Mądrość i pogoda L. Staffa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romuald Minkiewicz
Tytuł Mądrość i pogoda L. Staffa
Pochodzenie U wiecznych wrót tęsknicy
Data wydania 1910
Wydawnictwo Kasa Przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich; Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Romuald Minkiewicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron

Romuald Minkiewicz - U wiecznych wrót tęsknicy p081.jpg
III.
KWIAT —
CHIMERA
CZYLI
MĄDROŚĆ
I
POGODA
LEOPOLDA
STAFFA
(Studjum rewelacyjne)
Romuald Minkiewicz - U wiecznych wrót tęsknicy p083.jpg


»Na beznadziejny bólów ból skazany:
Szukanie szczęścia — wędrowiec tułaczy« —

— człowiek, któremu nawet »w korony obręcz żelazne młoty« Niewidzialnego, nieubłaganego kata — Losu — wkuwają gwoździe, przeraźliwie długie gwoździe, by snać korona nie spadła na załomach drogi ciernistej, głazami gęsto usianej, w nieskończoność idącej, błędnej, obłędnej drogi... życia człowieczego...
na beznadziejne szukanie skazany, wić się musi w męczarniach i jak pies bity skowytać, i łkać i modlić się na klęczkach, i zrywać się w buncie rozpacznym i kląć i złorzeczyć, i znowu padać i wić się, i konać w udręce i niemocy...
Bo życie jest przeraźnie obojętne, bezduszne i bezwzględne, zabójczo bezwzględne... bowiem jest »jeno życiem«, potęgą ślepą, straszną rozpędem Koła niewzruszonych praw swoich, którego ciosów miażdżących żaden nie ujdzie wędrowiec, — i biada mu! niemasz dla niego ratunku, jeśli nie znajdzie w sobie, w samotnej duszy swojej, mocy odpornej i niezniszczalnej, jeśli nie stworzy sam sobie, nie wyłoni z własnej głębi, potęgi ukojnej i ciszy pogodnej... jeśli nie zdobędzie, nie wyrości różdżki oliwnej, za której dotknięciem

»w dolę niedola się zmienia«,

różdżki, wieczyście mu odtąd kwitnącej nieprzebraną` łaską czarów.
Tą »gałąź kwitnącą«, z pośród poetów doby naszej, niesie w dłoni z pieśnią na ustach — Leopold Staff.
Staff jedynie.
Trudem twardym ją wyrościł w ogrodzie bujnym swej duszy, trudem nieustannym

»co nie jest jarzmem, jeno dumą i nadzieją«,

trudem znojnym, którego

»uczył się od wsi cichych«.

»Zapracował sobie ciszę i pogodę «.

(Dzień duszy).

Męką serdeczną i trudem, myśli wysiłkiem stężonym, szałem bolesnym tęsknicy i otchłannym smutkiem schodzącej w ciemności swe duszy.
Inaczej zresztą mądrości pogodnej zdobyć nie sposób.

»Jeno cierpieniem twardem w dojrzewań potrzebie
Pracuje duch...«

(Ptakom niebieskim).

Boć radość życia młodzieńcza, organiczna, nie jest pogodą. Jest tylko nieświadomością bólu istnienia. Pod ciosami straszliwego miecza jego nie ostoi się. Z krwią serdeczną spłynie, na stosie szczęścia wraz z ostatnim dymem jego rozwieje się bez śladu...
Daną jest, a dane wszystko odebrane być może.
Pogoda zaś mądrości zdobytą być musi, w trudzie i bólu, w smutku i tęsknocie.

»Znam gorycz i zawody, wiem co ból i troska,
Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,
A jednak śpiewać będę Wam Pochwałę Życia —
Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.

Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,
Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.
Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,
Choć smutne, są pogodne, jako starce w sadzie.
I uczę miłowania, radości w uśmiechu,
W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu.
I pochwalam Tajń życia w pieśni i w milczeniu,
Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu«.

(Gałąź kwitnąca).

I oto »gałąź kwitnącą«, czarodziejską, duch poety, »ptak niebieski« niesie, hojnie z niej płatki wonne, białe siejąc na ziemię zbolałą, na stęsknione ludzkie dusze.
Chwytajmy je! Chłońmy ich woń żywiącą!
Może i nasze umocni serca... lub bodaj wskaże, gdzie umocnienia i pogody szukać...


Na pozór niepodobna kusić się o ujęcie istoty tej mądrości, skoro sam poeta niejednokrotnie oświadcza, iż jest

»niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą sprzeczny«.

