Manfred/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Manfred
Data wydania 1859
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Drukarnia L. Martinet
Miejsce wyd. Paryż
Tłumacz Michał Chodźko
Ilustrator Juliusz Kossak
Tytuł orygin. Manfred
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


AKT TRZECI.
SCENA PIERWSZA.
(Pokoje w zamku Manfreda.)
MANFRED, HERMAN.
MANFRED.

Rychłoż się dzień skończy Hermanie?!

HERMAN.

Jeszcze jedna godzina do słońca zachodu,
Niebo wróży noc piękną.

MANFRED.

Czy przygotowanie
Dokonane na wieży od strony ogrodu?

HERMAN.

Wszystko gotowe. Oto są klucz i szkatuła.

MANFRED.

Możesz odejść!

(Herman odchodzi.)

Spokojność dotąd mi nie znana,
Jakaś błoga spokojność serce me zasnuła;

I gdybym nie był pewien, że tak okrzyczana
Ludzka filozofia jest próżném słów brzmieniem,
Mniemałbym, że w mym sercu tajemnie spoczywa
Kamień filozoficzny!... ten sen, przebudzeniem
Zakończy się!...
.....Przecież, to spokojność prawdziwa?
Błogi nektar rozlewa swego zwiastowania?!...
Zapiszę że istnieje!... Lecz któż mi przerywa?...

HERMAN (wchodzi.)

Ksiądz Maurycy krótkiego żąda posłuchania.

KSIĄDZ (wchodzi.)

Pokój Hrabio Manfredzie.

MANFRED.

Wdzięczność ci życzliwa
Wielebny Ojcze! — Dzięki za twe nawiedzenie,
Błogosławione progi, gdzie wejdziesz kapłanie!

KSIĄDZ.

Dałby Bóg!... Chcę mieć krótkie z Hrabią rozmówienie
Na osobności.

MANFRED.

Ze mną?...

(do Hermana.)

Oddal się Hermanie!
Cóż więc rozkażesz Ojcze?

KSIĄDZ.

Powiem bez ogródki
Włos ten biały, myśl prawa, moje powołanie,
Byś śmiałości przebaczył dość ważne pobudki!...
Dziwne wieści zniewadze imię twoje Panie
Oddają, imię tylu wiekami wsławione!...
Hrabio! czyż je bez zmazy przeszlesz potomności?

MANFRED.

Słucham ciebie Ojcze!

KSIĄDZ.

Wieść niesie, że wzbronione
Ludzkiemu rozumowi przyrody skrytości
Rozdzierasz Panie; i że z anioły ciemności,
Co drzewo śmierci czarnym kręgiem otaczają,
Naradzasz się... Że z ludźmi, twojemi bliźniemi,
Żyć niechcesz!... Czasem się od ludzi oddalają
Pustelnicy święci, — lecz, czy żyjesz jak oni?...

MANFRED.

Chciałbym wiedzieć, kto wieści podobne rozsiewa?

KSIĄDZ.

Trzoda ma rozpierzchniona co od ciebie stroni,

I co się jeszcze twojéj pokuty spodziewa;
Inaczéj życie twoje nawet zagrożone!

MANFRED.

Życie?... niechaj im służy!

KSIĄDZ.

Chciałbym je ocalić.
Nie przychodzę w tajniki serca niezgłębione
Zazierać!... O! Hrabio czas jeszcze złe oddalić,
Czas zawezwać pokuty, czas serdecznéj skruchy.
Pojednaj się z kościołem, a przez jego władzę,
Zawezwij odpuszczenia anielskiéj otuchy!...

MANFRED.

Wielebny Ojcze! serca własnego nie zdradzę;
Czém byłem i czem jestem, to Bogu jednemu,
To mnie wiadome; nigdy ja za pośrednika
Nie wzywałem człowieka!... A prawu ludzkiemu
Czym zawinił, przesądzać czyż rzecz zakonnika?
Zostawmy sąd i karę prawu krajowemu!

KSIĄDZ.

