Przejdź do zawartości

Mały światek — wielka nędza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Mały światek — wielka nędza
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


MAŁY ŚWIATEK — WIELKA NĘDZA.



 Dostrzegam, jak zajeżdzazajeżdża po mnie dorożka.
 — Już czas?
 — Tak, już pierwsza, dr. Schramm czekaczeka. Niechże się pani śpieszy.
 Niby się śpieszę, ale mi — nie śpieszno. Bo nie znam nic straszniejszego i bardziej ściskającego serce, jak widok chorego dziecka... a cóż dopiero, gdy się ma ujrzeć tych dzieci chorych kilkadziesiąt!
 Ale doktor Schramm czeka, a potem — już grudzień. Niedługo nadejdzie Boże Narodzenie, Boże drzewko... Wigilja... zapłoną świeczki i oświetlą całe masy zabawek, które matka diadla swoich zdrowych dzieci przygotowała w sekrecie. Zabłysną szable, zakołyszą się lalki w różowych i niebieskich sukienkach, zaświecą się złote i srebrne orzechy... Pod choinką stoi pudełko, w niem cała wieś, albo całe miasto — albo cały pułk żołnierzy. Obok — królik siedzi na łamigłówce, a pajac w śpiczastej czapce, oparł się o książkę w złoconej oprawie. To wszystko będzie niedługo, w dzień wigilji — i będzie dużo śmiechu, dużo ciepła, zapach świeżych strucli, siana, nowe sukienki i dużo zabawek..
 Wigilja bardzo niedługo... ja jadę w stronę szpitalika dla dzieci. Chyba czytelnicy moi zgadują, poco ja tam jadę!...

............................................

 — Całujemy rączki!
 Taki chór głosików cienkich, pokornych, bezdźwięcznych wita mnie w progu sali. Dr. Schramm, który mi drzwi otworzył, wchodzi pierwszy. Za nim postępują dr. Czernik i dr. Hukiewicz.
 — To chirurgja! — mówi dr. Schramm i zaraz prowadzi mnie do jednego z bliższych łóżeczek.
 — To tuberculosis covies pedis!
 Odsłania kołderkę. Dziewczynka leży nieruchoma w swej białej koszulinie. Z pod fałd koszuli widać nóżkę całą zagipsowaną, spowiniętą w bandaże. Obok łóżka ojciec, chłop w długiej, siwej sukmanie, patrzy jakoś stroskanie z pod ciemnej grzywy. Dziecko patrzy na „bat’kę“, on na swoją doneczkę, ale nie mówią nic, bo cisza panuje tu wielka i nikt nie domyśli się nawet, że w tych kilkunastu łóżeczkach, ustawionych koło ścian, męczy się i choruje kilkanaście drobnych, małych dzieci. Spoglądam po sali — i wszędzie widzę na poduszeczkach blade, malutkie twarzyczki. Jak one cichutko leżą, te opuszczone, biedne