Maja Liza/Pleban Finów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Maja Liza
Podtytuł Romans
Rozdział Pleban Finów
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Liljecronas hemland
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PLEBAN FINÓW.

Maji Lizy nie wychodziła z głowy macocha, jakby na nią ktoś rzucił urok, nie mogła myśleć o niczem innem od samego rana i chociaż wiedziała, że w Löwdali wszyscy są zajęci odlewaniem świec, mimowoli wstrząsała się, ile razy ktoś otwarł drzwi, ze strachu, że może wejść i zobaczyć jej karygodne zachowanie się.
Ach, gdybyż wiedziała, że pozwoliła sobie spać do ósmej! I nie koniec na tem, bo oto ciotka była tak dobra i przyniosła jej do łóżka kawę, mimo że Najjaśniejszy Pan zabronił surowo wszelkiego picia kawy. Coś strasznego stałoby się, gdyby o tem wiedziała macocha, gdyż z ogromną surowością przestrzegała wszelkich przepisów i ustaw. Niezawodnie z wielkiego oburzenia zjawiłyby się na jej policzkach, jak zawsze, dwie czerwone plamy rumieńców.
Gdybyż to wiedziała, że ciotka przez cały dzień nie tknęła roboty, jeno siedziała wraz z nią na ławie pod oknem, przy szerokim stole w jadalni i jak paplały bez końca! Co więcej, gdybyż to słyszała, jak ciotka śmieje się z opowiadań siostrzenicy o macosze i wszelakich, jej czynach!
Maja Liza nie była już teraz płaczką, odpoczęła, poweselała i ze śmiechem mówiła o różnych przeciwnościach swego życia. Macocha sądziła pewnie, że ciotka będzie dla Maji Lizy taką jak ona sama, przeto w padłaby w wielki gniew, będący skutkiem rozczarowania.
Nie dość tego, oto przybywając rano i zastając je obie z ciotką tylko, macocha nie miałaby powodu do tak wielkiego oburzenia, jak potem w ciągu dnia.
Przed południem zajechał nagle przed dom jakiś podróżny. Maja Liza obróciła się szybko do okna i zobaczyła wysokiego, przystojnego mężczyznę, wysiadającego z małych, zielono malowanych sanek. Ubrany był w samodziałową, fryzową odzież koloru tak jasnego, że wydawała się białą. Nie miał futra, ale z zachowania jego i ruchów, gdy witał pana domu, wynikało wyraźnie, że musi być człowiekiem niezwykłym.
Ciotka tak dalece nawykła do podróżnych, że nie raczyła nawet wyjrzeć oknem i Maja Liza musiała poprosić, by się obejrzała i powiedziała jej, kim jest ten śliczny pan.
Ciotka mogła w samej rzeczy zaspokoić jej ciekawość. Przed domem stał we własnej osobie pleban z Finnerudu, pastor Liljecrona.
Dobrze, że macocha nie widziała, jak drgnęła na dźwięk tego nazwiska. Ciotka to spostrzegła i spytała rozciekawioną. Ale z ciotką było co innego, mogła jej bez obawy opowiedzieć szczegółowo o proroczym placku i śnie. Usłyszawszy to, byłaby macocha jeno zadarła pogardliwie głowę.
Przeciwnie, ciotka brała wszystko zupełnie poważnie.
— Nie najgorszaby to była dla ciebie partja, gdybyś go dostała, — rzekła — jest on bowiem nietylko przystojnym mężczyzną, ale i człowiekiem, co się zowie.
Maja Liza zdumiała się wielce. Ciotka nie mogła chyba przypuszczać, że wyjdzie za plebana z Finnerudu. Miejscowość ta położona wysoko, na północy i dalej do niej jeszcze niźli do Westmarku. Zresztą mieszkają tam jeno Finowie, przybyli przed dwustu laty, którzy się dotąd jeszcze nawet po szwedzku nie nauczyli. Dla Maji Lizy było Finnerud tak nieznanem i dalekiem, jakby leżało w Laponji.
Ale ciotka uspokoiła ją. Wyperswadowała, że nie musiałaby wcale mieszkać w Finnerud. Pastor Liljecrona jest już od lat jedenastu plebanem w tej norze i wyjedzie niewątpliwie do Sjöskogi celem objęcia tej parafji w zarząd.