Nie mówiłem o karze lecz o zmiłowaniu,
O pokorze mówiłem; ty sam masz wybierać
Czy zechcesz żyć posłuszny niebios przykazaniu,

Na me serdeczne rady duszę twą otwierać?!...
Prawo zemsty i kary niebu zostawione,
Wyraźnie nas naucza zakon Chrystusowy:
»Przez Boga tylko będą karane i mszczone
»Ludzkie winy!«.

MANFRED.

O księże! najmędrszemi słowy
Nie potrafisz własnego zbrodni przekonania
Zagłuszyć; — łzy — cierpienia i okropne kary,
Tysiąc mszy zakupionych, żarliwe błagania,
Nie umniejszą własnego udręczenia miary!...
Nie zdejmiesz zgryzot z serca przez bolesne chłosty,
Wściekłe hydry sumienia niczém nie zmiękczone;
Na nic rozpacz żałośna, pielgrzymki i posty
Kiedy w głębi twéj duszy piekło rozżarzone.
Lecz księże... Ja się piekła nie lękam żadnego,
Nigdy okropniejszego sobie nie wystawię;
Nic, nad ból mąk straszliwych sumienia własnego!

KSIĄDZ.

Myśl taka rychło miejsce cnotliwszéj zostawi,
Przyjdzie słodka nadzieja i rozjaśni oczy;
Aż nawykniesz spozierać ku wiecznéj ojczyznie,
Duchem pokory pojmiesz świat uroczy;
Przeszłość po nowem sercu jak wiatr się prześliznie,

Co wiara nasza daje, tobie będzie dane,
Odpuszczę co w méj mocy!

MANFRED.

Śmiertelnie raniony
Poglądając na blizny dłonią swą zadane,
Gdy od podłych podchlebców został opuszczony,
Gdy szósty cesarz Rzymu, w swéj ostatniéj chwili
Cieszył się w duchu, widząc, że śmierć go zasłoni
Od zemsty senatorów; którzy czołem bili
Dawniéj przed nim! — Przytomny jeden człowiek broni
Płakał, i chciał cesarza zatamować rany;
Rzymianin go odepchnął mówiąc: takaż twoja
Wierność! — za późno!... A wzrok śmiercią obłąkany
Szczytną jaśniał godnością!! To odpowiedź moja!!!

KSIĄDZ.

Cóż to znaczy?...

MANFRED.

Zapóźno, jak on odpowiadam!

KSIĄDZ.

Za późno? — Dla zjednania duszy twojéj z Bogiem
Nigdy za późno?... Pozwól niech twe serce zbadam,
Pychę ducha ujarzmiaj czuciom wiary błogiem.

Miéj nadzieję!... Ja hrabio ciebie nie pojmuję?
Bo i ludzie bez wiary w pośród żądz powodzi
Znaleźli jakąś łódkę co ich podtrzymuje,
Choć na chwilę nadzieją nędzę ich łagodzi!...

MANFRED.

O! i ja niegdyś pełen bywałem uroku,
Ja na pustyni świata miałem mety moje,
Chciałem być zbawczą łodzią dla ludzi natłoku,
Dla świata! — Dusze ludzkie wziąść na skrzydeł dwoje,
Lub zajaśnieć pochodnią wieczystéj jasności!...
Duszą chciałem ulecieć! — lecz gdzie? nie wiedziałem.
Lecieć! i runąć wreszcie, ale z wysokości;
Jak lecą wodospady straszne dzikim szałem,
Niosące srebrne piany do bezdennéj głębi;
Kędy mroczne kolumny pierwotnéj wielkości
Wylatują mgły modre! — Mokry obłok kłębi,
Czarne, straszne, pędzące do nieśmiertelności!!!
Ułudy téj przeszły dni błogie!!!

KSIĄDZ.

I dla czego?

MANFRED.

Z własną duszą nie łatwo było iść w zawody!
By ludźmi rządzić — ducha acz nie podległego

Obcym rządom dać trzeba!... Długie korowody
Pochlebstwa, nikczemności, i prośby, i skargi,
Zawsze serce układać, zawsze duszę dwoić,
Zawsze z kłamstwem na ustach; zamknąć wzroki wargi!...
Toż bronią trza wojować, by wroga rozbroić,
Oto świat!... Oto ludzie, takim być należy
Aby ująć stér rządów!... samotność wolałem,
Bo nie mogłem być wilkiem z serca ni z odzieży,
Ani nawet przewodzić wilkami nie chciałem...
W samotności lew żyje, — pragnę żyć lwa wzorem!!!

