Markiza Pompadour/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Koło fortuny
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XIX.
Koło fortuny.

Markiza otworzyła list, dołączony do pudełeczka. Treść mówiła o tem, że jakiś ubogi chemik błaga markizę Pompadour o wypróbowanie wynalazku, nad którym trudził się przez lat trzydzieści — proszku, któremu nadał nazwę „pulvis dualis victor“, albowiem użyty, jako puder, zapewnia świeżość cerze, nadaje skórze gładkość niezrównaną, piękny połysk i zabezpiecza ją od piegów, przyjęty zaś wewnątrz, dzięki sekretnym składnikom, niszczy znużenie, przywraca apetyt, usuwa niedomagania żołądka i pobudza wszystkie soki żywotne — czyli jest podwójnie zwycięski nad „zewnętrznemi i wewnętrznemi wpływami, szkodzącemi organizmowi.“ Chemik podpisał swoje nazwisko nieco niewyraźnie, wskazywał adres stały w pogranicznem mieście Szwajcarji, użalał się, że zmuszony jest błąkać się, jak włóczęga, po Paryżu, straciwszy na wynalezienie swego „uniwersalnego“ środka cały swój majątek i prosił o wywołanie go przez urzędową gazetę po miesiącu, o ile najświatlejsza i najdobroczynniejsza Markiza przekona się, że jego wynalazek nie jest owocem „zarozumiałości uczonego,“ lecz błogosławieństwem cywilizacji, i o ile pozwoli nadać mu jej wdzięczne nazwisko, co utoruje wynalazcy drogę do sławy i majątku.
List był napisany stylem, budzącym zupełne zaufanie do szczerości piszącego — i nie obudziło żadnych podejrzeń, gdyby efektu listu nie wyprzedził Latude. Pani de Pompadour przywołała panią Hausset i rzekła jej, wskazując pudełko:
„Spójrz! Oto trucizna, którą przysłali mi przy tym chytrym liście niewiadomi złoczyńcy.“
Pani Hausset załamała ręce rozpaczliwie — wzięła potem pudełko z proszkiem, lękliwie odsunęła je, potrzymała list i ze wstrętem rzuciła na stół. Pani Pompadour mimowoli roześmiała się z tak daleko posuniętego przestrachu i z komicznego gestu obrzydzenia.
List chemika, rzucony przez panią Hausset, legł przypadkiem przy kartce, na której Latude napisał swoje nazwisko i adres.
Wzrok pani de Pompadour wypadkiem ogarnął oboje.
I — nagle zachmurzyła się.
Wzięła oba papiery zbliżyła do siebie — patrzyła długo na pismo — to i tamto. Naraz brwi jej ściągnęły się — twarz przybrała wyraz groźny — nieomal zęby zgrzytnęły. Zatupała nogami ze złością i pięścią uderzyła w stół.
„Co się stało?!“ zapytała pani Hausset, przestraszona tym wybuchem gniewu. Widywała czasem panią Pompadour w paroksyzmie rozdrażnienia — ale obecny wydał się mocniejszym, niż te, które obserwowała przedtem.
Markiza nie odrzekła nic. Gwizdnęła na wyżła; ów skoczył ku niej. Dała mu powąchać kartkę Latuda — poczem krzyknęła: „Nemrod!... goń!...“
I wyżeł dał susa przez okno...

Latude był zdumiony i wylęknięty. Drogę zastąpił mu wyżeł; pochwycił za rękaw i ciągnął. Nie ugryzł go wprawdzie, lecz odpędzany — szczerzył zęby, nie pozwalał mu iść naprzód. Latude zniewolony był cofać się. Pies szczekał. Latude próbował odpędzić go kamykami — wyżeł umykał się zręcznie i zatrzymywał go. Było to niepojęte. Zagadka wyjaśniła się. Nadbiegł wartownik, kierując się szczekaniem psa, i powiadomił go, że Markiza wzywa go z powrotem. Latude przeczuwał bliskie ziszczenie się swoich nadziei.