Maja Liza zrozumiała teraz zainteresowanie ciotki. Pochodząc ze starego pastorskiego rodu, wiedziała dobrze, że Sjöskoga uważaną była za najlepszy pastorat w całej diecezji.
Siostrzenica jednak odparła, że w samej rzeczy nie obchodzi ją ani Finnerud, ani Sjöskoga, bowiem mąż jej musi być plebanem w Svartsjö i mieszkać w Löwdali.
— Tak teraz mówisz, — zauważyła ciotka — ale zmienisz zdanie, gdy się trafi ten, który ci jest przeznaczony. Wówczas nie będziesz myślała o gospodarstwie, ani parafji.
Ciotka mówiła tak poważnie, że Maja Liza mimo woli wyjrzała powtórnie. Pleban był naprawdę przystojnym mężczyzną, rosłym, o niebieskich oczach, donośnym, wesołym głosie, dolatującym aż do wnętrza domu. Gospodarz słuchał go uśmiechnięty, a ze stajni i szop spieszyli parobcy, by zająć się koniem.
— Patrz jak wszyscy zbiegają się zewsząd. Zaraz widać, że przybył pleban z Finnerudu, którego kocha każdy. Przypuszczam, że nie odjedzie zaraz, ale pobędzie trochę u nas, możesz tedy pogwarzyć sobie z nim.
Ledwo ciotka skończyła, otwarły się drzwi i pastor wszedł.
Od progu już zawołał do ciotki, że mąż jej chciał go zaprowadzić do paradnej sali gościnnej, ale nie może znieść samotności. Poprosił matki Małgorzaty o pozwolenie pozostania w izbie prywatnej, zwłaszcza, że wypadnie mu posiedzieć czas pewien. Oświadczył, że przybywa zamówiony umyślnie przez brata swego, zarządcę Henriksbergu, który się spóźnił. Niewiadomo zresztą, o co idzie. Bardzo późną nocą przyniósł mu wiadomość goniec-narciarz, wyruszył zaś w drogę o świcie, mimo wszystko jednak zarządca hut henriksberskich powinien był stawić się przed nim na umówionem miejscu.
Słowa płynęły z jego ust jak woda. Ciotka Małgorzata podeszła doń na powitanie i Maji Lizie wydało się, że jest uradowana, podobnie jak parobcy. Z trudem doszedłszy do słowa, oświadczyła, że może pozostać w izbie, jak długo chce. I tak zresztą przestanie niedługo tędy przejeżdżać, bo otrzyma wysoki urząd, więc chociaż mu złożyła gratulacje, wyraziła jednocześnie żal, że go u tracą wszyscy w tej okolicy.
Uczynił niecierpliwy gest.
— Ach, matko Małgorzato! — zawołał. — Nie wiem doprawdy co czynić! Najchętniej zrzekłbym się wszystkiego! Cóż to u licha! Ach nie, kląć przecież nie wypada plebanowi.
Ten ostatni wykrzyk spowodowany został tem, że spojrzenie jego padło na Maję Lizę. Siedziała spokojnie przez cały czas na ławce i nie zobaczył jej dotąd.
Dziewczyna popadła w wielkie zakłopotanie, gdy spytał:
— Cóż to za ślicznotkę macie w domu, matko Małgorzato?
Ciotka powiedziała, kim jest Maja Liza, ale nie zmieniło to wcale na lepsze jego zachowania.
— Aj! — zawołał. — Powinienem się był sam domyśleć, że to jedna ze słynnych z piękności pastorówien löwdalskich!
Dodał, że się cieszy z jej widoku, bo kilka razy już prosił matki Małgorzaty, by go zatknęła z siostrzenicą celem stwierdzenia, czy prawdą jest to, co o niej powiadają.
Zakłopotanie Maji Lizy zmieniło się w strach wielki. Czegoś podobnego słuchać nie wypadało, stanowczo nie. Cóżby powiedziała macocha... a, prawda, macocha była w Löwdali i robiła świece.
Ciotka dostrzegła jej przestrach i postanowiła odwieść pastora od nieustannego gapienia się na siostrzenicę.
Zadała mu tedy pytanie, czy możliwem jest, by odstąpił od starań o prebendę w Skjöskodze. Przecież taki pastorat w tak młodym wieku dostać, to istne szczęście. Dotąd kąski tłuste dostawały się jeno osobom starszym i statecznym.
Liljecrona wzruszył ramionami i oświadczył, że nigdy mu o to nie szło. Szczęście ma ponad zasługę i zadowolony jest zupełnie z dotychczasowych. warunków życia.
