Młynarz z Zarudzia/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Młynarz z Zarudzia
Podtytuł Obrazek wiejski
Wydawca Skład główny w księgarni М. A. Wizbeka
Data wydania 1897
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Mogiła Wojciecha dobrze już trawą porosła, a biały krzyż, na niej postawiony, poczerniał.
Od czasu, w którym stała się zbrodnia w Zarudziu, upłynęło dwa lata, a jednak nawet śladów mordercy nie wykryto.
Ludzie bąkali coś pomiędzy sobą, szeptali, może mieli jakieś domysły, lecz że nikt zbójcy na uczynku nie złapał i za ręce go nie pochwycił — więc nie odzywali się głośno. Przytem i złe czasy nastały, więc każdy własnemi zmartwieniami głowę sobie zaprzątał. Różne klęski spadły przez te dwa lata na wieś. Nieurodzaj, grad, pomór na bydło, ciężkiem brzemieniem zwaliły się zarówno na włościan, jak i na kolonistów niemców. Chłopi łatwiej jeszcze te klęski znosili, gdyż byli między nimi ludzie zasobni, mający jaki taki grosz na ciężką godzinę, ale niemcom było trudniej. Co mieli gotówki, to wydali na kupno gruntu, za który nawet jeszcze nie zapłacili wszystkiego, licząc na to, że się zboże urodzi i że dług z dochodów spłacą.
Nadzieje te w zupełności zawiodły. Poprzedni właściciel upominał się o resztę należności, przynaglał, sądem groził.
Kilkakrotnie Fryc jeździł do niego i o zwłokę upraszał — ale napróżno.
Niemcy byli przygnębieni i smutni, a nawet krzywem okiem spoglądali na Fryca za to, że ich tu na złą dolę sprowadził. Młynarz pocieszał ich, doradzał wytrwałość, niektórym z własnej kieszeni pożyczał pieniędzy i obiecywał, że las sprzeda i z tego resztę należności poprzedniemu dziedzicowi zapłaci.
Nie była to jednak łatwa rzecz owa sprzedaż, a Fryc przekonał się o tem zapóźno. Truło go to ogromnie, sypiać po nocach nie mógł, martwił się.
W usposobieniu jego, nawet w powierzchowności zaszły w ostatnich czasach wielkie zmiany: przygarbił się, postarzał, opuścił. Rozmawiając z ludźmi, nie patrzył im prosto w oczy, ciągle oglądał się po za siebie, jakby go jakieś widmo straszyło.
Przez całe noce światło w młynie nie gasło. Dziwili się temu ludzie i szeptali między sobą, że Fryc z djabłem jakieś konszachty mieć musi... albo, że go jakiś robak toczy i dręczy...
W dodatku spotkało go nowe nieszczęście. Ów Jacek niemowa, głupkowaty, a jak ludzie mówili, opętany, zaczepiał go przy każdem spotkaniu, patrzył na niego błędnemi oczyma, wygrażając mu pięścią lub kijem.
Raz na jarmarku uderzył go nawet wobec mnóstwa ludzi.
Fryc ujął się za swój honor i pociągnął niemowę do burmistrza.
Tam Jacek wrzeszczał jeszcze bardziej; wymachiwał rękami, pokazywał na Fryca, uderzał się po głowie i rzucał na ziemię. Chciał coś opowiedzieć, coś wyznać, a im bardziej się zapalał, z tem większą trudnością chrapliwe słowa wydobywały mu się z gardła, krew uderzała do głowy, oczy wychodziły na wierzch, — pienił się, jak szalony.
Burmistrz myśląc, że ma do czynienia z pijanym lub szalonym, kazał go zamknąć do kozy. Sześciu silnych ludzi ledwie zdołało wepchnąć biedaka do izby z zakratowanemi oknami.
Zamknięty nie uspakajał się, krzyczał, jak opętany, szarpał kraty w oknie, rwał na sobie ubranie, wściekły, że go ludzie zrozumieć nie mogą.
