Markiza Pompadour/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Fatum Latude’a
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXVI.
Fatum Latude’a.

Latude popełnił nowe „kosztowne“ głuptswo... Były niem owe „kontr-madrygały“.
Oto pewnego dnia zjawił się na pokojach pani de Pompadour jej legalny „ojciec“, pan Poisson. Lubiła go za jego swobodny humor i cześć dla siebie. Dbała o jego wygodę i estymę. Ale nie lubiła jego wizyt bez uprzedzenia jej o tem — do estymy nadawał się mało; a gdy tak „szwędzał się po Wersalu“ narażał ją na śmieszność swoim „okrągłym brzuszkiem“, wytwornością, przejaskrawiającą modę i afiszowaną dumą „ojca miłośnicy Króla“.
Tym razem był markotny. Przelękła się. Za dużo ją kosztował swojem nieumiarkowaniem i wiecznemi prośbami o zapłatę jego długów.
„Co?! znowu... po pieniądze?“ zawołała na jego widok.
„A fe!“ odparł niemal oburzony. „Czy nie mam kredytu?“
„A więc coś złego u Abla?“ spytała.
Troskała się bardzo o brata, który nie chciał się poddać jej ambitnym planom, doszedł pod jej batutą do zastąpienia zmarłego pana Tournehem na świeżo stworzonym urzędzie opiekuna sztuk pięknych, ale nie chciał zająć żadnego z proponowanych mu dyplomatycznych stanowisk, “ani koligacić się za jej wskazaniem z wysoką arystokracją; ożenił się według wyboru serca z piękną panną Fileul, kochał ją i był kochany, ale oboje wzajemną zazdrością zatruwali sobie życie, stworzyli sobie z małżeństwa piekło i byli na najlepszej drodze do rozwodu.
„Nie! Pan de Marigny jeszcze nie rozwiódł się z żoną i tymczasem jest tylko zazdrosny o jej miłość dla matki,“ odparł pan Poisson, nigdy nie zapominający świeżo upieczonego tytułu syna.
„A więc o co chodzi?“ zapytała pani de Pompadour. „Kryjesz oczy. Coś ci dolega! Widzę to.“
Załamał ręce z pewnym rodzajem komedjanckiego tragizmu.
„Nie chcę, aby o mojej córce mówiono, że jest... kamienna, bez serca!“
„Słyszałeś! Gdzie?“
„Wszystko jedno gdzie! Nie poślemy tam policji.“
„Niech plotą!“
„Oczywiście, potwarcom i głupcom ust zamknąć nie można... Ale są przykre fakty. Żanetto! Nie bierz mi za złe... Mam serce...“
„Wygadaj się, głuptasku!“ rzekła żartobliwie.
Tedy opowiedział jej, że został wezwany do łoża umierającego przyjaciela, którego znał przed wielu laty, a który przybył niedawno do Paryża szukać pomocy lekarzy. Puszczono mu piętnaście razy krew — napróżno! Śmierć zajrzała mu w oczy. Posłał starego sługę, który z nim przybył, po Poissona — zwierzył mu się na łożu śmierci, że sknerstwem swojem i chłodem wtrącił w nieszczęście syna, wygnawszy go z domu. Pozostawia mu swój majątek, ale nie umrze spokojnie, jeżeli on, Poisson, nie wyżebrze łaski dla jego syna u Markizy de Pompadour. Albowiem syn ten „za jakiś drobiazg“ — gdyż „nic poważnego dzieciak nie mógł uczynić“ — dręczy się w Bastylji bez nadziei wyjścia.
„Któż to jest?“ spytała krótko, marszcząc czoło.
„Latude!... Przyrzekłem umierającemu wstawić się za jego synem. Byłem rozrzewniony. Stary sługa po śmierci swego pana prosił mnie, abym mu wyjednał prawo usługiwania paniczowi, gdyby młody Latude nie mógł być wypuszczony. Nie gniewasz się na mnie, że się mieszam w tę sprawę?“
„Nie. Owszem, wdzięczna ci jestem. Przypomniałeś mi sprawę, która mnie boli. Latude siedzi z mego rozkazu, ale wbrew mojej woli — wierzaj mi — ojczulku. Rozpatrzę sprawę ponownie. Bądź pewny, że uczynię, co będę mogła. A teraz żegnaj!“
„Ach! tak mi tu dobrze na twojej kanapce przy tobie.“
„Idź! Idź! Sentymenty istnieją tylko dla ludzi prywatnych. Ja nie mam na nie czasu.“

