Markiza Pompadour/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Warunek niewierności małżeńskiej
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział II.
Warunek niewierności małżeńskiej.

Do pokoju dziecinnego, w którym ukryła się Joanna, wbiegł chłopiec, mogący liczyć lat czternaście, przecie wzrostem nie wiele wyższy od niej. Niezmiernie wytworny, obcisły strój tylko uwyraźniał brzydotę jego twarzy i niedorozwój budowy ciała. Na ustach jego przewijał się ciągle grymas, jakby znamionujący początek płaczu. W ciemnych oczach pojawiały się chwilami iskierki wybuchowego gniewu — niemocnego wobec tej płaczliwości. Chorowity z natury chłopiec był siostrzeńcem pana Lenormant de Tournehem i zwał się Lenormant d’Étioles. Osierocony w dzieciństwie znajdował się pod opieką swego wuja, który kochał go raczej z obowiązku krwi, upatrując w nim jedynego dziedzica swego wymierającego rodu, niźli z przekonania o jego wartości duchowej. Wątpliwem było, czy ten psujący się odprysk ongi rycerskiej rodziny potrafi odświeżyć jej tradycje, zresztą świetniejsze w wyobrażeniu pana de Tournehem, niż we wspomnieniach wszystkowiedzącej arystokratycznej opinji.
Ta opinja nie przeszkadzała jednak wujowi układać wraz z panią Poisson kombinacji, w której małżeństwo pomiędzy rzekomą córką pana Poisson, a młodym Lenormant d’Étioles miało przynieść Joannie tytuł szlachecki, przenieść na nią wspólnością małżeńskiego władania dobra rodziny d’Étioles w Lens, w dniu zawarcia ślubu — połowę majątku opiekuna mężowskiego i po najdłuższem jego życiu pozostałość skarbów rodzinnych de Tournehem’ow, na mocy gotowego w tym sensie testamentu, jako wyposażenie obojga małżonków.
Nie dziw tedy, że dzieci uważały się za „narzeczonych“. Joasia traktowała ten tytuł bez dumy, nawet z dziecinną drwiną, upatrując w nim raczej powód do pomiatania swoim małym towarzyszem zabawy, niż do uciechy, bo mianowała go „brzydalem“ i „niezgrabiaszem“. Natomiast chłopiec przejął się mocno swoją rangą „narzeczeńską“ — w jego dziecinnem sercu kiełkowała nieświadomie przedwczesna miłość dla dziewięcioletniej dzieweczki, tak dobrze wchodzącej w rolę kobiety — i pełen milczącej pokory gotów był spełniać wszystkie kapryśne rozkazy „prześlicznej Żanetki“, jego „przyszłej małżonki, pani d’Étioles“, jak podkreślał to z dumą przy każdem z nią spotkaniu.
W tej chwili wracał z baliku dziecinnego, urządzonego przez starą panią de Luynes, gdzie się znudził, ponieważ śród zaproszonych nie było Joasi — co uważał za wielką niesprawiedliwość. Nie czekał końca uroczystości, mimo zapowiedzi fajerwerków i zażądał od lokaja, aby odprowadzono go do opiekuna, którego słusznie spodziewał się znaleść w domu pani Poisson. Tutaj, ledwo stanął w progach salonu, jął oglądać się za Joasią i odszukał ją niebawem ukrytą w kącie pokoju. Padała na nią przez wysoko umieszczone okno czerwień zachodzącego słońca, przeobrażając ją dlań w zaczarowaną księżniczkę z bajki.
„Widzisz! Już jestem. Nie czekałem końca balu!“ rzekł, zbliżając się do niej z kawalerskim ukłonem. „Nie spodziewałaś się mnie. A ja wolę się bawić z tobą.
Zlekka kiwnęła mu głową. Odparła poważnie:
„Owszem, spodziewałam się, że przyjdziesz. Wiem, że wolisz bawić się ze mną.“
Uważała to za naturalne, że przekłada ją nie tylko nad swoich towarzyszy męskich, ale i nad dziewczynki w jego wieku, jakkolwiek on musiał nieraz bronić się przed zarzutami wyśmiewających go koleżków, iż bawi się z „małemi dziećmi“. — „Żanetta jest starsza rozumem od was wszystkich!“ odpalał ze złością, gotów gryźć drwinkarzy i cofać się zarazem przed ich większą siłą fizyczną.