Pani Hausset napotkała go u wrót:
„Chodzi o adres pański.“
„Zostawiłem: Oberża: ,Pod złotym Lwem‘ w dzielnicy Cité.“
„Właśnie! Obrzydliwa dziura. Markiza pragnie, aby pan zmienił mieszkanie na lepsze.“
Głos jej brzmiał twardo, tonem pełniącej obowiązek służbistki.
Za chwilę znalazł się znowu sam na sam z panią de Pompadour. Pies, który spełnił dobrze nakaz, leżał zziajany u jej stóp i wesoło naszczekiwał. Twarz markizy tym razem wydała się Latude’owi niepokojącą zagadką. Była zimna, oczy jej mierzyły go surowo. Przed markizą stała szklanka wody — obok otwarte pudełko z białym proszkiem. Na stole list i jego kartka z adresem. Pani de Pompadour nerwowo skręcała obszytą koronkami chusteczkę. Stanął przed nią wyprostowany, milczący. Czekał.
„Posyłka nadeszła!“ wycedziła zwolna. „Chcę wypróbować działanie trucizny... na psie“.
Latude’owi wystąpiły na czoło grube krople potu. Zarumienił się. Ale kontenansu nie stracił.
„O, pani!“ wyciągnął ręce, „chcesz zabić to mądre stworzenie? To niepodobna!“
„Masz pan słuszność.“
Latude odetchnął zwycięsko. Dodała:
„Ale... w takim razie... spróbuję jadu na sobie.“
Wsypała szczyptę proszku do szklanki. Woda zmąciła się.
Latude wytrzeszczył oczy. Gdyby ugodził weń piorun, nie mógłby bardziej skamienieć. Przerażenie jego było prawdą. Czy markiza żartem wystawiała go na próbę? Czy już odgadła jego podstęp? Trzeba było ratować się — wytężył myśl tak, że żyły wystąpiły mu na skroniach. Postąpił krokiem ku niej ręce mu drżały, wyciągały się ku szklance — wybełkotał:
„Nie pozwolę!... Pani chce się zabić!“
„Tak! Sprzykrzyło mi się życie. Chcę umrzeć przy panu.“
„Markizo!... żartujesz... okropnie.“
Postąpił bliżej; chciał wytrącić szklankę z jej rąk. Przestrach jego był tak wielki, tak szczery, że markiza winna była się zawahać. Ale poza prawdą przerażenia ona czytała motyw.
„Stój pan na miejscu!“ sparaliżowała go rozkazem.
Wypiła duszkiem zbielałą wodę i patrzyła nań z ironią.
„Teraz poczekasz pan mego zgonu, wszakże trucizna ta działa prędko!“ mówiła z ironią.
Latude bezmowny usiadł na kanapie. Nogi ugięły się pod nim. W jego głowie była jedna myśl: „Co teraz będzie? co będzie?“
Markiza mierzyła go wzrokiem wzgardliwym. Miał wrażenie, że zstąpiła z obłoków sama Bogini Sprawiedliwości — i sądzi go za fałsz ohydny.
„No!... Jakoś trucizna nie działa!“ ozwała się po chwili pani de Pompadour. „To przecież jest zwyczajna kreda... Widać wzięto ją od oberżysty, który zapisywał długi swojej pijanej klienteli... Nieprawdaż, panie Latude?“
Jego bystry umysł znalazł jeszcze wykręt.
„Możliwe jest, że... tamten chemik oszukał owego arystokratę. Jakie to szczęście!“ wyjąkał, patrząc na nią zpodełba.
„Tak?! — Ale w takim razie, czemu charakter pisma listu i pański na kartce z adresem są identyczne? Jak to wyjaśnisz, panie Latude?“
Grom uderzył — tajemnica jej odwagi wyjaśniła się. Przebiegła obserwatorka przejrzała go nawskróś. Uwikłał się w sieci bez ratunku. O! jakimż był idjotą — nie zmienić charakteru pisma — nie liczyć na genialne wejrzenie tych przepięknych oczu! Teraz uciekał się już do nędznych wykrętów schwytanego na gorącym uczynku malca-złodziejaszka.
