Markiza Pompadour/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Imponujący gość
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XIV.
Imponujący gość.

W roku 1749-ym przed zajazdem przy stacji pocztowej na trakcie z Paryża do Dijon — nie pomnę w którym miesiącu — o jakich sto kilometrów od stolicy, zatrzymał się młody człowiek lat 24, ubrany z wytworną elegancją, o niezmiernie ujmującej powierzchowności, rzekłbyś — idealnie piękny, zapłacił w obecności oberżysty wraz z wynagrodzeniem suty napiwek stangretowi i polecił gestem, wskazującym, zda się, nawyknięcie do rozkazywania, aby wniósł jego torbę podróżną do „najlepszego pokoju“. Torba była nader ciężka.
Kiedy stangret zamierzał odjechać, młody człowiek zawołał: „Poczekaj!“ — zażądał od oberżysty pióra, atramentu, świecy i laku, zamknął się w swoim pokoju na godzinę, a wyszedłszy — zawsze w obecności oberżysty — oddał powożącemu trzy listy, pieczętowane, jak zgadywał oberżysta, sygnetem, który na palcu podróżnego połyskiwał w słońcu. Rzekł przytem: „zaraz po powrocie do Dijon udasz się do dyrektora policji pana Monferrat, oddasz mu ten list, poprosisz go o wysłanie sztafetą załączonych tu dwu listów do księżnej Lützelbourg i do pana de Tournehem. Tu są adresy. Dowiaduj się codziennie, czy pan de Tournehem przyjechał. Będziesz miał zarobek. Poleciłem cię w liście — nazywasz się Mathieu Picard — tak?... widzisz zapamiętałem — masz poczciwą minę! Przywieziesz mi od niego paczkę... A dobrze schowaj i nie zgub — to będą pieniądze. No, ruszaj z Bogiem!“
Oberżysta zdjął czapeczkę i niemal przesunął ją po ziemi, zginając się nisko przed dostojnym gościem, który, powracając do sieni, zamówił dobry obiad z najlepszem winem. Człowiek, który miał stosunki z dyrekcją policji, hrabiną i sławnym na całą Francję generalnym dzierżawcą podatków — musiał być oczywiście wpływowym i zamożnym gościem, jakiego oberżysta nie widział dawno. Młodzieniec rzucił niedbale swoje nazwisko: „de Latude“ — zamieszkał w zajeździe, jadł, pił, wychodził na spacer, zapisywał całe arkusze dostarczonego mu przez oberżystę papieru — był wesół i spokojny, ujmujący w obejściu, pełny godności pańskiej, przyjaznej, a nie dopuszczającej do zbytniej poufałości — i wyczekiwał z lekkiem zniecierpliwieniem pieniędzy. Co dnia trzykrotnie zapytywał oberżystę, czy poczta nic dlań nie przyniosła, a otrzymawszy odpowiedź: „nic!“ — tupał nerwowo nogą, mruczał: „szelmy! ja im pokażę“ — i wysyłał listy przez przejeżdżającego pocztmistrza, na których oberżysta wyczytywał zerkając zawsze jakieś „de“, „książe“ lub „hrabia“.
Nazwiska były prawdziwe, choć wątpliwem było, czy stosowały się ściśle do miejscowości, wskazanych na adresie — czy mogły dojść do adresatów — i czy przyniosłyby jakikolwiek skutek, zwłaszcza pieniężny, skoro tak pierwsze trzy listy, doręczone woźnicy, jak i wszystkie późniejsze, były tylko białemi kartkami papieru, pieczętowanemi sygnetem, kupionym na jarmarku za miedziaki, i zamknięcie się na czas dłuższy z atramentem i piórem nie dodawało im treści. Miały jednak tę cenną wartość, że młody człowiek mieszkał już trzy tygodnie w zajeździe dobrze jadł i pił, był cierpliwie obsługiwany i — nic nie płacił.
Pomimo przedziwnego wesela na twarzy, młody człowiek nosił w sobie okrutną troskę, można by rzec: tragedję, gdyby nie posiadał w duszy ciekawej, jedynej w swoim rodzaju mieszaniny rysów — z jednej strony kolosalnego wytrwania, spiżowej woli, dodającej mu sił do grania komedji, z drugiej strony lekkomyślności, która bawiła się grą własną, fantastycznej wiary młodzieńczego optymizmu, że przyjdzie — przyjść musi — jakiś cud, który ocali go w locie nad przepaścią. Latude, bo de było samowolą jak dodatek „de Voltaire“ pseudonym pana Arouet otóż Latude był inżynierem saperów, który opuścił służbę, uznawszy, że jego szefowie są skończonymi bałwanami, nie umiejącymi wysłuchać jego rad co do nowej organizacji armji i projektów stworzenia środków wybuchowych, które uczyniłyby Francję pogromczynią narodów, był synem sknery i mruka, który despotyzmem swoim doprowadził żonę do wczesnej mogiły, znienawidził „warjata-syna“ za to, że ten obierał własne drogi myśli, i ostatecznie wyrzucił go za próg swego domu, przysiągłszy, że nigdy nie da mu więcej grosza. Latude przeraził ojca swojemi „chimerami“ — zajmował się bowiem bezustannie jakiemiś wynalazkami, których nigdy nie kończył, wierzył w możność zbudowania aparatu lotniczego, wzorem Leonarda da Vinci, i roztrwonił na te próby cały majątek, odziedziczony po matce.
