Maja Liza/Oskarżenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Maja Liza
Podtytuł Romans
Rozdział Oskarżenie
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Liljecronas hemland
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


OSKARŻENIE.

Domownicy plebanji löwdalskiej tak byli rozciekawieni, że ledwie mogli wytrzymać. Stała się rzecz niesłychana! Zarządca huty henriksberskiej przyjechał wraz z damą, nieznaną tu nikomu, i oboje nie udali się do pokoju gościnnego, ale wprost do pracowni pastora, gdzie z nim konferowali już od kilku godzin.
Ani pastorowa, ani Maja Liza, ani klucznica, ani którakolwiek z dziewcząt służebnych nie mogły odgadnąć, co to za sprawa przywiodła tutaj niespodzianych gości. Pokojowa, która im pomagała wysiąść z sanek, opowiadała, że mieli wygląd smutny, ale na tem kończyły się informacje.
Pastorowa uczyniła próbę, siadła z robotą w sali, przytykającej do pracowni, i gdyby ją zostawiono w spokoju, dowiedziałaby się niezawodnie rychło, o co idzie. Ale upłynęło ledwo dwie minuty, kiedy ukazał się pastor, prosząc by posyła do innego pokoju i zaręczając, że niebawem dowie się od niego samego o całej sprawie.
Goście przyjechali wczas popołudniu, to też pastorowa zatroskała się, że może są bez obiadu. Posłała pokojową z pytaniem, czy ma podać jedzenie do biura, czy oczekiwać gości w jadalni, ale służąca wróciła z odpowiedzią, że dziękują, ale im niczego nie potrzeba.
Jak długo służąca była w pracowni, żadne z trojga nie ozwało się słowem. Jedynem co powiedzieć mogła, to to że nieznajoma ocierała sobie jakgdyby po płaczu.
Zaproszono do kuchni parobka, który ich przywiózł i dano mu jeść. Chętnie powiedział wszystko, ale było tego niewiele. Damy nie widział dotąd nigdy. Przybyła wczoraj pieszo do Henriksbergu i zażądała rozmowy z rządcą. Dziś wczesnym rankiem zjawił się rządca sam w stajni i kazał zaprzęgać w drogę do Löwdali. Zarządca po całych nieraz tygodniach nic nie mówi i dziś też milczał, przez całą drogę ust nie otwierając.
Pastorowa utraciła od przybycia gości cały spokój, nie mogła wytrzymać przy żadnej robocie, ale wędrowała z pokoju do pokoju. Wzięła z sobą do jednej z komnat Norę i spytała, czy mówiła komuś, że ją uczy czytać i pisać. Dodała, że nie byłoby w tem nic złego, ale raduje się na myśl, że pewnego dnia sama oświadczy pastorowi, iż może teraz czytać jego książki, przeto niechże Nora przez czas jakiś jeszcze zachowa wszystko w tajemnicy.
Dziewczyna uspokoiła ją i upewniła, że z nikim nie mówiła o tej sprawie. W duchu pomyślała sobie, że nigdy nie miała nawet ochoty zdradzić tej mało ważnej tajemnicy, o wiele trudniej przychodziło jej milczeć w innych sprawach. Nie mogła pojąć, czemu mamzel Maja Liza najsurowiej zabroniła jej, by nie zdradziła, ni słowem przed ojcem, jak ją traktuje macocha. I cóżby to szkodziło, gdyby się pan pastor dowiedział, co za czarownicę ma za żonę?
Maja Liza objawiała najmniej ciekawości. W ostatnim czasie odczuwała jakiś bezwład duszy, nie mogła się smucić ani radować i nie obchodziło ją, co się z nią dzieje. Przekonaną była, że macocha będzie ją dręczyć, aż się rozchoruje. Nie, wiele sobie z tego robiła, a już najmniej ze śmierci. Pragnęła wypoczynku, pokoju i ciszy.
Siedziała przy warsztacie tkackim, gdy Nora przyniosła jej wieść, że przybył zarządca henrikberskiej huty do Löwdali. Ale na moment jeno zatrzymała czółenko. Zarządca Henriksbergu był jej już obcą zgoła osobą, a przybycie jego znaczenia nie miało. W zimie spodziewałaby się po nim Bóg wie czego, teraz jednak wszystko przepadło.
O godzinie piątej zadzwonił pastor i kazał wnieść do salonu tacę z chlebem, masłem i trzema szklankami mleka.
Ponieważ zamówił wyraźnie trzy szklanki, przeto pastorowa wiedziała, że nie życzy sobie jej obecności. Przeczekała przy robocie, aż goście przeszli do salonu, potem wyszła do kuchni i rzekła Norze:
— Chodź ze mną dziecko! Musimy wyjąć z szafy pana pastora niedzielne ubranie jego i wyczyścić je, jutro jest bowiem właśnie niedziela. Dotąd nie mogłam tam wejść, teraz jednak spróbujemy podczas gdy goście zajęci są jedzeniem.
