Markiza Pompadour/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Wyzywająca Djana
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV.
Wyzywająca Djana.

Królewskie łowy odbywały się tego dnia w lesie Senart, dość odległym od dóbr d’Étioles. Mówiono, że pałacyk tamtejszy jest zamknięty, że pani Poisson, która przebywała tu z dwuletnią dziewczynką państwa d’Étioles, wyjechała z dzieckiem nad morze południowe, że państwo d’Étioles bawią w swoim Paryskim domu — w „hotelu de Chèvres“, gdzie mąż wpatruje się w oblicze swojej ubóstwianej małżonki, a ona rozczytuje się w tragedjach i „Listach filozoficznych“ pana Franciszka Marji Arouet de Voltaire’a. Jednak ktoś poprzedniego dnia, incognito, w zamkniętej karocy, zaprzężonej w pędzące chyżo, bryzgające pianą konie — przybył do pałacyku d’Étioles.
I o wczesnej godzinie rannej stamtąd podążał powóz, ciągniony przez dwa białe rasowe rumaki, w stronę lasu Senart, w to miejsce, gdzie był punkt zborny towarzystwa, biorącego udział w królewskiem polowaniu na sarny i zające. W pomalowanym na kolor różowy powozie siedziała młoda dwudziestoczteroletnia kobieta ubrana w kostjum błękitny, uderzający najwyższym artyzmem współczesnej mody, uśmiechnięta zalotnie.
Czy to był prosty przypadek, czy też jadąca dała tajny znak woźnicy — dość, że powóz wmieszał się nagle pomiędzy świtę królewską, w pośrodku której jechał konno Ludwik XV., pomiędzy myśliwych, psy konie, faetony, zajęte przez damy, towarzyszące królowi. Mógł to być przypadek, albowiem konie pięknej pani, jakoby wydarłszy się powstrzymującym je cuglom pognały od szosy w sam środek świty; ale mógł być w tem i rozmysł, spowodowany nakazem właścicielki powozu, gdyż stangret osadził konie akurat przy królu i tajemnicza dama — zda się, wystraszona okrutnie — miała dość czasu, aby pochylić głowę głęboko przed Ludwikiem, ukazać mu zarumienioną twarz, rzucić czarujący uśmiech i przez białe zęby wycedzić:
„Wybacz, Najjaśniejszy Panie! Jesteś punktem przyciągającym dla wszystkiego, co jest w ruchu.“
Poczem powóz pomknął — urocza twarzyczka odwróciła się jeszcze z niewinnym uśmiechem — i znikła na zakręcie drogi. Ludwik XV. zatrzymał był konia i olśniony zjawiskiem w milczeniu śledził oddalającą się aż do zakrętu.
Pani de Chevreuse, amazonka, znajdująca się w pobliżu, uderzyła konia spicrutą i podjechała ku królowi: „Najjaśniejszy królu! To była pani...“
Położył palec na ustach, dając znak, aby nie kończyła.
„To była czarowna zagadka,“ ozwał się z uśmiechem. „Nie rozwiązujmy jej. Lubię zagadki“.

Tegoż dnia o południu zjawisko powtórzyło się...
Na ten raz król siedział w powozie naprzeciw pani de Chevreuse. Była przerwa w polowaniu. Król był wyrzekł: „Jestem głodny“ — i natychmiast zatrzymano całą kawalkadę, a pani de Chevreuse biorąc od stojącego przy powozie dworzanina przysmaki podawała je Ludwikowi.
„Biedna pani Châteauroux!“ westchnął król, „ona tak lubi mi usłużyć. Ale zmusiłem ją do pozostania w domu... Jest słaba... i trochę nudna. Już mi powiedziała wszystko, co wie...“
Tej samej chwili obok królewskiego powozu przebiegła szalonym pędem urocza amazonka. W biegu odrzuciła welon — pochyliła się w siodle przed królem — rzuciła harmonijnym głosem donośne:
„Smacznego apetytu Najukochańszemu z królów Francji i świata!“
„Najukochańszy“ (Bien-aimé) był to przydomek, miły uszom Ludwika, nadany mu przez naród wówczas, gdy zachorował był pod Metz i cała Francja zanosiła w świątyniach modły o jego zdrowie, przerażona myślą o możliwości utraty tego, który w pięciu latach wstąpił na tron, oczarował pięknością dziecięcej twarzy wszystkie oczy i przez długi czas był symbolem nadziei ludowych. Z czasem ów popularny przydomek, trawestowany nieraz na: Ukochany przez wielu“ został zastąpiony przez rozczarowanie innym, złośliwszym a trafniejszym, czyniącym aluzję do mnóstwa miłostek królewskich: Wiele kochający“.
Wszelako w tej hiperbolicznej formie — rozdłużonej dodatkiem: „Francji i świata” — w tym późniejszym czasie psujących się i ciężkich rządów — z takim akcentem szczerości — w tak pięknych ramach: zielony las... południowe słońce — z tak pięknych ust — rzucony przez amazonkę z siodła spienionego arabczyka, pojawiał się po raz pierwszy... Amazonka zniknęła. Król przyłożył rękę do oczu, aby dojrzeć ją poprzez ślepiące promienie w obłokach kurzawy na gościńcu i milczał wzruszony, nie przyjmując z dłoni pani Chevreuse podawanego mu kielicha tokaju.
„Czy to była ta sama?“ spytał wreszcie.
„Tak... to była pani...“
„Cicho, pani Chevreuse!“ przerwał jej upojony. „Ciągle mówi się nazwiska. To jest zrozumiałe, ale to mnie już nudzi. Wiem wszystko. Miłe jest czasem nie wiedzieć. To było tajemnicze zjawisko“. I dodał szeptem:
„To była wyzywająca Djana!... Zatrąbić!“
Ozwały się trąbki — łowy rozpoczęły się nanowo.

