Markiza Pompadour/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Skuteczne sidła
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VIII.
Skuteczne sidła.

Na moment oczy Ludwika przymknęły się lubieżnie, a na pobladłych wargach prześlizgnął się uśmiech.
„Djana z lasów Senart,“ wyszeptał.
„Albo wyzywająca Gracja,“ rzekła pani de Mailly.
„Czarodziejskie domino z ostatniej maskarady!“
„Którego chustkę podniosłeś, Ludwiku!“ rzekła tonem dawnej poufałości.
„Jej mąż ma bardzo przykre oczy!“ skrzywił się.
„Nie liczy się. Pani d’Étioles go nie kocha.“
„Wiem o tem. Przypisuję jej lepszy gust.“
„Jest skarbnicą dobrego smaku. Marzy o królu od dziecka.“
„Czyżby?“ uśmiechnął się. „To mówi o niej dobrze. Przez moment trwało milczenie.“
„Więc pani d’Étioles!“ nastawała powiernica chwili.
„Na jednę noc?“ spytał figlarnie, przymykając jedno oko.
„Źle oceniasz Joannę, Sire!“
„A choćby na kilka nocy!“ westchnął. „Czy warto? Wierzaj mi, pani de Mailly, polowanie na kuropatwy więcej nieraz daje mi satysfakcji, niż uciecha miłosna... i mniej nuży. A zwłaszcza nie pozostawia tak gorzkiego osadu przesytu.“
„Czemu na kilka nocy? Może i na dni... tygodnie... Spróbuj, królu.“
„W jaki sposób?... Skradać się po nocach to fatygujące i ubliża majestatowi. Wszakże mojem zajęciem jest panować. Jakże pokażę w świetle dnia... pannę Poisson? To sprzeciwia się porządkowi natury... Wersalskiej i może... woli Opatrzności!“ wycedził, ukazując zęby w uśmiechu pięknie skrojonych, nieco szyderczych ust. To byłby bunt!“
„A pamiętasz, Najjaśniejszy Panie, że wyraziłeś się kiedyś: „Gdybym był na miejscu moich poddanych, zbuntowałbym się!“
„Tak jest! Ale jestem tylko królem... na mojem miejscu.“
I dodał: A propos... Ta mała posiada ojca, skazanego na powieszenie.“
„Jeszcze nie powieszonego. To się daje odrobić. Zrewiduje się sprawę — i można mu dać przyzwoity tytuł.“
„Jednak co powie królowa?... Jakże ją przedstawię u dworu? Nie! nie! To jest niemożliwe. Ale czemu pani tak uparłaś się przy tej pani d’Étioles?“
„Bo ona posiada czar, zmieniony w energję i może być dla chorego na nudę monarchy źródłem nowego życia.“
„Czy król może pić soki żywotne... z nizin?“
„Jeżeli może pić uciechy?“
„Ach! To przypadek... nie prawo królewskie. Nie można mieszać potrzeb fizjologicznych z potrzebami dynastycznemi rodu Burbonów. Nie nalegaj Pani... na niemożliwości! Toćże parlament paryski uchylił nawet testament Ludwika XIV, a przecie mój pradziad udzielił nim praw potomkom swojej krwi... acz naturalnym. I wypadło protest uznać!“
Nie odpowiedziała, pobita tym argumentem. Ludwik XV., któremu — kiedy miał lat ledwo pięć — guwerner Villroi, ukazując zebrany pod oknami zamku lud, rzekł: „Sire! tout ce que vous voyez est à vous“ — nie wątpił ani na chwilę, że ma prawo zabrać żonę panu d’Étioles, ale sądził też, że niema mocy odebrać arystokracji przywileju do stanowiska jawnej faworyty!...