dzieci! Żadne nie jęknie, żadne się głośno nie skarży. Ich małe duszyczki zrozumiały, że są pewne różnice społeczne i te nawet jęk normują według taksy dochodów. Więc one są bardzo grzeczne i ciche i uczą się cierpieć bez skarg i płaczu. Pomiędzy łóżeczkami chodzi drobna, ciemno odziana postać kobieca. To siostra Łucja, tak zwana „starsza panna“.
 — Trzydzieści kilka lat jestem przy dzieciach! — mówi, uśmiechając się łagodnie. — Zreumatyzmowana już jestem i bardzo stara, ale... staram się robić, co mogę. Ja bardzo dzieci lubię!...
 I patrząc na nią, jak delikatnie, jak troskliwie pochyla się ku tym maluchnym, a tak już wielkim nędzom, jak rozjaśnia się jej twarz zmęczona i blada pod osłoną klasztornego welonu, gdy takie biedne, małe, chore dziecko, wyciąga ku niej rączkę — i podziwienie i cześć się czuje dla tego wielkiego kobiecego serca, które zamarło dla świata, a ożyło całe dla tych, którzy już od kolebki na nędzę i cierpienia są przeznaczeni. Dzieci zwracają ku niej swe smutne, niespokojne oczy — i ta staruszka w swej ciemnej zakonnej sukni jest wśród tych murów szpitalnych prawdziwym duchem o białej, jak opłatek twarzy, opromienionej wielką pięknością ofiarnego serca.
 A gdy tak chodzę pośród tych sal i tych małych łóżeczek, odnoszę wrażenie olbrzymio wielkiej ofiarności, nie tylko zakonnej, ale i świeckiej. Wrażenie to potęguje się z każdą chwilą, przy każdem łóżku tak czystem, tak białem i mimowoli czuje się tu wysiłek całej wielkiej chęci przyniesienia ulgi nędzy i nieszczęściu. Tu, za tymi murami, pośród bezlistnych drzew ogrodu, stacza się cicha walka z cherubem śmierci, który co chwila zjawia się nad tym dachem szpitalnym. I tu, od jego śmiertelnego tchnienia, wyrywa garstka ludzi dobrej woli, ciągle martwiejące i zanędzone półtrupy, które biedni rodzice na szpitalny próg przynoszą.
 Dziecko ożywa i rozwijać się zaczyna, jak kwiat. Gdy wyjdzie z tego szpitala, ma już trochę sił do znoszenia dalszej nędzy i do borykania się z losem. Te dzieci, które mam w tej chwili przed sobą, mają na swych czołach piętno przyszłej nędzy i całożyciowej troski. To są wszystko już... wydziedziczeni — i w tem „całuję rączki!“ — jakiem witają wchodzących — jest meta tak strasznej i bolesnej musowej pokory — tak wielki smutek dziecięcej rezygnacji, że mimowoli staje przed nami pytanie — dlaczego? zaco?