Poszły obie na palcach przez sień, a potem pastorowa otwarła drzwi pracowni tak cicho, że goście w sąsiedniej izbie niczego nie dosłyszeli. Podobnie ostrożnie otwarła szafę.
— Wejdź tam! — szepnęła dziewczynie. — Tylko cicho... cicho!
Nora weszła, a pastorowa zaraz zamknęła drzwi.
— Wracają! — powiedziała szeptem przez szparę. — Musisz tu narazie zostać! — Potem dziewczyna usłyszała, że wychodzi cichaczem.
Niepotrzebny trud zadawała sobie jednak pastorowa, zamykając w szafie Norę celem dowiedzenia się, o co idzie. Pastor kazał ją, oraz mamzel Maję Lizę poprosić do siebie, a ponadto polecił przyprowadzić panią Beatę z pięterka.
Zastali zarządcę Henriksbergu, opartego o szafę bibljoteczną, stojącego z założonemi na piersiach rękami, kobieta zaś, która z nim przybyła, siedziała na sofce w rogu pokoju. Nie była ubrana jak służąca, ale wielkie jej, namulone ręce świadczyły, że nie zalicza się do osób wykwintnych. Była młoda i byłaby ponętna, gdyby nie to, że oczy miała strasznie zapłakane.
Ile razy jawił się ktoś z zawezwanych, pastor wstawał i przedstawiał:
— Oto pani pastorowa Liljecrona, żona plebana z Finnerud! Oto szwagier jej, pan zarządca huty henrikberskiej, Sven Liljecrona.
Więcej nie rzekł nic, zanim nie zasiadły w wielkich fotelach macocha i pani Beata, a Maja Liza skuliła się na małym stołeczku, na którym często siadywała dawniej, przebywając w pracowni ojca.
Wszyscy czuli, że burza nadciąga, nie wiedzieli tylko, przeciw komu się skieruje. Nagle pastor zagadnął córkę wprost:
— Wiesz niezawodnie wszystko o pani pastorowej Liljecrona, którą masz przed sobą? — rzekł.
Maja Liza siedziała ze spuszczonemi oczyma, nie śmiejąc spojrzeć na ojca. Zaraz po wejściu poznała, że go spotkało coś strasznie przykrego.
— Teraz nadeszło to, co będzie ciosem śmiertelnym dla ojca! — pomyślała, spojrzawszy na twarz ziemistą i piersi, falujące z trudem za każdem wyrzeczonem słowem. Przeraziła się aż do samej głębi serca i jednocześnie znikło zobojętnienie i bezwład. Ręce jej drżeć zaczęły tak, że spleść je musiała, by nie klaskały o siebie głośno. Lada moment oczekiwała, że ojciec jej padnie i wyzionie ducha.
Pastor domagał się odpowiedzi, to też opanowała się i po chwili odparła głosem spokojnym:
— Drogi ojcze, nie widziałam dotąd nigdy pani pastorowej Liljecrona i nie rozumiem o czem mowa!
Ojciec wzruszył ramionam i i powiedział, że lepiej może zrozumie, jeśli się dowie, że pastorowa była przez długie lata gospodynią pastora.
Słowa jego miały dziwny, pogardliwy i gniewny ton. Maja Liza odważyła się spojrzeć na ojca i zobaczyła, że czoło ma zmarszczone i naprzemian blednie i czerwienieje. Poznała, że ojciec cierpi z powodu czegoś strasznie, ale jednocześnie jest ponad wszelki wyraz oburzony. Mimo, że nie pojmowała co się stało, czuła jednak, że gniew jego przeciw niej samej się zwraca.
Mimowoli wstała ze stołka i wyprostowana, smukła, gotowa do obrony stanęła przed ojcem.
— Drogi ojcze, nie wiem i teraz więcej, niż poprzednio! — powiedziała.
Ojciec nie spodziewał się widać takiego uporu, odpowiedział bowiem, że pewny jest, iż wszystko wie dokładnie. Jeśli atoli życzy sobie, może całą historję powtórzyć. Ciotka Małgorzata nie dała jej widać należytego poglądu na sprawę.
Maja Liza pozwoliła sobie przerwać ojcu w tej chwili i oświadczyła, że wprawdzie ciotka opowiadała jej dużo o pastorze Liljecrona, atoli jednem słowem nie wspomniała o jego gospodyni.