Nagle za fotelem królewskim ozwał się mocny głos męski równocześnie z uderzeniem drugiej godziny na złotym wahadłowym zegarze:
„Nie mogę dopuścić dłużej, aby Najjaśniejszy Pan nie położył się o tak późnej porze. Jutro mamy o I2-tej przyjęcie nowego ambasadora Anglji.“
Był to głos jego ulubieńca, kamerdynera Binet, który, korzystając ze swoich przywilejów czuwania nad snem króla, bez pukania wszedł do salonu, od kilku chwil przedreptywał z nogi na nogę i dawał bez skutku znaki zakłopotanej pani de Mailly, aby przerwała rozmowę.
„Ba! widzi pani,“ rzekł wesoło król, „że najabsolutniejszy monarcha jest ograniczony w prawach przez swego kamerdynera. Ludzie trzeciego stanu urastają w siłę...“
„Dzięki łaskom królewskim,“ rzekł sprytny Binet. „To już od czasów Filipa Valois.“
„No! I ja trochę zawiniłem pod tym względem, i mój opiekun, regent Książe Orleański, przywróciwszy prawa parlamentom,“ zauważył król powstając. „Dobrej nocy, pani de Mailly. Proszę mi nie brać za złe, żem panią budził... niepotrzebnie.“
Dygnęła wdzięcznie. Tren jej sukni zaszumiał na błyszczącej posadzce. Oddaliła się posuwistym krokiem, cofając się ku drzwiom z twarzą, zwróconą ku Monarsze...
W sypialni królewskiej panował półmrok. Dyskretne światła otulonych różową gazą kandelabrów na kominku rzucały migotliwe połyski na srebrne ramy wielkich zwierciadeł, na pozłoty misternych krzeseł i kanap, igrały na werniksie mistrzowskich obrazów, przedstawiających mitologiczne eskapady Zeusa z Ledą, Danae, Europą... Na puchach śnieżnej pościeli pod haftami kołdry przeciągał się Ludwik XV., otulony skrzętnie czułą ręką pana Binet, który w tej chwili poprawiał szczypcami ogień na rzeźbionym kominku, przysłoniętym japońskim parawanem.
Król, którem u ulżyła spowiedź przed panią de Mailly, ozwał się nagle:
„Śpisz, Binet?!“
„Nigdy, kiedy król śpi.“
„Ja nie śpię...“
„To źle! Król powinien spać.“
Po chwili milczenia głos wesoły:
„Binet! Wiesz co?“
„Nie wiem nic... gdy król ma spać.“
„Nie zrzędź, stary... Binet! wiesz, ta samotność jest przyjemna. Baby świergocą, jak wróble. Doprawdy... samotność bywa przyjemna.“
„Prześpij się, Najjaśniejszy Panie. To ci przejdzie!“
Przeszło pięć minut. Westchnienie. Głos melancholijny:
„Binet! jednak samotność jest przykrą. Lubię śpiewny głos niewieści... Pani de Châteauroux tak dawno zmarła.“
„Nie tak dawno.“
„Jednak...“
Musimy odpocząć, Najjaśniejszy Panie, jeszcze z tydzień. Król wygląda dziś za blado na króla. Tak nie wolno.“
„Binet! nudziarzu, podejdź!“
„Słucham, Najjaśniejszy Panie...“
„Wiesz, Richelieu rai mi nową faworytę.“
„Wiem, to mój obowiązek. Panią Popelnière.“
„Tak jest. Co myślisz o tem?“
Kamerdyner nachylił się przez poręcz łóżka i zrobił grymas, wyrażający niezadowolenie.
„Cóż takiego?... Krew dobra, mój Binet.“
„To nie dla nas. Najjaśniejszy Panie,“ pokiwał głową przecząco.
„Dlaczego?“
„Ona ma pod warstwą pudru znaki po ospie... drobne, ale znać je w rannem świetle. Umyślnie przyjrzałem się jej dziś dobrze. Mówiłem nawet z jej garderobianą.“
„No! Cóż powiada?“
„Że ma pod karminem pęknięte usta. I w nocy chrapie.“
„Fe! Dobrze, żeś mi to powiedział, poczciwy Binet. A to intrygant z tego Richelieu!“
Długie milczenie. Król przewraca się na łożu.
„Binet, jesteś tu?“
„Na rozkazy!“
„Napomykali mi jeszcze o... księżnej de Rochechouart. Stare drzewo genealogiczne.“
„To mało!... Napomykają o tem dawno... Dwór śmieje się po kątach...“
„Co mówi?“
„Powiadają, że księżna jest jak konie z małej stajni królewskiej, które zawsze są podawane, ale król nigdy niemi nie wyjeżdża.“
„Tak... tak... ona jest niemożliwa. Buzia ładna, ale... nie ma tego... kształtów.“
„Żadnych kształtów, Najjaśniejszy Panie!...“
„Więc nie?!“ król westchnął. „Samotność!... Jednak mam tylko... policz Binet!“
„Trzydzieści pięć lat od uszczęśliwienia kołyski i trzydzieści od uszczęśliwienia tronu.“
„A! widzisz... tylko trzydzieści pięć lat... Co robić?“
„Sire! Ja wiem... ale wstydzę się powiedzieć... Żeby to nie wyglądało na prywatę, gdy mnie chodzi tylko o szczęście króla i... państwa.“
„Kiedy król jest szczęśliwy, to i państwo kwitnie... czy tak?“
„Tak. Inaczej nie bywa.“
„A więc nie żenuj się... Mów.“
„Ona jest moją krewną, przez matkę swoją, dlatego nie śmiałem proponować.“
„Co?! co?!“, król aż uniósł się z poduszek. „Two—ja kre—wna!“
„Tak!... Ale mogę powiedzieć — bo to jest ta sama, o której mówiła pani de Mailly!“ wyrzucił ośmielony Binet.
„Co?! Panna Poisson.“
„Już nie!... Teraz pani d’Étioles... i pupilka pana de Tournehem. Ta kobieta kocha króla od dziewiątego roku życia. Cyganka wywróżyia jej, że będzie miłośnicą Ludwika XV.“
„Wierzysz w przeznaczenie?“
„Tak!... i w szczęście króla.“
„Binet! Zgłupiałeś na starość. Ona jest jednak córką mieszczaństwa.“
„Wasza Królewska Mość sam powiedziałeś, że burżuazja idzie w górę...“
„Powiedziałem, że to może być niebezpieczne... Idzie w górę dzięki łaskom królewskim. Ale co z tego może być... potem?“
„Korona na głowie króla Ludwika XV. siedzi mocno.“
„Ale potem?“
„Co potem? Kiedy potem?... Król żyje!“
„A wiesz co stary?...“ Ludwik XV. przysiadł na łóżku. Après nous le deluge![1] Spróbuję!... Próba nie obowiązuje do niczego. A ta twoja krewniaczka jest smaczniejsza od wszystkich dam dworu!... Ona ma takie dołki na pulchnych policzkach... do całowania!“
„Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie!“
„Prawda! prawda!“
I monarcha z kamerdynerem jęli się śmiać do rozpuku.



Przypisy

  1. Po nas niechaj nastapi potop.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.