Ciotka spytała, czy się zgłosił.
Potwierdził dodając, że uległ naleganiom rodziny.
O Maji Lizie zapomniał zupełnie, jakby jej nie było. Myślał o własnych teraz jeno sprawach, chodząc po izbie wielkiemi krokami, marszcząc czoło i rękami machając. Długi lok włosów spadał mu głęboko na czoło, odrzucał go, ale spadał znowu. Widocznie nie zwracał na to uwagi, jak wygląda, ale Maja Liza przyznać musiała mimowoli, że jest przystojny i wszystko na nim pięknie wygląda. Nagle stanął tuż przed ciotką i poprosił, by mu udzieliła rady, gdyż sam tyle się narozmyślał, że już nie wie nic.
Usłyszawszy to, Maja Liza w stała. Wydało jej się niewłaściwem siedzieć tu i słuchać cudzych tajemnic. Ale jakby miał oczy w plecach, spojrzał, gdy się jeno ruszyła, i poprosił, by została, gdyż sprawia mu to wielką radość, gdy ma coś pięknego przed oczyma.
Przedziwnie doń już widać nawykła, gdyż się nawet nie zarumieniła. Nie potrzebowała zresztą, czuła to dobrze, wstydzić się słów jego, uważał ją bowiem jeno za piękną laleczkę. Ani razu nie przyszło mu do głowy, że lalka ta słyszy i widzi.
Rozmawiając w dalszym ciągu z ciotką, siadł tyłem do Maji Lizy na szerokim stole i pewną była, że o niej znowu zapomniał, ale nagle w połowie jakiegoś zdania siadł okrakiem na krześle i wlepił w nią oczy.
Pytał, czy matce Małgorzacie wiadomo, ile mieli z nim kłopotu mieszkańcy Finnerudu w początkach pobytu? Czy wie, że zaraz po pierwszem kazaniu Finowie i Finki zadali sobie z najwyższym podziwem pytanie, jakiego przestępstwa się dopuścił, że tu, do nich został przysłany.
Ciotka chciała odpowiedzieć, ale nie dopuścił jej do słowa. Takie, mówił, zadawali sobie pytania Finnerudczycy i mieli potrochu rację. Wiedzieli, jakie mieszkanie mogą dać swemu plebanowi, jaką pobierać będzie pensję, to też nie było im tajnem, że dostają tych jeno duszpasterzy, których żadna inna gmina nie chce. Jeśli tedy dostali właśnie jego, to musiał coś...
Urwał nagle i zamilkł, jakby nie wiedząc co mówić, a ciotka skończyła zdanie.
— Sądzili, że pan pastor jest za przystojny i za młody, by iść do takiej gminy.
Podjął na nowo i mówił szybko.
— Ano tak! Widzieli, żem nie stary i chociaż nie rozumieli szwedzkiego kazania, przekonali się, że umiem mówić i dobrze śpiewać. Rada w radę, zarówno mężczyźni jak i kobiety doszli do przekonania, że jestem człowiekiem godnym mieszkania w plebanji o wielkich, wysokich komnatach i pięknych szklanych oknach, a przeto nigdybym się tu u nich nie znalazł, gdybym nie miał jakiegoś błędu.
— Trudno im w samej rzeczy było myśleć inaczej! — wtrąciła ciotka.
— Tak, tak, musiał być we mnie jakiś ukryty błąd! Ile razy któryś Fin jechał do szwedzkiego okręgu ze skórami niedźwiedzi, czy kożuchami na targ, otrzymywał zawsze polecenie dowiedzenia się, jak moja sprawa wygląda naprawdę.
Rzekłszy to, zerwał się z krzesła i zaczął znowu wędrówkę po izbie. Do tej chwili musiał czuć oburzenie. Ciotka jednak roześmiała się i spytała, czy wysłańcy doszli do jakichś wiadomości.
— Ach, cóż mogli Usłyszeć? To jeno chyba, żem został na własne żądanie osadzony we Finnerudzie.
Finowie i Finki wiedzieli po latach tyle, co z samego początku. Oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, iż młody pastor dlatego właśnie do nich przybył, że są małą, zaniedbaną duchowo i od własnego narodu odciętą grupą ludzi. O nie, w tem tkwić musiało coś innego.