Machnął niecierpliwie ręką. Wszystko zresztą jedno, kto jej doniósł tę plotkę, ciotka czy inna baba, bo baby są najgorsze dla siebie wzajem. Gdyby to uczynił mężczyzna, niezawodnie postawiłby się na stanowisku danego człowieka i zwróciłby na to uwagę. Czyż interesował się ktoś tem, w jakich warunkach żyje pastor Liljecrona, który tyle dobrego uczynił Finom? Sam się dopiero dziś dowiedział, że mieszka w chacie fińskiej, jednoizbowej, bez komina, zaś pensja jego wynosi sto talarów rocznie. Cóż tedy za straszne brzemię pracy podjąć musiała osoba, zmuszona zawiadywać jego gospodarstwem i toczyć bój ze skrajną nędzą. Musiała nietylko sama tkać, ale szyć odzież, musiała prowadzić krowy i owce do lasu na paszę i pilnować ich, a przez cały ciąg lat służby oddała mu nieskończenie więcej usług, niż to pojąć zdoła rozpieszczona dziewczyna z pańskiego dworzyszcza. Pani pastorowej zawdzięcza w znacznej mierze pastor, że mógł dokonać wśród Finów zbożnego dzieła swego.
Maja Liza uczuła się teraz podrażnioną. Nie wiedziała, co tak wzburzyć mogło ojca. Czyż sądzi że starała się zwabić do siebie Liljencronę czasu widzenia w Svanskogu?
Przecież nikt jej nie mógł zabronić rozmowy z nim? Przezwyciężyła się jednak i poprosiła ojca, by jej wierzył, że o tem wszystkiem nigdy nie słyszała słowa.
Ojciec gniótł niecierpliwie w palcach złożony list, leżący przed nim na biurku.
Przyznał, że i jemu wydaje się dziwnem, jak się mogła dowiedzieć o stosunku pastora do swej gospodyni, skoro aż do samego ślubu taić go umiał przed własnym bratem nawet. Dowiedziała się jednak w jakiś sposób, że jednak zdołała tak szybko wydać ujemny sąd i wyciągnąć wnioski, tego pojąć nie zdoła, jak mówił, nigdy, bo przecież musiała wiedzieć, że rywalka posiada święte i nienaruszalne prawa. Nawet nie będąc małżonką legalną i pochodząc z niskiego stanu, wzruszyć mogła chyba najtwardszego serca człowieka wiernością długoletnią i wielkiem poświęceniem.
Ponownie poprosiła Maja Liza ojca o przebaczenie, że zgoła nie wie, czem zawiniła.
Ojcu była bardzo nie na rękę konieczność dawania aż tylu objaśnień. Krople potu połyskiwały na jego czole, nie cofnął się jednak i mówił dalej:
— Jeśli jest to dla ciebie nowością, to dowiedz się, że pastor Liljecrona obiecał małżeństwo kobiecie, która jest obecnie jego żoną. Postanowiono, że ślub nastąpi, gdy otrzyma stanowisko pozwalające na utrzymanie żony, nie będącej zarazem służącą. Aż do ostatnich świąt Bożego Narodzenia nie miała kobieta owa żadnego powodu bać się, że pastor nie dopełni swego przyrzeczenia. Pewnego dnia odbył on wycieczkę, rzekomo dla spotkania się z bratem swym, ale dotarł jeno do gospody swanskogeńskiej, a za powrotem zmienił się zupełnie. Napadł go smutek i zniechęcenie wielkie, a o małżeństwie nie było już teraz mowy. Gospodyni dowiedziała się tedy, kogo spotkał Liljecrona w Svanskogu...
Obrócił się do niej i spytał:
— Więc może i tego nie wiesz, kogo spotkał pastor w Swanskogu?
— Wiem ojcze! — zawołała. — Mnie spotkał i rozmawiał ze mną, ale jedynie i wyłącznie jako dobry, życzliwy brat. Spędziliśmy razem cały niemal dzień.
Ojciec uczynił gest świadczący, że upór córki doprowadza go do rozpaczy.
— Być może, że dnia tego nie oświadczył ci się, — powiedział — ale nie miałaś chyba wątpliwości co do uczuć jego, skoro mogłaś napisać taki list...
Maja Liza przerwała tu ojcu bez żadnych ceregieli.
— Nie pisałam ojcze nigdy do pastora Liljecrony i jeśli żona jego to powiada, natenczas...
— Niema mowy o liście do pastora — zawołał ojciec — idzie natomiast o kartkę pisaną do gospodyni.
— Ach tak... do gospodyni! — odparła głosem, w którym brzmiał gniew i wzgarda. — Ach tak! Ojciec dowiedział się, że pisałam do gospodyni? Czyż może błagałam ją, by mi odstąpiła swego kochanka?
Ojciec spojrzał na nią chłodno i rzekł:
— Więc wiesz, coś pisała!
Pastorówna wpadła teraz w gniew. Przestała, oszczędzać ojca, szło teraz o własną obronę i wywiedzenia się o całym stanie rzeczy.
— Czy jest mój podpis na kartce, ojcze? — spytała.
— Nie! Niema, ale została ona wysłana ze Svanskogu do Finnerudu przez ciotkę twoją, z wiadomością, że nadeszła z Löwdali i ma być doręczona gospodyni pastora Liljecrony.
Ojciec zdumiał się widząc, że ten klasyczny dowód nie skłaniał córki do wyznania winy.
