Maja Liza/Talar bity

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Maja Liza
Podtytuł Romans
Rozdział Talar bity
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Liljecronas hemland
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


TALAR BITY.

Niewarta rzecz była zachodu, ale pastorówna istotnie trapiła się już przez dwa tygodnie myślą, skąd weźmie talara, by go oddać kowalowi.
Powinna była prosić oń ojca zaraz nazajutrz po weselu. Ale została ostro zburczana przez macochę za słowa wypowiedziane do pogromcy wilków, gdy wyszedł z dołu, a osobno jeszcze za to, że doń podbiegła, tak jakby mu się chciała rzucić na szyję. Macocha nakazała jej uważać na swe zachowanie i porzucić maniery dwunastoletniego podlotka.
Po tej scenie u traciła zupełnie odwagę proszenia o pieniądze. Nie znalazła zresztą sposobności pomówienia z ojcem, a zwrócenie się do macochy wywołałoby jeno nową burzę.
Przesunięcie na potem całej sprawy miało ten niemiły skutek, że następnego dnia mowy być już nie mogło o złożeniu wyznania. Pastorowa dowiedziała się od czeladzi, że państwo młodzi i orszak weselny byli z wizytą u Maji Lizy i wieść ta podraźniła ją wielce, o ileż tedy byłaby się bardziej gniewała za tak niesłychaną rozrzutność.
Im bardziej jednak odkładała rzecz Maja Liza, tem trudniej było jej wyznać rodzicom, ile pieniędzy jest winna. Musiała sobie wkońcu powiedzieć sama, że nie zdobędzie się nigdy na to, by prosić. Nie było innej rady, jak wystarać się o talara w inny sposób.
Dumała nad tem i dumała bez końca, siedząc przy szyciu, a myśl ta nie opuszczała jej, gdy nocą leżała w łóżku. To jedno nie ulegało dla niej kwestji, że kowalowi zwrócić trzeba było pożyczkę. Nie zniosłaby tej hańby, by pokrzywdzić miała człowieka, który jej tak życzliwie pospieszył z pomocą.
O, gdybyż mogła pojechać do Anny Brogren. Ale i mowy nie było, by macocha zezwoliła jej na odwiedzenie kogokolwiek z ludzi kochanych.
Do kogóż się tedy zwrócić miała? Babka była równie biedna jak ona i posiadała tyle, ile jej dawał pastor. Zaś Ulla Moreus pewnie w życiu nie miała w ręku całego talara.
Znajdowała się naprawdę w wielkim kłopocie. Nie mogła też zwrócić się do byle kogo i powiedzieć mu, że nie ma odwagi prosić rodziców o talara.
W momencie największego właśnie zaniepokojenia przyszło jej na myśl, że żyje jeszcze siostra, matki i mogłaby jej dopomóc. Ale nie mogła się powstrzymać sama od śmiechu na myśl, jaką minę przybrałaby ciotka, gdyby przyszła i poprosiła o pieniądze.
Miałaby nawet powód istotny zdziwić się wielce, bo siostrzenica była ciotce bardziej obcą, niż ktokolwiek inny na świecie. Dzieliła je przepaść głęboka zaiste.
Nie była nią nienawiść zgoła. Tylko ciotka wykluczyła się sama z rodziny, wychodząc za bogatego syna chłopskiego, dość ambitnego na to, by się o jej rękę starać. Z tego, co wiedziała, wynikało, że nie miłość stworzyła to stadło. On był pyszałkiem i wydawało mu się, że wszystkich zaćmi, biorąc za żonę córkę starego pastorskiego rodu, ona zaś otwarcie wyznała, że woli wyjść za bogatego chłopa niż czekać lata całe na biednego podplebanka.
Od chwili objęcia gospodarstwa ciotka dobrowolnie wyrzekła się całej rodziny. Nie chciała mieć nic do czynienia z poprzedniem swem otoczeniem i trzymała się zdala od siebie wszystkich löwdalczyków.