A on chciał im tylko coś powiedzieć — parę słów powiedzieć, chciał wyjawić to, o czem wiedział, czego może był świadkiem naocznym — i szalał z bólu i żalu, że jest pozbawiony mowy, że nie może wyrazić tego, coby wyrazić pragnął.
Nakrzyczawszy się, naszarpawszy kraty napróżno, runął na ziemię i zasnął.
Nazajutrz, gdy stróż otworzył drzwi aresztu, biedny niemowa był zupełnie spokojny. Uśmiechał się tylko głupkowato i milczał.
Stróż dał mu znak ręką, że może wyjść. Jacek pozbierał swoje torby, zawiesił je na plecy i odszedł tak spokojnie, jak gdyby nic nie zaszło.
Wychodząc z miasteczka, bawił się krzesiwkiem, jak dziecko, — uderzał stalą o krzemień i zadmuchiwał iskry, a przytem śmiał się głośno.
Gromada żydziaków odprowadziła go za miasteczko, krzycząc hura! rzucając na niego grudkami ziemi i błotem.
On jednak nie zważał na to: szedł spokojnie, powoli, krzesząc iskry i śmiejąc się do nich, tak jak małe dziecko śmieje się do grzechotki, lub do błyszczącego cacka. Wyszedłszy za miasto, nie udał się gościńcem, lecz poszedł miedzami, kierując się w stronę Zarudzia.
Noc głęboka zapadła. Wioska była uśpiona, nawet stróże nocni chrapali, jak najęci, leżąc na przyzbie pod karczmą. Od czasu do czasu pies szczekał, lub puszczyk się w starej budowli odezwał, i znowuż nastawało milczenie.
Powietrze było spokojne, tylko ze strony wschodniej lekki i ciepły wietrzyk pociągał i kołysał gałązkami drzew.
Nagle na dachu młyna pokazał się płomyk; mały z początku i blady, jak błędny ognik na pobojowisku: to błyskał, to znikał, jakby sobie żeru szukając; nareszcie uczepił się starych, zeschłych gontów, ugryzł je aż trzeszczeć zaczęły, rozszerzał się, wzmagał, rozlewał, jak woda, po spadzistej dachu powierzchni, wreszcie strzelił w niebo słupem ognistym i oświetlił staw, las, łąki i całą okolicę dokoła. Zrobiło się jasno, jak w dzień, spłoszone ptaki zerwały się z gałęzi i fruwały w powietrzu, trwożne, niewiedząc gdzie się podziać i dokąd lot swój skierować.
Jacek-niemowa z głupkowatym uśmiechem siadł niedaleko na wzgórku pod lasem, krzesał ogień krzesiwkiem, w dłonie klaskał i śmiał się ciągle jak dziecko.
Ogień przebudził mieszkańców młyna z twardego snu.
Napół nadzy, przerażeni, wybiegli oni z płonącego budynku, płacząc i miotając się w rozpaczy. Fryc tylko, jak skamieniały, załamawszy ręce, przyglądał się zniszczeniu swego mienia tak spokojnie napozór, jak gdyby go ta strata nic nie obchodziła. Nie płakał, nie krzyczał; nie próbował ratować, ale stał jakby skamieniały. Zbladł jak płótno i ręce opuścił bezwładnie. Przybiegli ludzie z kolonji i ze wsi, kościelny w wielki dzwon na trwogę uderzył, ale o ratowaniu nie było co myśleć.
Ogień z szybkością pożerał wiązania, belki i ściany. Dach zapadł się z trzaskiem, miljony iskier uniosły się w górę, dym buchnął kłębem gęstszym, czarniejszym, i całe mienie młynarza zginęło bezpowrotnie.
Jeden kolonista dostrzegł Jacka, siedzącego na wzgórku i bawiącego się krzesiwkiem; krzyknął na innych i pobiegł ku niemu. Szturchali, popychali podpalacza, ale on przyjmował to obojętnie i ciągle się śmiał.