KSIĄDZ.

Czemuż nie żyć, nie czynić, tak jak inni ludzie?

MANFRED.

Bo téż nigdy ja ludzi nie chodziłem torem,
Dusza ma nienawistna pochlebstwu, obłudzie,
Ludzi znienawidziła! Dla tego wolałem
Samotność! — Przecież nie chciałem sam jéj budować.
Tak jak dziki Simun[1], w pustyni żyć chciałem,
Po morzu wrzących piasków swobodnie żeglować,
Kędy zwierz nie ostoi, ni kruche rośliny,
Zdaleka siedzib ludzi, — od człowieka celu;
Ale człowieku nie chodź w Simuna krainy,
Albo biada ci!....

Moje to życie lat wielu,
Ci, co dróg mych szukali, polegli w podróży!...

KSIĄDZ.

Już zaczynam rozpaczać! Lata młode twoje,
Chęć ma szczera, mój urząd — nic już nie posłuży?
Przecież nie chciałbym!...

MANFRED.

Starcze! patrz na czoło moje!
Czy wiesz, że są śmiertelni, co wbrew porządkowi
W wiośnie życia oblicze starości miewają:
Oddani w kwiecie wieku zimnemu grobowi,
Chociaż śród wojny, śmierci mężnych nie szukają.
Jednych wiedzie rozpusta, a drugich nauka;
Jedni pod pasmem nudów, lub pod myśli siłą!
Wielu z choroby serca, z tych nie jeden szuka
Ulżenia w pośród ludzi, — spotka się z mogiłą!
O! najwięcéj zabija ta boleść serdeczna;
Ona z jednego źródła różne kształty bierze,
Ugodzi większą liczbę, niżeli przedwieczna
Znaczy wyroków księga!...
.........Powiedzże sam księże
Czy cię która z tych chorób sama nie zabije?...
A mnie napadły wszystkie, razem uderzyły!

A więc nie dziw się księże z tego jak ja żyję,
Lecz z tego, żem przed życiem zeszedł do mogiły!
A jednakże jak widzisz chodzę po téj ziemi!!!

KSIĄDZ.

Hrabio chciéj mnie posłuchać!...

MANFRED.

Starcze! dość już tego;
Wiem, żeś wstąpił w me progi z myśli szlachetnemi,
Poważam włos twój siwy, i zapału twego
Nie naganiam! Jednakże próżne twoje mowy,
Bo nie jestem ja z rzędu ludzi łatwéj wiary!
Przez wzgląd na twą prostotę od dalszéj rozmowy
Uwalniam ciebie!... Bądź zdrów!

(Manfred wychodzi.)
KSIĄDZ.

Namiętności miary
Wezbrane, szatanowi tę duszę wspaniałą
Oddały; — i w tym jednak niepojętym stanie
Jak cnót wiele?... Ah jaką zasługą i chwałą
Byłoby do dróg Twoich nałożyć go Panie!
W tym prochu jaka światłość? jaka moc zapału!
Bezczynnie wielkie cnoty leżą na dnie serca,
Wplecione w matnią błędów serdecznego szału!...

Powstaje jak wróg Boga, lub bliźnich morderca!...
Może bez wiedzy?.... Panie! czemuż dzielność woli
W zarząd lepszym wrażeniom nie była oddana!!!...
Ach! żal takiego serca!... Ślepy!... zostać woli
W szponach dumy swéj własnéj mściwego szatana!...
On tak umrzeć nie może, jeszcze raz spróbuję,
Kto wié, może pokorą do celu i dojdę?!...

(Ksiądz wychodzi.)






SCENA DRUGA.
(Inne pokoje w zamku Manfreda.)
MANFRED, HERMAN.
HERMAN.