Mieszkała niezbyt daleko, w granicach broeńskiej jeszcze nawet parafji, ale nie bywała nigdy na plebanji. Natom iast składali jej co roku wizytę w Svanskogu pastor, babka, lub Maja Liza.
Pastorówna przyznać musiała, że wizyty owe nigdy jej bardzo nie radowały. Ciotka schłopiała zupełnie z biegiem lat, co nie raziło zresztą Maji Lizy, dawało jej się atoli we znaki zachowanie ciotki, ile razy ktoś z Löwdali przybywał w odwiedziny. Nie wychodziła nigdy przed podjazd na powitanie, a gdy znaleźli się w domu, zawsze wtrącała uwagę, że zadają sobie zbyt wiele trudu, fatygując się do chłopskiej chałupy. Bezpośrednio potem wyliczała dokładnie, nie myląc się o dzień jeden, jak długo już nikt się nie zjawił. Wszystko to jednak mówiła głosem tak niemile brzmiącym, że goście popadali w zakłopotanie, nie wiedząc zgoła, czy dobrze uczynili przybywając, czy raczej winni byli zostać w domu.
Nieszczególny był tedy pomysł Maji Lizy. Mimo to, pewnego dnia siedząc przy śniadaniu z ojcem i matką, rzuciła niby przypadkiem słów kilka o ciotce ze Svanskogu, czyniąc uwagę, że nie należy całkiem o niej zapomnieć.
Zaledwo jednak wyrzekła, te słowa, zaraz ich pożałowała. Cóż bowiem miała do roboty u ciotki? Było to zgoła bezużyteczną rzeczą. Nawet gdyby mogła udać się tam, to nie była pewną, czy zdoła się przezwyciężyć i prosić ciotki o pomoc.
Ojciec podniósł głowę znad talerza kaszy. Zawsze mu żal było tej córki pastorskiej, żyjącej pośród chłopów, i baczył na to, by nie sądziła, iż o niej zapomniała rodzina. Rozważył, ile czasu upłynęło od ostatniej wizyty, i powiedział, że w istocie długo już nikt z Löwdali nie pokazał się w Svanskogu, przeto należy tam jechać koniecznie.
Macocha milczała, bo niewiele wiedziała o chłopskiej rodzinnej odrośli, to też Maji Lizie przypadło stwierdzenie faktu, iż minęło więcej niż rok od ostatnich odwiedzin. Dodała też, że ciotce sprawiłoby największą radość, gdyby przybyli oboje rodzice.
Nie stało się jednak, jak mówiła. Ojciec oparł się plecami o fotel i przybrał dość kwaśną minę. Myślał, że nawet miłość rodzinna ma pewne granice. Wreszcie powiedział, iż jego widywała ciotka dość często, więc nie zachodzi potrzeba jechania do Svanskogu, by się jej pokazać. Natomiast Maja Liza i matka mogą jechać, choćby dziś jeszcze, co się nawet doskonale składa, bo długi Bengt i koń właśnie są wolni.
Postanowiono przy kawie, że wizyta ma nastąpić. Maja Liza żałowała szczerze, iż sobie nie odgryzła języka zanim zaczęła mówić o ciotce. Strachem przejmowała ją myśl, że będzie zmuszona jechać dwie godziny wraz z macochą sankami.
Po śniadaniu udała się matka do pracowni ojca, a gdy wyszła, cały plan był już obalony. Oświadczyła, że wystarczy zupełnie, by sama Maja Liza udała się do Svanskogu. Dodała, że wprawdzie nie wygląda wcale na zachwyconą tym projektem, ale młodym robi dobrze, gdy zmuszają się do rzeczy, których nie lubią. Również musi iść piechotą nie zaś jechać, bo długi Bengt będzie przez cały dzień dzisiejszy zajęty siekaniem łoju na świece, a nazajutrz przyjedzie po nią sankami.