— Ci biedacy nie odznaczają się rozsądkiem, — zauważyła ciotka — nie można ich sądzić zbyt surowo.
— Nakoniec musieli uwierzyć, żem nie uczynił nic złego, dowiedziawszy się o tem ze źródła pewnego absolutnie, ale to ich nie zaspokoiło. Musieli sobie skonstruować własne objaśnienie, czemu tu jestem. Zgodzili się po długich naradach na pogląd, że przybyłem jeno po to, by się wprawić w funkcje pastorskie, ale pójdę sobie niezawodnie natychmiast, gdy się jeno oswoję z kazalnicą.
— I w tem się omylili! — rzekła ciotka.
— I w tem także! Od jedenastu lat jestem w Finnerudzie! — krzyknął i roześmiał się krótko. — A do dzisiejszego dnia nie mogą się parafjanie moi uspokoić i medytują ciągle nade mną. W całej wsi niema jednego wykształconego człowieka, więc zrozumieliby, gdybym się użalał na osamotnienie. Rozumieliby również, gdybym się zamknął z książkami w domu i został dziwakiem. Ale zrozumieć nie mogą pastora, który od rana do nocy włóczy się po górach, poprzestaje na obcowaniu z Finami i Finkami, interesuje zbiórką siana po trzęsawiskach, oraz regulacją potoków górskich, a wkońcu chodzi z nimi polować. Nie, takiego pastora zrozumieć nie może nikt!
Liljecrona siadł znowu okrakiem na krześle i obrócił się tak, że patrzył wprost w oczy Maji Lizie. Ale mówił dalej do ciotki.
— Pobywszy lat kilka w Finnerudzie, spróbowałem pewnej niedzieli kazania w języku fińskim. Popłakali się wszyscy w całym kościele ze wzruszenia i, jak długo trwało nabożeństwo, nie podejrzewali mnie o nic. Ale ledwo wyszli z kościoła, wrócili niezwłocznie do swej nawyczki. Co też zamierzał pastor osiągnąć, każąc dziś po fińsku. Udali się do starego Pekki, służącego mi za parobka, i spytali, czy pan pastor chce może, by wystawiono nową plebanję. Ale Pekka odparł, że zauważył, iż pastor zadowolony jest z prostej chaty fińskiej z jedną izbą i bez komina, tak że trzeba otwierać okno w dachu, by wypuścić dym. Dowiedziawszy się tego, poszli równie mądrzy jak przedtem.
— Nie zawsześmy byli dobrzy dla cudzoziemców, panie pastorze! — zauważyła ciotka.
— To prawda! — przyznał. — Niejeden z parafjan moich nie może do dziś dnia pojąć rzeczy tak prostej jak życzliwość. Uradowaliby się szczerze, gdybym przybrał minę ponurą i zaczął narzekać, iż marnuję młodość pośród prostych chłopów fińskich, że jednak jestem wesół, to ich niepokoi i gnębi.
To samo powtórzyło się, kiedym nauczył Finki uprawy lnu. Chodziłem z niemi po polu, pokazywałem wszystko, sam siałem, międliłem, czesałem, a gdy w chatach fińskich znalazło się własne przędziwo, zbudziła się zaraz w duszach mieszkańców dawna podejrzliwość. Co zamierzał pastor, biorąc się do uprawy lnu? Nikt nie rozumiał tego i gromada udała się znowu do Pekki. Spytano go, czy nie zachodzi obawa, by pastor zażądał nowej drogi do plebanji. Parobek odparł, że niema o tem mowy, pleban bowiem zadowolony jest z drogi starej, chociaż strasznie wyboista, pełna dziur i poza porą zimową nie nadająca się wogóle do użytku.
Matka Małgorzata przyznała, że sytuacja tego rodzaju może gniewać, i spytała, czy dlatego właśnie zamierza się wynieść?
— To jeden z powodów głównych! — odrzekł. — Przekonałem się, że posiąść ich zaufania nie zdołam nigdy, ale krok stanowczy uczyniłem na usilne prośby matki mej i całej rodziny, która nie dawała mi spokoju. Byli oni równie nierozumni jak Finowie i zasypywali mnie perswazjami, bym nie marnował życia w zapadłym kącie. Ile razy otwierało się miejsce w którymś z pastoratów, bardziej im południu wysuniętych, zawsze kusili mnie. Nie zwracałem na to uwagi dawniej, gdyż chciałem obowiązek mój spełnić do końca. Gdy jednak opróżniła się Sjöskoga...
