Małe kobietki/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIII.
CIOTKA MARCH ROZSTRZYGA KWESTJĘ.

Jak pszczoły, latające za swą królową, tak matka z córkami krzątały się nazajutrz koło pana March, zaniedbując wszystko, aby patrzeć na chorego, czuwać nad nim i słuchać jego słów — tak dalece, że go o mało nie zamęczyły czułością. Gdy siedział rozparty w dużym fotelu przy sofie Elizy, tamte trzy córki tuż obok niego i Anna wychylająca głowę niekiedy, by spojrzeć na drogiego pana, zdawało się, że im nic nie brakuje do szczęścia. Ale brakowało czegoś, i starsi czuli to, chociaż się nikt nie przyznawał. Państwo March spoglądali na siebie z niepokojem, ścigając oczami Małgosię. Ludka miewała nagle napady złości i groziła nawet pozostawionemu w sieni parasolowi pana Brooke. Małgosia była roztargniona, nieśmiała i milcząca; drżała na głos dzwonka i rumieniła się, gdy wspomniano imię Jana. Amelka zauważyła, że wszyscy tak wyglądają, jakgdyby czegoś czekali, nie mogąc spokojnie usiedzieć, i bardzo ją to dziwiło, kiedy ojciec już jest między nimi. Eliza naiwnie pytała, czemu sąsiedzi nie biegają do siebie, jak zazwyczaj.
Artur przeszedł koło ich domu po południu, i zobaczywszy Małgosię w oknie, padł teatralnie w śniegu na jedno kolano, bił się w piersi, rwał sobie włosy i załamywał ręce błagalnie, jakgdyby prosił o kawałek chleba. Gdy zaleciła, żeby się opamiętał i poszedł dalej, wyżął udane łzy z chustki i chwiejnym krokiem poszedł za róg domu, niby gnany największą rozpaczą.
— Co ten chłopiec sobie myśli? — rzekła Małgosia ze śmiechem, udając, że go nie rozumie.
— Pokazuje ci, jak twój Jan będzie się zachowywał niedługo; czy to nie wzruszające? — odpowiedziała Ludka wzgardliwie.
— Nie mów twój Jan, bo niema w tem ani przyzwoitości, ani prawdy, — odrzekła, jednakże te słowa tak mile brzmiały, że jej aż głos zadrżał. Proszę cię Ludko, nie dręcz mię; powiedziałam ci już, że on mnie mało obchodzi więc niema już o czem mówić, przyjaźnijmy się tylko wszyscy i żyjmy z sobą jak dawniej.
— To być nie może, bo się coś wypowiedziało, i Artur swoją psotą odstręczył cię odemnie. Ja to widzę, i mama także. Jesteś niepodobna do siebie i tak mnie unikasz. Nie chcę cię dręczyć i zniosę mężnie twoje zamążpójście, ale chciałabym, żeby już było doprowadzone do skutku. Nie cierpię czekać; więc jeżeli masz zamiar pójść do ołtarza, to spiesz się, — rzekła Ludka porywczo.
— Nie wypada mi nic mówić ani robić, póki się nie oświadczy, a ma tę przeszkodę, iż mu ojciec powiedział, żem za młoda, — rzekła Małgosia, nachylając się nad robotą z dziwnym uśmieszkiem, zdradzającym, że się nie zupełnie na to zgadza.
— Gdyby się oświadczył, odpowiedziałabyś mu tylko łzami i rumieńcem, albo spełniłabyś jego życzenie, zamiast odrzec: nie! śmiało i stanowczo.
— Nie jestem tak niedorzeczna i słaba jak myślisz; wiem, co powiedzieć, bom sobie wszystko ułożyła, żeby nie być niespodzianie zaskoczoną. Trudno wiedzieć co nas czeka, więc się lepiej przygotować.
Ludka uśmiechnęła się mimowoli z powagi siostrzyczki, z którą ślicznie jej było, niemniej jak z rumieńcami na twarzy.
— Powiesz mi, cobyś odrzekła? — spytała Ludka z większem już poszanowaniem.