Twarz Maji Lizy nie drgnęła, tak że macocha nie poznała, czy jej ta wieść jest miłą, czy nie, ale w duszy uradowała się z tego, że jeśli już musi iść do Svanskogu, to przynajmniej uniknie obecności macochy.
Ponieważ jednak miała tak długo być poza domem, przeto spytała, czy mała Nora nie mogłaby zaglądać od czasu do czasu do babki i mieć o nią staranie.
Macocha nie mogła się oczywiście zgodzić na nic, co było projektem Maji Lizy. Rozporządziła natychmiast, że Nora pójdzie z pastorówną do Svanskogu. Wie dobrze, co wypada, a co nie, przeto nie pozwoli jej samej odbywać tak długiej drogi. O babkę troszczyć się nie potrzebuje, jest bowiem dość służby na plebanji, która może opiekować się staruszką.
Macocha postawiła jak zawsze na swojem i w godzinę potem szła Liza wraz z małą Norą w kierunku Svanskogu.
Jak długo były w alei, gdzie je dostrzec mogła pastorowa z okna, szły spokojnie i wielce przykładnie, wkrótce jednak dostały się w młody, świerkowy lasek, który je ukrył przed oczyma macochy.
Maja Liza uważała zrazu wycieczkę do Svanskogu za coś nader nudnego i bezpotrzebnego, teraz jednak zmieniła zdanie. Był przecudny dzień zimowy, a przed niemi słała się spadająca, dość stroma droga. Obie były wolne i tak wesołe, jak się to od całych, nie zdarzyło miesięcy. Pastorównie wydało się, że uleciała z ciasnej klatki. Chwyciła za rękę Norę i pobiegły w podskokach na dół. U stóp pagórka wpadły po pas w wielką zaspę i leżały w niej długo, śmiejąc się do rozpuku.
Pierwsza dochodziła zaledwo, gdy przybyły do Svanskogu. Poszczęściło im się tak, że jeno połowę drogi odbyły pieszo. Tuż pod Broby wziął je na sanki parobczak z Svanskogu, który odwoził kogoś i teraz wracał próżno.
Syanskog był zarazem zajazdem noclegowym, tylko nie tak uczęszczanym jak gospoda w Broby, gdzie ruch ciągły panował. Do Syanskogu, położonego u północnego krańca parafji, przybywał najwyżej jeden podróżny dziennie, a czasem w ciągu tygodnia nikt nie zażądał koni.
Zastały wszystko po dawnemu. Gdy zajechały, nie wyszła na ich powitanie ni ciotka, ni żadna z dziewcząt służebnych.
Maja Liza uczuła takie ściskanie w piersiach, że serce jej ledwo biło, jakby zbyt mało dla siebie mając miejsca. Przez czas podróży ożywiała ją jaka taka nadzieja, teraz jednak, gdy wysiadała z sanek, pewną była, że ciotka dopomóc jej nie zechce.
Svanskog stanowił kompleks długich budynków z dostępem frontowym do domu mieszkalnego, nie zaś bocznym, jak to bywa zazwyczaj w osiedlach chłopskich. Przed drzwiami głównemi znajdował się niewielki, kryty podjazd z werandą, a chociaż wszystko razem było nieco mniejsze niż w Löwdali, przypominało jednak dokładnie plebanję. Taki sam był dach i takie same zupełnie filarki.
Maja Liza popadła w zdumienie. Kilka razy już tu była, a nie zauważyła tej werandy i podjazdu. Stała przez moment patrząc, a zaraz wpadło jej w oczy więcej jeszcze szczegółów. Dom był stary, ale ciotka kazała go ponaprawiać i przerobić, przyczem wspomnienia młodości za wzór jej służyć musiały. Było tyle samo i to równie dużych szyb w oknach, jak na plebanji löwdalskiej, a półokrągłe okienka poddasza można było w prost przenieść z jednego domu na drugi bez zwrócenia uwagi na zmianę.