Urwał nagle, stanął tuż przed Mają Lizą i zapatrzył się w nią, potem zaś rzekł zadumany, jakby mówił do siebie:
— Takiej jak ta dziewczyny nie dostałbym oczywiście, zostając w Finnerudzie.
Najniedwuznaczniej uznawał ją tedy za piękną, ale też nic ponadto. Spoglądał na nią jak na martwy obraz. Nawet macocha odkryćby nie zdołała śladu czułości w oczach jego, spoczywających na niej tak długo.
Za chwilę mówił znowu o swoich troskach i kłopotach.
— Gdy zmarł owdowiały już poprzednio pastor sjöskogski Cameen i pastorat zawakował, wpadło mi do głowy starać się o to stanowisko. Chciałem tem zrobić przyjemność matce i zgłosiłem się, wiedząc z góry, że wygrać nie mogę. Sjöskoga pozostawała stale w rękach jakiegoś starego profesora, lub radcy szkolnego i nadawano tę prebendę po bezpośredniem zwróceniu się danego kandydata do króla. Przytem chciałem się ubawić widokiem min moich fińskich parafjan. W każdym razie głównie na żart pojechałem z dokumentami do Karlsztadu.
Podczas drogi, coraz to większe opadały mnie wątpliwości. Pewnie mnie wszyscy wyśmieją i osądzą, że zuchwałością jest ze strony fińskiego kapelana z zapadłych gór starać się o tak wielkie pastorostwo. Ale będąc już w drodze, postanowiłem dojechać na miejsce, przyrzekłem sobie tylko nie dobywać wcale dokumentów, zanim się dowiem, kto się zgłosił przede mną.
Podróż trwała dłużej niż sądziłem i dotarłem do miasta na godzinę ledwo przed ostatecznym terminem składania podań. Umieściwszy gdzieś konia, w ostatniej nieledwo minucie, zdążyłem jeszcze do kancelarji konsystorza.
Idąc po schodach do kancelarji, uczułem żal i postanowiłem dać wszystkiemu spokój.
Ale sekretarz konsystorjalny był mym dobrym przyjacielem, to też chciałem go pozdrowić, nie wspominając słówkiem o Sjöskodze, a pozorując bytność w Karlsztadzie, chęcią zobaczenia się z matką.
Zaledwo jednak wetknąłem głowę do środka, sekretarz zawołał:
— Nakoniec jawi się odpowiedni na Sjöskogę kandydat. Czekałem na ciebie przez cały czas trwania konkursu.
Zrazu sądziłem, że sobie żartuje i oświadczyłem, iż nie wiem, skąd mu to wpadło do głowy, gdyż ja tylko ze względu na matkę przybyłem do Karlsztadu. Zresztą, dodałem, trzebaby chyba mieć zajączki, by się kusić o stanowisko, które król przeznacza zawsze dla jakiegoś zgrzybiałego luminarza wiedzy z Upsali, lub Lundu.
— Wszyscy się grubo mylicie! — odrzekł sekretarz. — Nie macie jeno odwagi. Teraz są inne czasy, jak za nieboszczyka króla. Uradowałem się, widząc ciebie, bo mamy dotąd dwa jeno zgłoszenia, a co najmniej trzech nam potrzeba. No, dalej, pokazujże dokumenty!
W ten sposób zostałem niejako uwiedziony do zgłoszenia, a za powrotom do domu pytałem sam siebie, czyli mam jakieś widoki. Wkrótce jednak wróciłem do zwykłych zajęć i zapomniałem o wszystkiem. W czas jakiś dostałem pismo z konsystorza, zostałem postawiony jako trzeci kandydat w ternie i za parę tygodni musiałem wygłosić w Sjöskodze kazanie próbne.
Nie uradowałem się tem ni na chwilę i nie cofnąłem zgłoszenia dlatego tylko, by nie powiedziano, iż boję się próbnego kazania w gminie zamieszkałej przez mnóstwo bogatych kmieci i ludzi wykształconych. Matko Małgorzato, wiecie, że pochodzę ze starego, pastorskiego rodu, nie chciałem tedy okazać się czemś gorszem, niż ojciec mój i dziad. Pojechałem tedy, wygłosiłem kazanie, a słuchacze siedzieli w kościele jak trusie. Nikt nie wiedział, co myślą a ja byłem bardzo wesół, że cała historja skończyła się nareszcie. Tymczasem wyobraźcież sobie, przed samemi świętami zawiadomiono mnie, że wybory odbyły się i wszystkie głosy padły właśnie na mnie.
