Marcowy kawaler/Scena V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bliziński
Tytuł Marcowy kawaler
Podtytuł Krotochwila w jednym akcie
Data wydania 1873
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


SCENA V.

HELJODOR, PAWŁOWA.
Heljodor (n. s.)

Nie chodzi mi o to, ale dałbym wiele, żebym mógł mieć prawo śmiać się z niego... (p. c.) Zawsze sprobuję... choćby dla jego dobra... (zbliża się do Pawłowéj poprawiając okularów).

Pawłowa (śmiejąc się).

Hi, hi, hi.. po kiego licha pan zawdy ma na oczach te śkiełka? (pokazuje palcem).

Heljodor.

Po licha mam te śkiełka?... żeby lepiéj widzieć ciebie...

Pawłowa.

To pan lepiéj widzi bez nie?

Heljodor.

Naturalnie — po cóżbym nosił?

Pawłowa.

Bo ja mówiłam, że kto ślepy, to i tak ślepy, choć to założy, a śkiełka to nie od tego żeby widzieć lepiéj, ino żeby się oczy nie psuły.

Heljodor (zawsze poważnie).

Słuszna uwaga... Wiesz co moja kobiétko, tak jesteś dowcipna, że mam ochotę wyściskać cię za to... (przysuwa się).

Pawłowa (zasłaniając się).
A panu zkąd się wzięło?... taki pan był dotychczas spokojny...
Heljodor.

Zkąd mi się wzięło? ja sam nie wiem... pewno jakem ci się bliżéj przypatrzył... (posuwa się ku niéj).

Pawłowa (j. w.)

No, no... niech się pan obędzie tymczasem...

Heljodor.

Bierze mnie ochota pocałować cię.

Pawłowa.

Niech ino pan da pokój... to nie ładnie na takiego pana.

Heljodor.

Cóż to nie ładnego?

Pawłowa (patrząc nań z politowaniem).

Boże kochany, pan też zdarny do umizgów...

Heljodor (n. s.)

Cóż u djabła we mnie takiego... chyba się umówili...

Pawłowa (j. w.)

Rychtyg jak żyd do wiązki siana.

Heljodor.
A to porównanie oryginalne... i dla czegoż to?
Pawłowa.

Taki pan biédny, bledziuchny.

Heljodor (urażony).

Biedny, bledziuchny... otóż, żeby cię przekonać... (chce ją objąć w pół).

Pawłowa (rezolutnie).

No, no, bez tego wszystkiego... bo jeszcze pana zdyfamuję, i będzie nie ładnie...

Heljodor (n. s. tracąc odwagę).

Zdyfamuje mnie! (po chwili n. s.) Najwidoczniéj więcej zyskam notując jéj jędrne wyrażenia... (dobywa książeczkę) To „żyd do wiązki siana“ było kapitalne (siada przy biurku). Więc powiadacie, moja kobiétko, że to nie ładnie być bladym?

Pawłowa.

To ino po szlachecku ładnie tak blado, ale u nas to nie...

Heljodor (zapisując).

Nie wiedziałem o tem...

Pawłowa.
A zresztą, czy w szlacheckim stanie czy w kujawskim, to zawdyk szykowniéj kiéj człek tłusty.
Heljodor.

Czy w szlacheckim czy w kujawskim... (zapisuje) A wasz Paweł jaki był... czy także tłusty?

Pawłowa.

E, gdzie tam, wyglądał kiéj szczypa... wypisz wymaluj na pana podobny... (wskazuje na niego).

Heljodor (krzywiąc się).

To pochlebnie dla mnie! Widzicie, a jednakeście go kochali.

Pawłowa.

A panu kto powiedział? właśnie, że nie.

Heljodor.

A poszliście za niego.

Pawłowa.

A boć mię ludzie zgłupili... miałam wej takiego chłopaka kiej malowanie, taki był szykowny, zawdyk czerwony na gębie, a takie oczy miał śmieszne... z saméj postury każdemu się podobał.

Heljodor (zapisując śpiesznie).

Z postury!

Pawłowa.
A jaki był filozof!
Heljodor.