(Ptakom niebieskim).
Ale to pozór tylko.

Bowiem już w oświadczeniu tem część jej się mieści.

»Wszystkie wiary kłamią«.

(Ptakom niebieskim).

Jednego jakiegoś, stałego drogowskazu niema, i być nie może,

»bo w każdej rzeczy czuję tajne drogowskazy«.

(Dzień duszy).

Skoro zaś w każdej czuję drogowskazy, więc do znużenia, do wyczerpania ostatecznego

»Słup słupowi odsyła mnie w drogi powrotne...
I nigdy wyjść nie mogę poza drogowskazy«.

Gdym więc tak błąkać się bez końca zmuszony, a w drodze

»sen żaden nie jest wierny... a żaden ból zdradny«

(Ptakom niebieskim).

— nonsensem, głupotą byłoby naiwną szarpać się i targać, szukając stałej drogi, tężąc ramiona na wcielenie snów, zawsze niewiernych, nie dających się nigdy wcielić.

»Wszelki trud na ziemi ginie«.

Głupotą naiwną jest dążyć kędyś, ku czemuś określonemu. Czyż nie lepsza? ach, nie lepsza, bo jedynie możliwa, więc jedynie mądra, odrzucić wszelkie cele, nie wyciągać dłoni daremnie za marą, sakwę duszy opróżnić ze wszelkich zdobyczy, ze wszelkich prawd i dążeń, i zostawić sobie jedynie

»wiecznie niesytą żądzę
Wędrownego tułactwa, szczęśliwej włóczęgi!
Idę po to, by błądzić, więc już nie zabłądzę«...

(Dzień duszy).

I wówczas »drogi« zbyteczne:

»Nie trzeba dróg, bo zewsząd jawne widnokręgi«.

Idę gdziekolwiekbądź, wszędzie, byle w dal, bo

»tam w dal nas zaprasza
Beztroska, dar radosny włóczęgów i ptaków...«

Męka błąkania się bez wyjścia, ból utraty już wówczas nie grożą... A wieleż chwil szczęśliwych, wiele radosnych przygód w tej włóczędze wesołej może się nadarzyć.

»O szczęśliwy potrzykroć kto wszystko utraci!...
My włóczęgi bezdomne nie mamy nic swego
A jakżeśmy cudownie, bajecznie bogaci!

Gdy idąc w drogę biodra sakwami opaszę
Pustemi, wiem: nie stracę nic! żadna mi szkoda!
A Bóg wie, co mi w drodze może się nadarzy!
Bo cały świat to jedna, cudowna przygoda!«

(Dzień duszy).

I oto z tą jedynie

»złotą żądzą,
Co całując mnie w usta budzi w złoty ranek,
Bym szukał, gubił wiecznie, nie znał, co przestanek,
Pytał wszystkich i pukał we wszystkie wrzeciądze.


Czego szukam? Co gubię, znajdując, gdy zbłądzę?
Szczęsnych przygód? Piękniejszych codzień niespodzianek?
Zbieram siebie, hej! zewsząd, jak maliny w dzbanek,
Szczęśliwy, gdy swą pełnię dnia piękną osądzę.

Zgarniam życie tak bujne, tak szczodre szalenie,
Dające skarb najwyższy: Rozkosz i Cierpienie,
Które zbiera miłośnie dusza — pokłośnica«.

(Gałąź kwitnąca).

Tak, i cierpienie zbieram. Oh, nieraz.
I krzywd doświadczam, częstych krzywd od ludzi i rzeczy spotkanych. Boć kamienie i ciernie zostały na drodze. Tylko że teraz znieść to mogę z pogodą, z uśmiechem na ustach, z weselem nawet niekiedy.

»Do końca swej pogodzie musimy być wierni.
Gdyby tu jeno radość była... Jak inaczej
Mógłbyś zejść z drogi swojej nie klnąc wśród rozpaczy,
Gdybyś nie miał kamienia swego i swych cierni?«

(Gałąź kwitnąca).

Lecz skądże sił na zniesienie bólu, ran i krzywd?
A stąd, że po nich radość jest weselszą i chwila szczęśliwa słodszą, i spokój bardziej zacisznym.

»Bez męki pól i ramion skądby słodycz w chlebie?
Najtkliwszą jest opieką wiośnie sroga zima...