„Bywają... bywają... przypadkowe podobieństwa pisma.“
„Zamilcz!“ krzyknęła, powstając. Tupnęła nogą. Ręce jej przedarły chusteczkę. Była niepohamowana w gniewie.
„Oszuście!“ wołała, „jakże to ci przyszło do głowy, zażartować z Markizy de Pompadour?!...“
Milczał, wpatrzony w nią, jak w Anioła Zemsty. Wiedział, że go może zgnieść, zmienić w proch ludzki — ale jeszcze w tym gniewie czarowała jego oczy, jak znieważone Bóstwo, zawstydzające bluźniercę.
Ale Latude nie byłby sobą — fantastą, Pełnym optymizmu, zawsze zasobnym w fortele, każdej chwili twórczym, zaufanym w swoją zręczność przekonanym, że się wykręci — gdyby zaniechał gry i poddał się z kretesem. Va banque“, pomyślał sobie — i runął do jej stóp.
„Zażartować z Ciebie, Markizo de Pompadour — gdzie jest śmiertelnik, który na to by się ważył?! Pozwól wytłómaczyć się! Nie sądź, nie wysłuchawszy mnie, bogini Francji!“
Ogarnęło ją zdumienie wobec tego uporu, czy tknęła serce żałość — podziałało pochlebstwo, czy ciekawość — może przemówiła zresztą znów sympatja, zgłuszona chwilowo gniewem na „bezprzykładne zuchwalstwo“, na „wstrętne oszustwo“, na „odgadnięty zamysł karjerowicza“: — oczy Latude’a, piękne w bezbronności, w lęku, w szczerości tonu wbrew kłamstwu sytuacji, trącały strunę jej estetycznego zmysłu, ujmowały serce wbrew jej woli — dość, że usiadła i rzekła już pogodnie: Mów, słucham!... Ale wiedz, że... jeżeli nie wytłómaczysz się, czeka cię kara.“
„Przyjmę najwyższą z ręki Twojej, pani, i jeszcze błogosławić Ciebie będę!“ rzekł z patosem. I pomyślał zaraz: „To powiedziałem wybornie. Uśmiechnęła się. Idźmy dalej!... Śmiało, Latude, a zwyciężysz!“ zachęcał siebie w duchu.
Na poczekaniu tworzył obronę i wylewał ją w potoku wymowy.
„Otworzę przed Panią mózg mój. Czytaj w skrytkach mej duszy. Zrozumiej i osądź. Jesteś niedostępna. Chciałem zbliżyć się do Ciebie. Dla kogo?... Może dla siebie — dla Pani bardziej — najbardziej dla Francji!... Któż winien rządzić ludzkością? — Geniusz!... Zatem kto Francją?... Markiza de Pompadour!... Jest-że to sensem życia, aby rządy nad narodem trzymał w ręku ten, kto się nudzi rządzeniem? — majestat śpiący, ziewający, bezwolny?!... Czy raczej berło nie należy się jawnie temu, kto je dzierży za kulisami — kto panuje narodowi myślą, kto co dnia tworzy cuda energii — Największej kobiecie Francji...
