Mali zwycięzcy/Wędrówka ludów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział III.
„Wędrówka ludów“.

Kilka dni spędziły dzieci na nagiej płaszczyźnie. Kiedy po raz pierwszy po nieszczęśliwym wylądowaniu nadeszła nowa burza, Henryk zamyślił się poważnie.
Było też nad czem łamać sobie głowę.
Porywy wichru były tak potężne, że wszyscy troje musieli uczepić się skrzydeł samolotu, aby nie został przewrócony i zniszczony.
Całe chmury piasku i drobnych kamieni niosły ze sobą podmuchy wściekłego wichru. Później deszcz ulewny przemoczył dzieci do nitki.
Henryk myślał uporczywie.
Gdy burza przeminęła, rzekł do rodzeństwa:
— Jutro przenosimy się do lasu w górach...
Dzieci nie odpowiedziały nic, bo mimowoli ulegały teraz woli starszego brata, chłopaka spokojnego i rozsądnego.
Henryk tymczasem ciągnął dalej:
— Musimy wyładować wszystko, co mieści w sobie samolot i zanieść jak najbliżej gór.
Zaczęła się mozolna praca.
Wyciągano i jedną po drugiej dźwigano ku górom ciężkie skrzynie z blaszankami smarów, z instrumentami, nabojami, swoje własne bagaże i różne drobne przedmioty — wszystko, co nie było śrubami przymocowane do stalowego ciała Farmana.
Cały dzień zeszedł na tej ciężkiej pracy.
Po raz ostatni spędziły dzieci noc w kabinie samolotu.
Nazajutrz od rana zaczęli rozbitkowie pocić się nad przewiezieniem Farmana ku górom. Na szczęście ciągnęła się aż do pierwszych wzgórzy grzbietu równa płaszczyzna.
Popychając i ciągnąc samolot, zawleczono go na wskazane przez Henryka miejsce.
Była to mała kotlinka, z trzech stron osłonięta pagórkami i gęstemi krzakami tamaryndów.
Szybko nacięto i narąbano prętów i gałęzi i starannie okryto aparat. Obawiał się bowiem Henryk, że deszcze mogą popsuć motor, który, być może, mógł jeszcze na coś się przydać.
— Oszczędzajmy benzyny! — upomniał Henryk. — Możemy używać jej tylko do zapalniczki. Strawę zaś gotować należy na ogniu. Zbuduję piec, w którym Irenka będzie stale podtrzymywała jarzące się węgle.
Dzieci po wieczerzy, składającej się z ryb, nałapanych przez Romka, spędziły noc w krzakach. Nikt nie mógłby dostrzec gromadki dzielnych dzieci: tak się ukryły w gąszczu tamaryndowym.
W nocy Henryk nagle się przebudził. Jakieś ciche mruczenie i ledwie uchwytne stąpanie doszło jego uszu.
Nadsłuchiwał długo, lecz niepokojące szmery i odgłosy nie powtórzyły się więcej.
Nie mógł jednak już usnąć i wciąż myślał.
— Musimy czem prędzej przenieść się do lasu, wybudować dla siebie schronisko i dobrze je obwarować — szeptał do siebie. — Jeżeli jesteśmy we wschodniej części pustyni Szamo, jak myślę, i do tego w niezaludnionej, zagrażają nam różne niebezpieczeństwa.
Zaczął przypominać sobie czytane książki o tej ogromnej pustyni, stanowiącej środek kontynentu azjatyckiego. Wiedział, że kryją się w niej rozbójnicze bandy wojowniczych Mongołów, z którymi surowy rząd chiński nigdy sobie nie mógł dać rady. Zapuszczały się tu, w pościgu za stadami antylop i jeleni, pręgowane tygrysy, czające się w kniei północno-zachodnich Chin i Mandżurji; zwykłym a groźnym drapieżcą był centkowany bars — niemniej silny i chciwy krwi, niż jego pobratymiec afrykański — plamisty lampart.
Może jeszcze coś, o czem nie wiedział chłopak, mogło zagrażać bezpieczeństwu i życiu rzuconych na bezludzie dzieci.
