Makbet (Shakespeare, tłum. Paszkowski, 1908)/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Makbet
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Józef Paszkowski
Tytuł orygin. The Tragedy of Macbeth
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA.
Inwernes. Dziedziniec zamkowy.
Wchodzą Banko i Fleance — przed nimi sługa z pochodnią.

Banko. Jak późno już w noc, chłopcze?
Fleance. Księżyc zaszedł;
Bicia zegara nie słyszałem.
Banko. Księżyc
Zachodzi teraz około dwunastej.
Fleance. Musi już później być, mój ojcze.
Banko. Weźno
Mój miecz. Tam w niebie spać się, widać, kładą
Po gospodarsku; zgaszono już światła.
Sen mi się ciśnie do oczu, a przecież
Zasnąćbym nie chciał. Dobroczynne mocy!
Umorzcie we mnie te okropne myśli,
Które się budzą, gdy ciało spoczywa!
Daj mi miecz!

Makbet wchodzi — przed nim sługa z pochodnią.

Kto tam?
Makbet. Przyjaciel.
Banko. Co widzę?
Ty, panie, jeszcze na nogach? Król śpi już,
W niepospolicie dobrym był humorze,
I szczodre dary posłał twoim ludziom;
Małżonce twojej, w dank za jej uprzejmość,
Kazał mi pierścień ten doręczyć: słowem,
Zadowolony był zupełnie.
Makbet. Dobra
Chęć nasza była niewolnicą braku
Przygotowania; gdyby była mogła
Swobodnie działać, byłoby inaczej.

Banko. O, i tak wszystko było jak najlepiej.
Myślałem tego wieczora o owych
Trzech widmach: wróżba ich już się poczęści
Sprawdziła.
Makbet. Ani pomyślałem o nich,
Wartoby jednak w wolnej chwili znowu
O tem pomówić. Oznacz czas, kochany
Banko.
Banko. Zostawiam ci go do wyboru.
Makbet. Jeżeli zechcesz wybór mój potwierdzić,
Wypadek jego będzie ku tem większej
Czci twojej.
Banko. Żebym jej tylko nie stracił,
Chcąc ją powiększyć, a zachować zdołał
Czyste sumienie i wiarę niezłomną.
Służyć ci będę.
Makbet. Dobranoc, tymczasem.
Banko. Dziękuję, życzę ci nawzajem dobrej.

Wychodzi Banko.

Makbet. Idź, powiedz pani, żeby zadzwoniła,
Skoro ów napój dla mnie będzie gotów.
Możesz się potem położyć.

Wychodzi sługa.

Jeśli to sztylet, co przed sobą widzę,
Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią,
Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,
Tylko dla zmysłu widzenia dostępnym?
Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?
Rozpalonego tylko mózgu tworem?
Widzę cię jednak tak samo wyraźnie,
Jako ten, który właśnie wydobywam.
Ty mi wskazujesz, jak przewodnik, drogę,
Którą iść miałem; takiego też miałem
Użyć narzędzia. Albo mój wzrok błaznem

Jest w porównaniu z resztą moich zmysłów,
Albo jest więcej wart niż wszystkie razem.
Ciągle cię widzę, a na twojej klindze
I rękojeści znamiona krwi, których
Pierwej nie było. Niema ich w istocie;
Moja to krwawa myśl jawi je oczom.
Na całym teraz półobszarze świata
Natura zdaje się martwą i straszne
Marzenia szarpią snu cichą zasłonę.
Terazto władza czarodziejska święci
Ofiary bladej Hekacie i dziki
Mord podniesiony z legowiska wyciem
Czujnego swego czatownika, wilka,
Którego odgłos jest dlań ekscytarzem,
Chyłkiem jak złodziej lub duch mknie do celu.
O, ty spokojna, niewzruszona w swoich
Posadach, ziemio, nie słysz moich kroków,
Aby kamienie nie wypowiedziały,
Gdzie idę, i nie zdradziły alarmem
Tej zgrozy, co ma nastąpić.
Ja się odgrażam, a on jeszcze żyje:
Żar czynu ziębią słów jałowe chryje.