„Jakże to?!“ wykrzykiwał dalej, rzucając chaotycznie błyskawice myśli, „więc Pani masz wisieć na włosku łaski królewskiej? Prowadzić rydwan polityki, popierać myślicieli, poetów, artystów chlubę narodu, torować szlaki naszej kulturze, pchać przemysł, naukę, piękno życia tylko przez chwilę... aż do tego momentu, gdy Ludwik XV nie uśmiechnie się lubieżnie do innej?... Łoże przesyconego króla, szukającego nowych podniet — ma być wagą losów Francji?!... A męczennica — podeptana, wzgardzona przez niewdzięczną ślepotę — jako dziś wyszła z mroku zapoznania, tak jutro winna odejść w mrok zapomnienia?!... Gdzież tu sprawiedliwość Boża — i rozum narodów?!“
Słowa Latude’a trąciły o tajne struny jej duszy W jej oczach błysnęły łzy — przymknęła oczy. „Mów dalej!“ — szepnęła. Ten młodzian spojrzał na dno jej duszy — zgadywał jej mękę — wyraził słowami cierpienia dumy, trwogi serca, to wszystko bolesne, co przezwyciężała hartem, pracą nad sobą od dni dzieciństwa, od owej chwili, kiedy kłuła się w ogródku matczynego domu pokrzywami, starając się skryć skazy i nie wydać jęku. Latude czuł, że jest wymowny — lubował się sobą. Przypadkową lekcję — podsłuchane sądy Woltera i Diderota, amalgamował swoiście intuicją, uzupełniał improwizacją, która wiązała głębokie przeczucia losów politycznych Europy i prawdy psychologiczne z szaleństwem, z dziecinadą, z niemożliwością, z nonsensem. Upojony swem krasomówstwem mówił dalej: „Twój geniusz kobiecy dźwignął Cię pani na wyżyny. Ale ty sama nie rozumiesz swojej wielkiej roli. Wiesz, co czynisz — nie wiesz: dlaczego? nie wiesz: po co? — nie wiesz, co możesz jeszcze uczynić. Mój geniusz — nie śmiej się pani — bo i ja go mam... i przezeń cierpiałem na nizinach mój geniusz wydzierał się ku Tobie, aby Ci powiedzieć... kim jesteś!... Jesteś symbolem tej nowej klasy, do której należy przyszłość — burżuazji, która uświadomiła sobie niejasno jeszcze swoje prawo do rządów nad życiem... wcieliła je w ciebie!... Któż ma rządzić? — król senny... król bezgłowy? — czy zgniła, próżniacza arystokracja — pasożyt na czele narodu?... Prawo królewskiej kołyski — głupstwo, z którego jutro, gdy zechcesz, świat się wyśmieje głośno, dziś już śmieje się pocichu?! Przywilej arystokracji, która zadała sobie jedyną fatygę dobrze się urodzić!...“
„Dostojna pani!... mieszczaństwo dojrzało — żąda udziału swego w rządach — wolności słowa dla wzbogacenia myśli Francji, wolności rąk dla pracy, która dźwignie przemysł, podniesie kraj, da narodowi dobrobyt... Za tem mieszczaństwem na nizinach jest lud — głodny, wysyskiwany, obszarpany, ciemny — lecz w mrokach dyszący nienawiścią do jarzma, które go gniecie. Niechaj ruszy mieszczaństwo ku wyżynom — poprze je lud, popchnie siłą swoją, masą, prawem ciężkości, mocą nieodpartą... Korona zleci z głowy, która już jej dźwigać nie jest w stanie... Przywileje arystokracji zczezną, obrócą się w nicość...
„A więc Ty, pani — wyszydzana długo, odpychana przez przywileje zgnilców — dziś stojąca na szczycie, jutro zagrożona upadkiem przez kaprys królewski... nie daj się znieść przeciwnym wiatrom, wypowiedz bój wszystkiemu, co jest godne śmierci, co runąć musi w przepaść... weź ruch — wielki ruch mieszczaństwa i ludu... w swoje ręce. Czyś wzięła władzę li dla ambicji? — to byłby kaprys, niegodny trudu całego życia!... Czy stanęłaś przy tronie dla pieszczoty króla? — to byłaby chuć duszy miernej i bezwstydnej, niegodna Ciebie! Czy jesteś wolą historyczną, pani, czy igraszką króla, dziś uwielbiana przez poryw żądzy, jutro zmięta, rzucona w przepaść — przez stręczycieli jego rozpusty?!... Nie daj się... ujmij w ręce olbrzymi pęd historji... a może... zostaniesz królową odnowionej społeczności!...“
„Zamilcz!“ rzekła nagle markiza.
„Już rzekłem wszystko!“ odparł, dumnie potrząsnąwszy wichurą jasnych włosów.
„Czy wiesz, szalony młodzieńcze, że mówiłeś rzeczy, których mi słuchać nie wolno?“
„Jednak wysłuchałaś!... I miałaś w oczach zachwyt, który oznaczał zgodę.“
„Tak sądzisz?... A czy zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństw i trudności twego planu?“
„Tak... dlatego ofiarowałem Ci moje służby.“
Popatrzyła na niego ze zdumieniem.