— Proszę bardzo, ojcze drogi, — rzekła — opowiadaj dalej. Bardzo to miło słuchać, a nie mogę przecież wszystkiego odgadnąć, czem w dalszym ciągu zawiniłam.
— Czem dalej zawiniłaś? — krzyknął ojciec uderzając pięścią w stół. — Czyż nie dość tego, żeś napisała list, żeś sobie chciała przywłaszczyć męża innej kobiety, żeś obraziła osobę, która jeno z miłości zgrzeszyła...? Pytasz jakie są twe dalsze winy? Oto doprowadziłaś tę panią do takiej rozpaczy, że popełniła w przystępie szaleństwa, największe w świecie głupstwo. Udała się ona do Karlsztadu, zgłosiła do biskupa, opowiedziała wszystko i poprosiła o pomoc. Biskup zajął się sprawą i napisał Liljecronie, że zanim obejmie większy pastorat, winien dojść z sobą do porządku i stanąć na wyższym poziomie moralnym. Znaczyło to, że nie zostanie mianowany, dopóki nie ureguluje w sposób zadowalniający swych stosunków osobistych. Biskup napisał niewątpliwie tak życzliwie i mądrze, jak tylko być może, atoli pastor Liljecrona to mąż dumny i gwałtowny. Uczuł ogromne upokorzenie i krzywdę wziął sobie bardzo do serca. Przypuścić należy, że dobrotliwość jego przyrodzona byłaby wkońcu zwyciężyła, gdyby sprawa była zostawiona samej sobie. Przemógłby pewnie chwilowy odruch skłonności i dobrowolnie spełnił, co należało. Teraz jednak czując przymus, popadł w rozpacz i uczuł niewypowiedzianą nienawiść do tej właśnie osoby, która posiadała prawo do jego wdzięczności i opieki. Zpoczątku jednak nie zdradzał się z tą nienawiścią i nie wspominał o liście biskupim. Pewnego jednak dnia, w miesiąc mniej więcej po otrzymaniu listu udał się do stajni, zaprzągł do sanek i podjechawszy pod dom spytał, czy gospodyni chciałaby odbyć małą wycieczkę. Przyjęła to z wielką radością, zwłaszcza, że odwykła od jego uprzejmości.
Zarzuciła na głowę chustkę i wskoczyła do sanek jak stała, w wyszarzanym kożuchu i grubych jałowiczych butach. Jadąc szybko, minęli kilka większych osiedli. Było to jeno zagrody fińskie, ale i tak zażenowała się wielce swego ubioru i chciała wysiąść, by wracać piechotą. Ale pastor postanowił jechać dalej, a ona zgodziła się na wszystko. Wjechali w las, a jazda stała się teraz jakaś dzika i niesamowita. Przerażona poprosiła, by stanął, gdyż chce wysiąść. Wówczas powiedział jej wezbranym złością, twardym głosem, że jadą do kościoła w Westmarku brać ślub. Myślała, że żartuje, siedziała tedy przez chwilę spokojnie, potem zaś ponowiła prośbę, by stanął i pozwolił jej wysiąść. Zdarł konia, stanął momentalnie i oświadczył, że może opuścić sanki, jeśli chce, ale uczyniwszy to straci wszelką nadzieję małżeństwa. Powiedział jej, że powziął zamiar pojechania do Westmarku i zaślubienia jej, jeśli atoli nie skorzysta z tej sposobności, druga nie zdarzy się już nigdy. Zarzuciła, iż ślub jest niemożliwy, gdyż nie wyszły zapowiedzi, a on odparł, iż stało się to już bez jej wiedzy w jej gminie rodzinnej. Twarz jego miała w tej chwili tak straszny wyraz, że omal nie zdecydowała się wysiadać. Ale wspomniała, iż utraci przezto szczęście całego życia, tedy nie wstała z miejsca. Przez całą dalszą drogę nękały ją wątpliwości. Wiedziała doskonale, jak ją nienawidzi, skoro może zmuszać do zaślubin bez przyzwoitej odzieży bodaj. Stojąc już u ołtarza, miała zamiar powiedzieć: nie, ale nie uczyniła tego, nie chcąc oddać ukochanego rywalce, która napisała ową obrzydliwą kartkę, będącą przyczyną wszystkiego złego. Zbudziła się w niej nadzieja, że gniew jego złagodnieje z czasem, że zdoła odzyskać to, co utraciła, że dojdzie między nimi do zgody. Omyliła się jednak. Nienawiść męża była tak głęboka, że ją przerażała, a gdy jej doniesiono, że zrzekł się lepszego stanowiska stanowczo, uczuła, iż uczynił to umyślnie, by do końca życia była niewolnicą i ścierała siły w walce z nędzą. Poznała, że nie będzie jej danem wejść w lepsze warunki i stanąć na pewnym poziomie. Niebawem zauważyła coś gorszego, oto wysilał się, by jej szkodzić na każdym kroku, a zwłaszcza zaczął pić bez miary i zastanowienia. Błagała, prosiła, ale wszystko było daremne. Nie ukrywał już tego, że życie straciło dlań wartość. Przestał się nawet zajmować swą biedną gminą, wszystko zaś zmierzało ku temu, by się pogrążyć co prędzej do reszty. W ten sposób zwichniętą została świetna karjera, a człowiek wielkiej wartości zmienił się w potwora. Wszystko to sprawiła porywczość i nierozwaga jednej dziewczyny. Czy teraz rozumiesz swą winę? Czy przynajmniej uświadamiasz sobie, że obowiązkiem twym jest wyznać, że kartkę napisałaś pod wrażeniem chwilowej namiętności. Jeśli tego nie uczynisz, ja, ojciec twój pomyślę, że pisałaś z szatańską intencją usunięcia Liljecrony, by stanowisko w Sjöskodze zajął ktoś inny, bliższy ci pewnie. Tegobym ci nie przebaczył i przestałbym cię zwać córką swoją.