Młody inżynier znalazł się sam na szerokim świecie z podtrzymującą go wiarą, że posiada genjusz, a brak mu tylko pieniędzy do ujawnienia swych zdolności. W istocie rzeczy posiadał mnóstwo talentów — bogactwo myśli — zdolności techniczne i literackie niepośledniego gatunku — nawet wielką wytrwałość w pracy — może był genialny naprawdę i jeno zbytnia wszechstronność uczyniła zeń dyletanta, albo nędza i tragizm osobistego życia nie pozwoliły mu dojść do wysokich przeznaczeń.
Okrutne położenie, pociąg do pomysłów fantastycznych i wiara w siebie, mówiąca mu, że musi jakoś „wyjść na drogę“, a wtedy wszystkim się wypłaci, zadziwi świat i przyniesie mu korzyści, a sobie sławę nieśmiertelną, tudzież dech zepsutej epoki — zabiły w nim drażliwość sumienia i delikatność moralnych skrupułów. Znalazłszy się z drobną sumką w kieszeni, ostatkiem grosza, nie wystarczającym na podróż do Paryża, gdzie chciał stanąć w zalecającym go z góry wytwornym kostjumie, sprawionym na kredyt w Dijon — po drodze wynajął powóz, który go dowiózł do stacji pocztowej (na dalszy kurs nie starczyło) i z dobrą rachubą na efekt opowiedzianych wyżej scen utrzymywał się samowolnym kredytem w zajeździe, oczekując cudu zbawienia, szczęśliwej myśli, lub wyrzucenia przez gospodarza z ryzykiem dostania się z zajazdu do aresztu. Na razie oberżysta wierzył w nieporządki, opóźniające wysłanie pieniędzy jego gościowi — (moc nieporządków w administracji była naówczas rzeczą zwykłą) — nadto widział gwarancję należnych mu sum w ciężkiej torbie podróżnego, szczelnie zamykanej, nie domyślając się, że prócz zapisek i modeli niegotowych wynalazków mieściły się w niej tylko zebrane na szosie kamienie — dowód przewidującego sprytu Latude’a.

Na razie wylęgał się po całych godzinach na wygodnem łóżku, zatopiony w marzeniach (nazywało się to dla oberżysty: „opracowuję raporty, panie Gringalet, dla pana de Tournehem, który ma tu wkrótce przejeżdżać i będę musiał pana opuścić, bo wyjadę z nim do Paryża — choć będzie mi żal! bo u pana mam ciszę do skupienia myśli przy pracy!“) A dla skrócenia nudy wywiercił sobie świdrem kilka dziur w drewnianem przepierzeniu, wychodzącem na salę ogólną dla przejezdnych i oglądał niby w „panopticum“ wypadkowo zatrzymujących się w tej norze podróżnych, podsłuchiwał przez szpary desek rozmowy, bawił się obserwacjami i — wciąż oczekiwał cudu: „zjawi się ktoś, co poda mi myśl wybawienia się z kłopotu!“
Pewnego dnia późnym wieczorem przez okno swego mieszkania na parterze usłyszał energiczny głos, wołający z oburzeniem: „Pocztylion spił się, jak nieboskie stworzenie! Niepodobna jechać z nim dalej, bo wywróci! Panie oberżysto! Daj wyspać się łajdakowi w kuchni! A mnie daj co ciepłego do jedzenia. Przemarzłem do kości!... Jak daleko stąd do Paryża? Do pioruna! co za podła droga...
W tej samej chwili przed oberżą zatrzymał się w mroku powozik i z głębi ktoś się ozwał melodyjnie:
„Jeżeli się nie mylę, to głos, który klnie, należy do Diderota!“
I zaraz tam ten klnący odpowiedział radośnie przy klasnięciu w dłonie:
„Niech mnie djabli porwą, jeżeli to nie pan de Voltaire!“
„Wolter, poprostu Wolter,“ rzekł wysiadający, „w głosach tkwią całe dusze ludzkie, jeżeli po tylu latach poznaliśmy się w ciemnościach egipskich.“
„Jak ci, co się znali dobrze!...“
„Jak ci, co się nie zapominają, bowiem się kochali. Pogadamy przy wieczerzy. Panie Gringalet! Obiecałem zatrzymać się u pana w przejeździe i jestem...“
„Dla pana Woltera mam zapasik trufli... delicje!“ rozlegał się głos gospodarza...
Goście weszli do sieni.
Latude’owi mocno zabiło serce. Co za szczęście! Za chwilę ujrzy przez dziurkę swego obserwatorjum... kogo? — genialnego autora „Edypa“ i „Listów filozoficznych“, w którym podziwiał „chaos jasnych myśli“ (chaos d’idees claires), oraz śmiałego autora świeżo wyszłych z pod prasy Londyńskiej „Listów o ślepcach na użytek widzących“ — rzecz zdaniem Latude’a, tyleż godna aureoli, co i Bastylji... „jeżeli się spostrzegą“!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.