„I gotów jesteś iść na tej drodze do końca?“
„Wszędzie, dokąd każesz!“
Powstała z fotela — przechadzała się po pokoju — coś ważyła.
Latude nie mylił się, mówiąc, że słuchała go z zachwytem. Wszakże to, co mówił, brzmiało, jak czarodziejska bajka. Ważyła coś w myśli. Na jej czole legła zmarszczka, którą czas wyżłobił, niby delikatną smugę, przeczącą jej zwykle roześmianym wobec króla i dworu ustom świadectwem myśli, spoważniałej w trudach życia i w trosce, ukrytej przed światem. Była teraz blada. Oczy jej patrzyły, jak zagadka głębi jeziora. Podeszła do Latude’a, który uprzednio, mówiąc, stał przez cały czas — teraz przysiadł ponownie, wyczerpany i wzruszony własną wymową — i zanurzyła białe palce w jego wijących się włosach. Pod tą pieszczotą uśmiechał się trjumfująco i przycisnął do ust jej rękę — całował ją długo, długo w upojeniu. Teraz już nie obawiał się niczego.
„Słuchaj!“ rzekła nagle, „kiedyż chciałbyś przystąpić do wcielenia ,naszych‘ planów.“
„Choćby zaraz!“
„Przydaliby się nam ci, co... zapełniają Bastylję — nieprawdaż?“
„O, tak!... są tam umysły tęgie... wielkie charaktery... a zwłaszcza ludzie, którzy dyszą zemstą i marzeniem złamania obecnego porządku.“
„Mściciele {{Korekta|nieubłagani!‘|nieubłagani!‘
„Tak jest!“
„Tych trzeba będzie wypuścić.“
„Przedewszystkiem. Aby poszli ręka w rękę z nami — na czele zbuntowanego ludu!“
„Doskonale!... Więc gdybyś miał w ręku klucze Bastylji, wypuściłbyś ich zaraz?...“
„Na twój znak, Pani!“
„Wybornie!... Latude! Myślałam o zmianie komendanta Bastylji — teraz już wiem, komu powierzę to miejsce.“
„Mnie?“ ucieszył się.
„Tobie!“ zaśmiała się markiza. „Poczekaj chwilę.“
Zadzwoniła. Weszła pani Hausset.
„Każ zaprzęgać... Kareta dla pana Latude’a... Dwa najżwawsze konie... Żywo!“
Pani Hausset wyszła. Latude powstrzymywał się, aby nie skakać z radości. Markiza powolnym ruchem wyjęła z kasetki jakiś papier — przez chwilę namyślała się, ręką cisnąc czoło — potem westchnęła, coś napisała — uśmiechając się ironicznie — rozgrzała lak nad świecą i sygnetem zapieczętowała list.
Wręczając papier Latude’owi, rzekła:
„To jest mój rozkaz... Doręczysz go komendantowi Bastylji... On zastosuje się doń ściśle...“
Dały się słyszeć dzwonki uprzęży pod oknem.
Latude ukląkł u stóp Markizy — ucałował rąbek jej sukni — raz jeszcze z westchnieniem pogładziła go po włosach i rzekła:
„Do widzenia!“
Za chwilę Latude rozwalił się na poduszkach powozu. Złożył rękę na sercu, przyciskał nią ukrytą na piersi „nominację“ w obawie, aby nie uciekła. Jechał do Bastylji.

Markiza posłała mu przez okno jeszcze jedno pożegnanie ruchem ręki. Odwróciła się potem ku pani Hausset, nie śmiącej zadawać jej pytań, póki sama nie przemówi.
„To bardzo miły chłopiec,“ rzekła.
„A! bardzo miły.“
„I... niebezpieczny..“
„Tak? Dokąd pojechał?“
„Do Bastylji,“ odparła spokojnie Markiza.
„Sam?“
„Jak widziałaś... sam, droga Hausset. Nie lubię gwałtu.“




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.