„Pani d’Étioles!“ rzekł pompatycznie, „racz przejść się zemną po ogrodzie. Mamy piękny wieczór.“
Wstała w milczeniu i podała mu rękę.
Po chwili dwoje dzieci w pudrowanych perukach z godnością starszych zstępowało po schodach. On szedł z tyłu, stawiając ostrożnie nogi w jedwabnych pończochach i pantofelkach z djamentowemi sprzączkami, starając się nie nadeptać na tren jej szumiącej jedwabnej sukni — dzieci ubierały się, jak starsi. Znaleźli się wnet w cieniu lip zaniedbanego ogródka, przytykającego do dwupiętrowego domu pani de Chevres na placu de Grève.
Usiedli na marmurowej ławeczce.
„Żanetto!“ rzekł chłopiec, „czy pozwolisz mi, żebym cię pocałował? Tak trzeba.“
„Nie! Nie trzeba!“ odparła.
„Starsi tak zawsze robią.“
„A ja nie chcę!“
Chłopcu zakręciły się w oczach łzy.
Dodała, krzywiąc się:
„Starsi tu siedzą w tym ogrodzie i nie widzą, że tu jest... bardzo... bardzo brzydko. Niema ani fontan, ani posągów, ani klombów róż, jak w Wersalu... Tu nie wypada się całować!“
Usprawiedliwiała niejako odmowę pocałunku, może ubocznie czyniąc zarzut matce i „dobremu panu Tournehem“, że nie postarali się upiększyć ogródka według jej gustu i przekonań o koniecznem tle do „zabawy w pocałunki“, miłej dla starszych i dla dzieci.
„Chcesz?“ zapytał. „To pójdę jutro do Wersalu... i zakradnę się przez kraty i przyniosę ci trzy róże, jak wtedy, kiedy mnie obili... Ale za to pozwoliłaś pocałować się trzy razy.“
„Dlaczego dałeś się pojmać i obić?... Róże były zgniecione — brakowało listków... Podniosłeś je z ziemi. Niewarte były pocałunków.“
„Teraz klnę się honorem — nie dam się złapać dozorcom. Przyniosę ci jutro cztery najpiękniejsze róże.“
„Nie trzeba!... Po co kraść?... Ja sama sobie zerwę, kiedy będę mieszkała w Wersalu.“
Otworzył usta ze zdziwieniem — ale nie zaprzeczył. Żanetta przecie jest mądra i zawsze wie, co mówi.
„Pozwól mi jednak jutro iść po róże... i daj obietnicę, że mnie pocałujesz.“
Zmarszczyła brwi i niecierpliwie uderzyła ręką o poręcz marmurowej ławki.
„Chcę czego innego... chcę...“ zatrzymała się, myśląc.
„Rozkazuj, wszystko spełnię.“
„Naprawdę?“ ucieszyła się złośliwie. „A więc... przeleź zaraz przez ten parkan i narwij mi... pokrzyw... Tak! tak! przynieś mi bukiecik pokrzyw,“ wołała, śmiejąc się i klaszcząc w ręce, rada, że nareszcie znalazła pomysł, który odpowiadał jej planom i chwilowemu nastrojowi.
Powstał i patrzył na nią wystraszony.
„Ależ to kłuje... parzy!“ wyjąkał nareszcie.
„Mazgaj!“
„I jakże będę się przedzierał przez parkan... w tym stroju? Pójdę przez bramę i urwę jedną łodygę.“
„Nie przez bramę... I bukiet cały! Rozumiesz?... Garść.“
„Zniszczę ubranie.“
„Co mnie obchodzi twoje ubranie!“
„Ale garść pokrzyw... poparzę sobie ręce okropnie.“
„Mówiłeś zawsze, że mnie kochasz!... Nienawidzę cię, boś skłamał...“
Wstała i energicznie zawróciła ku domowi.
Dopędził ją.
„Żanetto! na co ci bukiet pokrzyw?... Przecież to nie dla ciebie...“
„Skąd wiesz?... Może dla mnie... Kwiaty noszą wszyscy, a pokrzyw nikt...“
„Ale to mnie będzie bolało przy rwaniu...“
„Widzisz! chciałam wiedzieć... czy mnie naprawdę kochasz?... Bo pani Lebon powiedziała kiedyś do mamy: „Jeżeli kto kocha, to wycierpi wszystko dla swojej miłości... a inne kochanie nic nie warte!!“
Jej oczy patrzyły z gniewem i rozżaleniem na składającego błagalnie ręce chłopca, starającego się zagrodzić jej drogę do domu. To nie były już oczy dziecka — biły taką potęgą wyrazu.