Odgłos dzwonka słyszeć się daje.

Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie
Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,
Bo tego dzwonka melodya straszliwa
Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.

Wychodzi.



SCENA DRUGA.
Tamże.
Wchodzi Ledy Makbet.

L. Makbet. Co ich uśpiło, to mnie ocuciło,
Co ich zniemogło, we mnie zmogło siły.
Cóżto jest? Cicho! To puszczyk zahuczał,

Złowrogi ten stróż nocny, który groźnie
Woła: dobranoc. On tam jest; podwoje
Na wpół otwarte; pijane pachołki
Szydzą chrapaniem z swego obowiązku.
Taki im napój dałam, że natura
I śmierć spór teraz wiodą o ich życie.
Makbet za sceną. Kto tu? hej!
L. Makbet. Biada! pewnie się ocknęli,
I wszystko za nic. Zamach to, nie zbrodnia
Zgubi nas. Cicho! Pokładłam sztylety
Tuż przecie przy nich; nie mógł ich nie znaleźć.
Gdyby był we śnie nie tyle podobny
Do mego ojca, byłabym się była
Niechybnie sama na to odważyła.
Ha! I cóż? Wchodzi Makbet.
Makbet. Stało się. Słyszałaś hałas?
L. Makbet. Słyszałam sowy krzyk i poświerk świerszcza.
Cóżeśto mówił, mężu?
Makbet. Kiedy?
L. Makbet. Teraz.
Makbet. Kiedym tu wchodził?
L. Makbet. Tak.
Makbet. Cicho! Czy słyszysz?
Kto tam śpi w tamtym pokoju?
L. Makbet. Donalbein.
Makbet przypatrując się swoim rękom.
Żałosnyż to jest widok!
L. Makbet. Wstydź się mówić:
Żałosny widok; niemężny tak mówi.
Makbet. Jeden się zaśmiał przez sen, drugi krzyknął:
Ratunku! aż się przebudzili wzajem;
Jam stał i słuchał, ale oni cicho
Zmawiali pacierz i znów się spokojnie
Do snu pokładli.
L. Makbet. Tam ich dwóch jest.
Makbet. Jeden

Zawołał: Boże! zmiłuj się nad nami!
A drugi: Amen! jakby mię widzieli
Z temi rękami kata stojącego
I śledzącego ich trwogę. Jam nie mógł
Powiedzieć: Amen, wtenczas kiedy oni
Mówili: Boże, zmiłuj się nad nami!
L. Makbet. Nie zastanawiaj się nad tem tak pilnie.
Makbet. Dlaczegoż tego nie mogłem powiedzieć?
Potrzebowałem bardzo zmiłowania,
A jednak: Amen, zamarło mi w ustach.
L. Makbet. Nie trzeba sobie takich rzeczy w takiem
Świetle wystawiać; inaczejby przyszło
Oszaleć.
Makbet. Zdało mi się, że słyszałem
Głos wołający: Nie zaśniesz już więcej!
Makbet zabija sen, niewinny sen,
Który zwikłane węzły trosk rozplata,
Grzebie codzienne nędze; sen, tę kąpiel
Znużonej pracy, cierpiących serc balsam,
Odżywiciela natury, głównego
Posiłkodawcę na uczcie żywota.
L. Makbet. Co wygadujesz!
Makbet. Ciągle mi brzmiał w uszach
Ten głos: nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej.
Glamis sen zabił, dlatego też Kawdor
Nie zaśnie; Makbet nigdy już nie zaśnie.
L. Makbet. Któżto tak wołał? O, szlachetny tanie,
Rozmiękczasz w sobie tęgość ducha marząc
Tak chorobliwie. Idź, weź trochę wody
I obmyj rękę z tych plugawych znamion.
Pocoś tu z sobą przyniósł te sztylety?
Tam jest ich miejsce. Idź, odnieś je, pomaż
Krwią tamtych ludzi.
Makbet. Już tam moja noga
Nie wnijdzie. Wzdrygam się, kiedy pomyślę
O tem, com zrobił; widok tego byłby
Nad moje siły.

