Przejdź do zawartości

Mały atom i duży wszechświat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Mały atom i duży wszechświat
Pochodzenie Ząb czasu
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1931]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
MAŁY ATOM I DUŻY WSZECHŚWIAT.

Twórcy niektórych powieści romantycznych, filmów i lekkich komedyj usiłują przekonać publiczność, że uczony to zabawny krótkowidz w okularach na nosie. Zajmuje się przeważnie jakiemiś bardzo drobnemi sprawami: ogląda żądło komara przez szkła mikroskopu, albo śledzi atom i świata poza nim nie dostrzega.
Jest w tem trochę słuszności, tylko... właśnie owi „pogromcy mikrobów“ i badacze komarów uwolnili najżyźniejsze i najpiękniejsze kraje na ziemi od żółtej febry i malarji, podbili ostatecznie lepszą połowę globu i dokonali więcej, niż niejeden Cezar i Aleksander Macedoński. Bo — jak się to dziś dopiero okazuje z dokumentów historycznych — dzielny Cortez hiszpański np. wcale nie był taki dzielny. Tubylcy-Aztekowie — dali mu onego czasu potężnego łupnia i ulegli dopiero wtedy, kiedy ich poczęły dziesiątkować zawleczone przez Hiszpanów zarazki przeraźliwej ospy. Męstwo wojowników zamienia się na bladą trwogę wobec bakcyla i, ów nieustraszony badacz w okularach, który się zmaga z bakterjami dżumy, czarnej śmierci, śpiączki, jest prawdziwym konkwistadorem.
I krótkowidz z pracowni fizycznej, obserwujący zapamiętale drgania atomów, widzi więcej, niż nam się zdaje. Sporo już lat minęło od chwili, kiedy Kirchhof i Bunsen, zabarwiwszy szczyptą soli płomyk gazowy w laboratorjum, odkryli analizę spektralną i dowiedli, że słońca i dalekie gwiazdy składają się z tych samych kilkudziesięciu pierwiastków, które mamy na ziemi. W maleńkich laboratoryjnych rurkach próżniowych wypróbowano metodę badania szybkości ogromnych ciał niebieskich. Z drobnych przesunięć, pewnych linij „widmowych“ nauczyliśmy się odgadywać ruchy rozpalonych i przeraźliwie odległych mas, w skromnym pokoju pracowni fizycznej powstały cudowne przyrządy Michelsona, któremi wymierzamy dystanse gwiazd podwójnych. Fizycy stworzyli przedziwne termoelementy ze skrzyżowanych pajęczych nitek metalowych i mierzą niemi temperatury podbiegunowe na Marsie, albo „podzwrotnikowe“ na księżycu z większą dokładnością, niż my mierzymy temperaturę własnego ciała.
Ktoś powiedział sprytnie, że wszechświat odbija się w kropli wody. Mógłby śmiało posunąć się o krok dalej i dodać: nawet w jednej niewidzialnej cząsteczce tej wody. Atom według uznanych teoryj naukowych wygląda tak samo, jak układ słoneczny: elektrony krążą po orbitach eliptycznych naokoło masy centralnej. To też bystry obserwator dostrzec może przez lupę i mikroskop więcej, niż przez teleskop, bo drobina i kosmos wiele mają cech wspólnych, familijnych: pochodzą jakgdyby z jednej rodziny. W pierwszych latach po odkryciu radu mieliśmy zaledwie kilka miligramów cennego metalu we wszystkich laboratorjach świata. Niektóre pierwiastki promieniotwórcze istnieją dotychczas w jakichś nieuchwytnych, niedostrzegalnych nalotach, wykazać ich obecność można tylko niezwykle czułemi przyrządami elektrycznemi, a jednak... dzięki nim właśnie zrozumieliśmy, dlaczego słońce pali się przez tyle wieków i nie gaśnie. Pomiary radjochemiczne ujawniły, jakie to olbrzymie energje tkwią w atomach, jakie potężne siły wiążą protony z elektronami, jakie wybuchy i erupcje bywają pod ultramikroskopem. Badania tych nieuchwytnych szczypt materjalnych w pracowniach fizycznych wyjaśniły astronomom między innemi ciekawe zagadnienie: dlaczego tylko pewne, ściśle określone typy ciał niebieskich widzimy na firmamencie? Dlaczego w przestrzeni krążą białe słońca, mgławice i wymarłe ciężkie globy? Według nowszych teoryj Russella i Jeansa obserwujemy tu różne stadja atomów, mniej albo więcej ogołoconych z elektronów, oglądamy na niebie przez teleskop to, cośmy — w mniejszej skali — zauważyli w doświadczeniach laboratoryjnych.
