Marja Rodziewiczówna i jej dzieła/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anna Zahorska
Tytuł Marja Rodziewiczówna i jej dzieła
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1931
Druk Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

W latach zwątpienia, ociężałości duchowej, niewiary w jaśniejszą przyszłość narodu zaczęła tworzyć autorka, która mówiła słowa niezłomnego hartu, wiary, nadziei... Była to Marja Rodziewiczówna. Wśród rozbicia, na zgliszczach i ruinach dała wskazania bardziej niezawodne od najmądrzej wykutych programów politycznych, od najlepiej obliczonych posunięć dyplomacji, od najuczeńszych uzasadnień socjologicznych — hasło proste i mocne, jak komenda: pracować i trwać.
Uczyła w swych książkach pracy dokładnej, sumiennej, doskonale zorganizowanej. Ale nie poto, by wpoić w jednostki dążność do wzbogacenia się, by nauczyć je po amerykańsku zdobywać szczęście i powodzenie. Ta praca była otoczona dostojeństwem idei, bo podjęta i prowadzona dla narodu, dla Polski.
Polska — to była idea przewodnia Rodziewiczówny. Jej imieniem zaczynała i kończyła każdą z podjętych prac zarówno literackich, jak społecznych. Nie zawsze w czasach cenzury moskiewskiej mogła mówić wyraźnie. Ale społeczeństwo ją rozumiało.
Trwać na ziemi, na tych kresach, na zgliszczach spalonych dworów, na mogiłach powstańców! Oto był nakaz, oto był testament poległych i zamęczonych. Żeby trwać, trzeba mieć potężną, nieugiętą wiarę, że to nie będzie napróżno.
Rodziewiczówna trzymała straż na zagonie ojczystym i rzucała swemu pokoleniu rozkaz — słowo, by czyniło to samo. Nie było to trwanie na straconej reducie ostatniego żołnierza, który nie chce przeżyć klęski. Wierzyła w zwycięstwo! Wierzyła.
Dlatego zaprzęgała się w jarzmo szarych prac i trosk nieskończonych i z męskim hartem znosiła napór burz i wrogie napaści.
U kołyski jej stała klęska Narodu, ale po latach pracy danem jej było ujrzeć jego zmartwychwstanie.
Marja Rodziewiczówna urodziła się we wsi Pieniuha w Grodzieńskiem, dnia 2 lutego 1863 roku. Była dwumiesięcznem dzieckiem, kiedy burza rozwaliła dach nad jej głową. Rodzice za udział w powstaniu zostali zaaresztowani i wywiezieni na Syberję, majątek ich skonfiskowano. Dzieckiem zaopiekowała się pani Karolina Skirmuntowa z Koczeniewa. Rodziewiczówna przebyła tam lat osiem.
Pani Skirmuntowa była jedną z tych niezłomnych postaci niewieścich, jakie wyhodowały kresy. Ciężkie obowiązki narodowe, które spadły na ziemiaństwo po nieudanem powstaniu 1863 roku, dźwignęła bez wahania i bez skargi. Ratowała, co jeszcze uratować się dało. Pomagała tym, którym jeszcze pomóc było można.
Piękną tę postać odmalowała Rodziewiczówna w powieści „Byli i będą“, jako marszałkową z Grel:
„Była wysoka, szczupła, cała w czerni. Od tego kiru szat odbijała jakby blaskiem twarz blada, spokojna, o bardzo cienkich, jeszcze pięknych rysach, otoczona bujnemi, srebrnemi włosami, ...oczy były tak głębokie, tak jasne, tak mądre, takie, zda się, wszystko wiedzące, wszystko rozumiejące“...
Ziemię uchowaną wśród prześladowań i kontrybucyj dla wnuka, syna powstańca, takiemi słowami mu przekazuje:
„Utrzymałam ziemię, ciężko bywało i często i tobie będzie ciężko. Z początku po sześćdziesiątym trzecim ustępowali ci, co zwątpili lub stchórzyli. Wtedy trzeba było się fantować często, wtedy poszły srebra i klejnoty, zapasy, jakie były. Gdy panika i egzekucje minęły, trzeba było gospodarstwo na nowo dźwigać, stwarzać nowy byt, wtedy też wielu ustąpiło, nie umieli i nie chcieli pracować, do panowania, bawienia się i próżnowania nawykli. Wtedy trzeba było nie dospać, nie dojeść, nikogo nie widywać, nigdzie nie bywać, oszczędzać, odmawiać sobie wszystkiego, stare nałogi zabić. Teraz, kto został, już najgorsze przebył, może trwać. Ale z tej walki o byt złe jedno wyrosło: duch zmalał. Ludzie teraz zajęci tylko swemi interesami, o innem i nie myślą. Nie można ich za to potępiać, ale można się lękać o przyszłość. Nie dość morgi zachować i nie dość uważać je za swoje. Z tego posiadania i rządu trzeba będzie rachunek zdać idei.“
Taką atmosferą ideową było owiane dzieciństwo Rodziewiczówny. Nie dziw, że zachowała cześć dla swej krewnej.