„Idź precz! Nigdy nie będę Twoją żoną!“ rzekło dziecko.
„Żanetko! Poczekaj... już idę...“
Pobiegł w stronę parkanu. Zatrzymała się na ścieżce. Jej oczy śmiały się teraz triumfem. Bawił ją mozół chłopca, niezgrabnie wspinającego się na parkan i trwożnie poszukającego oparcia dla nóg na oplatających go gałęziach.

Kiedy powrócił z naręczą pokrzyw, miał łzy w oczach i bąble na palcach, ale był rad i dumny z siebie.
„Widzisz,“ pokazywał jej ręce. „Teraz mogę cię pocałować?“
Nadstawiła z godnością twarzyczkę, odwracając nieco usta. Obsypał ją pocałunkami. Przymknęła oczy z uśmiechem — może nie chciała widzieć „brzydala“ i goniła obraz królewicza z bajki.
Byli oboje dziećmi — niewinnemi dziećmi. I w tej ich igraszce w miłość nie było nic gorszącego. Jeno ta cieplarniana atmosfera, w której wychowały się dzieci sfer wysokiej arystokracji i finansjery, przyśpieszała tętno ich krwi i uczyła ich przez naśladownictwo sztuki miłości, którą raczej bawiło się, niż żyło, wszystko dokoła nich.
„Dosyć!“ skomenderowała.
„Co mam zrobić z tem?“ zapytał, odrywając od niej chciwe usta i wskazując oczyma pokrzywy.
„Czy bardzo boli?“ spytała.
„Bardzo! Drapie — swędzi — kłuje... i parzy!“ wykrzywił się, spoglądając litościwie na własne ręce, pokryte bąblami.
„Nie rzucaj jeszcze!“
Odgarnęła rękaw sukni wysoko i podstawiła ramię.
„Dotknij!... mocno!...“
„Czem?!“ nie rozumiał.
„Pokrzywą!... No, uderz!“
„Ciebie?... Żanetko! Nie mogę.“
„Każę! Słyszysz?“
„Na honor! Nie mogę!... Jesteś kobietą!“
„Głupi! To wszystko jedno... Jesteś tchórz, nic więcej.“
„Weź sama!...“
„Nie mogę... Na palcach bąble będą widoczne. A wyżej — nie... Suknia przykryje.
„Ale po co ci to?“
„Lenormant!“ rzekła. „Nic nie rozumiesz. Pani Lebon mówiła do mamy: ,Z kochanej ręki przyjmuje się wszystkie ciosy.‘ Tak podobno powiedział jakiś wielki poeta... zapomniałam nazwisko... No, uderz...“
„Zaklinam się... na Bozię... nie mogę!“
„A! Na Bozię... Dobrze, wierzę ci!... Jesteś do niczego niezdatny. Połóż pokrzywy na ławce.“
Uczynił tak. Wówczas dziewczynka przyklękła i obnażone ramię zanurzyła w pokrzywach. W oczach szkliły się urastające krople łez, ale usta się śmiały. Mały Lenormant d’Étioles patrzył na nią z przerażeniem i podziwem:
„Co ty robisz?!... Nie boli cię?“
„Boli!... Ale trzeba się przyzwyczajać do bólu. Przecie i ciebie przezemnie bolało... a i mnie przez kogoś boleć może...“
„To go będziesz nienawidzieć.“
„Nie wiem! odparło dziecko z jakąś nieswoistą mądrością. „A teraz goń mnie...“
Biegła, jak wicher, w stronę promieniejącego purpurą na zachodzie słońca... Ledwo mógł nadążyć za nią po ścieżkach ogrodu i trawnikach. Nagle potknęła się o kamień — upadła. Podniosła się nim pośpieszył jej z pomocą. Zakaszlała się mocno, wyjęła obszytą koronkami chusteczkę — i przyłożyła ją do ust... Chustka zabarwiła się czerwoną plamą.
„Co to?... Ty plujesz krwią?“ zapytał.