Maji Lizie lżej się zrobiło na sercu. Może nie dopuściła się tak wielkiego znowu głupstwa, przybywając tutaj? Może nie znikła doszczętnie z ciotki pierwotna pastorówna, jak to sama w siebie i w wszystkich wmówić chciała?
Sień mniejsza była niż w Löwdali, ale i tu jak tam stały w kątach półokrągłe szafki, ściany były polakierowane również na szaro i usiane biało-czarnemi punktami. Klatka schodowa posiadała wiązanie z grubych kłód, a schody wspinały się równie niebezpiecznie stromo i miały tak samo wąskie stopnie. Można z nich było niezawodnie równie dobrze jak w Löwdali zjechać po poręczy, nie pomagając sobie nogami.
Wprost wejścia, pośrodku sieni widniały drzwi do dużej stancji, gotowej zawsze na przyjęcie podróżnych. Nie można tu było spotkać nikogo z członków rodziny, ale Maja Liza otwarła i spojrzała do wnętrza. Znalazła to, czego się spodziewała, a więc krzesła brzozowe, żółto malowane i biały stół rozkładany, zupełnie jak w Löwdali. Nie brakło nawet kalli w wazoniku na oknie.
Jedną jeno zauważyła odmianę. Wprawdzie chodniki na podłodze były równie siwe, miały jednak inny wzór niż w Löwdali. Maja Liza przyszła jednak po chwili do przekonania, że nie było to winą ciotki. Tkała ona wedle wzoru zapamiętanego z młodości, zaś w Löwdali został zmieniony dawny wzór w szachownicę na inny.
Pastorówna zamknęła drzwi i stała przez chwilę w sieni. Łzy napełniały jej oczy, wiedząc zaś, że ciotka wzruszeń nie znosi, chciała się uspokoić i wejść z twarzą pogodną i wesołą.
Ale i tu prześladowało ją zwykłe niepowodzenie. Otwarłszy drzwi do izby mieszkalnej, spostrzegła, że ciotka zajęta jest właśnie praniem. Na ognisku wrzał ogromny kocioł, a z równie wielkiej, pełnej bielizny balji przeciekały górą mydliny, tworząc kałużę na podłodze. Ciotka musiała być w gorszem jeszcze niż zazwyczaj usposobieniu, ile razy przybywali goście. Dużo wody było na podłodze, na ławie leżały kupki świeżo upranej, grubej bielizny. Maja Liza przyznać musiała sama, że nie byłaby uradowana, gdyby ją zmuszono przyjmować gości wśród takiego nieładu.
Pokój ten nie przypominał wcale Löwdali, była to zwykła chłopska izba, a Maja Liza oczekiwała, że znajdzie tu piękny, czcigodny pokój z wysokiemi, aż pod pułap sięgającemi szafami, wysłanem łożem z kotarą i długiemi, do ścian przymocowanemi ławami. Niepodobne tu było nic do Löwdali, a pranie odjęło całości do reszty nastrój.
Ciotka stała odwrócona plecami do drzwi, tarła i miętosiła jakiś kawałek bielizny i nie zwracała na nic uwagi. Maja Liza słyszała nieraz, że matka i jej siostry były rosłe i smukłe jak ona sama, ciotka atoli wydała jej się szeroka, przysadkowata i zgoła niewykwintna. Miała na sobie krótką, czarną, fryzową spódnicę, czerwony kaftanik i koszulę o bufiastych rękawach. Biały serdak owczy, stanowiący dopełnienie stroju, zdjęła przy robocie.
Prała ciągle zapamiętale, nie obracając się i nie mówiąc słowa. Maja Liza pragnęła znajdować się o sto mil. Ale zamiast tego, musiała podejść do ciotki, podać jej rękę i pozdrowić.
Miała obie ręce w wodzie, dobyła jedną, i, nie zadając sobie nawet trudu obtarcia, położyła ją od niechcenia wierzchem dłoni na ręku siostrzenicy.