Gdy go przyprowadzono do pogorzeliska, gdy ujrzał, że z całego młyna tylko czarny, okopcony komin pozostał, nie mógł radości swej utaić: podskakiwał do góry i klaskał rękami jak dziecko.
Potem chwycił Fryca za połę i, bełkocząc coś niezrozumiale, ciągnął go, pokazując w stronę łączki, na której przed dwoma laty Wojciech został zabity.
Oczy młynarza błysnęły strasznym blaskiem, zachwiał się, zbladł jak kreda i silnem uderzeniem pięści odrzucił niemowę daleko.
Jacek padł na ziemię, a patrzącym zdawało się, że już nie wstanie o swej mocy, tak bowiem silnie był pchnięty. Lecz niemowa widocznie twardą miał naturę. Ryknął przeraźliwym głosem, zwinął się w kłębek jak gadzina, a potem nagle, gdy się tego najmniej spodziewano, skoczył na Fryca, chwycił go rękami za faworyty, drapał tak, że niemiec padł na ziemię, nie mogąc się obronić.
Zaledwie zdołano wydrzeć go ze strasznych objęć niemowy. Podrapany, pokrwawiony, Fryc uciekł do najbliższej kolonji, a Jacek uspokoił się i znowuż patrzał przed siebie bezmyślnie, i znowuż śmiał się jak wprzódy.
Jako podpalaczowi, schwytanemu prawie na gorącym uczynku, związano ręce. Nie bronił się wcale i bez oporu dał się odprowadzić do gminy, gdzie zamknięto go w areszcie.
Tam rzucił się na garść słomy, służącej aresztantom za posłanie, i zasnął ciężkim, twardym snem.
Piękny ranek zajaśniał nad rumowiskiem spalonego młyna. Słońce weszło wspaniałe, złociste, białe opary wlokły się nad łąkami, z głośnem świergotaniem krzątały się ptaszęta, wzburzyła się woda w stawie i w rzeczułce, a każda kropla rosy na trawie jaśniała blaskiem, niby kosztowny djament. A wśród tej zieloności pięknej, nad wodą osrebrzoną, mieniącą się od blasku słonecznego, okopcony komin stał w pośród zgliszczów, a z tlejących jeszcze na pogorzelisku belek i krokwi podnosił się dym gryzący. Nad brzegiem stawu głośno płakała Frycowa, dzieci wystraszone tuliły się do niej.
Młynarz w stodole najbliższego kolonisty leżał na słomie rozgorączkowany, rzucał się, mówił od rzeczy i wymachiwał rękami. Kilku niemców z przerażeniem słuchało jego słów urywanych, bez związku rzucanych w malignie. Spoglądali oni to na Fryca, to na siebie, i zdawało im się, że rozjaśnia się przed nimi straszliwa jakaś tajemnica.
I we wsi szemrać zaczęto. Zachowanie się niemowy dawało dużo do myślenia. Dlaczego, — pytano — ów Jacek żebrak, kaleka, taki spokojny dotychczas, ów Jacek, który nigdy nikomu wody nie zamącił, który nawet małemu dziecku przykrości nie zrobił, który każdemu najgrzeczniej z drogi ustępował — naraz stał się podpalaczem i z taką zawziętością straszną rzucał się na młynarza?
Zaczęto przypominać sobie szczegóły pogrzebu Wojciecha, dziwne zachowanie się niemowy wówczas i przypomnienia te naprowadzały na domysł, że Fryc albo sam zabił Wojciecha, albo też do tej zbrodni należał. Zapewne niemowa, który włóczył się nocami po łąkach i lasach, musiał być świadkiem tego morderstwa.
— Trzeba dać znać do sądu — rzekł sołtys w kilka dni po opisanym wypadku.