„Nie!... Tak!... Czasem — ale bardzo rzadko. To nic... Pamiętaj — nie mów nikomu. Nie waż się... Nie trzeba przestraszać nikogo. To zaraz przechodzi.“
Musiał jej przysięgnąć, że „nikomu o tem nigdy pod żadnym warunkiem nie powie“.

Kiedy w dziesięć lat potem, w dniu 9. marca 1741-go roku Joanna-Atonina urodzona Poisson, przeszedłszy przy dźwiękach organów usłaną kwieciem ścieżkę od ołtarza do podwoi kościoła świętego Eustachego — wsparta na ręku pana Lenormant d’Étioles — odziana w szaty ślubne — nareszcie przez tłok ciekawskich, pragnących obejrzeć „czarującą pannę młodą“ dotarła do drzwiczek karety i zasiadła przy szczęśliwym nowożeńcu nastąpiła pomiędzy nimi taka rozmowa:
„Kocham cię, Joanno!“
„Wiem o tem. Mówiłeś mi to nieraz.“
„Ale ty mnie... czy kochasz? Nie powiedziałaś mi tego nigdy.“
„Nie wiem. Miłość jest to wielkie słowo.“
„Jednak wyszłaś za mnie?“
„Tak. Czy żałujesz tego?“
„Nie! nie! nigdy! Ale czemu nie chcesz mi tego powiedzieć.“
„Powiedziałam w kościele. Zaprzysięgłam miłość. Czy to ci nie wystarcza?“
„Nie!... To jest za chłodne... to dla świata... nie dla ciebie... nie dla mnie. Nie chcesz mi powiedzieć tego słowa...“
„Na cóż ci słowo, gdy daję ci siebie samą. Czy to ci nie wystarcza?...“
„Oh! to jest wszystko... to świat cały... Ale chcę, abyś to potwierdziła słowem — przecie ja ci powiadam: Kocham cię nad życie!“
„Tak powiadasz... A przecie jestem pewna, że... mnie zdradzisz. Nie jesteś z innej gliny, niż wszyscy inni mężczyźni.“
„Nigdy!... Dopóki mnie nie opuścisz.“
„A więc... kiedy cię opuszczę, zdradzisz.“
Nie mogła widzieć w karecie, pędzącej po źle oświetlonej ulicy, jak bardzo twarz jego pobladła. Ale poczuła, że wpił się palcami w jej rękę.
„Joanno, opuścisz mnie?“ jęknął.
„Puść mnie. Nie szalej! Żartowałam. Chciałam tylko powiedzieć, że twoja miłość — wbrew wielkim słowom — nie wyklucza możności zdrady.“
„A ty... ty... nie zdradzisz mnie, Joanno?!“
Milczała.
„Żanetko! Odpowiedz!“ błagał.
„Nie zdradzę cię nigdy dla nikogo... chyba dla króla!“ odparła, wybuchnąwszy śmiechem.
Powiódł ręką po zgorączkowanem czole, na które wystąpiły grube krople potu. Czy tak określa niemożiwość, czy... mówi o jakiejś niepojętej, dalekiej, ale mogącej kiedyś stać się rzeczywistością możliwości?
Przypomniał sobie nagle, że dzieckiem mówiła o kwiatach, które zrywać będzie sama w ogrodach Wersalu, jako ich prawowita mieszkanka. Szaleństwo, czy mysi uporczywa, mierząca do celu?... I przypomniał jeszcze, jak kazała mu wspinać się po parkanach i zrywać boleśnie kłujące pokrzywy. Teraz było to samo — cała ta rozmowa, była, jak garść parzących pokrzyw, kapryśnie złośliwą ręką rzucona mu na serce.
„Pamiętasz, Żanetto, jak kazałaś mi zanurzyć ręce w pokrzywy... i zmusiłaś mnie do cierpień? Teraz jest to samo...“
„A ja czy nie cierpiałam w tedy?“ rzekła.
„Czy chcesz powiedzieć, że teraz jest to samo?“ zapytał z lękiem.
Kareta zatrzymała się przed domem państwa d’Étioles. Zamiast odpowiedzi, rzuciła:
„Przyjechaliśmy! Otwórz!...“
Kiedy wysiadali, w głowie huczało mu dziwnie: „Nie zdradzę cię... chyba dla króla!“




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.