Słońce w ostatnią chmurę zachodu wstępuje,
Hrabio! kazałeś donieść.

MANFRED.

Dobrze! Zaraz pójdę
Je oglądać.

(Herman wychodzi.)
(Manfred otwiera okno.)

O! Gwiazdo jasna! — ubóstwiona
Przez owe pierworodne rozpierzchłe rodziny

Co spójnią z płcią nadobną olbrzymów plemiona
Córki ziemian poczęły z niebieskiemi syny!
Córki więcéj urocze niźli Aniołowie!
Za co duchy wypchnięto z niebieskiéj dziedziny!
Słońce! ciebie najpierwsi ludzkości ojcowie
Uznali bóstwem! zanim świata tajemnica
Była odkrytą ludziom, Twórcy arcydzieło!
Tyś pasterzy Chaldejskich weseliło lica
Gdyś na szczycie gór stromych uroczo spoczęło.
Wdzięczność ich, głos wielbiący posłała ku Tobie.
Tyś bóstwem materyi, Tyś obrazem Tego,
Który za cień światłości wiecznéj obrał sobie
Jasność twą!... Tyś przewódzcą kręgu niebieskiego;
Tobie rodzica ziemia swoją trwałość winna,
Człowiek serca wesołość, i barwę swéj twarzy
Cóż zrówna twym obrazom? gdy się wschód twój żarzy,
Gdy jasność ziejesz dniową, kiedy głowę skłonisz!...
Piękne słońce bądź zdrowe! Już nie ujrzę ciebie,
Pierwszy wzrok méj miłości, pierwszy uwielbienia
Był dla ciebie! — Już toniesz na zachodniém niebie;
Raz ostatni bądź zdrowe! Twojego promienia
Nieszczęśliwszemu jak ja nigdyś nie zesłało.
Nikomu światło twoje zgubniejszém nie było!...
Nikt nie znał tyle bolu i szczęścia tak mało.
Zniknęło!... Idźmy za niém!!!...



SCENA TRZECIA.
(Po jednéj stronie niebotyczne góry, po drugiéj zamek Manfreda, na którym wieża z krózgankiem.)
HERMAN, MANUEL,
I kilku innych ze służby Manfreda.
HERMAN.

Zkądże się przyśniło
Hrabiemu Manfredowi przepędzać samemu
Tyle nocy bezsennych w téj dzikiéj wieżycy?
Nigdy się nie udało z jego sług żadnemu
Cóś dojrzeć, oprócz światła przez okna strzelnicy.
Nikt nie zgadnie, co robi od czasu dawnego,
Napróżno, by cóś wiedzieć, plany me układam,
Wszędziem zazierał, oprócz pokoju jednego;
Za klucz od niego dałbym wszystko co posiadam!

MANUEL.

Ty poprzestałbyś na tém, com ci już powiadał!

HERMAN.

Powiedziałeś tak mało! — Wiekowi twojemu

Łatwiéj milczéć. — I ja spokójnie bym siedział
Wiedząc wszystko!.... Służyłeś już Hrabi staremu?...

MANUEL.

Służę im od młodości! Gdy na świat przychodził
Hrabia Zygmunt, od dawna na zamku mieszkałem;
Jakże się on od ojca swojego odrodził!

HERMAN.

Już ja o wielu synach toż samo słyszałem;
Lecz w czém główna różnica?..,.

MANUEL.

Nie mówię o twarzy,
Lecz o sercu; o życia sposobie odmiennym.
Taż duma i w młodego źrenicy się żarzy;
Lecz ojciec lubił szczerość, żył w gwarze wojennym,
Lubił uczty wesołe, spraszał przyjacioły,
Nie cierpiał samotności, do ksiąg nie zaglądał,
Noc zchodziła na ucztach, zchodził dzień wesoły;
Kto zawitał, był miłym, miał co tylko żądał;
Nie błądził jak wilk głodny po odludnym lesie,
Ni po górach śnieżystych w noc ciemną nie brodził!...

HERMAN.

Może kiedyś wesołość echo tu przyniesie;
Jeszcze by się uciechą zamek ten odrodził!!!

MANUEL.