Ból to radość, co jeszcze twarzy nie odkryła,
Wesele, co dopiero staje się, dojrzewa...
Cierpkim sokiem jabłeczna słodycz niegdyś była...«

(Ptakom niebieskim).
I stąd jeszcze, że

»Nieszczęście nie zna celu, błądzi w mroczy.
Gdzie słyszy imię swe, tam zwraca oczy...

Nie płaczcie... Duszę, co wpada w rozpacze,
Nieszczęściu smutki zdradzają i płacze...«

(Ptakom niebieskim).

Przyjmujcie je z uśmiechem, a wówczas nie doścignie was, i ból spotkany w drodze już jeno zbogacić może duszę-pokłośnicę, nie targać i miażdżyć.
Wówczas każda fala życia, zła czy dobra, kołysząca do snu czy biczem smagająca, śpiewna czy parskająca śmiechem pian i śliną plująca zjadliwą, każda »rozszerzać« jeno będzie »morze« waszej duszy.
Należy tylko stosunek swej duszy do bólu i krzywdy zmienić, zmienić radykalnie i świadomie:

»Na nowy, krzywdo, ład swój los przestroję!
Odtąd pracować masz na dobro moje...

Mieczowi, który mi wieszasz nad głową,
W rękojeść gałąź wprawiłem wiśniową...

Kruż, któryś jadów nalała rozczynem,
Ja napełniłem słodkich leków winem...

Choć gnębić przyjdziesz duszę mą bezbronną,
Miast zła jej podasz lek i gałąź wonną...

Choć tyś niezmienna, szafarko mąk pilna,
Lecz jam się zmienił i otoś bezsilna!«

(Ptakom niebieskim).
Odtąd kres targaniom się i złorzeczeniom, gniewom i nienawiści, kres rozpaczy i zniechęceniu. Kres na zawsze.

Odtąd bowiem wszystko, spotkane w drodze tułaczej, jest dobre, jakiekolwiek jest: zdrój ożywczy i cierń, spieka i ochłoda, ból i rozkosz, krzywda i usługa, cios z ręki wroga i lek kojący samarytanina...
Odtąd już

»Niema rzeczy złoczynnej, ani dobroczynnej...

...Niema krzywd... Ach, niema więc i przebaczenia,
Słodkiego kwiecia, które smutek w wieniec plecie!«

Jest jeno zrozumienie, że

»Niema winy! Nikogo niema, co jest winny!«

I dusza, obmyta w zrozumienia zdroju krysztalnym, szepce do siebie:

»W dalekim byłam kraju, z dziwnych piłam zdrojów...
Wybiegłam obłąkana w dal, żagwią pożogi
Mścić się krzywd swoich, niosłam strzały i jad srogi,
A wracam miłująca — z dziwnych piłam zdrojów...

— O zabili mi w lesie starą matkę siwą
I ktoś, kto widział zbrodnię, nie pomógł, nikczemny! —
Biegłam mścić się... Znalazłam go: to ślepiec ciemny...
Nie widział, że mi matkę zabijali siwą...

— Nie wsparł mnie sąsiad srogi, kiedym marła z głodu.
Powróciłam doń... Siedział we łzach z czołem bladem...
Język i dłonie tknięte ma wiecznym bezwładem...
Nie wsparł mnie sąsiad srogi, kiedym marła z głodu...


— O zaprawdę, w dalekim, dziwnym byłam kraju,
Gdzie każda rana różą się staje w rozkwicie,
Kędy wyglądem szczęsnym jest każde rozbicie...
O w przedziwnie dalekim, tajnym byłam kraju«...

(Ptakom niebieskim).

Zrozumienie, mądrość i pogodny, smutny uśmiech wszystko zmieniają. Złe ginie. Miejsca już nań niema.

»Pocóż złu, które zbiera złorzeczenie,
Przebiegać dzisiaj mą pogodną drogę,
Gdy usta moje niosą pozdrowienie,
A dłonie tylko błogosławić mogą?...

A każda myśl ma jest wonna i biała...

I dobrem będzie, co się dzisiaj stanie«...

(Ptakom niebieskim).

Musi być dobrem, co się odtąd stanie, bowiem

»Potem to wkoło ciebie będzie, co jest w tobie,
Gdziekolwiek krok postawisz i o każdej dobie«.

(Gałąź kwitnąca).