Poleciła przez umyślnego posłańca komendantowi Bastylji — (był to nowy komendant, który zastąpił dawnego, zmarłego w późnym wieku na swojem bezlitosnem stanowisku), aby stawił się u niej nazajutrz, zebrawszy ścisłe dane o zachowaniu się Latude’a.
Spotkała go pytaniem:
„Czy z postępowania Latude’a może pan wnieść, iż będzie dyskretny po wyjściu z Bastylji? Czy daje nadzieję na poprawę? Czy można sądzić, że będzie wdzięczny za odzyskaną wolność i nie stanie się ponownie wrogiem tronu? Jaki jest timbre jego duszy obecnie — pogodzenie się z losem, czy... coś innego?“
Za całą odpowiedź służbista z ukłon&n podał jej książkę, zwróconą przez Latude’a dozorcy.
Przeczytała dopiski na marginesie.
Jej twarz okryła się śmiertelną bladością. Oczy zaiskrzyły się. Komendant zadał pytanie nie bez dozy ironji:
„Więc kiedy wyjdzie?“
„Nigdy!“ rzuciła sucho. „Możesz pan odejść.“
Kiedy wychodził, zawróciła go od progu. Czy tknęła ją litosc dla zagrzebanego, czy zrozumiała zasadność jego nienawiści, czy przypomniała przyrzeczenie dane ojcu, czy chciała być łaskawą w miarę możności według swego rozumienia — trudno odgadnąć. Dość, że rzekła:
„Obchodzić się dobrze! Dać mu towarzysza, gdyby uskarżał się na samotność, z tych... co również nie wyjdą. Albo lepiej jeszcze: dać mu sługę... Jest taki, co chce być przy nim. Utrzymywać go może z renty, pozostawionej na ten cel przez ojca, który zmarł niedawno. Adres da panu pan Marigny-ojciec.“
„A! pan Poisson?“ zapytał z głupia-frant.
„Pan de Marigny starszy,“ odparła tonem strofującym. Żegnam pana!“

Latude otrzymał sługę, który przywiózł mu sporo rzeczy, pozostałych po ojcu i kupionych za pozwoleniem komendanta przed wejściem do Bastylji Starzec rozrzewnił się, widząc młodego pana, zmizerowanego, zmienionego po latach więzienia: nie było już śladu młodości i piękna — obrósł włosem, patrzył dziko, zdawał się mężem, pełnym powagi, nie wiedzącym, co znaczy uśmiech. Wszelako Latude ucieszył się, widząc dawnego ojcowskiego sługę, który go niegdyś pieścił na ręku. Dał znać o swojej radości długim uściskiem.
Nie radował się długo. Starzec, przyzwyczajony do swobody ruchów, przeraził się mroku, wilgoci murów, milczenia Bastylji, ciągłego widoku męki młodego pana. Zatęsknił do wolności po kilku miesiącach współżycia. Latude poznał z oczu sługi tajoną myśl o wyjściu.
„Nie chcę cię więzić przy sobie,“ rzucił. „Idź i wspomnij czasem o mnie. Należy ci się wolność, boś nie robił głupstw, jak ja.“
Latude mylił się. Nie znał praw Bastylji. Kto wszedł tam i miał styczność z więźniami, nie mógł już wyjść. Był niebezpieczny — zbyt wiele wiedział. Przed sługą nie otworzyły się mury Bastylji.
„Ja im jednak stąd ucieknę!“ rzekł do Latude’a.
„W jaki sposób?“
„Ot, zobaczy panicz!“
Miał ostre krzemienie w kieszeniach. Lubił się niemi bawić. Zbierał je, jako amator. Zostało parę w kubraku. Podciął sobie niemi żyły na rękach, poderżnął gardło. I wyzionął ducha.
Latude wpadł w rozpacz ostateczną. Komendant zląkł się, że pójdzie śladem samobójcy. Przypomniał nakaz Markizy. Dał Latude’owi za towarzysza jego sąsiada d’Allegre. Liczył na wpływ duchownego in spe na obłąkańca. Współwięźniowie ujrzeli się wreszcie. Rzucili się sobie w objęcia. I zawarli sojusz wiecznej przyjaźni. Pewnego dnia Latude rzekł do d’Allegre’a:
„I my uciekniemy.“
„Jak twój służący?“
„Nie!... inaczej!... Naprawdę!... Zobaczysz!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.