Możeby się odrodził; lecz ze zmianą Pana!
Widziałem ja w tych murach rzeczy nadzwyczajne!

HERMAN.

Manuelu, zaspokój ciekawość Hermana,
Przerwij opowiadaniem chwile jednostajne;
Kiedyś mi wspominałeś o straszném zdarzeniu
Niedaleko téj wieży!

MANUEL.

Pewnego wieczora,
Śnieżna igła Eighiery w krwawém zapłonieniu
Jaśniała jak dziś właśnie!... O jakby to wczora
Było, tak dobrze widzi pamięć obudzona!
Wiatr ciepły dął powoli jak przed burzą bywa,
Księżyc jasny na niebie rzucał na ramiona
Gór śnieżnych płaszcz srebrzysty którym noc okrywa.
Hrabia Manfred, jak dzisiaj był na téj wieżycy;
Ale nie sam jak dzisiaj..... wówczas jeszcze żyła
Wszędzie mu nie odstępna!.... O! on téj dziewicy
Powierzał się we wszystkiém! — Ona jemu była
Wszystkiém na ziemi: prawda, że byli złączeni
Związkiem krwi.... Ona była jego!.....

KSIĄDZ (wchodzi).

Gdzie jest Hrabia?

HEHMAN (pokazując na wieżę.)

Tam! na wieży, patrz Ojcze, piekło się czerwieni.

KSIĄDZ.

Sam jeden na téj wieży, i cóż tam porabia?
Chcę z nim mówić.

HERMAN.

Mój Ojcze, nie sposób w téj chwili;
Mamy rozkaz Hrabiego aby nie przeszkadzać.

KSIĄDZ.

Jużeśmy z sobą dzisiaj w południe mówili;
Znowu wracam, bo nadal trudnoby odkładać. —
Słuchajcie, ja odpowiem, ja wam rozkazuję:
Hermanie, idź na wieżę i donieś Hrabiemu.

HERMAN.

Niech idzie kto odwagi w sobie więcéj czuje.

KSIĄDZ.

O! ja znajdę odwagę, sam pójdę ku niemu.

MANUEL.

Nie idź, szanowny księże, niech cię Pan Bóg broni.

KSIĄDZ.

Dla czego?

MANUEL.

Pójdźmy ztąd Ojcze, powiem na ustroni.

(wychodzą.)






SCENA CZWARTA.
(pokoje na wieży.)
MANFRED (sam).

Już się na widnokręgu gwiazdy porządkują,
Wpłynął księżyc na góry śniegiem uwieńczone;
Prześliczny obraz!... Jeszcze się oczy lubują
Blaskiem przyrody, kiedy jéj wdzięki strojone
Urokiem nocy cichéj, posępnością miłą!
Znam się ja lepiéj z nocą niż z obliczem ludzi,
W cieniu spokojnéj nocy gdy się roziskrzyło
Niebo gwiazd milionami!... Wnet się duch przebudzi
I czyta Bożą ręką pisane imiona,
Nadzmysłowego świata, ciemnéj ludziom mowy!...
W czasach błogiéj młodości każda świata strona
Zawsze mi zostawiła jakiś urok nowy!
Pamiętam noc podobną na piękniejszém niebie,
W obwodzie koloseum; w obszarze wszystkiego,

Co po dawnéj wielkości zostało pogrzebie
W Romulusa grodzie! — Sam, w kole olbrzymiego
Stałem gmachu! — Drżące gałęzie spadały
Drzew i roślin żyjących w rozpadlinach gmachu;
Jak rój błędnych motyli cienie ich latały;
Jaskrawe gwiazd zarzewiem niebo zamiast dachu.
Tam, daleko za Tybrem, słychać psów szczekanie,
Bliżéj w gmachu Cezara puchacz się odzywa;
Wiatr przyniósł straży miejskiéj przeciągłe wołanie!
............
Wyłomy Cyrku, ludziom przyroda życzliwa,
Cyprysom, stróżom grobów dała za mięszkanie;
Olbrzymi cień ich padał aż pod moje nogi!...
W tychże murach, gdzie Cezar zwycięzko przewodził,
I zkąd dziś ptaka nocy leci jęk złowrogi,
Wyrosły las na gruzach ludziom wjazd zagrodził,
Dziki Powój ssał ziemię co laury żywiła!
Tam Cyrk Gladiatorów potąd dumnie stoi,
Cezara i Augusta gmachy już pokryła
Ziemia; zaledwie kamień jaki się ostoi!....
Ty zimna gwiazdo nocy, niegdyś przyświecała
Stujęzycznéj stolicy świata podbitego!
Smętnie płynąc nademną tyś blask twój rzucała
Po tych grobach — by pieścić tęskność umarłego
Grodu!...