W 1871 roku rząd carski ogłosił amnestję i rodzice Rodziewiczówny wrócili do kraju. Ale nie posiadali już ziemi, którą wydarł im wróg za udział w powstaniu. Nie wolno im też było osiąść na kresach.
Osiedli tedy w Warszawie, by tu znaleźć zarobek i kształcić dwoje starszych dzieci i małą Marję. Ale trudno było stworzyć znośne warunki życia. Rodzina Rodziewiczów borykała się z trudnościami materjalnemi, poświęcano wszystko, aby dać dzieciom wykształcenie.
Autorka nasza, jako dziewięcioletnia dziewczynka, wstąpiła na pensję p. Kuczyńskiej i tam się uczyła aż do wyjazdu z Warszawy. Zdolności umysłowe dostrzeżono w niej zaraz w pierwszych latach nauki.
Po czterech latach pobytu w Warszawie ojciec Rodziewiczówny odziedziczył majątek Hruszowa, koło Antopola, w dzisiejszem województwie Poleskiem. Spadek ten otrzymał po swym bracie, który umarł bezdzietnie.
Skończyły się dnie kłopotów i niedostatku. Można było swobodniej pomyśleć o wychowaniu dzieci. Rodziewiczównę wysłano do klasztoru Niepokalanek w Jazłowcu, w Małopolsce.
Młodziutka Marja zostawiła po sobie najmilsze wspomnienia. Czyniła doskonałe postępy, zwłaszcza jej wypracowania polskie zwracały na siebie uwagę. Miły, wesoły charakter o silnych popędach altruistycznych jednał jej powszechną sympatję.
Zaledwie po ukończeniu szkoły wróciła do domu, kiedy spotkała ją ciężka strata. Ojciec jej umarł.
Przed rodzeństwem stanęło pytanie, kto podejmie się ciężkiego trudu utrzymania w polskich rękach spuścizny. Ktoś jeden miał zostać na roli, spłacając pozostałe rodzeństwo.
Podjęła się tego osiemnastoletnia Rodziewiczówna. Postanowiła wydrzeć tę ziemię już obdłużoną krukom, czyhającym na rozdziobanie, i przechować ją nienaruszoną. Staje z energją do pracy. Uczy się rachować i oszczędzać, wchodzi we wszystkie arkana gospodarki wiejskiej. Odmawia sobie rozrywek, umilających młodość. Wkłada w majątek nawet swe honorarja autorskie. Aż po dwudziestu siedmiu latach dopracowała się prawie zupełnego oczyszczenia majątku.
Hasło pracy i wytrwania na roli, jako nakaz narodowy, tem bardziej przekonywująco przemawia z jej dzieł, że zostało poparte czynem całego życia.
A tymczasem rosła sława jej literacka. W 1883 roku otrzymała nagrodę konkursową w „Świcie“, wydawanym wówczas przez Marję Konopnicką, powieść „Straszny Dziadunio“. W maju 1888 roku nagrodzono na konkursie „Kurjera Warszawskiego“ powieść „Dewajtis“, która stała się ulubioną lekturą wielu pokoleń i zjednała wielką popularność autorce. Tło tych powieści było kresowe, ale idea z nich biła ogólno-narodowa. I odtąd cały naród przyjmował sercem jedną po drugiej powieści Rodziewiczówny.
Odetchnąwszy po najgorszych mozołach, Rodziewiczówna mogła część zimy spędzać w Warszawie, biorąc udział w życiu kulturalnem stolicy. W roku 1906 wstąpiła do koła Zjednoczonych Ziemianek. Założyła świetlicę, siedzibę ziemianek, pracowała w kółku warszawskiem, została kierowniczką wydziału ekonomicznego i członkiem honorowym K. Z. Z. i otworzyła w Warszawie sklep spożywczy i sklep drobnego przemysłu ludowego tegoż stowarzyszenia. Pracowała też nad zakładaniem szkół, różnych przedsiębiorstw, nad rozwojem przemysłu ludowego.