Filozof!... co u djabła... jakto filozof?

Pawłowa.

Ano filozof... taki ucieszny, krotofilny... (Heljodor zapisuje) a jaki przyścipny do wszystkiego!

Heljodor (j. w.)

Przyścipny! (n. s.) a to trzeba stenografa.

Pawłowa.

Zapewne!... i do Boga i do ludzi... a jakem się w karczmie zeszli, to hulsztyki takie wyprawiał że się każdy nie mógł napatrzéć... oj! asystował mi, oj, asystował, oj, szeptał do onego ucha... ale ojciec z matulą i wszyscy ludzie, jak mi zaczęli brechtać, kłaść w głowę: a to, żeń się z Pawłem, niczego przy nim nie ułakniesz, będziesz chodzić w samych niedwablach... tak mię też i przerobili na swoje...

Heljodor (pisząc ciągle).

Żeście usłuchali...

Pawłowa.
Bogać to człowiek przenikniący, żeby naprzód wiedział co źle a co dobrze... chociaż to powiedają, że każdy wdowiec, to jak pies do owiec...
Heljodor (j. w.)

Więo to był wdowiec?

Pawłowa.

A bogać co! i miał trzy córki, tyle już prawie co ja; jedna była najstarsza, druga wej średnia, a trzecia najmłodsza.

Heljodor (j. w.)

Nie może być!

Pawłowa (płacząc).

Bodaj on z piekła nie wyjrzał śleporód, za mnie biedną sierotę!

Heljodor (j. w.)

Więc nareszcie umarł?

Pawłowa (szlochając).

Dopiero na jesieni... będzie temu ze trzy kwartały...

Heljodor (śmiejąc się)

Dopiero!

Pawłowa (j. w.)

Taki był zgęziały, że ino miał klapnąć, ledwo łaził, ady jednak żył kilka lat... ale nie mogłam z nim wysiedzieć, i dawno rozeszlim się z kupy... Jakem się żeniła, mój duch zaraz przeczuwał, że to tak będzie.

Heljodor (pisząc).

Może was bił?

Pawłowa.

E, żeby, toby nic nie było. Toć to powiadają, że jak chłop kobiéty nie bije, to w niéj wątroba gnije...

Heljodor (j. w.)

Tego nie słyszałem...

Pawłowa.

I że każda dopiéro dobra, jak ją bez dziesięć progów przewlecze...

Heljodor (notując pilnie).

Ale on was nie włóczył?

Pawłowa.

E, gdzie tam... on był taki nijaki... jak przyłaził do mnie, kiéj się miał żenić, to bywało, on nic nie mówi i ja nic nie mówię... siedziemy kiéj dwa samsony.

Heljodor (j. w.)
Więc to był nie zły jakiś człowieczyna...
Pawłowa.

Toć... taki, do niczego... ino tym jego córuchnom byłam na zawalisku... wszystkie trzy takie tarachy, trzepaki, cud boski wyrabiały, jaż mi się nieraz w głowie kołowrociło — a najbarzéj najstarsza, niezawarte piekło z nią miałam... silna zapieka, a nygus! za gruby koniec nie wzięła, ino letki chlibek jéj pachniał... Co dzień, bywało, wybryńduje się, ustroi, dwie watówki wetknie na się, żeby była rzęsita, i daléj do karczmy — po całych dniach się wałęzgała — a na mnie bij zabij, jak to bywa, że kto sam w piecu léga, to kogo ożogiem sięga.

Heljodor (j. w. n. s.)

A to skarbnica nie wyczerpana.

Pawłowa.

Cóż! ja tam panu tak tylko z trzeciego powiedam, ale żebym tak wszystko popowiedała...

Heljodor.

Mówcie, mówcie, moja Pawłowa... tak dobrze mówicie...

Pawłowa.
Nie mówię, ino powiedam... mówić, to, o co komu... jak to pan zaraz przekrętnie powié...
Heljodor (zapisując).

Wszystko jedno — powiadajcież daléj...

Pawłowa.

E, co tam, bądź co powiedać... pan się jeszcze wyśmieje...

Heljodor.