Przez cały czas tej mowy dumała Maja Liza nad sposobem przekonania ojca, że nie pisała kartki. Opowieść wzruszyłaby ją niezawodnie wielce w innych okolicznościach. Teraz jednak myśli jej krążyły wokoło krzywdy jakiej doznała i to nietylko ze strony ojca. Nie zwracała uwagi na siedzącą przed nią kobietę, ale wyłącznie na mężczyznę, który ją tu przywiózł, by rzuciła w twarz ofiary swe oskarżenie. Wierzył tedy w prawdziwość zarzutu, wierzył, że napisała kartkę w celu wyżebrania sobie mężczyzny, będącego własnością innej kobiety.
Odwróciła się nagle od ojca i spojrzała na Liljecronę.
Nie patrzył na nią wcale, mimo to drgnął, jakgdyby odczuł jej spojrzenie. Był bardzo zgnębiony, jednakowoż w tej chwili na twarz jego wypłynął dobrotliwy uśmiech. Rzucił jej spojrzenie uspokajające jak dziecku, które się dopuściło pustoty, a mówiło ono też, że niebezpieczeństwo nie jest tak wielkie, jak się wydaje. Potem odwrócił zaraz głowę.
Maja Liza odwróciła się odeń również niecierpliwie i podczas gdy ojciec mówił dalej, popatrzyła na babkę.
Odpowiedziała błyskiem oczu, wyrażającym głęboką powagę, oraz podobne, jak spojrzenie Liljecrony, uczucia.
Chciała jej widocznie powiedzieć to samo co on: — nie bój się, ale wytrwaj! Również i babka skierowała zaraz potem wzrok tam gdzie Liljecrona.
Maja Liza posłała oczy w tymże kierunku i przekonała się, iż oboje śledzą przenikliwie macochę.
Była ona dziwnie wzburzona. Twarz miała trupio bladą, a w oczach ten sam obłęd i tę grozę, jakie spostrzegła Maja Liza czasu pierwszego spotkania. Nie ulegało kwestji, że miota nią strach przeraźny.
Przemknęło jej przez myśl, że może macocha napisała kartkę, ale odrzuciła zaraz to przypuszczenie, wspomniawszy, iż nie jest biegłą w sztuce pisarskiej. Strach pastorowej przypisała tej okoliczności, że ojciec był niezwykle podniecony. Istniał poważny powód do obaw, bo sprawa źle się skończyć mogła.
Dobrze, że Maja Liza spojrzała na macochę, bo to jej przywiodło na pamięć, by szczędziła ojca. Wysłuchała do końca, co mówił, potem zaś gdy wykrzyknął, że nie mógłby jej zwać dalej córką, rzekła pokornie:
— Czyń, drogi ojcze, co uważasz za słuszne. Jeśli mi nie wolno żyć dłużej pod twym dachem, to w takim razie...
Tu jednak przerwała jej żona pastora Liljecrony. Zerwała się żywo, podeszła do niej i chwytając dłoń dziewczyny wykrzyknęła, że nie o to wcale idzie. Życzeniem jej oraz zarządcy Henriksbergu jest, by o liście nie było już mowy. Przedłożyli go oboje pastorowi poto jeno, by dowieść, że Maja Liza kocha Pastora Liljecronę. Udała się wczoraj do Henriksbergu, bo nie mogła sobie dać rady. Nie chce za nic, by z jej powodu marniał Liljecrona, to też spytała jego brata, czy można go od niej uwolnić. Zaproponuje mu zaraz sama rozwód i nie pokaże się w życiu na oczy, jeśli jeno będzie miała pewność, że dostał kobietę, którą kocha. Przybyła z zarządcą poto jeno, by omówić sprawę ratunku, nigdy zaś nie miała zamiaru robić przykrości Maji Lizie, która winna im obojgu pospieszyć z pomocą w ratowaniu człowieka stojącego nad przepaścią.