— I owszem, masz lat szesnaście, więc jesteś dosyć dorosłą, żeby ci się zwierzyć; wreszcie doświadczenie przyda ci się kiedyś w podobnej sprawie.
— Nie będę miała takich spraw. Zabawnie jest wprawdzie przyglądać się zakochanym, ale siebie nazwałabym szaloną, gdybym się tego dopuściła — rzekła Ludka, widocznie zastraszona tą myślą.
— Nie sądziłabyś tak, gdybyś kochała i była kochaną — rzekła Małgosia jakby do siebie samej, spoglądając na ulicę, gdzie często widywała młode pary, przechadzające się o zmroku, w letniej porze.
— Powiedzże mi, w jakie słowa odezwałabyś się do tego człowieka, — rzekła Ludka, niedyskretnie przerywając siostrze zadumę.
— Powiedziałabym spokojnie i stanowczo: wdzięczna panu jestem za jego dobroć, ale się zgadzam z ojcem, żem zbyt młoda, żeby sobie zawiązywać los, więc nie mówmy już o tem i pozostańmy tylko przyjaciółmi.
— Hm! to dosyć sztywno i zimno. Nie wierzę, byś to powiedziała, i wiem, że nie byłby zadowolony. Jeżeli się tak zachowa, jak wzgardzeni kochankowie w książkach, to będziesz wolała przystać na jego prośby, jak zranić mu serce.
— Nie, powiem mu, że takie jest moje postanowienie, i z godnością wyjdę z pokoju.
Mówiąc to wstała, i właśnie miała pokazać, jak to będzie wyglądało, lecz posłyszawszy kroki w sieni, poskoczyła napowrót do swego miejsca i zaczęła szyć tak pilnie, jakgdyby szło o życie, jeżeli nie wykończy na czas. Ludka stłumiła w sobie śmiech, widząc tę naglą zmianę; gdy zapukano delikatnie, otworzyła drzwi z ponurą i wcale niegościnną miną.
— Dzień dobry paniom; przyszedłem po swój parasol, — to jest — chciałem się dowiedzieć, jak się ma ojciec dzisiaj, — rzekł pan Brooke i z pewnem pomieszaniem patrzył na ich wymowne twarze.
— Bardzo dobrze; jest na staludze, przyniosę go i powiem mu, że pan tu jesteś.
Pomieszawszy w odpowiedzi ojca z parasolem, wymknęła się Ludka, chcąc siostrze dać sposobność do przemowy i miny pełnej godności. Lecz zaledwie znikła, Małgosia zaczęła także zmierzać ku drzwiom, bąkając:
— Mamie będzie przyjemnie zobaczyć pana, proszę usiąść, zaraz ją sprowadzę.
— Nie odchodź, czy boisz się mnie, Małgorzato? — rzekł pan Brooke tak smutno, że przyszło jej na myśl czy się nie znalazła grubjańsko. Zarumieniła się aż po loczki, bo nigdy jeszcze nie nazwał jej Małgorzatą, i zadziwiła się, że to brzmi tak słodko i naturalnie. Chcąc się okazać uprzejmą i swobodną, ufnie wyciągnęła rękę i rzekła z wdzięcznością:
— Jakże mogłabym się bać, kiedyś pan był tak dobry dla ojca? chciałabym tylko umieć podziękować.
— Czy mam powiedzieć, jakiego pragnę podziękowania? — spytał, trzymając mocno jej rączkę w swych dużych rękach i patrząc z taką miłością w ciemnych oczach, że jej serce zaczęło bić, i byłaby chciała zarazem i uciec i zostać, żeby go słuchać dalej.
— Nie rób pan tego — nie chciałabym... — rzekła próbując wyrwać mu rękę, widocznie zastraszona, chociaż temu przeczyła.
— Nie chcę cię trwożyć, pragnę tylko dowiedzieć się, czy cię obchodzę trochę, Małgosiu? Ja cię tak bardzo kocham, moja droga, — dodał tkliwie.