— Musimy dobrze obwarować się! — postanowił w duchu i podniósł się z posłania.
Słońce już wypływało z poza nagich, skalistych szczytów gór.
— Wstawajcie, śpiochy! — zawołał. — A najedzcie się dobrze, bo ciężką będziemy mieli dziś pracę. Pójdziemy przez góry i poniesiemy nasze pakunki. Wyobraźcie sobie, że jesteśmy Livingstonami i Stanleyami, zapuszczającymi się w nieznane krainy.
— Ba! Nieznane krainy! — zawołał, zrywając się na równe nogi, Romek. — Z pewnością te góry mają swoją nazwę i tkwią na mapie geograficznej, a nieszczęśliwi uczniowie „pały“ za nie obrywają! Ho!
— Pewno, że tak! — zaśmiał się Henryk. — Jednak, nie mamy mapy i nie znamy tych gór. Proponuję więc nazwać je górami Ireny.
— Och! — klasnęła w dłonie dziewczynka i z dumą w głosie powtórzyła: — Góry Ireny!
— Płaszczyznę, gdzieśmy wylądowali, nazwijmy płaskowyżem Stanisława Broniewskiego...
— Imieniem tatusia... — ze smutkiem szepnęły dzieci.
— Jeziorko z rybami — jeziorem Romka — mówił Henryk. — No, to tymczasem i wszystko!
— Nie! — zaprzeczył młodszy brat. — Wcale nie wszystko! Całą krainę tę proponuję nazwać „krajem Henryka“.
— Kraj Henryka! Tak, tak! Kraj Henryka! — podtrzymała projekt brata Irenka.
— Dziękuję wam! — rzekł z uśmiechem Henryk. — Przyjmuję go, chociaż niepiękny wcale ten mój kraj!
— Jaki jest — taki jest! — odparł Romek. — Oddajemy ci go ze szczerego serca!
— Dziękuję! — powtórzył starszy brat.
Szybko spożyli śniadanie i zabrali się do pracy.

Dźwigali ciężkie skrzynie i walizy, wspinając się na zbocza górskie i schodząc do wąwozów i małych dolinek. Dopiero przed zachodem słońca znieśli wszystko i ułożyli pod zielonym namiotem modrzewi.
Dźwigali ciężkie skrzynie i walizy, wspinając się na zbocza górskie...

Dzieci były głodne i znużone. W pracy zapomniały o obiedzie.
Wszyscy razem zabrali się do sporządzania posiłku. Noc spędzili pod zwisającemi gałęziami drzew.
Od rana Henryk przystąpił do budowy schroniska.
Dzieci spiłowały cztery drzewa, na wysokości dwóch metrów od ziemi. W ten sposób powstały cztery główne filary przyszłego domu.
Pomiędzy słupami, wyrastającemi z ziemi, przybito i umocowano drutem cieńsze żerdzie, stanowiące ściany schroniska. Tylko od frontu zostawiono wąski otwór dla drzwi. Strzechę zrobiono z żerdzi, pokryto grubą warstwą gałęzi, trawy, przysypano ziemią, zmieszaną z igliwiem, a dla trwałości przytłoczono wszystko płaskiemi kamieniami, w obfitości rozrzuconemi po całym lesie.
Tegoż dnia dzieci wyruszyły na brzegi „Jeziora Romka“ i powracały, obładowane dwiema rybami oraz ogromnemi wiązkami sitowia i trzcin.
— No, — rzekł wieczorem Henryk, patrząc na płonące przed nim ognisko — no, teraz budowę domku dokończy Irenka!
— Ja?! — zapytała zdziwiona dziewczynka.
— Tak! — odparł starszy brat. — Musisz teraz szczelnie zatkać sitowiem, trzciną i gałęziami tamaryndów wszystkie szpary w ścianach, a także spleść matę z trzcin. Zastąpi nam ona drzwi. My zaś postaramy się o meble.
