Przejdź do zawartości

Malowana i żywa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Malowana i żywa
Pochodzenie Mozajka
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wyd. 1884
Druk Władysław Szulc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.
MALOWANA I ŻYWA.






Na jednej z ostatnich wystaw Wiedeńskich, obchodząc niemiecką szkołę, zatrzymać się mi przyszło przed portretami d’Angelego.
Na dzisiejszych popisach dzieł sztuki, jest to może, co najżywiej zająć może. Technika do najwyższej posunięta doskonałości, studya z natury przedziwne, blask kolorytu, kunszt kompozycyi — wszystko to razem wzięte nie obrania malarstwa dzisiejszego od zarzutu dziwnej bezmyślności i trywjalności wstrętliwej.
Uciekając od chorobliwego sentymentalizmu sztuka zabiegła — na śmietnisko i do kuchni.
Nie mówiąc już o obrazach treści religijnej, które albo nieobecnością swą świadczą, iż brakło do nich natchnienia, lub realizmem przykre czynią wrażenie — począwszy od ogromnych dekoracyjnych kompozycyi naprężonych, wysilonych a zimnych, aż do miniaturowych cacek, których całą zaletą fotograficzna ich brzydota — trudno znaleść na wystawie coś, coby myśl lub serce poruszyło.
Suknie i klejnoty, futra, zbroje, obnażone ciała są niesłychanego wykończenia i prawdy — drobne figurki nieporównanie są wdzięczne, pięknych pań w atłasach i poobnażanych mnóstwo ogromne — ale myśli niema nigdzie. Jeżeli się ona gdzie przypadkiem zaplątała, to ją akcesorya tak zdusiły, iż ledwie z pod nich dobyć można biedaczkę.
Na takiem bezrybiu — portret — rak staje za rybę. Dobry portrecista, choćby z pierwowzoru nieumiał pochwycić jego momentu charakterystycznego, zawsze da jakąś chwilę, jakiś aspekt prawdy. Myśl się z tego sama wywinie.
Przypatrywałem się właśnie ślicznym, z taką maestrią i werwą malowanym portretom d’Angelego, Canona i Lembacha — gdy obok siebie spostrzegłem stojącego znajomego mi młodego pana Klaudyusza N. wpatrzonego tak w jedno z płócien, iż o całym świecie zdawał się zapominać.
Mam poszanowanie dla tych co kochają sztukę i zajmują się nią gorąco, nie myślałem więc mu przeszkadzać, ale mimowoli poszedłem wślad za jego wzrokiem — i odkryłem co go tam tak przykuwało.
Był to portret kobiecy, a d’Angeli w nich celuje. Wiedziałem, że ten ulubieniec wielkiego świata i królewskich dworów, bierze za portrety bardzo drogo, więc i klientelę ma, przeważnie złożoną z pań należących do sfer najwyższych.
Portret na który spojrzałem nie zrobił na mnie wrażenia — jakby mógł należeć do nich. Śliczna była twarzyczka, wyraz jej poważny, surowy, zagadkowy jakiś, lecz tej dystynkcyi, jaką dają długie lata wyszlachetniającej się życiem swobodnem krwi — w niej nie było.
I malowanie i typ ten mogły w istocie zachwycić, a d’Angeli zarazem typowość twarzy i indywidualną jej cechę doskonale pochwycić umiał. Portret żył, a charakterem swym powiadał, że niewiele pewnie więcej życia musiał mieć oryginał.
Była to śliczna, idealnie piękna blondyneczka; dziecię północy, kwiatek z nad śniegów, który w chłodzie umie zakwitnąć i mrozy go nie warzą. Nie było w nim tej krwi i ognia dzieci południa, które goreją potężnie, namiętnie a krótko, ale kamienna siła, — coś z ożywionego zaledwie dzieła Pygmaljona.
W tym majestatycznym chłodzie swym jakże cudownie była piękną.
Nie miała rysów tych, które się klasycznemi zwać zwykły, tego kroju twarzy Junony-Ludovisi, ani Wenery z Milo — który zachwyca miłośników staro greckiej sztuki — lecz całość fiziognomii pełna była harmonii i wdzięku.
W greckich posągach, nawet bóstwa wyobrażających, jest zawsze kobieta z krwi, ciała i kości, w różnych tylko stadyach rozwinięcia, począwszy od wpółdziecinnej Psychy, do w pełni sił matrony; — w tej blondyneczce było niby widmo życia — marzenie wcielone, coś powietrznego... zjawisko o które lękać się było można, aby jak bańka mydlana nie prysła za najmniejszym podmuchem.
Wizerunek był pojęty z największą prostotą i rodzajem tour de force artysty. Na ścianie jasnej z wypłowiałego goblinu, stała w białej sukience, bez żadnych ozdób, bez dodatków, bez kontrastów tych które podnoszą tony, uwydatniają światła, potęgują efekta.
Pomimo to malarz umiał wszystko zaokrąglić, uczynić plastycznem i żywem. Biała sukienka niedbale włożona, nieosłaniała zupełnie gorsu, — z pod niej czuć było i widać wychodzące kształty marmurowe. Nie zakrywała nic, posągowała śliczne, utoczone ręce i popiersie. Rączki obie, z nadzwyczajnem staraniem portretowane widocznie, rączki indywidualne, własne jej, maluchne, śliczne, trzymały napół złożony wachlarzyk biały także, ze słoniowej kości i chustynkę obszytą koronkami.
Stała tak na wpół do widzów zwrócona, a ogromne warkocze włosów złocistych, związane niedbale, jakby aureolą główkę wdzięczną opromieniały.
W wyrazie twarzy było coś sfinksowo-zagadkowego. Oczy szczególniej — przerażały, można powiedzieć. Były to oczy stalowe, zimne, z wejrzeniem ostrem, przeszywającem — nieodgadnionem — mieniące się niby surowością, smutkiem, melancholją, znudzeniem.
Wieku niepodobna było odgadnąć. Mogła mieć lat piętnaście i trzydzieści, bo takie blondynki nie starzeją.
Stać przed tym dziwnym portretem można było wieki i dumać — cała zagadkowość natury ludzkiej, serca, losów człowieka uosobioną była w tej twarzyczce.
Mogła to być i święta i Messalina — najrozumniejsza z Muz i najmniej myśląca z długowłosych istot. Zimno się robiło i straszno przypatrując jej.
Staliśmy oba przed piękną blondynką — gdy Klaudy potrąciwszy mnie przypadkiem i chcąc przeprosić, spojrzał — i poznał.