Ale gdzież tam, owszem, żałuję was... więc powiadacie, że tak wam te pasierbice dokuczały...

Pawłowa.

Bogać nie, a najbarzéj najstarsza... nic, ino owe grajatyki, owe tańce, ostatni grosz czasem wyniesła do karczmy — choć ciała urznąć, a duszę posilić; a mnie nie wolno było do niczego; i co miałam chodzić w niedwabiach, to na wszystko musiałam ino patrzeć z daleka, jak ona gapa w gnat.

Heljodor (zapisując z admiracją).

Jak gapa w gnat! co to za dosadność!

Pawłowa.

Ale czekajcie! dłużéj mojego ubóstwa, niż czyjego państwa...

Heljodor (j. w.).

No, a cóż się zrobiło z tym waszym pierwszym, co to był czerwony na gębie.. (zaglądając do notat) i przyścipny...

Pawłowa.

I on nic potém; choć pisał się takim przywiązałym. Świadomo Bogu i ludziom, że płakałam za nim, a on, śleporód, nie wyszło trzy miesiące, ożenił się z drugą. Te mężczyzny, to nie uszły psa.

Heljodor (j. w.)

Wszędzie i zawsze jedna historja.

Pawłowa.

I jeszcze wziął taką sztabę, chałdygę, że Boże zmiłuj się... Do karczmy bywało jak wlézie, to stoi kiéj zatyka.

Heljodor (j. w.)

Dla czego?

Pawłowa.

A bo nikt jéj nie chciał wziąść w taniec; miała odbyt rychtyg kiéj śledziowa główka w wielgą niedzielę.

Heljodor (j. w.)

I żyją z sobą dobrze?

Pawłowa,

A toć jest dzieci kiéj u żyda czapek... (po chwili z płaczem) A ja wej wyszłam kiéj panna z tańca... ni dziewucha ni wdowa, ino ludzka obmowa... (płacze) O mój Boże, mój Boże!

Heljodor.

No, przecie teraz już jesteście na prawdę wdowa, a przytem trafiliście na dobrego pana, nie prawdaż?

Pawłowa (przestawszy płakać).

Toć zapewne, że dobry.

Heljodor.

I mnie się zdaje, że wam u niego lepiéj, niż żebyście byli poszli za tego swojego z czerwoną gębą.

Pawłowa.

Jakby pan wiedział — co się mam zapierać.

Heljodor (wstając).

A nie wywdzięczacie mu się za jego dobre... widziałem sam nieraz, że robicie mu na złość, nie słuchacie go, on każe tak, a wy siak.

Pawłowa (naiwnie).

Ja go i tak kocham...

Heljodor (n. s.)
Masz tobie, to już widzę daléj zaszło, niż myślałem... (głośno) No, a powiedacież mi, jak będzie, gdy się ożeni..
Pawłowa.

A jemu co po żonie?

Heljodor.

No, jużci, nioby dziwnego nie było... kawaler, ma majątek...

Pawłowa.

Niech pan tak nie gada, bo mi zaraz markotno...

Heljodor.

Ale widzicie, moja kobiéto, musicie sobie wyperswadować, że to jednak kiedyś do tego przyjść może... i przyjdzie z pewnością.... powinniście miéć rozum, i nie sprzeciwiać mu się...

Pawłowa (p. c. wybuchając płaczem).

To kochanie śleporód, to gorsze kiéj choroba... na chorobę są léki, a to jak człowieka ogarnie, to rady sobie dać nie może...

Heljodor (n. s.)

U! źle... skłonna do płaczu... jeżeli z nim często używa téj broni, to padam do nóg... on taki mazgaj... (głośno) Czegoż płaczecie u licha?

Pawłowa.
A bo mi tak jakoś matyjaśnie?
Heljodor (biorąc notyskę).

Jakto, matyjaśnie?

Pawłowa.

A bo to pan nie rozumié?.. czy nieprzyjemnie, czy dziwacznie, czy matyjaśnie, to wszystko jedno... (płacząc znowu) Wolałabym wej zaraz śmierci pozbyć, niż cobym miała tego doczekać.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bliziński.