Maciek Bzdura gada/Dokumentniem se zapomniał...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jantek z Bugaja
Tytuł Dokumentniem se zapomniał...
Pochodzenie „Rola”. Ilustrowany bezpartyjny tygodnik ku pouczeniu i rozrywce 1927 Nr 10
cykl Maciek Bzdura gada
Wydawca Feliks Kowalczyk
Data wydania 6 marca 1927
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Bzdura (cropped).jpg
 
MACIEK
BZDURA
GADA:


Dokumentniem se zapomniał, ze to w tamten cwartek miały być moje imieniny i do samego połednia o tem sobie nie przypomniałem. Co prawda to juz od samego rana cosik mi się tak po łbie roiło, ze to nie taki dzień, jak inse, ale ani rus niemogłem się domyślić, coby to znacyło. Inom wstał, spotkało mnie zaraz pirse zycenie od moi gospodyni. Jesce gosposia dobrze na siebie hadery nie wciągli, a juz do mnie powiadają:
— Choroba jakasik zatracona, cemuześ jesce ogonom w stajni zryć nie dał. Sam tobyś od raniusieńka ćkoł wszyćko w siebie, a o bidnych gadach pomyśleć ci się nie chce. Zeby cię nieszczęście babski synu pokręciło!
Co prawda to ta gosposia mieli rację, bo jakosik w ten dzień zupełnie se zabacyłem o gadzinie i gdyby nie gosposia, to kto wie, cyby bydlątka były nie otwierały po próźnicy pascęki. To tez gadania gosposinego nie wziąłem sobie zbytecnie do serca, a gadzinę nakarmiłem, jak się patrzy.
Aliści inom gębę wystawił ze stajni, zuźrała mnie Kaśka i od razu ni z tego ni z owego pysk na mnie z nowem zyceniem ozwarła:
— Maciek, cholero, bodajci kiski marsia przez cały zapust grały, niedorajdo jakisik. Siedzi to pokurce w stajni i cielickom się zalica, ale o tem, ze trzeba ziarno na chlib zmielić, to zatraceniec nie pomyśli!
Powiadają, ze dwa grzyby do baszcu naraz, to za duzo, więc i mnie się widziało, ze dwa zycenia w jeden dzień, to takze za wiele, więc choć ja dla dzieuch jestem zawse grzecny, nie mógłem tego ścierpieć, tak padam do Kaśki:
— A od cegus, małpo, mas gębę? Mieles nią od świtania do wiecora, to cózby było la ciebie łatwiejsego, jak zmielenie choćby i korca ziarna na chlebuś. Jakbyś się ino ućciwie do roboty zabrała i swoją gębusią zacęła mielić, to anibyś się spostrzegła, kiedyby mąka była gotowa.
O małom nie pozałował mojego gadania, bo Kaśka jest okropnie przeciwna i o byle co przeciwić się lubi. Jak usłysała moje powiedzenie, to tak się jej w ślipiach palić zacęło, jakby tam w nich siedmiu Lucyperów ogień podkładało. Juz, juz zarnówica w jej garści śtyry razy młynka zrobiła, ale mnie nie dosięgła, gdyz ja, aby z głupią babą nie zacynać, wolałem do izby ustąpić.
Ale ustępowałem tak pierunem, zem ani nie spostrzegł, jagem wlaz gospodarzowi na nogi i udreptał ich, ze az im ślina z gęby posła. I znowu od gospodarza usłysałem już tego dnia trzecie zycenie, ale tem razem najgorse. Gospodarz, choć to nieraz i przez cały tydzień opróc pacirza, ani jednego słowa więcej nie powiedzą, w ten dzień wygadali ich az śtyry i to wszyćkie jedno po drugiem. Gospodarz pedzieli:
— Bodajeś się ozenił, gapiu!
I choć już trzy zycenia tego dnia usłysałem, byłbym jesce nie wiedział, ze to moje imieniny, gdyby nie poćciarz, który mi przyniósł całą pakę listów z powinsowaniami. No juści, gdzieindziej to ludzie kulturalniejse, jak w Psi Wólce, to i listy były całkiem inakse, jak gadanie gospodyni, Kaśki abo gospodarza. Ile mi tam lat życia ludziska zycą, to jakbym ich chciał wszyćkich usłuchać, toby się świat skońcył, a jabym zył jesce. A panienki co mi w tych listach naobiecywały, to się nawet wstydam powiedzieć, zeby jegomość na mnie nie krzyceli. A niktóre to tak serdecnie do mnie pisały, jakbym ja był nie taki zwykły sobie Maciek, ale jaki poseł do sejmu, co to nic nie robi, a piniądze za beżdurno bierze. Ale juz najbardziej to mi się spodobał wirsyk na moje imieniny od Maryśki z Kamionki, która na własnym papierze, własną ręką i własnym atramentem tak do mnie napisała:
„Przy dzisiejsem dniu radości, który Twem imieniem słynie, życzę niechaj w obfitości sto lat życia Twego płynie!... Cny Maciusiu, kwiaty życia niech ci nigdy nie więdnieją; Niech do skonu od powicia rajskim się uśmiechem śmieją. Gdzie stąpisz, niech kwiat wykwita, co zaczniesz, niech się udaje! Niech Twe kroki szczęście wita, niech do skonu kwitną maje! Bądź jak najszczęśliwszy wiecznie! Boże, broń Cię swoim cieniem! W przyjaciół gronie bezpiecznie żyj zawsze... Jest mem życzeniem!“
I jakze nie kochać takiej dzieuchy, która tak od serca zycy!
Ale nie ino ona sama nagrypsała mi takie zycenia. Otrzymałem taką moc listów, ze będę móg niemi do Wielganocy w piecu palić. Co prawda nie wielka z tego pociecha, bo kochania cłek se nie poji, więc i ja wolałbym funt kiełbasy, jak list, choćby i najmiłośniejsy.
Przecytawsy wszyćkie listy, dopiero się dowiedziałem, ze to moje imieniny i zrozumiałem zycenia i gospodyni, i Kaśki, i gospodarza.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Kucharczyk.