Wyrzekł to tak ponurym głosem, iż matka Małgorzata roześmiała się mimowoii w głos i powiedziała, że jeśli stanowczo nie chce, to może każdej chwili zrezygnować.
— Tak też uczyniłem! — odparł, — ale biskup polecił mi osobnym listem cofnąć rezygnację i trwać przy zgłoszeniu, bo mam największe szanse nominacji. Matka dowiedziała się też o wszystkiem i błagała, bym nie odrzucał szczęścia, a prócz matki rzuciła się na mnie cała rodzina, bracia, siostry, kuzyni, kuzynki, słowem mnóstwo ludzi, o których przedtem nie wiedziałem wcale, iż istnieją.
— Mieli rację, — powiedziała Małgorzata niesposób bowiem przecież wiecznie...
Liljecrona przerwał jej jednak zaraz. Biegał niemal po izbie i przyciskał do czoła pięści z wyrazem tragikomicznej rozpaczy.
— Wiecie, matko Małgorzato — wołał — co uczynili moi fińscy chłopi? Dowiedziawszy się, że zamierzam odjeżdżać, ruszyli do lasu, zrąbali kilka sosen i przywlekli mi pod próg drzewo na nową plebanję. Nie podwyższyli wprawdzie pensji mojej, ale widocznie chcieli polepszyć wszelkiemi środkami mą dolę. Jednego dnia znalazłem w sankach piękną skórę łosiową, innym razem duży kubeł masła pod drzwiami. Spotykając mnie, poszczególni ludzie? niewiele mówili, ale gdym stał na kazalnicy, oczy wszystkich, dorosłych zarówno, jak malców skierowane były na mnie i rozumiałem, co myślą. Oczy ich mówiły. — Jakże byś nas mógł porzucić? W takim razie wielka szkoda zaś się wogóle zjawiał pośród nas! — Wówczas to poznałem, że pragną, bym pozostał.
Zbliżył się do matki Małgorzaty i wziął jej twarde, spracowana dłonie w swoje.
Potem rzekł głosem tak serdecznym, że ciotce i Maji Lizie łzy stanęły w oczach:
— Powiedzcież, droga matko Małgorzato, gdyby się zjawił ktoś i oświadczył wam, że możecie udać się do pałacu pańskiego, ale musicie wzamian opuścić całe swe gospodarstwo i wszystko czem zajmowałyście się w życiu, powiedzcież, cobyście uczyniła?
Nikt się nie dowiedział, co by uczyniła ciotka Małgorzata, gdyż Maja Liza uznała, że nie powinna siedzieć cicho w tej chwili. Na policzki jej wystąpiły rumieńce i głosem drżącym od uniesienia zawołała, że winien zostać w Finnerudzie. Niema celu iść do Sjöskogi, tam bowiem poradzą sobie bez niego doskonale. Tak dużo dobrego dał Finom, że niesposób sobie wyobrazić, by ich mógł nagle porzucić.
Mówiłaby pewnie dłużej jeszcze, ale ktoś ruszył klamką i mimo, że nie była to macocha, ale jedna z dziewek służebnych, straciła kontenans i zmieszana urwała w pół słowa.
Ale młody pastor zrozumiał ją i przystąpił z wyciągniętymi ramionami. Zdawało się, że ją przytuli do serca, ale powstrzymał się i tylko uścisnął jej gorąco ręce.
— Mamzel Majo Lizo! — zawołał gorąco — Droga Majo Lizo! Pani jest pierwszą osobą mojej sfery, która wierzy w użyteczność mego pobytu, pośród nieszczęsnych chłopów fińskich. Dziękuję pani z całego serca i zapewniam, zapewniam...
Urwał w momencie kiedy miał złożyć przyrzeczenie. Głos mu utknął w gardle, ręce drżeć zaczęły, a kiedy zdumiona podniosła oczy na twarz jego, ujrzała że wstrząsa nim namiętność wielka. Obrócił się, przeszedł kilka razy po pokoju, przystąpił ponownie, pochylił ku niej i powiedział głosem zmąconym przez wzruszenie:
— Cofnę się, jeśli zdołam, a jeśli nie zdołam, winną temu będzie może sama właśnie panna Maja liza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.