Nie trzeba się też dziwić, że zaciekli, uparci „pogromcy elektronów“ otrzymują najwyższe odznaczenia naukowe. Kto wie — może to oni są na tropie wielkiej tajemnicy, może oni właśnie odnajdą klucz od zamkniętych skarbców.
Niedawno dostał nagrodę Nobla młody profesor z Chicago, A. H. Compton. Rezultat główny jego doświadczeń składał się prawdopodobnie z kilku błonek fotograficznych, tak jak zresztą wyniki panów Davissona i Germera w Ameryce, profesora G. P. Thomsona z Aberdeen i pana Kikuchi’ego z Japonji, składają się z kilku maleńkich kółek spółśrodkowych, utrwalonych na kliszy. A jednak ci panowie wywołali niebywałą rewolucję w świecie naukowym, ich prace odbiły się gromkiem echem w murach wszystkich laboratorjów i wstrząsnęły podwalinami kosmosu. Przynajmniej tego kosmosu, któryśmy sobie pracowicie — na zasadzie doświadczeń wiekowych — zbudowali.
A. H. Compton i inni twierdzą poprostu — mają na to dowody! — że między elektronem i promieniem niema różnicy zasadniczej. Elektrony „uginają się“, rysują owe kółka spółśrodkowe na kliszach, promienie znów uderzają w materję, jak pociski armatnie albo kule karabinowe, pchają ją przed siebie, odłupują z niej „kawałki“. Ale elektron — według naszych pojęć dotychczasowych — był cząsteczką, jedną z cegiełek, z których się składały atomy materjalne. Promień zaś, to była fala w eterze, ruch, energja. I nagle obie „rzeczy ostateczne“ są z sobą spokrewnione, a nawet bliźniaczo do siebie podobne. Różnica między materją i energją znika, granica między życiem a śmiercią się zaciera. Nasze poglądy na świat, na początek i koniec wszechrzeczy trzeba raz jeszcze zrewidować, przemyśleć na nowo. Dotychczas — jak twierdzili wybitni teoretycy — cały przeogromny mechanizm biegł w jednym kierunku, rozkręcał się jak zegar, puszczony w ruch przed lat miljardami. Zdążaliśmy niechybnie do jakiegoś kresu, który wielki lord Kelvin nazwał „śmiercią cieplną“ wszechświata.
Dziś ta sprawa wygląda trochę inaczej. Sir J. H. Jeans, fizyk i matematyk, napisał sporą książeczkę p. n. „Tajemniczy Kosmos“ i porusza w niej niezwykle ciekawe kwestje filozoficzne. Jest tam mowa o wolności woli, o realności zdarzeń i zjawisk, o tem, czy Descartes w słynnem „myślę, więc jestem“, nie utrafił w sedno... Nawet głośne prawo „przyczynowości“ podlega dyskusji i świetny teoretyk współczesny, profesor Heisenberg, wyraża się o niem dość sceptycznie. Dorobek myślowy legjonu genjalnych ludzi, praca wielu pokoleń zapaść się może dzięki... kilku kółkom na kliszach, dzięki obserwacjom i badaniom nad najmniejszemi z rzeczy małych: nad elektronami i falami roentgenowskiemi.
Powieściopisarze i twórcy scenarjuszów filmowych stanowczo nie mają racji. Te lekceważone przez nich „drobiazgi“ i błahostki nie zasługują na uśmiech pogardliwy. Kryją się w nich czasem tajemnice bytu, historje, dramaty, stokroć ciekawsze od wielkich bomb scenicznych.
Na moim egzemplarzu książki Jeansa wije się przez okładkę wzruszający napis: „Sprzedano 70 tysięcy“. Wynika stąd, że elektrony są dziś ciekawsze od powieści Wallace’a.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.