L. Makbet. Kaleko na duchu!
Daj te sztylety. Śpiący i umarli
Są obrazkami tylko; nikt, prócz dzieci,
Malowanego nie lęka się dyabła.
Sama ubarwię krwią ręce i szaty
Tych dwóch pachołków, bo oni się muszą
Wydać sprawcami zbrodni. Wychodzi.

Słychać zewnątrz kołatanie.

Makbet. Skąd ten odgłos?
Cóż się to ze mną stało, kiedy lada
Szmer, lada szelest przejmuje mię dreszczem?
Co to za ręce? Ha! wzrok mi pożera
Ich widok. Mógłżeby cały ocean
Te krwawe ślady spłukać z mojej ręki?
Nie, nigdy! raczejby ta moja ręka
Zdołała wszystkich mórz wody zrumienić
I ich zieloność w purpurę zamienić.

Ledy Makbet wraca.

L. Makbet. Mam teraz ręce podobne do twoich,
Ale się wstydzę, że jeszcze mam przytem
Tak białe serce. Kołatanie. Słychać kołatanie
U południowej bramy: przejdźmy żywo
Do naszych komnat. Kilka kropel wody
Oczyści nas wnet z plamy tego czynu.
Jakże on wtedy będzie lekkim! Męstwo
Całkiem cię widzę opuściło. Kołatanie. Słyszysz?
Znów kołatają. Przywdziej nocny ubiór,
Ażeby, skoro wyjść potrzeba będzie,
Nie pokazało się, żeśmy czuwali.
Przestańże gubić się tak nędznie w myślach.
Makbet. Obok uczucia takiej okropności,
Lepiej byłoby utracić poczucie
Samego siebie. Kołatanie. Zbudź tem kołataniem
Dunkana! Obyś mógł tego dokazać!

Wychodzą.


SCENA TRZECIA.
Tamże.
Wchodzi odźwierny. — Ciągłe kołatanie do bramy.

Odźwierny. To dopiero wybijanie! Gdyby przy bramie piekła był odźwierny, wiecznieby tylko musiał klucz obracać. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! — kto tam? W imię Belzebuba! To jakiś dzierżawca, co się obwiesił z rozpaczy, że mu zboże nie sypało. W porę waść przychodzisz, a czy masz przy sobie zapas chustek? bo się tu siarczyście napocisz. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! kto tam? W imię innego dyabła! To jakiś krętacz, co umiał na dwóch stołkach siadać i na każdym odprzysięgał się drugiego; co w imię Boże popełnił szkarad bez liku, a jednak nie mógł się wkręcić do nieba. Pójdź, pójdź, mości krętaczu. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! kto tam? Do wszystkich dyabłów! To angielski krawiec, co spekulował na odkrawkach z francuskich spodni. Pójdź tu, krawcze, a czy przynosisz z sobą żelazko do prasowania, bo tu będziesz mógł wybornie rozgrzać duszę. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! Rychłoż się to skończy? Co ty za jeden? Ale tu za chłodno na piekło i nie chce mi się być dłużej odźwiernym u Lucypera. Kołatanie Zaraz! zaraz! Otwiera bramę.

Wchodzą Makduf i Lenox.