— Acha! — mruknęła. — Tym razem przysłano więc ciebie? Nowa pastorowa jest zbyt wielką damą, by się fatygować do chłopskiej chaty!
Nie rzekła nic ponadto i w głosie jej nie było wcale większej niż zazwyczaj niechęci, ale Maja Liza tym razem nie mogła tego znieść i wybuchnęła płaczem. Być może dlatego tak sobie wzięła do serca opryskliwość ciotki, że właśnie zamierzała prosić o pomoc, a nagle uświadomiła sobie, że nigdy nie zdoła wyznać, z czem przybywa.
Czując, że nie może powstrzymać łez, wpadła w prawdziwą rozpacz. Czyniło ją to wzruszenie zupełnie bezbronną wobec kobiety, nie mającej dla niej odrobiny serca. Łzy płynęły obficie, nie było to parę kropelek łatwych do starcia, ale prawdziwe strumyki, toczące się po policzkach, a w gardle dławiło ją tak, że nie była w stanie rzec słowa.
Litowała się wielce samej sobie.
Płakała z desperacji, iż płacze, a rzecz wiadoma, że gdy aż do tego dojdzie, wówczas niema końca płakania.
Radaby była zaraz wracać do domu, podeszła też do drzwi, ale gdy do nich dotarła, zachwiały się pod nią kolana. Pod samym progiem, w kącie stała niska ławeczka, na nią osunęła się ciężko.
Wyobrażała sobie, co może myśleć ciotka o siostrzenicy, przeszkadzającej w praniu i wybuchającej płaczem zaraz po przybyciu.
Ciotka nie wydawała się jednak zbytnio oburzoną. Przestała prać, a potem z całym spokojem wlała w balję z bielizną wielką warzechę gorącej wody, dołożyła jeszcze jedno polano do ognia i dopiero, dokonawszy tego wszystkiego, zbliżyła się do płaczącej u drzwi Maji Lizy.
— Nie bójże się, dziewczyno! — powiedziała. — Nie jestem może tak zła, jak wyglądam.
Przerachowała się jednak sądząc, że słowa te pocieszą i uspokoją siostrzenicę. Łzy jej tryskały z tak głębokich źródeł cierpienia, że godzinami płynąćby musiały, zacząwszy się raz już toczyć.
Maja Liza nie mogła wyrzec słowa, chociaż uświadamiała sobie, że ciotce zbraknie rychło cierpliwości, a także że nie może na długo odchodzić od prania. Ale ciotka poradziła sobie, obróciła się poprostu do małej Nory, która była blisko niej przez cały czas i teraz pełna przerażenia gładziła zlekka jej dłoń.
— Czy wiesz może dlaczego Maja Liza płacze? — spytała. — Nie mogło ją przecież aż tak dotknąć, żem nie pospieszyła z pozdrowieniem, będąc zajęta praniem.
Z tonu jej wyczuwało się, że drwi z łez siostrzenicy i to widać zrozumiała mała Nora, gdyż wpadła zaraz w złość.
— Jakże nie ma płakać, gdy się tak wobec niej zachowujecie, gospodyni! — zawołała. — Przychodzi z prośbą o pomoc do rodzonej siostry swej matki, a nie spotyka się z jednem życzliwem słówkiem!
Maja Liza zatkała szybko usta małej, ale nic to nie pomogło, gdyż Norę na widok łez jej ogarnął taki desperacki nastrój jak wówczas, gdy wałczyła z burzą.
Nie było znać po ciotce, jakoby rozgniewały ją słowa małej. Zaczęła tylko mówić rozwleklejszym, chłopskim dialektem, a słowa jej nieśmiałe były jakieś i powolne.
— Czemże mogę dopomóc Maji Lizie? Przecież ma wszystko, czego dusza zapragnie w Löwdali! Nie potrzebuje pewnie pomocy biednej chłopki, jaką ja jestem.
Nie mogła zaiste dobrać lepszych słów, by rozpętać na dobre język Nory.