— Pan także, jak widzę, stoisz przed tem arcydziełem — zawołał entuzyasta. Prawda? malarz — stworzył coś cudownego, ale natura!! Nie podobna mi przypuścić ażeby ją upięknił i wyidealizował. Kto to jest? gdzie się na ziemi może znajdować podobna istota?
— Sądzę, rzekłem, że o to by się łatwo dowiedzieć było. Cóż stoi w katalogu?
— A! a! w katalogu! dusząc go w rękach zawołał Klaudy — głupi katalog nie daje nic. Portret damy, przez prof. d’Angeli.
Ja tu już nie pierwszy dzień stoję przed nim w niemej kontemplacyi. Mogę powiedzieć, że jestem w nim do szaleństwa zakochany. Profesora d’Angeli tu niema, jest w Berlinie. Wiem, że wiele malował do Anglii, wiele w Niemczech — gdzie, zkąd on wziął tę kobietę?
Patrycjuszka czy.....
— Praczka — dorzuciłem.
Oburzył się Klaudy.
— Typ czysto północny — dodałem. Coś podobnego widywałem na ulicach Stockholmu i Upsali — nawet wśród prostego ludu, tylko d’Angeli spotęgował.
— A! nie! wątpię, ażeby dorównał oryginałowi — począł Klaudy.
Staliśmy trochę milczący, znajomy mój — rozśmiał się i rzekł cicho.
— Popełnię dzieciństwo, będę niedyskretnym, lecz, na Boga, muszę wiedzieć z kogo malarz wzór brał do tego bóstwa.
— D’Angeli ― dorzuciłem — jest człowiek niezmiernie praktyczny — maluje tylko tych, co mu dobrze mogą zapłacić — dla zabawki studyów nie robi. Prawdopodobnie więc, nie praczka to jest — jakem wam na przekorę powiedział — ale jakaś księżna pani.
Klaudy westchnął.
— Nie chcę przypuszczać tego, rzekł. Było by to nieszczęściem dla mnie, bo — jestem zakochany, oczarowany i gotówem do największych ofiar.
— Aby się rozczarować — dodałem chłodząc go.
— Doprawdy rozczarowanie byłoby dobrodziejstwem, i gdyby raczyła się odezwać — a powiedziała srogie głupstwo — byłbym ocalony.
— Pewnym pan tego jesteś? spytałem. Ja — nie. Wiele twarzy ma ten urok czysto zmysłowy, który my transponujemy na ton ideału i sentymentu — a co się zwycięzko opiera nawet dowiedzionej głupocie i nie wątpliwemu brakowi — uczucia i sumienia.
— Ale to nie jest piękność przemawiająca do zmysłów — oburzył się Klaudy — coś tak powietrznego.
Westchnął i w myślach się zanurzył. Poszedłem dalej. Wieczorem spotkaliśmy się w restauracyi Grand Hotel. Zajęty był portretem jeszcze.
— D’Angeli nie przyjedzie tu, rzekł — ja do Berlina nie mogę, pisałem do niego zaklinając go na wszystko w świecie, aby mi zwierzył kto był pierwowzorem tego portretu.
— Wątpię ażeby list poskutkował — odpowiedziałem. Wiedzą to wszyscy, że Angeli jest popsuty swą sławą i grzecznościami, jakiemi go ukoronowane głowy obsypują. Dla królowej angielskiej nie raczył się ubrać wedle etykiety wymaganej — i wolał nie znajdować się na wieczorze, niż wdziać pończochy — a pan chcesz aby mu odpisał.
— Byłby najokrutniejszym z ludzi, gdyby tego nie uczynił — rzekł Klaudy.
Portret miałem w pamięci, wydawał mi się jak jemu nadzwyczaj pięknym i wiele mówiącym — jednakże w końcu Klaudy mnie trochę nudził swoim dziwactwem, które przypisywałem rozmarzeniu i próżnowaniu.
Był to w istocie młodzieniec w tem — nieszczęśliwem, a jak inni mówią, szczęśliwem położeniu, że — nic robić i niczem się zajmować nie potrzebował.
Zacnych rodziców jedyne dziecię, wychowanym był przez nich wcale nie na próżniaka. Ojciec jego żył w tych czasach gdy wypadki pozbawiały fortuny i pędziły nieraz na wygnanie. On i matka obawiali się tego dla syna. Dali mu więc wychowanie bardzo staranne. Klaudy był wykształcony, skończył studya uniwersyteckie, trochę nawet chorował na literata, lecz pochwyciło go życie. Wolał teraz żyć, patrzeć, czytać, odczuwać, niż ślęczeć nad kryształami myśli zimnemi, nad światem papierowym.
Nie miał fantazyi bogatej, młodzieży właściwej — zdawał mi się zimny, umiarkowany — i to dziwactwo... zakochanie się w malowanej blondynce nie rokowało też trwania — nie ciągnęło za sobą żadnych strasznych konsekwencyi.
Spotykaliśmy się jeszcze w Wiedniu. To co przewidywałem nastąpiło — d’Angeli wcale nie odpowiedział.
Uparty Klaudy napisał do jednego z kolegów swych uniwersyteckich, który zasiadał jako deputowany w izbie pruskiej, usilnie go prosząc i zaklinając, ażeby dowiedzieć się starał od malarza o oryginale portretu. Tłumaczył tę swą ciekawość nadzwyczajną pięknością jego.
Przyjaciel odpisał list długi, żartobliwy, skarżąc się na artystę, który dla nikogo grzecznym niebył i odprawił go bardzo grubjańsko, ledwie nie wygnawszy za drzwi. Nie przestając na tem, umocowany do zasiągnięcia tej tak ważnej wiadomości, deputowany — postarał się ze strony dowiedzieć, kto to mógł być? Zdaniem osób, które dobrze były położone w pracowni artysty, — owa blondynka nie należała wcale do sfer, w jakich się zwykle obracał portrecista — był to typ, znaleziony gdzieś przez niego i malowany dla przekonania, że biało na białem — jasno na jasnem, można stworzyć arcydzieło, któremu na sile zbywać nie będzie.
Wyjeżdżając z Wiednia i żegnając się z Klaudym, znalazłem go zawsze jeszcze rozmarzonym tym wizerunkiem, do którego co dzień chodził się modlić przez długie godziny.
