Markiza Pompadour/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Chustkę podniesiono
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VI.
Chustkę podniesiono

Dnia 28. lutego roku 1745 — już po śmierci pani de Châteauroux — pani d’Étioles znalazła znowu możność zbliżenia się do króla. Dostarczył ją jej mąż.
W dniu tym z okazji wesela Delfina z infantką hiszpańską Marją Teresą miał odbyć się jeden z tych imponujących balów maskowych, które rozsławiały blask dworu francuskiego na całym świecie i były wzorem dla dworów Europy.
Pan d’Étioles stanął triumfujący przed żoną:
„Chciałem, abyś rozerwała się nieco... Targasz zdrowie w tej ustawicznej pracy bez wytchnienia. Nie uwierzysz!... udało mi się otrzymać zaproszenie imienne na bal królewski dla nas obojga. Oho! to nie było łatwem. Zasłużyłem na piękne podziękowanie.“
Na jej twarzy wybiły rumieńce. Powstała od klawicymbału i pocałowała go w czoło... Potem uderzyła w klawisze grzmiącym akordem...
„Pozwól pocałować się!“ rzekł prosząco.
Nadstawiła mu cierpliwie obnażoną szyję. Wpił się w nią ustami. Znosiła to cierpliwie, nic nie czując — już oczy jej szły gdzieś w dal za ukochanym obrazem. Pan d’Étioles był rad i z tej pieszczoty.
Przecie wieczorem wypadło mu gorąco pożałować swego pomysłu rozrywki dla żony. Pani d’Étioles w tłoku rychło przepadła mu z oczu. Miał wrażenie, że skorzystała z jego nieuwagi, aby umknąć odeń... Szukał jej długo. W przejściu słyszał szept o czarodziejskiem różowem dominie, za którem ugania się król, jak opętany. „Od śmierci pani de Châteauroux nie był jeszcze nigdy tak wesoły“ — mówiono. „Rozmawiają i śmieją się jak dzieci“ — podawano sobie wieść z ust do ust. „Dowcipna, pełna werwy, wytworna, niezmiernie zwinna!“ — komentowali dworacy zajęcie się króla tajemniczą maską. „Kto to być może?“ — zachodzono w głowę, opowiadając sobie o szczegółach niezwykłej toalety nieznajomego domina.
Pan d’Étioles dorozumiał się łatwo, że ta, która budzi zajęcie, jako „łowczyni na króla“ — tak określił ją pewien dworski dowcipniś, była jego małżonką. W amfiladzie pokojów, śród tej fali gości, która go wciąż porywała i odpychała — niezgrabny z natury i krótkowidz — długo nie mógł natrafić na swoją drogocenną zgubę. Wreszcie odnalazł roześmianą parę w zakątku cieplarni. Król przytrzymał za obie ręce maskę; mówił coś namiętnie, stłumionym głosem, czego pan d’Étioles nie słyszał. Maska dzwoniła tak dobrze znanym panu d’Étioles śmiechem — złośliwym śmiechem triumfującego nad nim dzieciństwa Joanny w ogródku, gdzie składał jej róże Wersalu i... na jej rozkaz — pokrzywy.
Nagle wyrwała się królowi — uderzyła go wachlarzem w zuchwale wyciągniętą ku jej kibici dłoń — i pierzchnęła, jak ptak. Król popędził za nią. Goście usuwali się z poszanowaniem przed monarchą. Pan d’Étioles biegł jego śladem.
Ludwikowi udało się zatrzymać domino, ustające w biegu. Nie puszczał ręki, którą okolił mocnym uściskiem.
„Nie puszczę!“ mówił już niemal gniewnie, „dopóki nie dowiem się, kim jesteś, mała intrygantko! Zdejm maskę! Zdejm maskę!...“
Wtedy powolna rozkazowi, który wymusiła urokiem tajemnicy, uchyliła maskę.
„Moja Djana!“ zawołał król, poznając „zjawisko leśne“.
„Pani d’Étioles!“ biegł od poinformowanych szept w głąb stłoczonych gości, kupiących się służalczo dokoła króla.
Maska dygnęła przed monarchą i niby nieumyślnie upuściła chustkę. Monarcha pochylił się i podniósł ją. Zaraz przeszło po sali wyraźnym szeptem rzucone przez niewiadome usta dowcipne słowo, kryjące aluzję do obyczajów miłosnych wschodniego haremu.
„Chustkę podniesiono!“
Pan d’Étioles słyszał to i zagryzał wargi. Niemy stanął przy żonie. Król mierzył go badawczo. Widział nieprzyjazne oczy.
„Pozwól mi odejść teraz, Najjaśniejszy Panie. Mąż czeka na mnie.“
Pan d’Étioles spuścił oczy i pochylił głowę w ukłonie mniej niskim, niż przystało.
Ludwik XV. nachmurzył się przelotnie — kiwnął niedbale ręką — gest przyzwolenia — i odstąpił. W półodwrocie jeszcze przesłał zdemaskowanej wyrozumiały uśmiech.

Małżeństwo milczało w karecie podczas powrotnej drogi. Kiedy znaleźli się w domu, pan d’Étioles rzekł:
„Pani d’Étioles! To mi się nie podobało.“
„W takim razie mamy odmienne gusta!“ odparła zimno.
„Nie wszystko, co uchodzić może pannie Poisson, jest odpowiednie dla pani d’Étioles...“
Była oburzona:
„Przeciwnie,“ rzekła, „co nie uchodziłoby pannie Poisson, jest właściwem dla pani d’Étioles. Byłoby jeszcze właściwszem, gdybyś miał lepsze nazwisko.“
I wzruszywszy wzgardliwie ramionami, odeszła. Zamknęła się w swojej sypialni. Czuł, że obraził ją okrutnie. Stanął pod jej drzwiami, jak żak ukarany, i błagał:
„Joanno! Otwórz.“
Pukał długo — bez skutku.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.