyspieszam bieg:
Każdy pies i każdy bies
Może zrobić ze mną kres:
Lżyć mnie, bić — zyskowny fach...
Wieczny strach, strach, strach,
Wciąż przekupuj, żebrz i proś,
By cię nie zjadł jakiś ktoś,
Gorszy-m nawet jest, niż trup,
Bo mnie nie chce przyjąć — grób!