Wystawa miała być w krótce zamknięta. Zdziwiłem się w kilka dni po powrocie do Drezna, — spotkawszy Klaudego na ulicy. Pamiętałem o tem co go tak zajmowało w Wiedniu i śmiejąc się powiedziałem mu że jego dewocya do blondynki malowanej, przypomniała mi pierwszą bytność Matejki w Dreznie, który tak samo całe dnie spędzał na kontemplacyi Maryi Egipcyanki — i był nią zachwycony.
— To wcale co innego — odparł kwaśno Klaudy, artysta szukał tajemnic linii i kolorytu — ja... chcę tajemnicy życia dostać.
— Klucz do drzwi za któremi jest zamknięta ― niestety — rzekłem, w kieszeni odźwiernego niebieskiego.
Przy rozstaniu spytałem go, dokąd jedzie. Zmięszał się trochę.
— Do Berlina — odparł sucho. Wstyd mi, że dotąd nie byłem w nowej stolicy państwa niemieckiego. Jużcić to ciekawa rzecz spojrzeć na miasto, które w pamiętnikach Pölnitza, wygląda na mieścinę prowincyonalną, a dziś w oczach, rośnie jak na drożdżach. Ten proces gwałtownego olbrzymienia, godzien jest obserwacyi.
— No — dodałem — i któż wie, czy się oryginału blondynki na bruku gdzieś, pod lipami nie napyta.
— Zwątpiłem o tem — westchnął Klaudy, chociaż na złość temu głupiemu artyście, który z tak prostej rzeczy tajemnicę czyni, godziło by się ją odsłonić.
— Życzę szczęścia — rzekłem rozstając się.
Było to jesienią. W początkach zimy wypadało mi być w Berlinie. Niemal pierwszą osobą, którą idąc do księgarni Stuhr’a spotkałem pod Lipami, był w eleganckie otulony futerko Klaudy. Niespostrzegł mnie i sam musiałem go zatrzymać. Znalazłem go jakimś zmęczonym, z chmurką na czole, a biegł bardzo żywo i nie zbyt chętnie się dał na chwilę powściągnąć w biegu.
— Przepraszam — rzekł pospiesznie — zobaczemy się. Stoisz pan, jak zwykle u Meinhardt’a? nieprawdaż?...
I zniknął...
Tak długi pobyt w bardzo nudnej stolicy nad Spreją — był dla mnie zagadkowym. Mimo woli na myśl mi przyszła owa blondynka z portretu d’Angeli.
Wieczorem w jednym z mniejszych teatrów ciekawe przedstawienie, złożone ze sztuk różnych epok, od Hans Sachsa poczynając — zwabiło mnie, szczególniej „Próbą żelaza“ graną ze wszelkiemi formami średniowiecznemi.
Między aktami rozglądając się po lożach obsadzonych dosyć skromnie wyglądającą publiką — nagle uderzony zostałem postacią, która mi ten nieszczęsny portret d’Angelego przypomniała. Był to, bez żadnej wątpliwości, oryginał arcydzieła — lecz czy światło nie sprzyjało, czy chwila życia inną stroną się piękności uwydatniała — wydała mi się ona prozaiczniejszą jakąś — inną, a strój dosyć niesmaczny odejmował jej wiele wdzięków.
Miała się rozpocząć druga komedyjka z XVII w. z Hans-Wurstem, gdy drzwi loży się otworzyły — i wszedł Klaudy...
Wystrojony był ale blady i smutny — w ruchach miał coś gorączkowego...
Nie mogłem się wstrzymać, by mu prawie na wstępie nie wskazać loży z blondynką. Obok niej, zdający się do jej towarzystwa należeć, siedział baryłkowaty mężczyzna — łysy, z rękami dużemi i jakby nabrzękłemi, na których fatalnie parafiańskie świeciły te pierścienie, które w Niemczech wyrobnicy nawet kładną na niedzielę. Szeroka pierś jego okryta śnieżną haftowaną szemizetką, błyszczała też dwoma brylantowemi guzami.
Twarz z nosem kartoflowatym, pospolita, rozlana, nie mówiła nic. Blondynka była ustrojona niesmacznie, a równie jaskrawo jak jej towarzysz. Bransolety, brosze, kolje, we włosach coś, u pasa coś świeciło. Była piękną jeszcze, ale już nie tym ideałem wiedeńskim, który bez skrzydeł zdawał się ulatywać w powietrzu.
Klaudy, gdym mu lożę pokazał — zarumienił się mocno.
— Tak — rzekł — niewątpliwie jest to prototyp... ale...
Musieliśmy wyjść na korytarz dla dalszej rozmowy.
— A więc wielka tajemnica odkryta? — odezwałem śmiejąc się.
Żartobliwy ton, jaki przybrałem, zdawał się przykre czynić wrażenie na Klaudym. Westchnął.
— Niestety! — rzekł usta krzywiąc — bardzo to smutna historya. Muszka, która się zielonym liściem żywi staje się zieloną, stworzenia karmiące się ciągle jakąś wonią, przejmują ją. Tak samo jest z człowiekiem. Oddziaływa na niego to co otacza. Potrzeba nadzwyczajnej siły wewnętrznej, ażeby się oprzeć temu — a kobieta jest — bądź co bądź, istotą z natury bierną.
— Ale któż to jest ta pani? — zapytałem. Klaudy, unikając odpowiedzi powtórzył mi.
— A! to bardzo smutna historya.
Czekałem na objaśnienie, lecz dzwoniono na podniesienie się kurtyny, i Klaudy spiesznie mnie opuścił.
Miałem potem sposobność przypatrzenia się przez lornetkę teatralną owemu ideałowi — którego historya była tak smutną.
Twarzyczka była dziwnie piękną i tak majestatycznie chłodną i sztywniejszą jeszcze niż portret — lecz była to jakby piękna poezya przetłumaczona prozą z obcego języka. Coś tu brakło. Wszystko co zdobić ją miało, psuło wrażenie fizyognomii, włosy nawet tak śliczne na portrecie, ufryzowane były i utrefione jak najniesmaczniej. Mężczyzna siedzący obok, mało się zajmował swą towarzyszką, niepatrzał prawie na nią. W ciągu dalszego przedstawienia kilku młodych paniczów wchodziło dla pozdrowienia blondynki. Zwracała się ku nim chłodno, przemawiała z uśmieszkiem wymuszonym, niezapominając ani na chwilę o pozie swej, o wyprostowaniu i o włosach, które machinalnie poprawiała.