— Widzę, gospodyni, żeście ulepiona z tej samej gliny co macocha mamzel Maji Lizy! — wykrzyknęła. — Zresztą powiem wam coś, oto przybyła z prośbą, byście jej dali...
Pastorówna ścisnęła jej tak mocno ramię, że nagle urwała. Ale ciotka nie zwróciła jakoś na to uwagi i powiedziała:
— Czyż więc aż tak źle Maji Lizie z macochą? Coprawda, powiadają ludzie, że kto dostaje macochę, dostaje zarazem ojczyma, ale tak się pewnie nie stało. Czyż jest coś, czegoby pragnęła i nie dostała? Nie, to chyba niemożliwe!
Pastorówna dawała Norze rozmaite znaki, ale wobec metody drażnienia ze strony ciotki nic to nie pomagało.
— Mogłabyście to zobaczyć sama, — krzyknęła! — gdybyście jeno chciała otworzyć oczy. Ma na sobie odzież zgrzebną jak ja, a zostały z niej tylko skóra i kości. Powiadają wprawdzie, że krew jst gęstsza od wody, ale u was inaczej widać bywa. Wam to obojętne, że ją macocha niedługo na śmierć zadręczy!
Wszystko było niezmiernie przykre dla Maji Lizy. Sam już niepowstrzymany płacz doprowadzał ją do rozpaczy, a czemże była dopiero owa indagacja, przez którą ciotka wydobywała jedno po drugiem z Nory. Jakże to przyjmie? Może żywi nienawiść w sercu do córki siostry i radować się będzie z jej nieszczęścia.
Nie mogła dłużej wytrzymać i szukała omackiem drzwi. Gdy chciała nacisnąć klamkę, zauważyła, że jest zepsuta, nie mogła bowiem otworzyć, ciągnęła ją, to pchała, nagle doznała zawrotu głowy i padła na ziemię.
Odzyskawszy przytomność, spostrzegła, że leży w łóżku, w pokoju o siwych chodnikach w szachownicę, a pościel, na której spoczywa jest tak miękka i cienka, że w Löwdali byłoby trudno znaleźć coś podobnego. Obok łóżka stał stolik, na nim taca, na niej zaś spodek przykryty serwetą.
Uczuła się trochę głodną, zdjęła przeto serwetę ze spodka, ale nie znalazła tam żadnego pożywienia, jeno wielki, błyszczący, nowy talar bity!
Zrazu pojąć nie mogła, jak się to wszystko stało, ale po chwili zrozumiała, że ciotka wydobyła wszystko z małej Nory. Maja Liza uczuła takie wzruszenie i doznała takiej szczęśliwości, że rozpłakała się znowu, a popłakawszy zasnęła.
Spała bez przerwy, aż zegar ścienny w sąsiedniej izbie wydzwonił godzinę trzecią. Spojrzawszy na stolik, przekonała się, że talar znikł, natomiast nastawiono mnóstwo doskonałych przysmaków. Przeraziła ją zrazu strata talara, ale pomyślała, że musi być w dobrych rękach, i uspokojona podjadła sobie nieźle.
Skończywszy, uczuła się tak wzruszoną tem i dowodami dobroci, że rozpłakała się ponownie i łkając jeszcze zasnęła.
Zbudziwszy się znów, spostrzegła, że zapadła noc. Ale na kominku połyskiwał wesoło ogień, a przy łóżku stała ciotka i patrzyła na nią.
Pierwszą rzeczą, jaką uczyniła, było, iż przeprosiła ją najuprzejmiej, że poważyła się odesłać talara właścicielowi. Właśnie zdarzyła się okazja do Henriksbergu, przeto wręczyła pieniądz woźnicy z poleceniem, by się dowiedział, który z kowali był w Loby za sianem w świątecznym czasie, a znalazłszy go, oddał należytość wraz z pozdrowieniem od Maji Lizy. Uczyniła tak, gdyż sądziła, że siostrzenicy trudno będzie o posłańca ze Svarstjö do Henriksbergu.