I jeszcze tegoż dnia o późnej popołudniowej godzinie pomiędzy powozy świty królewskiej wmieszał się taeton, tym razem malowany na kolor błękitu, wiozący toż samo urocze „tajemnicze zjawisko, na ten raz przybrane w suknie różowe. W tem miejscu, gdzie ciągnął się zielony dywan „peluzy“, brzegiem lasu przesunął się faeton; i oczy pochylonej w ukłonie damy — mieniące się szafirem i połyskliwym mrokiem, spojrzały na króla niewypowiedzianie-figlarnie, jakby przepraszając z żartobliwą pokorą za śmiały zamiar wyprzedzenia królewskiego powozu. Kiedy powozy zrównały się na moment, Ludwik z niezwykłą wesołością w głosie, tak kontrastową z ospałem usposobieniem w końcu nużących łowów — wykrzyknął:
„O! jaki piękny wachlarz... Zasłania pewnie twarz brzydką.“
„Bardzo brzydką, Najjaśniejszy Panie! Dlatego nie ważę się jej odsłonić,“ krzyknął świeży głos z faetonu.
„Jednak żądam!“ zawołał król kapryśnie.
Chwila — a z faetonu frunął rzucony zręczną ręką drogocenny wachlarz i posłuszny woli rzucającej upadł sprawnie na kolana królewskie.
Ukazała się oczom Ludwika twarz, przedstawiająca idealny owal — nad nią wspaniała aureola jasnych, zlekka wpadających w kolor brunatny włosów — długie rzęsy, z pod których strzelało najczarowmejsze spojrzenie dumnych oczu — nos wyrazisty, jak na rzeźbach rzymskich z epoki Cesarstwa różowe usta, jakoby napraszające się pocałunek — połyskujące w czarownym uśmiechu ząbki, cera olśniewająco biała... Słowem, było to arcydzieło natury... W mgnieniu oka twarz ta przybierała całą gamę wyrazów, świadczących o bogactwie duszy. Harmonijna postać — tkliwej Wenery, czy młodocianej Juno — pochyliła się znowu w pełnym gracji, hołdowniczym ukłonie, przyczem delikatne palce białej ręki zlekka dotknęły przez falującą materję zarysu bujnej piersi, jakby chcąc stłumić zbyt żywe bicie serca — i faeton uciekł od zdumionych wizją oczu królewskich.
Ludwik rozłożył wachlarz, wpatrywał się długo malowidło. Podał go księciu Conti, który tym razem towarzyszył mu w powozie, jakby zadawał pytanie. Ksążę znał się na sztuce; rzekł:
„To jakiś niezmiernie zdolny naśladowca Massés namalował Henryka IV. u stóp Gabryjeli...“
„A! rzekł król, „pomyślałem to samo...“
„Przypuszczam zresztą,“ ciągnął książę, który nie mniej oczarowany był przez trzykrotne zjawisko tego dnia, niż król, i zasłyszał był już coś o nieznajomej od pani de Chevreuse — „że malowała to sama czarodziejka, bo to jest...“
„Nie mów nic, książę,“ poprosił król, jakby instynktownie opędzał się od zbyt mocno biorącej w posiadanie jego kapryśne serce wizji, — „to była... bajka!... Słucham jeszcze muzyki jej głosu... Na cóż tonom imię?“
Podobał się sam sobie w tej roli spowijającego zagadkę w piękne słowa i nie silącego się jej rozwiązać...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.