Makduf. Czyś się tak późno spać położył, mój przyjacielu, że tak późno wstajesz?
Odźwierny. W rzeczy samej, do usług Waszej Wielmożności, piło się trochę tej nocy, już drugi kur piał, kiedyśmy się spać pokładli, a picie z przeproszeniem Waszej Wielmożności, jest ojcem trzech rzeczy.
Makduf. Cóżto za trzy rzeczy, które piciu swój byt winny?
Odźwierny. Czerwony nos, panie, śpiączka i uryna. Co się tyczy miłości, jest ono po części jej ojcem, a po części nie jest, bo pobudza żądzę, a wstrzymuje wykonanie; dlatego wielkie picie można nazwać przeniewiercą względem miłości, bo ją rodzi i uśmierca; podżega ją i ustudza, pociąga ją i odpycha, daje jej eksystencyę ale bez konsystencyi, kołysze ją do snu i kłamiąc jej rzeczywistością, upośledza ją w rzeczywistości.
Makduf. Musiało ci ono dużo tej nocy nakłamać.
Odźwierny. Nie inaczej, panie, miałem jego kłamstw aż po dziurki, ale mu się nie dałem i chociaż mię kilka razy z nóg ścięło, przecież w końcu udało mi się je zrzucić.
Makduf. Czy twój pan wstał już? Nasze kołatanie
Przebudziło go pewnie. Oto idzie.

Makbet wchodzi.

Lenox. Dzień dobry, wodzu.
Makbet. Dzień dobry, wam wzajem,
Mili panowie.
Makduf. Czy król wstał?
Makbet. Nie jeszcze.
Makduf. Kazał mi wcześnie się zbudzić i tak już
Spóźniliśmy się o godzinę.
Makbet. Chcecież,
Bym was do niego zaprowadził?
Makduf. Wiem ja,
Szlachetny tanie, że podejmowane
W podobnych razach trudy są radosne
Waszemu sercu, trudami jednakże
Być nie przestają.
Makbet. Ochoczość usługi
Rzeźwi fatygę. Oto drzwi do króla.
Makduf. Będę tak śmiały wejść, bo mam po temu
Wyraźny rozkaz. Wychodzi.
Lenox. Czy król dziś odjeżdża?

Makbet. Tak postanowił.
Lenox. Noc ta nadzwyczajnie
Była burzliwą; gdzieśmy spali, wicher
Zerwał kominy i w powietrzu słychać
Było, jak mówią, żałosne jęczenia,
Dziwne rzęzania jakby konających,
I groźnym głosem zwiastowane wieszczby
Straszliwych pożog i różnych wypadków,
Znamionujących opłakane czasy.
Ptak nocny kwilił i ziemia podobno
Trzęsła się cała jak w febrze.
Makbet. W istocie,
Straszna to była noc.
Lenox. Młoda ma pamięć
Nie może sobie przypomnieć podobnej.

Makduf wraca.

Makduf. O, zgrozo, zgrozo, nad wszelkie pojęcie,
Nad wszelki ludzki wyraz!
Makbet i Lenox razem. Co się stało?
Makduf. Odmęt dokonał swego arcydzieła.
Mord świętokradzki zgwałcił namaszczoną
Świątynię Pana i wydarł z niej życie.
Makbet. Co mówisz? życie?
Lenox. Czyje życie?
Makduf. Idźcie
Tam i osłupcie kamieniem na widok
Nowej Gorgony. Nie każcie mi mówić.
Idźcie, zajrzyjcie tam i sami mówcie.

Makbet i Lenox wychodzą.

Hola! Wstawajcie! Przybywajcie! Bijcie
W dzwony na alarm. Mord! piekielna zdrada!
Banko! Donalbein! Malkolm! Przybywajcie!
Otrząście z siebie sen, tę maskę śmierci,
By śmierć prawdziwą ujrzeć. Przybywajcie
Co tchu! i patrzcie na ostatecznego
Sądu przedobraz! Hej! Malkomie! Banko!

Jak duchy z grobów wywołane śpieszcie
Przypatrzeć się tej zgrozie!

Dzwon bije na gwałt.
Ledy Makbet wchodzi.