W tym samym 1906 roku za staraniem ks. biskupa wileńskiego Roppa, obecnie metropolity mohylowskiego, pozbawionego przez bolszewików swojej diecezji, otrzymała Rodziewiczówna pozwolenie na otwarcie i rozszerzenie kapliczki przydrożnej w Hruszowej. Odtąd kilka razy do roku odprawiano tam nabożeństwo. Wtedy cała okolica zjeżdżała do Hruszowej. Po nabożeństwie zapraszała do siebie i ugaszczała wszystkich przybyłych.
Dwór w Hruszowej był ośrodkiem kultury polskiej — nietylko dla ziemian okolicznych, lecz i dla ludu wiejskiego, dla Poleszuków. Lud ruski, o odmiennej mowie i religji, nie był naogół życzliwie usposobiony dla dworów polskich, zwłaszcza, że podjudzali go przeciw nim miejscowi urzędnicy rosyjscy. Ale Rodziewiczówna umiała żyć z nim w zgodzie i nawet szerzyć wśród niego oświatę polską.
Ten dobry stosunek przetrwał do 1925 roku. Nie potrafili go nadwerężyć ani okupanci niemieccy, ani bolszewicy. Prądy zachodnie promieniowały na okolicę. Nie można było nastarczyć książek, które Rodziewiczówna zawsze chętnie rozdawała, albo wydawała z bibljotek.
Z rozpoczęciem wojny Rodziewiczówna starała się potrzymać uchodźców od ucieczki na wschód, sama zjechała do Warszawy i wzięła udział w organizowaniu szpitala wojskowego przez K. Z. Z. na Miodowej. Jednocześnie pomagała w niesieniu pomocy inteligencji, na którą spadły najgorsze ciosy, w urządzaniu kuchni dla inteligencji na Świętokrzyskiej nr. 13 i kuchni dla Bratniej pomocy akademików. Organizowała też schronisko dla dzieci osieroconych przez wojnę.
Po wyjściu Moskali wróciła do Hruszowej. Przez cały czas wojny pracowała w Czerwonym Krzyżu. Podczas walk ukraińskich organizowała odsiecz dla Lwowa i otrzymała za to odznakę „Orlęta.“
Polska Niepodległa ustaliła się, państwo zaczęło się rozbudowywać. Teraz niestrudzona patrjotka, nie czując nad sobą popów, żandarmów i szpiegów, uważając Syberję za marę przeszłości, mogła dopiero rozwinąć pracę polską na kresach.
Takby należało się spodziewać. Tymczasem — za Polski Niepodległej ten bohaterski, niespożyty, wierny aż do męczeństwa i śmierci żywioł polski stał się żywiołem bezprawnym i upośledzonym. Taką oto za wytrwanie i ofiarę z krwi otrzymał zapłatę. Przesadne pojmowanie swobód dla mniejszości, rządy ludzi niekompetentnych i nie znających stosunków i tradycji kresów wschodnich doprowadziły wprost do ruiny państwowości polskiej na kresach z niezmierną krzywdą moralną dla kulturalnego i wiernego Rzeczypospolitej żywiołu polskiego.
Pozwalając mniejszościom rzekomo na własną kulturę, rozpętano dążenia antypaństwowe. Poleszucy odrzucili precz wszystkie nabytki zachodnie, poddając się agitacji bolszewickiej na kresach, której żadnej odtrutki przeciwstawić nie potrafiono. Praca oświatowa, czyniąca z nich dobrych obywateli Rzeczypospolitej, stała się niemożliwa.
Datuje to właśnie od 1925 roku.
Długoletnią pracę Rodziewiczówny zlikwidował ten gorąco w snach i modlitwach przywoływany rząd polski.
Na zacną działaczkę wpłynęło to przygnębiająco. Pomimo to dzięki niej, odzyskano zajęty na cerkiew po 1863 r. kościół parafjalny w sąsiednim Horodcu, gdzie ufundowała ołtarz bł. Andrzeja Boboli i otrzymane dary jubileuszowe użyła na gruntowny remont, a w Antopolu wzniesiono dom polski dla okolicznych nauczycieli szkół powszechnych i osadników.
Jest też Rodziewiczówna prezesem Kółka Rolniczego „Polesie“, przewodniczącą dozoru parafjalnego w Horodcu i oddziału Czerwonego Krzyża.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Anna Zahorska.