Przed tobą wieków pustynie ożyły.
To co jeszcze zostało starannieś piększyła;
Świątynie w gruzach ległe wnet się podnosiły;
Tak cudnieś wyobraźnię moją rozwidniła!!!...
Serce me rozrzewnione w czarowném milczeniu
Mężów dawnego świata wielbiło w pokorze;
I widziałem ich wszystkich w ducha uniesieniu
W koloseum, w senacie, na Cezara dworze;
Wszystkich tych co z głębiny grobów zapomnianych
Uczuciami dusz naszych dotąd rządzą jeszcze!!!
Noc to była kolorów i wrażeń tych samych
Co dzisiejsza!.... Rzecz dziwna! i uczucie wieszcze
Objawia się! jak dawniéj w ostatecznym kresie!...
Bo też czasem się zdarza, że nas odbiegają
Myśli; kiedy je w jednym ścieśniamy zakresie,
Ledwie duchem objęte wnet się rozpierzchają!!!...

(wchodzi ksiądz.)
KSIĄDZ.

Hrabio! raz jeszcze żądać muszę przebaczenia;
Urząd mój, serce moje, każą być natrętnym;
Przyjmę najsroższe kary, ale poświęcenia
Odrzucać niechciéj dumą i sądem namiętnym.
Ach otwórz duszę twoją oliwie kościoła,
Zobaczysz jaką gwiazdą duch się twój rozświeci,
Jakim głosem twa dusza do Boga zawoła;

Zapomniałeś się tylko w uczuć twych zamieci;
Jeszcze cię wyratuję!...

MANFRED.

Księże, próżne mowy,
Nie znasz mnie, dni moje już są obliczone;
Już żywot mój skreślony przeznaczenia słowy.
Nic nie odmienisz!... Księże, wszystko już zpóźnione!...
Uciekaj, lub śmiałości twéj możesz żałować!...

KSIĄDZ.

Hrabio! chcesz mnie przestraszyć, albo ze mnie szydzisz?

MANFRED.

Nie szydzę, lecz ratować pragnę!

KSIĄDZ.

Mnie ratować?

MANFRED.

Ciebie.... no patrzaj, Księże, cóż, czy nie widzisz?

KSIĄDZ.

Widok ten serce słabe pokonałby drżeniem;
Ale nie moje! Sługa Boży się nie boi!
Widzę widmo okropne z przekleństwa znamieniem,
Płaszcz czarny spadł od głowy, czarne mgły wokoło.
On między mną i tobą, lecz się go nie boję!...

MANFRED.

Nie jest on niebezpieczny, lecz sędziwe czoło
Latami pochylone, drżące ciało twoje
Wrażenia nie wytrzyma!.... Księże, wróć do siebie!...

KSIĄDZ.

Zostanę na tém miejscu, aż widmo straszliwe
W ciemnych otchłaniach piekła znów się nie zagrzebie!
Tyś go przyzywał?...

MANFRED.

Nie wiesz, widmo obrzydliwe
Przyszło tu same!....

KSIĄDZ.

Grzeszniku ślepy, zatwardziały,
Jakiż węzeł cię łączy z gośćmi podobnemi?
Źrenice wasze wzajem groźnie się spotkały;
Czoła górą promieńmi piekła jaskrawemi!
Na głowie połamane mściwe strzały gromu,
W oczach nieśmiertelności piekielnéj znamiona;
Zgiń, przepadnij!!!...

MANFRED.