L. Makbet. Co się stało,
Że tak złowrogiej trąby odgłos wszystkich
W domu rozbudza? Dla Boga, Makdufie,
Mów, co się stało?
Makduf. O, szlachetna Pani,
Nie wam to słyszeć, cobym mógł powiedzieć;
Wiadomość tego rodzaju trafiwszy
Niewieście ucho, zabiłaby.

Banko wchodzi.

Banko!
O, Banko! Król, nasz Pan, zamordowany!
L. Makbet. Niestety! w naszym domu!
Banko. W czyimkolwiek,
Zbyt to okropne! O, kochany Dufie,
Bądź z sobą samym w sprzeczności i powiedz,
Że to fałsz.

Makbet i Lenox wchodzą.

Makbet. Gdybym był umarł godziną
Przed tym wypadkiem, zamknąłbym był piękny
Okres żywota. Niema od tej pory
Nic szanownego na tym świecie; wszystko
Jest tylko blichtrem; wielkość, świętość znikły.
Scedzone wino życia, same tylko
Męty zostały w tym lochu marności.

Malkolm i Donalbein wchodzą.

Donalbein. Co za nieszczęście tu się stało? kogo
Dotknęło?
Makbet. Naprzód was i wy ostatni
Dowiadujecie się o tem: cne źródło,
Z którego wasza krew początek wzięła,
Zatamowane na wieki.

Makduf. Wasz rodzic
Zamordowany został.
Malkolm. O! przez kogo?
Lenox. Sprawcami zbrodni byli, jak się zdaje,
Dwaj pokojowcy: ręce ich i twarze
Nosiły ślady krwi, toż ich sztylety,
Któreśmy na ich posłaniu znaleźli.
Wzrok mieli błędny, jakby obłąkany,
Kiedyśmy weszli. Pod strażą tych ludzi
Niczyje życie nie było bezpieczne.
Makbet. Żałuję teraz, żem ich w uniesieniu
Wściekłości zabił.
Makduf. A to na co? na co?
Makbet. Któż jednocześnie może być roztropnym
I przerażonym, łagodnym i gniewnym,
Wiernym i obojętnym? Nikt zaiste.
Żarliwa moja przychylność stłumiła
Zimną rozwagę. Tu Dunkan leżący,
Z srebrnym krwią złotą powleczonym włosem,
Okryty rany wyglądającemi
Jako wyłomy w naturze, przez które
Szerokie przejście otwarto zniszczeniu,
A tu mordercy naznaczeni barwą
Swego postępku, z świeżo zbroczonymi
Puginałami: któż żywiący w sercu
Miłość, a obok miłości odwagę,
Byłby inaczej tej miłości dowiódł?
L. Makbet. Pomóżcie mi wyjść, ach!
Makduf. Ledy zasłabła!
Wezwijcie ludzi na pomoc.
Malkolm na stronie do brata. Dlaczegoż
Stoimy niemi my, których najbliżej
Ten cios dotyka?
Donalbein. Cóż się nam odzywać
Tu, gdzie ukryty wróg nasz niewidzialnie

Może gdzieś czyha, by nagle nas dosiądz.
Precz stąd! Łzy nasze jeszcze niedojrzałe.
Malkolm. I ciężka boleść nasza nie jest jeszcze
Na czynnej stopie.
Banko do sług nadchodzęcych. Odprowadźcie panię.

Ledy Makbet wychodzi wsparta na sługach

My zaś przywdziejmy zbywające szaty,
I ochłonąwszy nieco z przerażenia,
Zbierzmy się celem jak najściślejszego
Zbadania tego strasznego wypadku.
Każdym z nas miota niepewność; co do mnie:
Oświadczam w obec Majestatu Boga,
Że walczyć będę przeciw skrytym planom
Tej niecnej złości.
Makbet. I ja.
Wszyscy. I my wszyscy.
Makbet. Idźmyż się przebrać, jak przystoi mężom.
W głównej się sali zgromadzimy.
Wszyscy. Zgoda.

Wszyscy wychodzą prócz Malkolma i Donalbeina.