Z loży w pierwszym rzędzie, ze stroju, ze wszystkiego wnosić było można, iż blondynka, jeśli nie należała do — świata arystokratycznego, co było wątpliwem z powodu plutusowego charakteru towarzysza — przynajmniej pod względem majątkowym, musiała w świecie zajmować stanowisko... u góry... Coś mówiło, że małżonek, gdyż łysy i nabrzękły miał wszystkie znamiona męża — należał do plutokracyi giełdowej.
Rozpytać się o to Klaudego nie mogłem, gdyż nie zaszedł już do mnie. Zobaczyłem go w loży przy blondynce ukazującego się na chwilę, i dostrzegłem, że go tam powitano dosyć zimno. Wychodząc z teatru, w tłoku widziałem go raz jeszcze, przemykającego się przy tej samej pani, dla której starał się w ciżbie miejsce zrobić. Łysy i nabrzękły jegomość tryumfalnie ją wiódł pod rękę. Otulona białym szalem, miała znowu idealną fizyonomię swojego portretu.
Krótko bawiąc w Berlinie, bo do tego miasta trudno się przyzwyczaić i w nim się czuć swobodnym — powróciłem do domu zapomniawszy o moim znajomym, którego mi serdecznie żal było — bom przeczuwał, że się wplątał w sprawę — nieczystą i nieprzyjemną. Młodość i niedoświadczenie do pewnego stopnia to tłumaczyły.
Kilka tygodni upłynęło od bytności mojej nad Sprewą, gdy jednego dnia Klaudy odwiedził mnie z rana.
— Cieszę się, że was widzę z powrotem — rzekłem, jedziesz zapewne do domu, i zapomnisz o tym portrecie d’Angelego.
— Nigdy w życiu! gorąco odparł Klaudy — chociaż powinien bym to uczynić.
Począł się przechadzać żywo po pokoju, nasępiwszy.
— Naprawdę, zawołał, i poeci co nam życie malują inaczej niż ono jest, a budzą w nas pragnienia, które się nigdy urzeczywistnić niemogą, i artyści co z prostych śmiertelniczek tworzą anioły, aby nas w rozpacz wprawili — że ich na świecie niema — powinniby być pociągnieni do surowej odpowiedzialności. Jest to po prostu oszukaństwo.
— Blondynka d’Angelego, rozśmiałem się, zawiodła więc nadzieje wasze?
Klaudy stał smutny.
— Ten niegodziwy portrecista — rzekł, pochwycił jeden moment, jeden błysk tej twarzyczki, jedno mgnienie tej istoty, która nie umie i nie może być tak idealną, tylko — na chwilkę króciuchną.
— Bywa jednak?
— Tak — są w życiu jej błyski — odparł smutnie Klaudy — lecz w powszednich godzinach.
Tu się zawahał nieco Klaudy.
— W powszednich godzinach jest to istota tak — pospolita i trywjalna... tak...
Niedokończył.
— Jestem niesprawiedliwy — dodał wzburzony namiętnie. Cóż ona winna temu, że los się jej niedał rozwinąć i stać tem, czem być mogła?
— Chciałem się właśnie spytać — kto to jest?
Uspokojony nieco usiadł Klaudy.
— Długa to historya, a jednak dla mojego usprawiedliwienia opowiedzieć ją muszę. Nie nowa ona jest i powtarza się codzień, bo ludzka twarz kłamie i piękność ludzka, jest firmą zwodniczą.
Kto ona jest? mówił dalej — na przód należy powiedzieć kto była? Otóż ta anielska piękność wyrosła na berlińskim bruku jako bosonoga córeczka jakiejś pijaczki przekupki. Możesz więc miarkować pierwsze wrażenia, i jakie być mogło wychowanie.
Nauka jest przymusową, musiała więc nauczyć się w szkółce czytać i pisać. Potem piękność jej wyrobiła miejsce w jakimś handlu modniarki, gdzie ustrojona służyła za wabik dla kupujących. Tu, jak się zdaje, musiał ją zobaczyć zbogacony świeżo ów nabab, którego z nim widziałeś w loży. To pewna, że nim została jego żoną, bo dziś nią jest, uszła z magazynu... Była na jego łasce i niełasce — ale umiała sobie z nim tak postąpić zręcznie, że — ożenił się z nią.
Możnaby z tego wnieść, iż jest tak bardzo zręczną i przebiegłą? nic a nic... Ma tylko uporek żelazny i wolę niezłomną, a przytem ten jakiś urok osobliwy, który się potęguje gdy — nie mówi.
Ilekroć otworzy usta natychmiast się zdradza z pochodzeniem, z uśpieniem wszystkich władz — powiedziałbym prawie.... z umysłowem ubóztwem.
Zdaje się, że rozumie to sama, gdyż mówić nie lubi, boi się — i mowę ust zastępuje wzrokiem.
Jest jak wiesz cudownie piękną i wdzięczną ― lecz, tak samo jak słowo ją czyni prozaiczną i trywjalną istotą, tak ruchy odejmują jej wdzięk. Niema wrodzonego tego czegoś co dozwala bezmyślnie zawsze kobiecie być piękną — ona musi szukać i pracować nad tem by się nie wydać pospolitą i niezręczną.
Klaudy począł się śmiać gorzko.
— Tak — tak — dodał — ze wszystkich względów jest to dzieło — niedokończone. Pamiętasz na portrecie też cudownie pięknie wyportretowane rączki? Bah!!! Angeli wyszukać ich musiał gdzieindziej, aby swój portret wypełnić — ręce ma duże, grube, brzydkie.
— Ah — odezwałem się śmiejąc — cieszę się bo widzę żeś przecie zupełnie uleczony i rozczarowany.
Klaudy stanął i popatrzył na mnie.
— Nic a nic — zawołał. Wszystko to widzę, czuję, mówię sobie — a ta twarzyczka Sfinxa pociąga mnie ku sobie siłą, której się oprzeć nie mogę. Zdaje mi się zawsze, że jakiemś słowem wielkiem — Sezam! — można by to zamkniętą otworzyć duszę.
Rzucił się na krzesło Klaudy i — jak gdyby raz począwszy mówić o tem, potrzebował się wywnętrzyć ― ciągnął, oczy spuściwszy na ziemię.
— Przyznaję ci się, że jadąc do Berlina, choć sam sobie pragnąłem tę podróż wytłómaczyć inaczej — ciągnąłem tam tylko w nadziei spotkania oryginału tego portretu.