Pastorówna patrzyła długo na tę prostą kobiecinę i nagle uświadomiła sobie, jak porywającym mężem musiał być pastor Liljecrona. Jednocześnie odczuła całą głąb nieszczęścia biednej żony jego. W duszy jej odżyła przyrodzona życzliwość i współczucie, to też rzekła drżącym głosem:
— Nie mogę tego uczynić. Pomogłabym go ratować, gdyby to było możliwe, ale nie wyjdę zań nigdy, albowiem kocham innego!
Uczuła, że po tem wyznaniu krew oblewa jej twarz i szyję. Omal nie powiedziała imienia ukochanego człowieka.
Ojciec uczynił gest, jakby chciał to wszystko usunąć na plan drugi.
— Jeszcześ nie wyznała swej winy! — zawołał.
Nagle przerwała mu pani Beata, która ze swego fotelu zabrała głos.
— Drogi synu! — rzekła. — Drogi synu, srogo zaiste postępujesz dziś z Mają Lizą. Wiesz chyba, że siedemnastoletnia dziewczyna nie przyzna się za nic do miłości, zwłaszcza w tak licznym gronie osób. Gdybyś był, drogi synu, pomówił z córką swą w cztery oczy, nie wątpię, że wyjaśniłaby ci cały tok sprawy.
Maja wpatrzyła się mimowoli w babkę. W słowach jej wyczuła pewien zamiar, a także zdało jej się, że staruszka mruga na nią nieznacznie.
— Drogi synu! — ciągnęła dalej. — Bierzesz wszystko zbyt gwałtownie, albowiem obawiasz się, byś nie został wmieszany w tę sprawę. Nie uzasadnione to jednak przypuszczenie, gdyż nikt twierdzić się nie ośmieli, byś w tem maczał palce. Każdy wie, żeś nie uczynił nic, by oczernić pastora Liljecronę w celu zmuszenia go do ustąpienia i zrobienia sobie miejsca w Sjöskodze.
Cisza panowała głęboka, nikt nie wiedział, co mówić.
— Sądzę tedy, — zakończyła staruszka — że Maja Liza może spokojnie wziąć na siebie autorstwo listu, a ty, drogi synu, możesz jej naspokojniej przebaczyć. Każdy zrozumie, że dała się unieść młodocianej nierozwadze, nie mając pojęcia i nie mogąc przewidzieć, jak smutne stąd wynikną rzeczy.
Maja Liza widziała wyraźnie, że babka mruga na nią, dając jej poznać, że powinna przyjąć winę na siebie. Nie rozumiała, czemu babka domaga się tego właśnie. Staruszka, nie mogąc jej skłonić, wskazała wreszcie nieznacznym ruchem ręki macochę.
Siedziała ona ogarnięta takim strachem, że spojrzawszy na nią, Maja Liza zrozumiała myśl babki. Była ona pewna, że list wysłała macocha, ale ze względu na stan zdrowia ojca uznała, że lepiej będzie, jeśli pozostanie przy mniemaniu, iż córka, powodowana nierozwagą, kartkę nieszczęsną wysłała, niźli by miał się dowiedzieć, że winę ponosi żona jego, działająca pod wpływem szatańskiej iście przewrotności.
Zbyt ciężkiem wydało się dziewczynie zadaniem spełnienie tego życzenia. Targana niepewnością, zwróciła oczy na stojącego ciągle pod szafą Liljecronę i wydało jej się, że odpowiedział spojrzeniem życzliwem i pełnem współczucia. Była to jednak niewątpliwie omyłka, gdyż musiał ją nienawidzić za brata.
— Drogi ojcze... — zaczęła zwolna — przebacz, żem przeczyła... ale byłam tak przerażona...
Chciała mówić dalej, ale nagle uświadomiła sobie, że to co ma wziąć na siebie, jest nikczemne, podłe i że krzywdzić siebie samej nie może. Wybuchnęła tedy łzami, rzuciła się w objęcia babki i zawołała:
— To zbyt straszne! Nie mogę! Nie mogę!
— Tak, to rzecz straszna, — przyznała pani Beata — ale już się stało. Teraz pójdziesz do mnie, by się wypłakać.
Otoczyła ją ramieniem i powiodła ku drzwiom, a Maja Liza powtarzała ciągle, że nie jest w stanie uczynić tego, czego od niej żąda.
— Nie potrzebujesz już nic mówić! — pocieszała ją. — Ojciec rozumie wszystko. Jesteś jeszcze dzieciak.
Gdy stanęły w progu, poruszył się nakoniec Liljecrona.
Podszedł i otworzył przed babką drzwi, potem zaś spostrzegłszy, że drzwi na dwór wiodące zamknięte są na zatrzask, otworzył je również.
Następnie zauważył, że stopnie schodów podjazdu są strome i uciążliwe dla ludzi wiekowych, dalej, że do browarni wiedzie droga dość niewygodna, więc towarzyszył im przez cały czas, podpierając babkę. Zobaczywszy straszliwie strome i wąskie schody, wiodące do mieszkania pani Beaty, nie mógł w żaden sposób zawrócić, ale wprowadził staruszkę na górę.