Była to właściwa chwila na ową spokojną i taktowną przemowę, lecz jej nie wygłosiła Małgosia, bo zapomniała co do słowa. Schyliwszy tylko głowę, odrzekła, — nie wiem, — tak cicho, że Jan musiał nachylić się, żeby usłyszeć tę niedorzeczną odpowiedź.
Widocznie uważał, że to warte trudu, bo się uśmiechnął do siebie, jakby z zupełnem zadowoleniem, uścisnął mile pulchną rączkę i rzekł czule:
— Czy będziesz się starała zbadać siebie? Tak bardzo zależy mi na tem, bo nie umiem brać się do dzieła, nie wiedząc czy mię w końcu nagroda czeka, lub nie?
— Jestem za młoda, — szepnęła Małgosia, pytając siebie czemu jest tak pomieszana, kiedy się raduje w duszy.
— Będę czekał, a przez ten czas może się nauczysz mię kochać. Czy to będzie bardzo trudna lekcja, droga moja?
— Nie, — gdybym się jej chciała nauczyć — ale...
— Proszę cię, chciejże Małgosiu. Ja lubię uczyć, i to łatwiejsze od niemczyzny, — rzekł, chwytając drugą rękę, żeby nie mogła zakrywać twarzy, gdy się ku niej nachylał.
Ton jego był wprawdzie błagalny, lecz spojrzawszy ukradkiem spostrzegła Małgosia, że oczy ma wesołe chociaż tkliwe, i że się tak uśmiecha, jakgdyby był pewny swego. To ją rozdrażniło; przyszły jej na myśl niedorzeczne nauki Anusi Moffat, — i chęć panowania, drzemiąca zawsze w łonie nawet najlepszych kobiet, rozbudziła się nagle i owładnęła nią. Była jakaś rozgorączkowana, nieswoja, nie wiedziała co robić, poszła więc za popędem kaprysu, i wyrwawszy ręce z jego uścisku, rzekła porywczo:
Nie chcę, proszę odejść i zostawić mię w spokoju.
Biedny Brooke taką miał minę, jakgdyby jego piękny zamek na lodzie upadł mu na głowę. Odurzyło go to jakoś, bo jeszcze nigdy nie widział Małgosi w takiem usposobieniu.
— Czy naprawdę tak myślisz? — zapytał niespokojnie, idąc za nią, gdy się oddalała.
— Tak, naprawdę; nie chcę być dręczona takiemi rzeczami. Ojciec powiedział, że to nie potrzebne, że za wcześnie jeszcze, — i zresztą ja tak samo sądzę.
— Czy mogę mieć nadzieję, że z czasem zmienisz postanowienie? Będę czekał i milczał, póki się nie rozmyślisz. Nie igraj ze mną, Małgosiu, nie myślałem tego o tobie.
— Nie myśl pan o mnie wcale; proszę o to, — rzekła mając w tem złośliwą przyjemność, że wystawia na próbę i cierpliwość wielbiciela i własną potęgę.
Brooke tak był blady i poważny w tej chwili, że się zrobił daleko podobniejszym do bohatera romansu, który to typ ona uwielbiała, ale nie bił się ręką po czole, nie biegał po pokoju, jak to bywa w książce, — tylko stał, patrząc na nią tak smutno, tak tkliwie, że mimowoli serce jej zmiękło. Nie wiem, coby się potem stało, gdyby ciotka March nie wtoczyła się o kulach w tej zajmującej chwili.
— Uważam, — odezwała się ciotka March siadając, — ale o czemże mówił przyjaciel twego ojca, że wyglądasz jak piwonja. Tu coś złego zaszło, i chcę wiedzieć o wszystkiem, — rzekła znowu, stukając laską.
— Rozmawialiśmy tylko; pan Brooke przyszedł po swój parasol, — odpowiedziała Małgosia, pragnąc w duchu, aby się wyniósł czemprędzej wraz z parasolem.
— Brooke? nauczyciel tego chłopca? aa! rozumiem teraz! Już wiem wszystko. Ludce wymknęła się wzmianka o jednym liście waszego papy, i kazałam, aby mi wszystko powiedziała. Wszakżeś go nie przyjęła, dziecię? — wykrzyknęła z bardzo zgorszoną miną.