Po kolacji, przy czerwonych blaskach ogniska, chłopcy zaczęli majstrować piłą i heblem, a jeszcze przed snem w domku stanął wcale pokaźny stolik, trochę, coprawda, krzywy, ale mocny bardzo.
Nazajutrz chłopcy pobiegli do samolotu i odkręcili śruby, przytrzymujące wygodne krzesełka.
Ustawiono je w domku, gdzie Irenka urządziła miękkie posłanie, pokrywszy podłogę grubą warstwą sitowia i szarej trawy, rosnącej po zboczach skał.
Dziewczynka bardzo starannie opatrzyła ściany.
Najsilniejszy wicher nie zdołałby się wedrzeć do schroniska. Teraz mozoliła się nad matą, usiłując zrobić ją nietylko mocną i grubą, lecz i możliwie piękną. Przeplatała więc zielone snopki sitowia białemi, gładko ostruganemi pędami wikliny.
Bracia tymczasem znosili kamienie i budowali dokoła domku wysoki mur.
Wynaleźli w urwistym brzegu małego potoku zieloną, lepką glinę.
Przekładali więc kamienie warstwą gliny, zmieszanej z piaskiem.
Prędko powstał mur, otaczający ze wszystkich stron mały domek, ukryty wśród modrzewi.
Po skończonej budowie domu Henryk w rogu ogrodzenia urządził mały szałas, pod którym ułożył z kamyków piec z kominem i, zapaliwszy w nim suche gałęzie, zawołał:
— Kuchnia gotowa! Prosimy Irenkę, aby obiady były smaczne!
— Już od tygodnia jemy same ryby! — westchnęła dziewczynka. — Co ja z tem zrobię? Ryba ugotowana, ryba pieczona — to wszystko!
— Teraz, gdy mamy oporządzony dom, będziemy polowali, siostrzyczko — uspokoił ją starszy brat. — Będziemy robili dalekie wyprawy i znosili do twej spiżarni pożywienie.
Chłopcy zabrali się do nowej pracy.
Sporządzili dobre proce z rzemieni, łuki i strzały. Na szczęście, mocne i prężne pędy górskiego tamaryndu dostarczyły im potrzebnego materjału.
Łuki o rzemiennych cięciwach i strzały o ostrzach z kawałków stalowego prętu, zaostrzonego pilnikiem, były po pewnym czasie gotowe.
— Jutro jeden z nas wyruszy w góry, drugi zaś zostanie, aby bronić Irenki i pilnować domu — zadecydował Henryk. — Niech pierwszy idzie Romek!
Młodszy brat z krzykiem radości rzucił się na szyję Henrykowi.
Wyściskawszy go, zaczął szykować się do wyprawy.
Długo strzelał z łuku do celu, aż krzyknął wesoło:
— Wcale nieźle już lecą moje strzały!
— Na bliską metę radzę ci posługiwać się procą — rzekł Henryk.
— Ha! — odparł zuchowato Romek. — Z procą dam sobie radę! W liceum naszem była ona w użyciu. Uchodziłem za dobrego strzelca!
Pobiegł zbierać drobne, okrągłe kamyki do swej broni, a później przemyśliwał nad sporządzeniem sobie kołczanu do noszenia strzał.
Znowu przypomniał mu się Robinzon Kruzoe, który robił kołczany z kawałków kory.
Mozolił się więc Romek nad zdzieraniem kory z pnia modrzewiowego.
Przy tej pracy zastała go siostra.
Dowiedziawszy się, o co chodzi, pobiegła do swej śpiżarni i przyniosła wysoką, wąską blaszankę, znalezioną w skrzyni pod siedzeniem dla pilota. Przechowywano w niej plany i rysunki aparatu.
— Piękny kołczan! — zawołał zachwycony chłopak i pobiegł do domu, aby przymocować do blaszanki sznurki.
Skończywszy z tem, aż do zmroku strzelał Romek z łuku, wprawiając się we władaniu nową bronią.
Nazajutrz, posiliwszy się naprędce, wyruszył chłopak z domu. Przelazł przez mur i, pożegnawszy rodzeństwo, zniknął w lesie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.