Znalazłszy się w pokoju, przystąpił nagle, bez słowa objął babkę za szyję i pocałował ją w policzek. Potem uczynił to samo z Mają Lizą, objął ją w ramiona i ucałował.
Dokonawszy swego, milcząc znikł jak duch.
Wszystko, co czynił ten człowiek, było tak nagłe i niespodziewane, jawiło się w momentach najmniej prawdopodobnych, tak, że się trudno było nawet bronić...
Ale sama jeno mała Nora, a nie kto inny, położyła kres całej sprawie.
Niedługo po odejściu Maji Lizy i babki pożegnali się goście i odjechali. Pastor nie musiał się czuć dobrze, gdyż nie wyprowadził ich nawet przed próg, ale pozostał w fotelu. Gdy odjechali, przyszła pastorowa i powiedziała, że w jadalni przysposobiła przekąskę. Namawiała męża, by się posilił po tem wszystkiem co dzisiaj przetrwać musiał. Ale zażądał, by mu dano spokój, dodając, że ponieważ jest to wieczór sobotni, przeto musi jeszcze przygotować kazanie.
Dobył z szuflady papier, położył na biurku i nagryzmolił słów kilka. Natem się jednak skończyło, odłożył pióro i popadł w zadumę.
Potem odsunął fotel, pochodził trochę po pokoju i legł na sofce, stojącej w rogu.
Zaległa cisza zupełna, tak, że Nora zadała sobie pytanie, czy nie zasnął. Przez szparę w drzwiach widziała, że leży, ale nie mogła dojrzeć, czy ma oczy otwarte, czy zamknięte.
Gdyby była pewna, że śpi, spróbowałaby się wymknąć. Znużyło ją niewypowiedzianie długie stanie w szafie. Przytem uznała za rzecz niezbędną wyjść, by zawiadomić Maję Lizę i panią Beatę o pewnej rzeczy, która je ucieszyć będzie musiała.
Pastor leżał już tak długo bez ruchu, że musiał na pewno zasnąć. Uznała za stosowne, uchylić drzwi potrochu dla zbadania sytuacji. Otwarła jedno skrzydło z wielką ostrożnością, ale pastor nie spał, jeno wpatrywał się tępym wzrokiem w przeciwległą ścianę. W momencie, kiedy dziewczyna miała przyciągnąć ku sobie drzwi, obrócił oczy i zobaczył ją.
Wstał i zbliżył się do szafy. Nie pozostało Norze nic innego jak otworzyć i wyjść.
— Cóż to robisz w mojej szafie? — spytał. — Cóż to znaczy?
Miał tak srogą minę, że dziewczyninę ogarnął strach. Ale wiedziała, że ją lubił, a sama kochała go, po Maji Lizie oczywiście, najlepiej z wszystkich mieszkańców plebanji. Nie chcąc, by coś złego o niej pomyślał, powiedziała, że pastorowa zamknęła ją w szafie w chwili, kiedy goście pili mleko w jadalni. Przyszły tu obie po niedzielne ubranie pastora, chcąc je wyczyścić.
Pastor zadumał się, potem zaś rzekł:
— Możesz śmiało wyznać całą prawdę, bo gorzej jak jest, być już chyba nie może. Powiedz tedy, że nie moja żona, ale Maja Liza zamknęła cię do szafy!
Nora wpadła w takie oburzenie, że ledwo mówić mogła.
— Co? — zawołała — Mamzel Maja Liza? Onaby mnie miała zamykać do szafy, bym podsłuchiwała? Na to jest ona zbyt dobra i szlachetna!
Pastor westchnął:
— Inaczej to jakoś wyglądać zaczyna! — powiedział. — Ale nie myśl, że się za to na ciebie gniewam. Przyznaj tedy, że to córka moja ukryła cię w szafie. Mów szczerą prawdę, dziecko!
Mała Nora wiedziała, że od pierwszego dnia pobytu w Löwdali nie skłamała jeszcze i powiedziała to pastorowi.
Ale nie wzruszyło go to jakoś wcale.
— Rozumiem — rzekł — że Maja Liza ma powody obawy i dlatego zamknęła cię w szafie, byś podsłuchała, o czem tu mówimy. Natomiast panią pastorową cała ta sprawa nie obchodzi wcale.
Nora milczała, nie odzywając się słówkiem, gdyż nie wiedziała, co jej powiedzieć wolno. Pastorówna zabroniła jej surowo donosić ojcu plotki, krążące o macosze, a własna jej matka przykazała to samo. Było tu inaczej, niż w Svanskogu, gdzie mogła opowiadać, co chciała.
Wobec jej milczenia pastor nabrał przekonania, że wszystko, tak jest, jak myśli i kazał jej się oddalić.
Doszła do drzwi, ale w tej chwili przywołał ją z powrotem, przyszło mu bowiem na myśl coś, o co chciał zapytać.
