Mściwy karzeł i Masław książę mazowiecki (1912)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Krasiński
Tytuł Mściwy karzeł i Masław książę mazowiecki
Podtytuł Powieść narodowa
Rozdział IV
Pochodzenie Pisma Zygmunta Krasińskiego
Data wydania 1912
Wydawnictwo Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów; Częstochowa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Książę Masław, otoczony rycerstwem, siedział obok Joanny z Gozdawy, a dokoła na niższych krzesłach siedziały panie i dziewice jej dworu, uśmiechając się z przymileniem do wojowników, biesiadą i ich oczami zajętych. Przepych naczyń i sprzętów, blask lamp i pochodni czarujący dawały obraz, i Joanna na łonie wesołego towarzystwa i najdzikszego w owych czasach książęcia o swoich zapomniała zbrodniach. Na widok Zbisławy i Jordana pobladły jej lica, a oczy wściekłością się zaiskrzyły. Wydała krzyk straszliwy, wtem młody rycerz, wiodąc za rękę dziewicę, postąpił do Masława, i oddawszy mu pokłon prosił o wysłuchanie i sprawiedliwość.
— Przez pioruny i piekło — odparł Masław — zwykliśmy ją wymierzać różnemi sposobami. Sztylet, trucizna, szubienica, więzienie i kajdany w naszej są mocy, i cóż ci z tego do smaku przypada?..
Poznał rycerz zimną obojętność książęcia i natychmiast śmiałą przybrawszy postawę: Masławie — rzekł donośnym głosem — słuchaj a sam wyrok naznaczysz, — i opowiedział wszystko, nie zważając na krzyk i mdłości Joanny. Masław mu też nie przerywał, cieszył się owszem w duchu, że wydarzyła się sposobność złupienia zamku Gozdawskiego.
— A teraz ogłoś wyrok! — zawołał Jordan.
— Przez szatana i koniec świata, wymierzę ci sprawiedliwość, ale nie wprzódy, aż mi odstąpisz swoją dziewicę.
To mówiąc, powstał z miejsca Masław, i zbliżywszy się do przerażonej Zbisławy, zarzucił na jej szyję stalą okryte ramiona; lecz go natychmiast odepchnęła silna ręka Jordana i szlachetny kochanek, dobywszy tylekroć już doświadczonego oręża, wzniósł go nad głową księcia.
— Czy sądzisz, że do mojej sprawiedliwości należy pojedynek o dziewicę, między książęciem i prostym rycerzem, między panującym i poddanym — zawołał Masław z hucznym i szyderczym śmiechem. — O! nie!... Lecz ci pokażę, że umiem sądzić i wymierzać sprawiedliwość. Odstępujesz mi tę dziewczynę?...
— Pierwej sępy paść się twojem cielskiem będą — krzyknął rycerz — pierwej się ziemia rozstąpi i ten gmach zapadnie!...
— Że gmach się zapadnie, to nieźleś zgadł, mój junaku! — odparł z zimną krwią Masław — lecz o sępach i ziemi źle ci się udało. Pomyśl jeszcze przez chwilę, może co lepszego powiesz!...
— Szabla ci moja za mnie odpowie — krzyknął przywiedziony do ostateczności Jordan — i uderzył silnie w pancerz księcia, lecz cięcie poszło płazem i Masław niewzruszony pozostał na miejscu.
— Uwięzić go! — zawołał do swoich — mieć na baczności tego zuchwalca, żeby się nie wymknął!
Na te słowa rzucili się na Jordana rycerze i odebrawszy oręż, otoczyli go dokoła.
— A ty, piękna dziewczyno — zapytał Masław — chceszli być moją? teraz jestem w niedostatku kochanki, bo ta — dodał, wskazując na Joannę, — zanadto krew lubi i kto wie, czyby kiedy nie zażądała i mojej...
— Kto?... ja! ja mam byc twoją! — wolała przerywałam głosem Zbisława — nie!... nie!... ja pogardzam tobą! ja brzydzę się tobą!... precz!... precz odemnie.
— A więc dobrze! nikogo przymuszać nie lubię. Rycerze! żołnierze! nasz to jest zamek, rabunek i łupież dozwolona, pamiętać przecież, że mi jedna część należy jako wodzowi, druga jako księciu, trzecia jako waszemu panu i dobroczyńcy, a czwarta... czwartą wam daruję!
W mgnieniu oka zdarto kosztowne obicia i osłony okrywające komnaty; pozabierano drogie kobierce, naczynia, statki, pieniądze, klejnoty i wszystko, co było w Gozdawskich murach.
— Teraz — rzekł Masław — przywiązać przed przysionkiem do owych kamiennych słupów wszechwładną panią Gozdawy, tego rycerza, tę dziewicę, ha! i tego karła także, bo któżby usługiwał Joannie w podróży, w którą ją wysyłamy. Hej dzieci! żwawiej do łuczywa i pochodni! niech wszystko ogień ogarnie! tylkoż prędzej, prędzej! nie tak opieszale, bo i czwartą część zabiorę!...
— A teraz, Handzo z Budyszyna, i wy panowie — rzekł, obracając się do przybocznych wojowników — na konie! i za mną! Staniemy zdaleka, albo też lepiej zblizka, bobyśmy ich krzyków nie słyszeli.
Jordan nie utracił odwagi i szedł na śmierć z taką śmiałością, z jaką przed niedawnemi jeszcze czasy spotykał nieprzyjaciela. Bezbronny, otoczony siepaczami, prowadząc za rękę Zbisławę, zbliżał się do przeznaczonego sobie miejsca, kiedy książę siadał na konia, a uściskawszy czule kochankę: Masławie! — zawołał — przyjdzie czas i dla ciebie, i choć zapóźno, pożałujesz okrucieństw twoich!
Joanna i karzeł postępowali w milczeniu, ale na ich twarzach malowała się straszliwa bojaźń cierpień przyszłego żywota i godnych zbrodni swojej udręczeń.
Zawarto bramy zamku, podłożone ognie dokoła gmach ogarnęły, i płomień wzbił się do góry.
Lecz nim ofiary uległy swemu przeznaczeniu, jeszcze raz Jordan uściskał Zbisławę: Musimy umrzeć — dodając z wzruszeniem, nie bez stałości przecież, — ale duchy nasze złączą się w Niebie, a tam żadna przemoc ziemska rozdzielić nas nie potrafi! Żegnam cię, o luba! niedługo obaczymy się znowu! uściskała go nawzajem Zbisława, chciała także coś wyrzec, ale żołnierze rozstać się im kazali.
Gonda przywiązany do słupa z dzikością poglądał na Joannę z Gozdawy, a gdy już ogień przedsionki obejmować zaczął: ha! ha! — zawołał piekielnym głosem — jak się świetnie pani moja w płomieniach wydaje. Na szatana! płeć jej od lilii bielsza! szkoda, że ją dym okopci!... krwi trochę! krwi trochę!... Te były ostatnie jego słowa. Już wszyscy stali się pastwą płomieni.
Gdy ta okropna scena w zamku się odbywała, Masław, Handza z Budyszyna i inni rycerze, stojąc u stóp wzgórza Gozdawskiego, przypatrywali się ogniowi. Aż nareszcie, gdy ogień przygasł: Przez pioruny i piekła — zawołał Masław, — czasby się przespać, jużeśmy długo biesiadowali, a dobre miała wino Joanna... i to mówiąc, spiął konia ostrogą i pojechał gościńcem ku wiosce prowadzącym — a za nim rycerze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Krasiński.