............................................

 To— To bardzo biedny chłopczyk! — mówi dr. Czernik — do niego nikt się nie zgłasza. Od dwóch miesięcy nikt się nie dowiedział — co się z nim dzieje.
 Z pod kołderki widać mały szkielecik o twarzyczce obciągniętej żółtą skórą. Z twarzyczki tej wyzierają oczy dobre, poczciwe, potulne. Chłopczyk leży, oddychając ciężko. Jest zupełnie opuszczony przez swoich — wszyscy o nim zapomnieli. Pochylam się nad nim i zapytuję:
 — Masz matkę?
 — Mam! — odpowiada cichutko — mam i czworo rodzinów.
 — Jesteś ze wsi?
 — Nie, z miasteczka.
 Rozmawiam z nim przez chwilę — on ożywia się — rad, że coś go wyrywa z tego zapomnienia, w jakiem go zostawiono. Gdy już mam odejść, woła mnie szeptem:
 — Pani! pani!...
 — Cóż mi powiesz?
 Podnosi z wysiłkiem głowę od poduszki.
 — Pani wie... ja mam także szwagra!
 Chciał się czemś pochwalić. Ten szwagier był dla niego widocznie pół-bogiem w domu. Gdy jednak pragnę się czegoś bliższego dowiedzieć o tym szwagrze — dziecko zmęczone zamyka oczy i wyczerpane leży znów w milczeniu.
 — To wszystko gruźlica! — mówi dr. Schramm, wskazując na całą salę.
 Gruźlica i nędza.
 — O! jeśli pani chce widzieć okaz nędzy galicyjskiego ludu, proszę za mną.
 Doktorzy prowadzą mnie do innej sali.
 Widok tu straszny. To są t. zw. „choroby wewnętrzne“, a więc krwawa dyzenterja, zapalenie płuc, gastryczna gorączka, katary kiszek — słowem to wszystko, co pochodzi z głodu, nędznego odżywiania się, z braku zaspokojenia najpierwszych potrzeb ludzkości.
 Pod oknem wyje i krzyczy malutka idjotka, skręcona strasznie, o masce potwora, robiąca wrażenie jakiegoś demona, rzuconego na ziemię i skarżącego się buntowniczo na swe nieszczęście. W kołyskach siedzą i leżą dzieci, podobne do widm, do trupów. Zdaje mi się, że wchodzę na cmentarz, że te kołyski, to otwarte groby. Do jednej z nich prowadzą mnie lekarze.
 — Niech pani patrzy, to dziecko ma ośm miesięcy.
 Odsłaniają kołderkę. Przedemną leży szkielecik, powleczony obwisłą, ciemną, skórą. Wklęsłe płuca z ciężkością pracują, aby pochwycić odrobinę powietrza. Oczy zamknięte. Jest to taka nędza, taka okropna nędza, to zagłodzone chłopskie dziecko, które jakiś chłop przyniósł w lecie jeszcze i zostawił „na przepadłe“ w tym szpitaliku, że słów brakuje, aby opisać ten mały cień, konający od miesięcy, a który staranie lekarza chce do życia powołać. I stojąc tak u stóp kołyski, nasuwa się mimowoli pytanie: czy to dziecko prosiło o życie? — a jeśli już żyje, czy ono powinno być głodne, tak głodne, żeby aż dochodziło do agonji długiej i tak strasznej...
 — A to nasza Reginka — mówią mi lekarze, wskazując na małą dziewczynkę, siedzącą w łóżeczku.
 Owa Reginka to opuszczone zupełnie dziecko. Rok temu przyniosła je jakaś kobieta chore na zapalenie płuc, i podawszy fałszywe nazwisko i adres, pozostawiła, nie upominając się o nie zupełnie. Od tej chwili panna Reginka rezyduje w szpitalu bardzo pieszczona i lubiana przez wszystkich. W tem swojem łóżeczku robi wrażenie małego ptaszka w gniazdku. Szczebiocze, kręci główką, nie troszcząc się, że nie ma nazwiska, nie ma stanu cywilnego, nie ma niczego na świecie. Patrzy w okno, tam są drzewa, wprawdzie już bez liści, ale i tak ją zajmują. Patrzy na ludzi i śmieje się. Co z nią będzie? Ona nie wie i nikt nie wie. Trzeba ją będzie ze szpitalika oddać wreszcie gdzieś na wieś. Magistrat się nią zajmie. Będzie z niej kiedyś bosa, obdarta sługa, wystająca przed bramą, lub jaka stróżowa, bita przez pijanego męża.
 Biedna, ładna Reginka!...

............................................