Znowu uczuła pastorówna wzruszenie wielkie, ale ciotka nie dopuściła do płaczu i zaczęła rozpytywać o Löwdalę. Nie wspominała zgoła macochy, ni spraw przykrych, dowiadywała się jeno o to, co nie mogło sprawić dziewczynie przykrości. Pytała, jak się ma babka, czy jej pokoik w browarni zawsze taki czyściutki, jak wygląda u starej Bengty w czworakach, czy tak brudno jak dawniej, czy sowa gnieździ się jeszcze na strychu. Kazała sobie opowiadać o droździe, śpiewającym wiosenną porą w koronie brzozy ponad starym głazem, służącym za ławę, o konwaljach w lesie poza sadem, o starym lamusie, tkwiącym na palach, o nowej plebanji, zbudowanej przez ojca Maji Lizy, pytała czy jest dokładnie taka jak dawna, a dowiedzieć się chciała wszystkiego, nawet czy dotąd mieszczą się owce w tej samej ponurej owczarni.
Pastorówna wyjść nie mogła z podziwu, słysząc, jak ciotka o wszystkiem pamięta.
Nakoniec rzekła parę słów o sobie.
— Widzisz, Majo Lizo, — rzekła — w pierwszym czasie po zamążpójściu wyrywałam się do Löwdali, ile tylko razy mogłam. Wiedziałam, że się to nie podoba mężowi, ni jego rodzinie, czyniłam tak jednak dalej, bo tęskniłam bardzo, a także nie byłam tu zrazu szczęśliwą. Przeszłam, wierz mi, niejedno. Miałam teściową, która traktowała mnie tak samo jak ciebie macocha, a mąż był też dla mnie surowy i ostry. Zrazu nie byliśmy tak dobrymi przyjaciółmi jak później, a to uważałem za rzecz najgorszą.
Przekonałam się z czasem, że ile razy wracam z Löwdali, jest mi to coraz trudniej uczynić, to też po namyśle zrobiłam z sobą sąd i postawiłam pytanie, czego właściwie chcę. Obrałam to miejsce za ojczyznę swoją i tu żyć musiałam, głupotą byłoby tedy marnować życie na tęsknieniu za tem, com dobrowolnie porzuciła. Uczyniłam postanowienie, że nigdy już nie pójdę do Löwdali i zerwę stosunki z jej mieszkańcami, tak, że przeszłość zamknie się za mną. I to była dla mnie rzecz doskonała. Uspokoiłam się bardzo, a gdy moja nowa rodzina zrozumiała, że na serjo chcę do nich przystać, wszyscy stali się odrazu lepsi dla mnie. Przypatrywali mi się zwłaszcza bacznie podczas każdej wizyty löwdalskiej, ale nabrali przekonania, że staram się, ile mogę być wam wszystkim obcą.
Wybudowałam w ten sposób pomiędzy sobą, a wami gruby, wysoki mur i zdawało mi się, że nic go rozwalić nie może. Ale nie wzięłam w rachubę, że zjawi się w mym domu z prośbą o pomoc córka pastora z Löwdali, tak szczupła i delikatna, jaką ja sama w tym wieku byłam. I oto, widzisz opadły mnie całkiem siły.
Nie bój się, bym miała doznać z powodu podarku jakichś nieprzyjemności. Wiesz, co zrobiłam, gdyś zasnęła? Wzięłam męża za rękaw, przyprowadziłam go tu i pokazałam mu ciebie przez uchylone drzwi. Potem opowiedziałam wszystko, a wreszcie spytałam, czy wziąłby mi za złe, gdybym ci dopomogła. Wiesz, co odpowiedział?
— Ta dziewczyna, leżąca w łóżku, podobna jest zupełnie do ciebie w czasie naszej żeniaczki Otóż powiadam ci, kto by jej nie pomógł i nie bronił, będzie miał ze mną do czynienia!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.