— Aha, dajcie — odpowiedział sąsiad — i co z tego? Niemowa choćby i co wiedział, nie powie, bo nie może, i będzie tylko włóczenie się próżne i mitręga. Niech go tam psy zjedzą tego niemca! Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, zapłaci mu za krzywdę, którą nieboszczykowi wyrządził.
— Zawsze — wtrącił inny włościanin — lepiej podać do sądu; poco taki zbójca między nami ma być? Zabił Wojciecha, a potem może jeszcze was zabije, albo sołtysa, albo mnie. Pasuje mu nie na roli siedzieć, tylko w kryminale, a ja wam powiadam, że ta Wojciechowa śmierć, to jego sprawka, przysiągłbym...
— Pewnie, że nie czyja, tylko jego.
— Ja zaraz miarkowałem, że to tak, ale jak się za rękę nie złapało, to trudno.
— Lepiej będzie go odstawić do sądu. Pójdźmy tedy z sołtysem i weźmy go.
Chłopi zaczęli się naradzać i namyślać. Stanęło na tem, że sołtys miał pojechać do gminy i, jeżeli wójt uzna przypuszczenie za słuszne, to nazajutrz rano Fryc zostanie odstawiony do więzienia.
Sołtys i dwaj gospodarze pojechali zaraz do gminy, i po naradzie z wójtem postanowiono, nie czekając ranka, Fryca uwięzić i oddać w ręce sprawiedliwości.
Pośpieszyli co prędzej, nie mogli bowiem pogodzić się z myślą, żeby zabójstwo Wojciecha miało ujść bezkarnie, żeby morderca nie odpokutował swojej zbrodni.
Wzięli ze sobą strażnika i popędzili co konie wyskoczą, tak, że jeszcze przed północą byli na kolonjach zarudzkich.
Jeżeli jednak gospodarzom bardzo szło o to, ażeby śmierć Wojciecha została pomszczoną, to Frycowi również zależało na tem, ażeby z sądami do czynienia nie mieć. Rozumiał on bardzo dobrze, że postępowanie niemowy rzucało na niego podejrzenie, które mogłoby go łatwo przed kratki sądowe zaprowadzić.
Obawiając się sądu i kary, czując się winnym ciężkiej zbrodni, Fryc uciekł zawczasu i zniknął jak kamfora.
Najusilniejsze poszukiwania w całej kolonji nie doprowadziły do rezultatu; przepadł, jak kamień w wodę.
Na zapytanie wójta, Frycowa odpowiedziała głośnym płaczem, koloniści zaś twierdzili, że nie wiedzą nic o swoim przywódcy.
— Zapewne ze zmartwienia, że go takie nieszczęście spotkało, — mówili — uciekł gdzie w las i może sobie życie odebrał, a może padł ze znużenia i wilki go rozszarpały.
Rozesłano ludzi w różne strony, rozpytywano się po drogach, szukano w lesie. Napróżno. Fryc przepadł i już go nigdy w Zarudziu nie widziano.
Żoną jego i dziećmi zaopiekował się najstarszy z kolonistów, Wilhelm Knoch, który też podjął się interesa wszystkich kolonistów prowadzić. Nie było to łatwe zadanie.
Dawny właściciel Zarudzia, nie mogąc należności swej od niemców odebrać, zagroził kolonistom wywłaszczeniem.
Zapowiedział im, że skoro nie płacą, to będą zaskarżeni do sądu i zmuszeni do opuszczenia gruntów, na których się osiedlili.
Ciężki czas przyszedł na nich: pieniędzy nie mieli, brakło im Fryca, który wszystkie interesa dotychczas prowadził i swoim sprytem umiał ich z kłopotów wyciągnąć.
Pisali też listy do swoich, do krewniaków, chcąc, aby przyjechali co rychlej i ziemię od nich odkupili, sami zaś mieli zamiar dalej na wschód wędrować, gdzie grunt tańszy, a dorobek łatwiejszy. Taka sprzedaż, jak wiadomo, nie dokonywa się tak prędko — czasu na nią potrzeba. Zresztą, skoro tylko jaki niemiec przywędrował, dowiedziawszy się od żydów o sprawach i zatargach, zmykał gdzie pieprz rośnie i nie chciał słuchać o kupnie.