Szczęście, czy nieszczęście chciało, ażebym zaraz w parę dni, w jednej z najlepszych restauracyi Berlina — zobaczył ją wchodzącą wraz z mężem i kilkoma panami, na których fizyonomiach giełdowe piętno było wyraziście wyciśnięte. Mogłem się łatwo dowiedzieć od kelnera, że piękna pani zwała się Różą Goldfisz... Usłużny chłopak dodał, że była wprzód.. panną w magazynie, i świetny ją los spotkał, gdyż małżonek uchodził za milionera, choć ludzie pamiętali, gdy dziurawe miał buty.
Nie zraziło mnie to od szukania znajomości, chociaż dosyć trudnej, bo świat ten giełdowy — jeżeli się otwiera to tylko dla wszelkich znakomitości, a ja z nich daną nie jestem.
Jednakże potrafiłem się wcisnąć i zbliżyć.
Wystaw sobie zdziwienie moje, gdy się dla mnie po raz pierwszy te usteczka otworzyły i z nich wyleciał głosik — świeży i młody — ale ostry i bez wdzięku, a na jego skrzydłach coś tak bezmyślnego i oklepanego...
Sądziłem — że dłuższa rozmowa zatrze to pierwsze wrażenie! niestety, potwierdziła je tylko.
Cofnąłem się, dotknięty do żywego.
Ale, cóż powiesz — zdala na nią patrząc, oczarowany byłem na nowo.
Milcząc była zawsze aniołem.
Szalone moje zajęcie się tą twarzyczką, nie tylko nie zostało uleczone, ale zmieniło się w najstraszniejszą męczarnię. Były momenta wstrętu i nienawiści — a potem szału i uwielbienia.
Oddaliwszy się — odzyskiwałem ideał, zbliżając się do niego, traciłem go.
Sam pan Goldfisz, próżny bardzo — poprzyjaźnił się ze mną może dla tego tylko, aby w salonie swym mógł głośno wspominać i wywoływać — Herr Baron. Pochlebiała mu poufałość ze mną. Nie jest to zresztą zły człowiek i wiele może lepszy od innej współbraci. Ma poruszenia szlachetne.
Sama pani również była dla mnie uprzejmą i grzeczną — po swojemu.
Niepodobieństwem jest, żeby nie postrzegła i niedomyśliła się we mnie wielbiciela ― czasem nawet spotykałem wzrok dla mnie sympatyczny, jakby komizeracyę nad głupstwem mojem.
Przesiedziałem kilka tygodni, jak wiesz — i w końcu zmusiłem się, po niemałej walce do odwrotu. Chcę się wyleczyć.
Na tem skończyła się nasza z Klaudym rozmowa, byłem pewny, że przyszedłszy do rozumu, powrócił do domu, i o portrecie zapomniał.
Rok cały upłynął. Wystawa jesienna w Berlinie ściągnęła mnie tam z kilkoma obrazami Knausa, Menzla i Defreggera. Klaudy zupełnie mi wyszedł z pamięci, gdy pod Lipami obiadując, spostrzegłem go wpadającego do restauracyi tak zestarzałego, zmizerowanego, wychudłego, żem z trudnością po głosie go dopiero poznał.
— Znowu więc jesteś w Berlinie! — zawołałem.
Zarumienił się mocno i potarł znacznie wyłysiałą głowę.
— A! tak! znowu! znowu, — rzekł tylko. — Nic nie wiesz?
— O czem?
— O mnie? — Dałem znać mu ruchem, że jestem w nieświadomości zupełnej.
— Nie słyszałeś więc, że — Goldfisz umarł z apopleksyi.
Zatrzymał się trochę — i ciągnął dalej z wysiłkiem.
— Odebrawszy wiadomość o tem, sam nie wiem jak i po co przyleciałem do Berlina. Przyznaję się, zrobiłem głupstwo wielkie. Nie chcę cię nudzić opowiadaniem zbyt długiem, znalazłem mój portret w żałobie, w której mu tak pięknie! a! może piękniej, niż w białej sukience.
Goldfisz nic jej nie zapisał, nie miał czasu. Rodzina potrafiła małą pensyą dożywotnią się pozbyć wdowy. Przyjęto mnie bardzo uprzejmie; ale w dodatku do ideału, znalazłem przy nim na straży matkę — starą przekupkę, od której zawsze czuć wódkę i dawnego komisanta banku Goldfiszów, młodzieńca kruczych włosów i wielkich nadziei — który — jak się zdaje — gotów by się był ożenić.
Wszystko to dla mnie jest tak obrzydliwie niemożliwem, ohydnem, że wypowiedzieć nie umię, co cierpię, a — nie mogę uciec...
— Na Boga! na czem, że się to skończy? — zawołałem...
— Nie wiem. Walczę — odparł Klaudy. — Czuję, że nie zwyciężę — lękam się najgorszej z ostateczności...
— Przypuszczasz ją?
Klaudy zmilczał.
Scisnęło mi się serce, on począł mówić gorąco i żywo.
— Chciej mnie zrozumieć! Nie może być, ażeby pod tą powłoką nie było nic, ażeby ta maska kryła — próżnię. Nie! nie! Trzeba ją tylko wyrwać z tego koła — otoczyć ją czem innem, w świat wprowadzić nowy... Wyobrażam sobie... długą podróż gdzieś do Włoch, tète a tète, wychowanie rozpoczęte od abecadła! Wychowanie serca, umysłu, rozwinięcie władz uśpionych...
— Tak — szepnąłem, ale jeśli owego cudownego — Sezam, nie znajdziesz?
Klaudy zachmurzył się i nagle rozmowę odwrócił. W ciągu obiadu, który jedliśmy razem, mówiliśmy o sztuce, o literaturze, o sprawach publicznych, o plotkach brukowych dla mnie obcych, a Klaudemu — niestety — pobytem tu wtajemniczonemu — dobrze wiadomych — o pięknej Rózi ani słowa.
Nazajutrz jeszcze przeszedłszy się po budzie na Canzianplacu — wróciłem do mojego schronienia.
I znowu przez rok cały nie widziałem i nie słyszałem o nim; a właśnie to, żem nie słyszał nic, uspokajało mnie, iż nie musiał popełnić największej — niedorzeczności, której się lękałem dla niego — tak, że myśleć o niej nie mogłem.
Zimę następną musiałem spędzić we Włoszech, w tem przekonaniu, iż powietrze i słońce południa w istocie mogą leczyć i siły przywrócić.