— Cicho, bo usłyszy! czy mam poprosić mamę? — spytała Małgosia z wielkiem pomieszaniem.
— Jeszcze nie; mam ci coś powiedzieć i zrobię to natychmiast. Wyznaj mi czy masz zamiar poślubić tego Brookeʻa? W takim razie nie dostaniesz odemnie ani grosza. Pamiętaj o tem i bądź rozsądną, — rzekła jejmość z naciskiem.
Miała ona szczególny dar i przyjemność rozbudzać upór w najłagodniejszych osobach. Nawet najlepsze indywidua mają w sobie odrobinę złości, zwłaszcza młode i zakochane. Gdyby ciotka March prosiła Małgosię, by przyjęła oświadczenie pana Brooke, pewnie odrzekłaby, że nie może myśleć o tem; ale ponieważ samowładnie zakazała, Małgosia natychmiast postanowiła, że go będzie kochać. Zarówno przeciwności, jak wewnętrzny pociąg, prowadzą do stanowczych kroków, i dziewczę, będąc już podniecone, z niezwykłem uniesieniem stawiało opór starej jejmości.
— Pójdę za kogo mi się podoba, ciotko March, i możesz dać swoje pieniądze komu zechcesz, — rzekła potakując głową ze stanowczą miną.
— Czy w taki sposób przyjmujesz radę, moja panno? Pożałujesz tego, jak zakosztujecie miłości w chatce, bo to są męczarnie.
— Nie większe od tych, jakie niektóre osoby znajdują w dużych domach, — odrzekła Małgosia.
Ciotka March, ubrawszy się w okulary, przyjrzała się panience, nie znała bowiem nowego jej usposobienia. Samej Małgosi trudno było siebie poznać, tak się czuła odważną, niezależną, tak uradowaną, że broni Jana i że wygłasza prawo kochania go, jeśli jej się tak podoba. Ciotka March spostrzegła, że się źle wzięła do rzeczy, i po krótkiem milczeniu rzekła znowu, o ile mogła najmilej:
— Małgosia droga, bądź rozsądną i przyjmij radę moją. Jestem ci życzliwą, i nie chciałabym, żebyś sobie skrzywiła całe życie, robiąc pomyłkę na samym jego początku. Powinnaś dobrze pójść zamąż i dopomagać rodzinie. Twoim obowiązkiem jest zrobić bogatą partję, i należy tego wymagać od ciebie.
— Rodzice inaczej myślą; oni kochają Jana, chociaż jest ubogi.
— Moja droga, twój papa i twoja mama tyle mają praktycznego rozumu co dwoje niemowląt.
— Cieszę się z tego! — wykrzyknęła Małgosia z dumą.
Ciotka March nie zwróciła na to uwagi i dalej prawiła morały. — Ten Brooke jest ubogi, ale może ma bogatych krewnych?
— Nie, lecz zato ma dużo szczerych przyjaciół.
— Nie możecie żyć z przyjaciół; spróbójcie tylko, a zobaczycie jak ochłodną. Czy ma jakie zajęcie?
— Dotąd nie ma żadnego, ale mu pan Laurence dopomoże.
— To nie potrwa długo, James Laurence jest kapryśny, i nie można polegać na nim. Więc zamierzasz wyjść za człowieka, który nie ma pieniędzy, stanowiska, ani zajęcia, i będziesz pracowała ciężej niż teraz, kiedy mogłabyś żyć wygodnie, gdybyś chciała usłuchać i zrobić lepszy wybór. Myślałam, że masz więcej rozsądku, Małgosiu,
— Nie mogłabym zrobić lepszego wyboru, choćbym pół życia czekała! — Jan jest dobry, rozumny, światły, pracowity, i z pewnością mu się powiedzie, bo taki energiczny i śmiały. Wszyscy go kochają i szanują, i dumna jestem, żem jego miłość zdobyła, chociaż jestem taka uboga, młoda i głupiuchna, — rzekła Małgosia, jeszcze ładniej wyglądając z powagą na twarzyczce.