Spalonego młyna nikt nie odbudowywał, a i Frycowa z dziećmi wyniosła się z kolonji. Pojechała zapewne za granicę do męża, a przyciśnięci potrzebą koloniści, zaczęli sami zaczepiać włościan i proponować im kupno.
Pan adwokat, dowiedziawszy się o tem, natychmiast do Zarudzia przyjechał.
— Co wy robicie, ludzie?! — zawołał, wpadłszy do izby sołtysa.
— Co mamy robić?
— Podobno kupujecie grunta od niemców?
— Ha — rzekł sołtys — jakby nie chcieli drogo, to dlaczego nie?
— Durny wy naród! — rzekł z politowaniem pan adwokat — i cóż wy będziecie kupowali?
— Co? juści wiadomo co... łąki, grunt, las, wszystko, co należy do majątku.
— I będziecie za to pieniędzmi płacili?
— Toć pewnie, że nie śmieciami.
— Ha! ha! — rozśmiał się doradca — głupi wy ludzie, powtarzam, że głupi.
— Dla czego mamy być głupi?
— Bo widać pieniędzy macie za dużo.
— Ani za dużo, ani za mało, trocha jest.
— I chce wam się płacić za to, co i tak wasze?
— Ale! tak samo pan gadał, jak niemcy kupowali, że to nasze, a jednak kupili i siedzą, i jest ich, i nieboszczyk Wojciech przez nich marnie zginął i bez świętej spowiedzi życie skończył. Teraz oni znów chcą sprzedać, a pan znowu powiada, że nasze.
— A jakbyś wiedział, że wasze.
— Chyba, że nie nasze, skoro było wprzódy dziedzicowe, a teraz jest niemców, a dziś, jak my nie kupimy, to będzie znowu niemcowe, albo żydowskie, albo czyje, według tego, kto się napatoczy i kupi.
— Głupi wy, prawujcie się, to nikt nie kupi.
— Eh, panie! co z tego prawowania? Jeno mitręga, włóczęga i koszt.
— Opłaci się! słowo honoru.
— Ale! pan nam tylko gruszki na wierzbie pokazuje, ino w gębie oskoma, a w brzuchu pusto; a tak, jak człek kupi, to będzie przynajmniej wiedział, że ma swoje; będzie orał, siał, pana Boga chwalił i spał spokojnie bez kłopotu.
Niech nam pan po próżnicy głowy nie zawraca, wiemy my o tem dobrze, że nietylko ziemi, ale nawet patyka cudzego zabierać nie można, i że majątków nie dostaje się darmo. Niech pan ze swoją mądrością idzie gdzieindziej, jużeśmy się poznali na niej, co ona warta.
— Widzę, że was któś nabuntował.
— Co miał buntować?
— Ty mnie, braciszku, nie okpisz; mam ja nos.
— Wiadomo, że pan ma nos, i to porządny, niby ogórek po świętym Jakóbie; ale my woleliśmy poradzić się takiego, co ma głowę.
— Patrzaj go, jaki mądry! o głowie rozprawia, a sam bez głowy chodzi.
Chłop się roześmiał.
— Nie będziemy pożyczali głowy od pana, — rzekł, — dość już tego okpiwania.
— Co to! obelgi?! Skarżyć będę! Do kryminału was wsadzę!
Walenty powoli zbliżył się do doradcy, ujął go za ramię, obrócił ku drzwiom i wypchnął na ulicę...
— Oto droga do sądu — rzekł spokojnie.
— Ach! łajdaki, bydło! ja was nauczę rozumu! — wrzeszczał obrażony doradca — ja was!...
Ogólny śmiech był mu odpowiedzią.