Niewiem, czy kto zdrowszy z Włoch powrócił, lecz niewątpliwie tam lżej jest umierać. Chory może przeciągnie dłużej kilka miesięcy, a w ciągu ich patrzeć będzie na śliczny lazur niebios i morza, i oddychać wonią gardenii i rozkwitłych pomarańcz, to coś warto. Szum fali dobrze do wiecznego snu kołysze.
Zima we Florencyi w tym roku była aż do marca dosyć znośną. Czasami na Lung‘Arno gorąco było do nie wytrzymania, a pod arkadami Uffiziów drżeć trzeba było od zimna. Schroniwszy się od promieni słonecznych, w ciasnych uliczkach bocznych, marzło się jak u nas... w domu.
Jadaliśmy zwykle we dwu w Falcone naprzeciw placu della Signoria, tuż obok przy Perseuszu Celliniego, i Dawidzie Michała Anioła, ale czasami Falcon mi się znudził, szedłem gdzieindziej na też same makarony alla cacciatore i rybę na oliwie.
Jednego dnia godzina obiadu schwytała mnie tuż pod hotelem Washington, a żem tam nieraz stawał, zaszedłem na obiad.
Tavola rotonda już się dawno była skończyła, kilku anglików i angielek jadło z karty. Saloniki były dosyć puste i smutne. Podano mi brodo i miałem otrzymać rybę, gdy drzwi się otworzyły z boku i — weszła para osób, na które zrazu nie zwróciłem oczów. Jakież było zdziwienie moje, gdy podnosząc je ujrzałem tuż stojącego Klaudego, a przy nim — horresco referens — ową cudowną blondynkę.
Od razu rzeźko bardzo Klaudy mnie zaprezentował i — ją mi przedstawił.
— Moja żona!
Stało się więc. Fakt spełniony szanując. Siadłem przy jednym stole obok państwa młodych. Z niemałą ciekawością rzuciłem naprzód wzrok na panią, potem rozpocząłem rozmowę.
Pani była nadzwyczaj milczącą, a Klaudy ile się razy odezwała tak spieszył jej na pomoc, jakby się lękał ażeby się z czem nie zdradziła.
Pomimo tych kilku lat i wszystkiego co przecierpiała piękna pani, ze zdumieniem spostrzegłem, że twarzyczka jej świeża, młoda, nie miała na sobie najmniejszego śladu nietylko cierpienia, ale nawet życia. Była w takiej pełni rozkwitu młodocianego, że można jej było dać... śmiało lat mniej niż dwadzieścia, chociaż ich miała z pewnością daleko więcej.
Ożywioną była, oczy jej biegały, do przyniesionego obiadu rzuciła się niemal z zapałem. Śmiała się ciągle, było jej nawet z tem ładnie, ale w śmiechu tym zdradzała się biedna — ulicznica.
Klaudy zestarzały bardziej jeszcze, był widocznie zmęczonym i rozdrażnionym. Niezręcznie począł mówić o piękności Włoch, o dziełach sztuki, o uroku tej ziemi, na której odegrała się znaczniejsza część dramatu ludzkiej cywilizacyi. Roza wtrącała czasem słowo — ale każde z nich było jakby kamykiem w szybę rzuconym. Pomimo korektur mężowskich — zdradziła się z takiemi poglądami na te cudne Włochy — żeśmy oba oczy spuszczać musieli.
Znajdowała tu wszystko śmiesznem, niewygodnem, cudackiem. Tęskniła do Berlina.
Galerye — wydawały się jej nagromadzeniem jakichś mazanin szkaradnych.
— Co tam jest pięknego? ja doprawdy nierozumiem — mówiła poruszając ślicznemi białemi ramionami.
Daleko piękniejsze rzeczy widywałam w oknach u Lepkego. Ja tego zrozumieć niemogę, a mniej jeszcze że mąż mój się tak nad tem unosi... a te nagie posągi!
Że sztuka była jej obcą — nie można się dziwić temu — lecz piękności kraju nie czuła również. Góry i skały przestraszały ją, obawiała się morza i nierozumiała głosu jego.
Klaudy starał się w żart obracać to, co ona mówiła bardzo seryo. Obiad nasz przeciągnął się bardzo długo i owoce podane na końcu, znalazły łaskę w jej oczach.
Z całych Włoch co się najcudowniejszem jej wydawało, to cytryny, które widziała porozpinane na murach i pomarańcze dojrzewające tak jakby prostemi gruszkami były.
Po jedzeniu i bardzo starannem wypłukaniu ust, bo troskliwość o zdrowie swe i piękność posuwała do najwyższego stopnia — ponieważ miała zwyczaj odbywać siestę — co, jak twierdziła — bardzo zdrowem było — poszła spocząć, a myśmy zostali z cygarami i kawą. Po wyjściu pięknej pani, która w pochodzie przez salon stawała przed wszystkiemi zwierciadłami i przeglądała się w nich sobie z nietajoną przyjemnością. Klaudy długo nieumiał rozpocząć rozmowy.
Potrzebował koniecznie naprawić wrażenie, jakie Roza uczynić musiała (czuł to dobrze) a niewiedział jak się wziąć do tego. Na ostatek zwrócił się wprost do mnie — i strzelił.
— No — widzisz — ożeniłem się (tu westchnął mimowoli). Widziałeś ją? piękność jej nie straciła nic — słyszałeś — więc masz wyobrażenie o jej... chociażby temperamencie...
Jest naiwna jak dziecię ― tak, naiwna, ale, wierz mi, znaczne już uczyniła postępy, umysł się otwiera. Potrzeba cierpliwości!! Będę ją miał, bo się do niej coraz więcej przywiązuję. Cóż winna temu, że była zaniedbaną.
Charakter na pozór chłodny — krew zastygła — ale to właśnie, przy jej nadzwyczajnej piękności, która wszędzie ściąga oczy i naraża... na tysiąc natręctw ― jest bardzo szczęśliwem...
Nie uwierzysz jak na wszystkie hołdy jest obojętną...
Słuchałem w milczeniu, Klaudy mówił dłużej, okłamywał widocznie mnie i siebie... Siedzieliśmy tak długo, że pani Roza miała czas, przespawszy się, do nas powrócić, świeżutka jak pączek różany i wesoło uśmiechnięta.
— Nie uwierzysz — odezwała się wchodząc do męża — miałam nadzwyczajną przyjemność. Wystaw sobie, jeden z kelnerów hotelu jest niemiec i — z Berlina! Nie mogłam się nim nacieszyć! Mówi zupełnie po naszemu — a taki przyzwoity, rozumny i grzeczny chłopak...