— Dziecię, on wie, że masz bogatych krewnych i zapewne w tem tkwi tajemnica jego miłości.
— Ciotko March, jak śmiesz mówić taką rzecz. Jan jest wyższy nad nikczemność, i nie będę cię słuchała, jeżeli się chcesz tak odzywać, — zawołała z oburzeniem, pomna tylko na niesprawiedliwe podejrzenia starej jejmości. — Mój Jan nie poślubiłby nikogo dla pieniędzy, zarówno jak i ja. Oboje chcemy pracować i będziemy czekali. Ja się nie boję ubóstwa, bo mi nigdy nie tamowało szczęścia, i wiem, że je znajdę także przy nim, ponieważ mię kocha.
Tu zamilkła, przypomniawszy sobie nagle, że jeszcze nie uczyniła żadnego postanowienia, że kazała „swemu Janowi“ odejść, i że on może słyszy jej niekonsekwentne słowa.
Ciotka March była bardzo zagniewana, bo sobie ułożyła, że jej piękna siostrzenica zrobi świetną partję; przytem radosna, młoda twarzyczka dziewczęcia rozbudziła w samotnej, starej kobiecie smutek i cierpkość.
— Dobrze, umywam ręce od tej sprawy! Jesteś upartem dzieckiem i więcej straciłaś przez to szaleństwo, jak myślisz. Nie zabawię tu już dłużej; zawiodłam się na tobie i nie chcę się teraz widzieć z papą. Nie spodziewaj się niczego odemnie, gdy pójdziesz zamąż. Niech przyjaciele twego pana Brooke pamiętają o tobie. Między nami wszystko na zawsze skończone.
Cisnąwszy drzwiami, odjechała w najwyższym gniewie. Zdawało się, że zabrała z sobą całą odwagę dziewczyny, bo Małgosia zostawszy sama, stała chwilę niepewna czy się ma śmiać, czy płakać. Zanim zdołała się rozmyśleć, wszedł pan Brooke i powiedział jednym tchem:
— Nie moja wina, żem cię słyszał Małgosiu; tobie dziękuję, żeś mię broniła, a ciotce March, że mię przekonała, iż cię obchodzę trochę.
— Nie wiedziałam tego sama, póki pana nie skrzywdziła.
— Wszakże nie mam odejść, mogę zostać i używać szczęścia? czy pozwalasz, droga moja?
Tu znowu była piękna sposobność do surowej przemowy i taktownego odejścia, ale Małgosi nie postało w głowie jedno ani drugie, i zhańbiła się na zawsze w oczach Ludki, gdyż szepnęła miękko:
— Tak Janie, — i ukryła twarz w jego kamizelce.
W kwadrans po odjeździe ciotki March, Ludka weszła na górę po cichu, zatrzymała się chwilę pod drzwiami od bawialnego pokoju, a nie słysząc głosów, skinęła głową, uśmiechnęła się z zadowoleniem i pomyślała: odprawiła go, stosownie do tego cośmy ułożyły, i sprawa już zakończona. Wejdę, to mi opowie tę komedję, i uśmieję się doskonale.
Ale się biedna Ludka nie uśmiała; taki ją widok uderzył, że skamieniała w progu, roztwierając szeroko oczy i usta. Szła z zamiarem, że wyśmieje zwalczonego nieprzyjaciela, i pochwali silną wolę siostry zato, że odepchnęła natręta, było to więc gromem, gdy ujrzała, że nieprzyjaciel siedzi wesoło na sofie, a na kolanach u niego, jakby na tronie, ta siostra z „silną wolą“, strojąca pokorną minkę. Ludka, widząc to, wydała jęk, jakgdyby nagle skąpana w zimnej wodzie, bo tak nagła zmiana zupełnie jej zatamowała oddech. Kochankowie obrócili się nagle, Małgosia poskoczyła z twarzą dumną i razem zalęknioną, lecz „ten człowiek“, jak go Ludwisia nazywała, roześmiał się na całe gardło i rzekł z zimną krwią, całując zadziwioną Ludkę.
— Siostro Ludko, powinszuj nam!