Kto do mego przysłał ciebie domu?

DUCH.

Pójdź ze mną?...

KSIĄDZ.

Mów, kto jesteś, maro potępiona?!

DUCH.

Tego człowieka jestem duchem;

(do Manfreda.)

Ty pójdź, już czas!

MANFRED.

Iść z tobą?... Któż cię przysłał duchu mi nieznany,
Kto ty jesteś, mów?!...

DUCH.

.......Potém się dowiesz, pójdź, już czas!

MANFRED.

Podły! nieraz władałem ja twojemi pany!
Duchu niższéj istoty; próżne twe nadzieje!!

DUCH.

Pójdź, człowieku! godzina śmierci już wybiła!

MANFRED.

Wiem, że zasłona czasu już nademną wieje,
Ale nie w twojéj władzy duszy mojéj siła!
Precz!!!...

DUCH.

Do mnie duchy!

(pokazują się duchy.)
KSIĄDZ.

Precz? precz zgrajo piekieł obrzydła.
Gdzie modlitwa pokory, nie dla was mięszkanie,
Gdzie duch nadziei Bożéj rozwija swe skrzydła!....
Precz, w imie!....

DUCH.

Starcze! znamy twoje powołanie,
Klątw niewczesnych zaniechaj, to człek potępiony,
Wzywam go ostatecznie musi iść za nami!

MANFRED.

Skłamałeś podle duchu z piekieł wyrzucony:
Śmierci się nie opieram, ale gardzę wami;
Życia ni jedną chwilę nie chciałbym przedłużyć,
Lecz jam z tobą, ni z twemi nie wchodził w układy;
Doszedłem własną pracą, jak macie mi służyć;
Śmiałością, wytrwałością rozbiłem zawady!
Mocą duszy rozdarłem dawnych czasów tajnie!
Gdzie ziemia miała ludzi!... kędy duchy w parze
Wespół z ludźmi chodziły, zawsze jednostajnie
Bez zawiści wznosili tajemnic ołtarze!....
Potężny własną siłą, duchy gardzę wami!!!...

DUCH.

Twoje zbrodnie!....

MANFRED (przerywając).

Nikczemny! cóż ci do mych zbrodni?
Czyliż będą karane cięższemi zbrodniami;
Lub przez tych co głębszego piekła jeszcze godni!
Twą własnością nie będę! Ziemskie sprawy moje,
Szereg wszystkich wykroczeń w duszy zapisany
Niż wasze stokroć sroższe wlecze piekło swoje.
Całego piekła męki nie zrównają z memi:
Z tegóż źródła mój przyszły żywot się rozwinie.
Nasze niebo lub piekło my przynosim z ziemi
Niepodległe drugiego żywota krainie:
Własne me przekonanie, piekłem mém lub niebem.
Dziś czy jutro odejdę, nic nie wygrasz na tém;
Nie ucieszy się piekło w dzień mego pogrzebu!...
Sam sędzią moich zbrodni, sam mym będę katem.

(do duchów.)

Precz ztąd widma piekielne, śmierci się oddaję,
Ale nie wam!

(duchy uciekają.)
KSIĄDZ.

O Boże! jakie blade lica,
Pierś ściśniona przestrachem ledwie oddech daje!...
Jeszcze płynie z twym życiem Bożych łask krynica;
Ach! choć myślą zawołaj o iskrę zbawienia. —


Wydanie Michała Chodźki.
MANFRED.

Już oczy ociemniały, — daj mi rękę twoją —
Stało się!.... coraz bardziéj noc się rozprzestrzenia.....
Tłumy duchów ruchome przed oczyma stoją!!!...

KSIĄDZ.

Dłoń zimna... zimne serce!... Proś o przebaczenie;
Wołaj myślą do Pana!.... Ach! cóż się z nim stanie?!

MANFRED.

Wszak umrzeć nie tak trudno!.......

(umiera.)
KSIĄDZ.

Wieczne odpocznienie!...
O Panie! kędyż duszy jego dasz mięszkanie?....



KONIEC MANFREDA.



Przypisy

  1. Wiatr pustyni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Michał Chodźko.