Klaudy mocno się skrzywił. Nie uszło to jej oka, uderzyła go rubasznie po ramieniu.
— No — tylko proszę nie gderać na mnie — odezwała się. Klaudy jest arystokrata, jakby kelnerzy ludźmi nie byli. Tak samo w Wenecyi, gdzie u Bauera był taki ładny i sprytny chłopak, gniewał się, żem z nim po berlińsku paplała... A ja to wolę, jak całą tą paskudną włoszczyznę.
Klaudy milczał zmarszczony. Nagle sobie przypomniał, że mieli powóz zamówiony na Cascine, wstał i poprowadził żonę, nie dając jej mówić więcej.
Widywaliśmy się potem co dnia prawie, dopóki we Florencyi byli, a wrażenie pierwsze wcale się nie zmieniło.
Klaudy czasem z jakiegoś jej słówka starał się wyciągnąć myśl, dowcip, głębsze jakieś postrzeżenie, ale to mu się nie bardzo udawało.
Kobieta była najpospolitsza w świecie, a — jak mnie się zdawało, nietylko pozbawiona serca, lecz nawet nieumiejąca wielkiej namiętności męża odpłacić współczuciem. Zimna, trwożliwa o swą piękność i zdrowie, zalotną była na chłodno, przez miłość własną tylko... a nudziło ją wszystko, oprócz tego co bawiło — ulicę...
Teatr małpi i cyrk był dla niej największą rozkoszą, najulubieńszą — rozmowa ze sługami... Klaudy starał się ją do czytania wdrożyć, czytywał jej sam, ale przy tych przymusowych lekcyach zasypiała, dąsała się, gniewała — płakała wreszcie...
Opowiadanie obleczone w trochę wyszukańszą szatę, było jej niezrozumiałe zupełnie.
Klaudy zakochany jeszcze, oślepły zupełnie wcale tego nie widział — nie rozpaczał — wmawiał sam w siebie, że potrafi ją przerobić — i męczył się straszliwie.
Odprowadzałem ich do kolei, gdy wyjeżdżali de Rzymu i znalazłem oboje nachmurzonych, nie mówili do siebie. Klaudy ścisnął moją rękę ― z żalem rozstałem się z nim. Sama pani jechała do Rzymu i Neapolu, bez najmniejszej ochoty oglądania ich, znudzona, tęskniąc za Berlinem.
Niemal ostatnią skargą, którą z ust jej usłyszałem było — że w całych Włoszech piwa nie znalazła dobrego i że ten mąż tyran, pić go jej zakazywał.
Zima przeszła prędko — ogród Bobolich, cały był już w zieleni i kwiatach. Na trawnikach dobywały się główki niezliczonych dzieci wiosny — dnie zaczynały być gorące — trzeba było myśleć o powrocie. Na kominie palić już nie chciano, pod pozorem że we dnie było ciepło, choć w mieszkaniach wilgotny jakiś chłód przejmował.
Anglicy wychodzili już nie inaczej na ulicę, jak w kapeluszach słomkowych. Starannie w białe zasłonki upowitych, obawiając się coup de soleil, ― które już nie były bezprzykładne.
Zaczynałem się pakować i obliczać z dniami — gdy dnia jednego bardzo rano zastukano do mnie, zadzwoniono gwałtownie i stary dentysta francuz, gospodarz mój — otworzył drzwi komuś wpadającemu bez ceremonii, dopominającemu się natarczywie widzenia ze mną.
Po głosie poznałem Klaudego i wyskoczyłem z łóżka.
Blady i chwiejący się na nogach, szedł ku mnie i na wesołe pozdrowienie, odpowiedział tylko błyskiem oczów.
Padł na krzesło, spierając się na ręku, wysilony i zmęczony.
— Co to ci jest? — czyś niezdrów? spytałem go.
Nie odpowiadał długo. Zerwał się potem z krzesła.
— Sen mój skończył się — nawet nie tragicznie — ale — śmiesznie! zawołał. Opłaciłem drogo, bo życiem może za portret Angeliego.
— Na Boga! cóż się stało?
— Słuchaj — rzekł padając znowu na krzesło. Ciekawa historya zaprawdę. Pojechaliśmy do Rzymu. Nie byłem w nim nigdy, miarkujesz z jakiem gorączkowem zajęciem tam się znalazłem — chociaż — stary Rzym popsuto. Włosi dla polityki poświęcili co mieli najdroższego.
Roza wśród tych ruin — wyżyć nie mogła. Pamiątki dla nas tak drogie, dla niej nie miały żadnego znaczenia i wartości. Płakała mi i niecierpliwiła się tak, że ją do Neapolu wywieść musiałem.
Piękność tego miasta, okolicy, tej lazurowej czaszy u stóp ognistej góry, była dla niej rzeczą zakrytą — nie zrozumiała. Nie mogliśmy obejrzeć Pompei, bo ją te popioły i ruiny wstrętem napełniały i strachem. Powiozłem ją do Sorrento.
Już w ciągu drogi — od Wenecyi począwszy, im bardziej siliłem się ją wtajemniczać w ten świat przeszłości, w cuda sztuki — postrzegłem takie zniecierpliwienie i zniechęcenie, żem czasem przez litość musiał folgować. Od Florencyi okazywała niemal wstręt i niechęć ku mnie. Zamykała się, posądzałem ją o jakąś tajemniczą korespondencyę — alem sobie sam tłumaczył to przewidzeniem. Zresztą choćby od matki listy odbierała i pisywała do niej, nie widziałem w tem nic złego. Nie chciałem być tyranem i szpiegować ją.
W Neapolu życie się poczęło nieznośne, nic ją nie bawiło, płakała, zamykała się — dziwaczyła. W Sorrento, gdyśmy stanęli w hotelu, nie chciała mi towarzyszyć nigdzie, nic widzieć, żadnej ze mną zrobić wycieczki. Sądziłem że gdy ją zostawię samą, zły ten humor przejdzie. Pojechałem więc na cały jeden dzień na Capri. Wyprawiła mnie nie użalając się na to, pozbywając się z jakąś niecierpliwością.
Późno w noc łódka moja przybiła na powrót pod ściany skaliste Sorrentu. Nie zapomnę nigdy tej chwili. Cały rozmarzony widokiem czarodziejskim groty lazurowej i krajobrazem tego, który do żadnego innego w świecie nie jest podobny — rozweselony żartobliwemi śpiewy i rozmową wioślarzy — wszedłem do gospody i nie pytając nikogo skierowałem się do pokoju żony.