 Ale takich Reginek jest więcej w szpitaliku. Są i chłopczyki opuszczone, zostawione. Matka przyniesie, zostawi i zginie. Czy można jej mieć za złe? Ona sama najczęściej jest obdarta i bosa. Ona wie, że dziecku jest tam ciepło i dobrze. Ale nie na długo. Pójdą w świat i dla nich te chwile, spędzone w szpitaliku, będą zapewne najjaśniejszemi i jedynemi chwilami szczęścia w życiu. Tego zdania jest malutki żydek, siedzący niedbale wśród porozrzucanych poduszek.
 — Chcesz wracać do domu?
 Szmile kręci kędzierzawą główką.
 — Nie chcę!... — mówi płaczliwie.
 Przeszedł właśnie tracheotomję i jest na drodze do wyzdrowienia.
 Obok leży malutka, jak wosk żółta dziewczynka i jęczy cichutko.
 — Co jej? — pytam, zbliżając się do jej łóżeczka.
 — Dwie godziny temu wyjęliśmy jej żebro i wytoczyli z niej dwa litry ropy — odpowiada dr. Schramm.
 Dziecko jęczy cicho, żali się. Takich jęków dokoła pełno.
 Cichutkie, drżące, nieśmiałe. Niektóre dzieci mają w łóżeczkach koło siebie połamane koniki, stare, zniszczone lalki. Jak one tulą do siebie te zabawki, jak one uśmiechają się do nich, pomimo swych cierpień! A z innych łóżeczek patrzą zazdrośnie inne dzieci... one także chciałyby mieć zabawki. Ale zabawek jest bardzo mało. Zaledwie jeden jakiś zepsuty kawałek na dziesięć łóżeczek, na całą salę... Na środku sali siedzą rekonwalescenci w ciemnych szlafroczkach. Siedzą przed pustymi stołami. Czasem zakonnica przyniesie łamigłówkę — i pozwoli przez kwadrans zabawić się dzieciom. Te cieszą się, rączki wyciągają się wreszcie ku upragnionej zabawce. Za kwadrans zabierają, niosą dalej, do innej sali, bo do szpitalika nie nadsyłają zabawek, albo bardzo rzadko. A przecież wiecie chyba, czem są zabawki dla dzieci i to dla... chorych dzieci! A one tam leżą w swych łóżeczkach, opuszczone, ciche i czekają, aż przyjdzie na nich kolej i będą mogły bawić się popsutą lalką, lub resztką połamanego konika!

............................................

 I choćby znów moja „filantropja“ miała być narażona na brutalne szyderstwa, zwracam się do was przedewszystkiem młode dziewczęta. W każdym familijnym domu znajdą się stare zabawki, trochę gałganków, którymi można ubrać lalkę, jakaś książka z obrazkami, którą skleić można. Niech ta wigilja w szpitaliku Św. Zofji będzie właśnie pod protektoratem młodych dziewcząt Lwowa. Wy macie dużo czasu, zajmijcie się temi choremi, biednemi dziećmi. Do wigilji jeszcze daleko — gdy zechcecie, a wasze dobre serduszka i uczucia kobiece się zbudzą — wszystkie Reginki, wszystkie szkielety wygłodzonych, chłopskich dzieci, wszystkie opuszczone, zapomniane maleństwa, będą miały gwiazdkę, która im przyświecać będzie wspomnieniem na resztę życia. I nie tylko o zabawkach pomyślcie, ale i o ciepłej odzieży...
 Z resztek waszych sukienek poszyjcie same ciepłe sukienki i trochę bielizny. Dzieci bowiem są przynoszone do szpitalika najczęściej w łachmanach.łachmanach, które ze względów higjeny niszczyć należy. Gdy dzieci trzeba oddać ze szpitala, niema ich w co odziać. A więc i trochę ciepłej odzieży uszyjcie, ażeby taka Reginka miała w czem pojechać „na wieś“, która będzie pierwszym etapem jej życiowej katorgi. Pomyślcie, że niedaleko — o parę ulic od was, kilkadziesiąt dzieci cichych, pokornych mówi: „całujemy rączki“ tym, którzy chcą przypomnieć sobie, że trzeba się dzielić, że ze zbytku strawy należy odjąć tyle, aby choć jedno stworzenie ludzkie nie umierało głodne moralnie i fizycznie.
 Nad szpitalikiem roztacza garstka ludzi swe opiekuńcze skrzydła. Lecz do tej garstki choć w dzień wigilijny niech się przyłączą młode dziewczęta, których dusze powinny być wrażliwe na nędze życia. Gdy one tę sprawę wezmą w swe ręce — jestem spokojna — wiem, że będzie jasno, ciepło, wesoło w szpitaliku św. Zofji w dzień wigilijny, że w każdem łóżeczku będzie zabawka, choć stara i zniszczona, ale będzie. A sukienki poszyte służyć będą tym dzieciom, które opuszczają to schronienie. Bo tam, dzięki tej wielkiej ofiarności i pracy ludzkiej, częściej wychodzi na świat dziecko żywe i zdrowe, niż martwe w trumience złożone.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.