Pan adwokat wszakże, zamiast do sądu, powlókł się na kolonje do niemców i długo bardzo z nimi rozmawiał, widocznie zachęcał ich do procesu i swoim zwyczajem złote góry obiecywał, ale snać nic nie wskórał, gdyż mu nawet furmanki do miasta nie dano i, jak nie pyszny, pieszo musiał powracać.
Włościanie wiedzieli już, czego trzymać się mogą. Walenty pamiętał to, co mówił mu niegdyś nieboszczyk Wojciech. Udał się do starego rejenta i u niego znalazł radę poczciwą, a bezinteresowną. Dowiedział się od niego, że niemcy nie mieli tyle pieniędzy, ile trzeba było na kupno, że Fryc rachował na to, że las sprzeda, a grunta będzie miał za darmo, ale nie dopatrzył tego w hypotece, że znaczna część lasu jest w procesie, w kontrakcie, i że na skutek tego sprzedać go nie można.
— Niemcy mnie nic nie obchodzą, — rzekł w końcu staruszek, — ale jeżeli wy kupić ten majątek chcecie, to ja wam dopomogę zgodnym sposobem spór o las załatwić. Zbierajcie pieniądze tedy i kupujcie.
Tak się też stało. Przy pomocy i radzie rejenta włościanie kupili kolonje, a niemcy, zebrawszy manatki, powędrowali na wschód szukać tańszej ziemi i szczęścia.
Rozstano się w sposób zgodny; chłopi nie pożałowali im nawet furmanek do kolei. W kilka tygodni po wyjeździe szwabów Zarudzie odmieniło swoją postać. Domy i zabudowania kolonistów poznoszono, niektóre zaś przerobiono na swojski ład. Młyn odbudowano; jest on teraz dużo większy, nowe, białe jeszcze, koła kręcą się prawie ciągle, spieniona woda spada z nich, burzy się i kłębi jak w odmęcie.
I młynarz jest nowy; wyszukano go w sąsiednim powiecie. Sławny to na całą okolicę mechanik, podobno nawet od biedy zegar potrafi naprawić, umie też wasągi wikliną wyplatać i inne delikatne roboty wykonywa.
Wieś cała dumna jest, że takiego majstra posiada, okolica jej zazdrości. I słusznie, bo młynarz wyuczył kilku chłopaków pleść kosze i na każdy jarmark posyła te wyroby. Półkoszki zarudzkie zjednały sobie rozgłos, i każdy gospodarz o nie się stara.
Jako jedyna pamiątka po niemcach, zostało kilkadziesiąt drzewek owocowych. Młodzizna to jeszcze, niewiadomo co z niej wyrośnie; ale chłopi podzielili się niemi i poprzesadzali do swych ogródków — ciekawi, jak „niemieckie gruszki“ smakować będą...
Dobrze jest we wsi, zgodnie, spokojnie, cicho; życie płynie jednostajnym trybem — niby strumyk wśród łąki.
Niemowę nie długo trzymali w więzieniu. Sąd widział, że ma biednego szaleńca przed sobą i kazał, żeby go do szpitala oddano. Tak się też i stało; ale szpitalne wygody nie smakowały Jackowi, wolał widocznie ciągłą tułaczkę, wolał się włóczyć po polach i lasach... Przy pierwszej też sposobności uciekł.
Co prawda, nikt go nie gonił i do powrotu nie zmuszał, więc też biedny niemowa przywlókł się w swoje strony, bardziej jeszcze obdarty i wynędzniały, niż dawniej, ale uśmiechnięty, wesoły. Ktoś mu z litości dał starą sukmanę, to miał czem grzbiet okryć, a chleba w każdej chałupie dostał.
Fryc przepadł, jak kamień w wodę. Od czasu spalenia się młyna, nikt już o nim we wsi nie słyszał, przypuszczali ludzie, że go djabeł żywcem pochwycił i zabrał jak swego.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.