Służba dziwnie jakoś spoglądała na mnie.
W pokoju, otwarte drzwi — nikogo.
Zwróciłem się do nadchodzącego gospodarza, który z kwaśną miną, stanął przedemną.
— Gdzie moja żona?
— Żona pańska — przecedził przez usta ściśnięte gospodarz — przecież panu to powinno być wiadomem, bo to miało być umówione. Przybył po nią jej brat i — wyjechała z nim razem.
— Brat! zawołałem osłupiały — jaki brat!
Gospodarz ruszał ramionami.
W tej chwili na stoliku postrzegłem kawałek białego papieru. Rzuciłem się ku niemu. Był to list — napisany z pośpiechem, w którym mi oznajmywała, że ani mojego nieszczęścia być przyczyną nie chciała, ani sama się zamęczać ze mną. Przekonała się za późno — że życie było niemożliwe we dwojgu ze mną. Żądała rozwodu nie tając, że na pomoc wezwała owego komisanta nieboszczyka męża, który ją daleko lepiej rozumiał — i chciał się z nią ożenić.
Z nim odjeżdżała na powrót do Berlina, prosząc abym ją nieścigał, gdyż wolałaby życie sobie odebrać niż żyć dłużej w takiej niewoli.
Klaudy zamilkł nagle. Nieumiałem ani go pocieszać, anim chciał i nie pora było obwiniać. Mogłem się litować tylko.
— Najrozumniejszem będzie — odezwałem się po chwili, gdy pójdziesz za jej radą. Inaczej nawet uczynić nie możesz, uszła ci z tym panem Goldfiszem, czy Rosenkranzem — odbierać mu jej przecie nie będziesz.
— Ale ja ją kocham! wybuchnął zrywając się Klaudy.
Wzruszyłem ramionami.
— Po tem wszystkiem co zaszło! zlituj się — toby było coś niepojętego!
— Namiętność nie ma logiki — odparł gorąco. Ja niewiem — dopókim odbywał z nią tę podróż z torturami, nieraz przychodziło na myśl — rozstać się, porzucić ― wyswobodzić. Teraz, gdy jej niema przy mnie, cierpię niewysłowioną tęsknicę.
— To szaleństwo — zamruczałem.
— To podłość nawet, dodał Klaudy — nazywaj to jak chcesz — ale.
— Ale, dać się takiej namiętności ogarnąć, dać jej zawładnąć sobą.
Nic mi Klaudy nie odpowiedział.
Ponieważ wyjazd mój był blizkim, namówić go chciałem aby jechał ze mną. Mogłem mu w drodze być przynajmniej przeszkodą do zatapiania się w myślach, wspomnieniach i niedorzecznem fantazyowaniem. Ofiary mojej ani przyjął, ani odrzucił — zbył ją milczeniem. Potem, nierychło, powiedział, że się namyśli. Nagle rozpoczął żale nad tem, że hotel Washington, w którym stanął, bolesne rodził wspomnienia.
— Tak byłem szczęśliwym tam!
— Człowiecze[1] przerwałem, godziż się to nazywać szczęściem?
Machnął ręką. Z pół godziny przesiedział tak jeszcze i bez pożegnania wywlókł się odemnie.
Około południa poszedłem go odwiedzić do hotelu. Służba przyjęła mnie w progu tem, iż Klaudy, pośpiesznym pociągiem wyjechał.
Nazajutrz i ja też ruszyłem z Florencyi, rozkwitłej, aby doświadczyć na sobie jak u nas późno wiosna przychodzi. Za Wenecyą znalazłem pączki tylko, a nad Elbą wiatr mroźny i nieśmiało z ziemi dobywające się rośliny.
Po drodze o Klaudym nigdzie nie mogłem wiadomości zdobyć — przemknął się bez śladu.
Przychodziło mi potem na myśl co się z biednym stać mogło i spodziewałem się, że mnie wtajemniczy w rozwiązanie dramatu, którego pierwszych scen przypadek świadkiem mnie uczynił — ale — Klaudy zapomniał całkiem o mnie.
Upłynęło dobrych kilka miesięcy, nim mnie zmusiła konieczność znowu Berlin odwiedzić. Mimowolnie tu przypominał mi się biedny marzyciel. Niespodziewałem się jednak wcale z nim spotkać, gdy wychodząc z księgarni Stuhr’a, zetknąłem się z nim zdumiony wielce.
Wyglądał lepiej trochę, lecz wszystko to co przecierpiał i przebył przedwcześnie go zużyło i znużyło. Wyglądał starszym daleko niż był.
Przywitaliśmy się, a, choć paliła mnie ciekawość zapytania go jak się zakończył ten dramat nieszczęsny, — bałem się zapytaniem, ledwie zabliźnioną otworzyć ranę.
Z wielkiem zdziwieniem mojem, on sam, natychmiast się odezwał.
— Nie widzieliśmy się dawno — od Florencyi? nieprawdaż.
Stało się jak ona sobie życzyła — wzięliśmy rozwód. Goldfisz drugi się z nią ożenił — Finita istoria! ale — jesteśmy z sobą — wierz mi, w najlepszych stosunkach. Niewiem, zdaje mi się, że teraz żałuje, iż się tak zniecierpliwiła.
A! jaka piękna!
Prawdziwie, podziwiać trzeba tę marmurową jej nieśmiertelność młodości! Zdaje się mieć lat piętnaście. Żadnego znużenia — najmniejsze marszczki.
— Tak — odezwałem się — uczucie tylko, namiętność i praca zużywają człowieka — kto niema ani serca.
Klaudy nie dał mi dokończyć.
— Mylisz się, odparł, mylisz. U niej to jest inną formą obleczone... ale ona ma serce.
Niewiesz, gdy pierwszy raz po rozwodzie, wyprosiłem sobie pozwolenie widzenia jej — nie było nikogo... żebyś wiedział z jakiem drżeniem, z jakiem uczuciem mnie przyjęła. Jestem znowu w niej zakochany! Rozśmiał się.
— Szczęściem ten numer drugi Goldfisza — pod pantofelkiem — nic a nic nie zazdrosny. Przyjmują mnie serdecznie — jestem przyjacielem domu! Opłaciłem to dość drogo — dodał — a! ale patrzeć jej w oczy.
Nie słuchając dłużej — skłoniłem się i poszedłem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak znaku przestankowego.