Malkolm. Cóż ty zamyślasz? Nie łączmy się z nimi.
Udawać żałość, jestto rola łatwa
Dla dusz nasiąkłych fałszem. Ja natychmiast
Jadę do Anglii.
Donalbein. A ja do Irlandyi.
Odosobnieni bezpieczniejsi będziem!
Tu każdy uśmiech jest nożem.
Im kto krwią bliższy, tem bliższy krwotoku.
Malkolm. Jeszcze ten pocisk ukrytego strzelca
Nie padł na ziemię; najbezpieczniej będzie
Zejść z celu. Na koń więc! nie traćmy czasu
Na pożegnalnych formach, ale chyżo
Wynośmy się z tych miejsc. Gdzie grozi zdrada,
Godziwie kradnie, kto sam się wykrada.

Wychodzą.


SCENA CZWARTA.
Za obrębem zamku.
Wchodzą Rosse i Starzec.

Starzec. Kopę lat z górą pamiętam, widziałem
Wiele widowisk, wiele okropności,
Ale dzisiejsza noc wszystko dawniejsze
W śmiech obróciła.
Rosse. Patrz, poczciwy starcze,
Jak samo niebo w gniewie na złość ludzką
Zdaje się grozić jej krwawej widowni.
Podług zegaru to dzień, a jednakże
Gruby mrok tłumi wschodzącą pochodnię.
Jestli to przemoc nocy, czyli wstyd dnia,
Że ciemność kryje tak oblicze ziemi,
Kiedy ją miało ucałować słońce
Ożywcze?
Starzec. Jestto tak nienaturalne,
Jak ów czyn świeżo teraz dokonany.
Przeszłego wtorku widziałem sokoła
Majestatycznie się unoszącego,
W tem nędzna sowa napadła go z boku
I zadziobała.
Rosse. A konie Dunkana
(Rzecz nie do wiary, a jednak istotna),
Owe rumaki tak piękne i rącze,
Prawdziwe w swoim rodzaju pieścidła,
Zdziczały nagle, stargały uwięzie,
I z bram stajennych wypadły, jak gdyby
Chciały wojować z ludźmi.
Starzec. Powiadają,
Że się pożarły.
Rosse. W istocie tak było,
Ku osłupieniu moich oczu, które

Na to patrzały. Oto zacny Makduf.

Makduf wchodzi.

Cóż tam na świecie słychać?
Makduf. Czyliż nie wiesz?
Rosse. Wiadomoż, kto był sprawcą tego czynu
Przechodzącego wszelką nazwę zbrodni?
Makduf. Ci, których Makbet zabił.
Rosse. O, nieszczęśni!
Cóż ich do tego skłoniło?
Makduf. Namowa.
Synowie króla, Malkolm i Donalbein,
Uszli, to rzuca na nich podejrzenie.
Rosse. Oni! Natura nie ma już rękojmi!
O, marnotrawna wyniosłości, sama
Niweczysz własne środki życia! Tak więc,
Według wszelkiego prawdopodobieństwa
Władza królewska na Makbeta spadnie.
Makduf. Już go obrano i ruszył do Skony
Na koronacyę.
Rosse. Gdzież złożono zwłoki
Dunkana?
Makduf. W Kolmes-hill, w świętych podziemiach,
Gdzie spoczywają kości jego przodków.
Rosse. Udajeszli się do Skony?
Makduf. Nie, bracie;
Do Fajfu.
Rosse. A ja do Skony.
Makduf. Bogdajbyś
Wszystko tam znalazł po myśli, inaczej
Byłoby prawdą, że się w starej szacie
Wygodniej chodzi, niż w nowym szkarłacie.
Rosse. Bądź zdrów, mnie zwodny pozór nie omami.
Bywaj zdrów, starcze.
Starzec. Niech Bóg będzie z wami
I z każdym, który w imię Zbawiciela
Złe mieni w dobre, wroga w przyjaciela! Wychodzi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Józef Paszkowski.