Nowa zniewaga! tego już było za wiele! robiąc zatem jakieś dziwne ruchy rękami, znikła nie rzekłszy ani słowa, pobiegła na górę, i przestraszyła chorych tragicznym okrzykiem:
— Niechże kto zejdzie zaraz na dół! Jan Brooke robi straszne rzeczy, a Małgosia jest rozradowana.
Państwo March wybiegli spiesznie z pokoju, a Ludka, rzuciwszy się na łóżko, płakała i oburzała się z uniesieniem, opowiadając okropne nowiny Elizie i Amelce. Ale dziewczątkom wydało się to bardzo zajmującem i przyjemnem zdarzeniem, więc mało doznała pociechy i poszła na poddasze, by się zwierzyć szczurom.
Nigdy się dziewczęta nie dowiedziały, co zaszło potem w bawialnym pokoju, ale długo trwały narady i cichy pan Brooke zadziwiał wymowną i żywą obroną swej sprawy. Przedstawiał plany i póty przekonywał, póki wszystko nie zostało urządzone według jego życzenia.
Zanim zdążył opisać wymarzony raj dla Małgosi, dzwonek wezwał na herbatę, więc z dumą poprowadził ją do kolacji. Oboje tak tchnęli szczęściem, iż Ludka nie miała serca okazywać zazdrości i smutku.
Na Amelce wielkie wrażenie zrobiła tkliwość Jana i godność Małgosi, Eliza przypatrywała się zdaleka, a państwo March spoglądali na młodą parę z tak czułem zadowoleniem, że stara jejmość słusznie powiedziała „iż są niepraktyczni, jak dwoje niemowląt“. Nikt nie jadł dużo, lecz wszyscy zdawali się bardzo szczęśliwi, i staroświecki pokój dziwnie się rozjaśnił, gdy się tam zaczął pierwszy romans tej rodziny.
— Nie możesz teraz powiedzieć, Małgosiu, że się u nas nie zdarza nic przyjemnego, prawda? — rzekła Amelka, która się wahała jak ustawić grupę kochanków w obmyślanym szkicu.
— Z pewnością nie mogłabym tego powiedzieć. Jakże wiele rzeczy zaszło, odkąd wymówiłam te słowa. Zdaje się, że już rok upłynął! — odrzekła Małgosia zajęta błogiemi marzeniami, unoszącemi się ponad tak poziomą rzeczą, jak jest chleb z masłem.
— Radość nastąpiła tuż po smutku, i jakoś mi się zdaje, że to początek wszelkich zmian! — powiedziała pani March. — W wielu rodzinach przypada niekiedy rok pełen wypadków, i ten był takim dla nas, ale bądźcobądź dobrze się kończy.
— Mam nadzieję, że następny skończy się lepiej! — mruknęła Ludka, której bardzo było przykro, iż Małgosia tak się zajmuje kimś obcym w jej oczach — mając bowiem do niewielu osób serdeczne przywiązanie, bała się stracić ich uczucie, lub się niem z kim dzielić.
— Spodziewam się, że trzeci rok skończy się jeszcze lepiej; i z pewnością tak będzie, jeżeli go dożyję, by uskutecznić me plany! — powiedział Brooke, uśmiechając się do Małgosi, jakgdyby odtąd nie istniały dla niego niemożliwości.
— Czy nie zbyt daleki termin? — spytała Amelka, bo jej pilno było do wesela.
— Tak wiele mam jeszcze nauczyć się przedtem, że mi się nie zdaje dalekim, — odparła Małgosia ze słodką i nową powagą.
— Ty będziesz tylko czekać, a ja pracować, — rzekł Jan, zaczynając swe trudy od podniesienia jej serwety, z takim wyrazem twarzy, że Ludka potrząsnęła głową. Gdy się w tej chwili zatrzasnęły frontowe drzwi, pomyślała z ulgą w sercu.
— Idzie Artur, przynajmniej pogawędzimy rozsądnie.
Ale się omyliła, wbiegł bowiem ożywiony, z wielkim weselnym bukietem dla „pani Janowej Brooke“, i widocznie przekonany, że ta sprawa została przyprowadzoną do skutku przez jego zręczne starania.