— Słuchajno! — powiedział. — Skoro wykonujesz tego rodzaju zlecenia dla Maji Lizy, to może dopomagałaś jej też w pisaniu listu? Pisany jest charakterem. dziecięcym, ty zaś umiesz czytać i pisać.
— Nie pisałam listu dla mamzel Maji Lizy, — odparła Nora stanowczo — natomiast pisałam raz list dla pani pastorowej.
— Acha! — powiedział. — Pisałaś tedy dla mojej żony, nie zaś dla Maji Lizy... — Widocznem było z tonu jego, że i teraz nie wierzy, by mówiła prawdę. — A może pamiętasz przypadkiem, o czem była mowa w owym liście, który pisałaś dla mojej żony?
Odpowiedziała, że jeśli pan pastor sobie życzy, może go powtórzyć słowo w słowo, zaś pastor kazał jej to uczynić.
— Właściwie to dobrze się wypisać nie umiem — recytowała Nora — przeto niech panienka sama rozważy w sercu swojem. Pastor Liljecrona znalazł teraz dziewczynę, która go uszczęśliwićby mogła, gdyby nie panienka, która temu przeszkadza. Jeśli panienka dobrowolnie odejdzie sobie, to pewną być może wieczystej wdzięczności, oraz byt jej będzie na przyszłość zabezpieczony. Prócz tego proszę panienki zważyć, że na nowem probostwie gmina domagać się będzie pastorowej nieskazitelnej moralności...
Dał znak ręką.
— Dość tego! — powiedział i popatrzy na dziewczynę długo i przenikliwie. — Więc tak brzmiał list, który pisałaś z polecenia mej żony? — dodał.
Bez wahania potwierdziła. Pastorowa zabroniła jej wprawdzie opowiadać, że bierze u niej lekcje czytania i pisania, ale o tym liście nie było nigdy mowy.
Pastor wzruszył ramionami.
— Widzisz sama, jak kłamiesz! — powiedział tonem znużenia. — Biedząc przez cały czas w szafie, musiałaś słyszeć, że Maja Liza przyznała się, iż list pisała.
Nora uczuła, że się czerwieni. Nie chciała w żaden sposób zostawać pod takim zarzutem. Za nic nie chciała, by pastor myślał, że kłamie.
— Możesz iść! — rzekł pastor. — Zrazu pojąć nie mogłem, czemu list nie jest pisany charakterem Maji Lizy, teraz jednak wiem już wszystko. Idź i powiedz jej to.
Ale dziewczyna nie odeszła.
— Pani pastorowa kazała mi ten list napisać i pani pastorowa zamknęła mnie do szafy! — powiedziała uroczyście i stanowczo.
— Ułożyłyście z Mają Lizą, że w ten sposób mówić będziesz! — krzyknął pastor.
Rozgniewał się wreszcie na dobre, a Nora wiedziała, że ją wypędzi, jeśli nie da jakiegoś realnego dowodu. Rozglądała się chwilę bezradnie, potem jednak spojrzenie jej padło na starą — komornicę, przechodzącą popod oknami.
— Proszę spojrzeć, panie pastorze! — zawołała. — Tę kobietę posłała pani pastorowa z listem do Svanskogu. Proszę spytać, kto jej iść kazał, mamzel Maja Liza, czy pani pastorowa.
Pastor chciał odburknąć, że ma dość całej tej sprawy, ale nagle dostrzegł w uporze małej Nory coś, co go zastanowiło. Wstał z fotelu i zbliżył się do drzwi. Otwarłszy je szybko, wpadł na kogoś, kto stał blisko, bardzo nawet blisko. Była to pastorowa.
Spojrzał na nią, przystanął i spojrzał raz jeszcze, jakby się chciał upewnić, że to ona, potem zaś zbliżył się do starej komornicy i zadał jej kilka pytań. Gdy wrócił, pastorowej już nie było.
Usiadłszy znowu w fotelu przy biurku, przywołał do siebie Norę.
— Opowiedz mi — rzekł — wszystko, co zaszło, gdyś pisała list.
Dziewczyna dała tak szczegółowe wyjaśnienie, że nie pozostało cienia wątpliwości.
— Skrzywdziłem cię, dziecko! — powiedział pastor. — W nagrodę zato możesz iść i opowiedzieć wszystko Maji Lizie.
Nie trzeba jej tego było powtarzać, za chwile wpadła do pokoiku babki, gdzie panował jeszcze smutny nastrój i opowiedziała wszystko. Pastorówna zrazu nie zważała na jej słowa, ale wkońcu pojęła, że ukochany ojciec zna teraz całą prawdę, zerwała się tedy i zawołała:
— Babuniu! Muszę biec co prędzej do ojca, bo się boję o niego!
W tej samej chwili otwarły się drzwi i ojciec ukazał się w progu.
I nie był to ojciec z dziś, czy wczoraj, ale ukochany, drogi ojczulek z lat minionych, dobry, kochający, czuły. Szedł ku niej, wyciągając obie ręce do córki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.