— Wiedziałem, że się stanie według życzeń Brookeʻa, bo się zawsze tak kończy. Jak co postanowi to musi dokonać, choćby świat się zapadł! — rzekł po złożeniu daru i powinszowań.
— Bardzo jestem obowiązany za to świadectwo, które przyjmuję jako dobrą wróżbę, i nie odkładając proszę cię na wesele, — odparł Brooke, będąc gotów w owej chwili żyć w zgodzie z całą ludzkością, nawet ze swym psotnym uczniem!
— Przybyłbym na ten dzień choćby z końca świata, bo sam widok Ludki byłby wart długiej podróży. Niewesoło wyglądasz, moja pani, o cóż ci chodzi? — spytał idąc za nią w kąt pokoju, podczas gdy wszyscy powstali na przyjęcie pana Laurence.
— Nie cieszy mię ten związek, ale postanowiłam cierpieć w milczeniu, — rzekła uroczyście, i dodała drżącym nieco głosem. — Nie możesz sobie wystawić, jak mi przykro wyrzec się Małgosi.
— Nie wyrzekasz się jej całkowicie, tylko w połowie, — pocieszał ją Artur.
— Już nigdy nie będzie to samo; straciłam najdroższą przyjaciółkę, — rzekła z westchnieniem.
— W każdym razie masz mnie; wprawdzie nie na wiele się przydam, ale będę przy tobie całe życie, daję ci na to słowo, — rzekł z głębokiem przekonaniem.
— Wiem i wdzięczna jestem; tyś był zawsze dla mnie wielką pociechą, Teodorku, — odpowiedziała, czule ściskając go za ręce.
— Nie bądźże smutna, bo to zacny chłopiec. Jak widzisz, wszystko idzie dobrze: Małgosia jest uszczęśliwiona, Brooke prędko się urządzi, dziadek mu dopomoże, i bardzo będzie miło widzieć Małgosię we własnym domku. Jak się stąd wyniesie, będziemy się bawić doskonale, bo niedługo skończę kolegjum, a wtenczas pojedziemy zagranicę, lub na jaką ładną wycieczkę. Czyby cię to nie pocieszyło?
— Owszem, przynajmniej tak mi się zdaje, ale któż wie, co się może stać w ciągu trzech lat? — rzekła, wpadając w zamyślenie.
— Prawda! czy nie chciałabyś sięgnąć okiem w przyszłość, i przekonać się, gdzie wówczas wszyscy będziemy? Ja pragnąłbym bardzo, — odparł Artur.
— A ja nie, bo mogłabym zobaczyć co smutnego, a teraz wszyscy tak radośnie wyglądają, że nie przypuszczam, żeby im o wiele było lepiej. Zwolna powiodła oczami wkoło pokoju, i rozjaśniała się coraz bardziej, bo widok był przyjemny.
Rodzice siedzieli razem, spokojnie przypominając sobie pierwszy rozdział swego romansu, zaczętego przed dwudziestu laty. Amelka rysowała narzeczonych, którzy się odosobnili we własnym pięknym świecie, rzucającym blask na ich twarze z takim wdziękiem, że młoda artystka nie zdołała go odwzorować. Eliza leżała na sofie rozmawiając wesoło ze starym przyjacielem, który trzymał jej rączkę, jakgdyby czuł, że ona posiada władzę prowadzenia go po cichych drogach, jakiemi sama chodzi. Ludka dumała na ulubionem niskiem krzesełku, z poważnym, spokojnym wyrazem twarzy, który ją najbardziej zdobił, Artur, oparty o poręcz krzesła, z brodą narówni z jej kędzierzawą główką, uśmiechał się przyjaźnie i robił znaki głową naprzeciw dużego zwierciadła, odbijającego ich oboje.
Zasłona spada na Małgosię, Ludkę, Elizę i Amelkę ugrupowane w ten sposób; czy się kiedy podniesie znowu, będzie to zależeć od przyjęcia, jakiego dozna pierwszy akt domowego dramatu, nazwanego „Małe kobietki“.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.