Masz teraz moc przedziwną, na każde zawołanie: na każdym przystanku w drodze, wszelkiej chwili spoczynku, każdej godziny czuwania, w potrzebie nagłej boleści lub smutku — masz w sobie moc tworzenia czarów, potęgę snów twoich, którymi możesz najgłuchsze pustynie zaludnić, głazy martwe ożywić, łzy w wino najsłodsze przemienić.
Z chwilą gdyś poznał, że wszystkie rzeczy złudą są kłamną, z tą samą chwilą straciły one moc panowania nad tobą, moc czynienia ci krzywdy, zła i cierpienia.
I z tą samą chwilą zacząłeś dla siebie

»tkać cichą, dobrą wiarę,
że niema żadnych złud«.

(Ptakom niebieskim).

Niema złud. Wszystko brać możesz za takie, za jakie chce duch twój — czarodziej, duch twój — jedyny władca świata, jedyny miernik i twórca wartości rzeczy, jedyny pewnik, w którym wszystko istnieje, poza którym niemasz nic.
Od niego też wyłącznie zależy i ton uczuciowy, z jakim rzecz każdą, każde wydarzenie przyjmujesz. Wszystkiemu więc nadać możesz cechę pogody jasnej i wesela.
Tak, nawet wesela.
Bowiem dla ciebie odtąd »uwierzyć to stworzyć«.
Iść teraz możesz, pielgrzymie wesoły, »krokiem lekkim«, ze »śpiewem radosnym« na ustach, poprzez najgęstsze mroki i dżdże, bowiem uwierzyłeś, że

»Jest w dali miasto tajne, skryte w mgle,
W wieńcu ogrodów wiecznej, złotej wiosny...«

(Dzień duszy).

I żadna zwątpiała dusza ludzka, żadna

»smutna, zmęczona trudem dróg niewiasta«,

wlokąca się w żałobie stamtąd, kędy ty idziesz, nie zdoła cię przekonać, że

»niema tam żadnego miasta«.


»Bo jeśli niema miasta, ja je śnię«,

odpowiesz jej dumnie i pogodnie, boć dla ciebie śnić, to wierzyć w istnienie, bowiem

»Sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną«.

»Bowiem w to umiesz wierzyć, w co chcesz wierzyć«.

Bowiem dla ciebie »uwierzyć to stworzyć«.
I życie całe to sen jeno, »dnie, godziny snu«...
O, wiesz dobrze, że

»każdy sam siebie ciągle jeno śni,
Przeżywa swoją własną baśń o sobie«...

(Dzień duszy).

Oto, spojrzyj:

»Na szklance, z której piję rozmarzone wino,
Wklęła sztuka szlifierska, w jasny kryształ czeski
Kilka drzew wrytych w przeźrocz zuchwałemi kreski
I jelenia, co kroczy ostrożnie gęstwiną.

Marzyciel, złud zaklinacz, snom daję moc wcieleń,
Przysięgam, że to puszcza głucha, tajemnicza:
Wnet bezbarwny rysunek drzew rozkwita w zieleń
A czarom mym wierzący kłam prawdy użycza...«

(Ptakom niebieskim).

Tak samo z każdą rzeczą, w drodze pątniczej spotkaną. Z każdem wydarzeniem życia.
Pod jednym, naturalnie, koniecznym warunkiem:

»Wszystko to się stanie.
Gdy w wiary moc uwierzę«.


Uwierzyłem. Jakżebym mógł nie uwierzyć?
I otom władca świata i życia. I oto

»Uczę, że piękną i dobrą jest siłą
Życie... »Kłam!« — wołasz i w twarz mnieś uderzył?
Przecie sam chciałbyś, by to prawdą było...«

Dla mnieć to prawdą już. I uczę innych uczynienia tego prawdą. A gdy tak uczę,

»to tak jakbym rzeszy
Pielgrzymów stopy mył ranne z udręki...«

(Ptakom niebieskim).

»Brat mój się zgorszył ze mnie i spłoniony gniewem
Rzucił kamieniem na mnie. I oto mną gardzą
Wszyscy, a dawne druhy wobec mnie się hardzą,
Zwąc mnie kłamcą, a słowo me obłudnym siewem.

Raz chory, co miał umrzeć, wzywał duszy mojej,
By mógł chcieć, czego nie chce i czego się boi.
I śpiewałem mu słodko, kołysząc, jak dziecię.
I zaczął się uśmiechać do snów, jak do ludzi.
Nieprawdą jest — powiadasz — co w nim radość budzi?
Ale uśmiech i radość w nim jest prawdą przecie«.

(Gałąź kwitnąca).

Niewierny wszystkim prawdom, wyrzekłszy się szukania prawdy stałej, »pielgrzym wesoły« ma jednak »prawdę« swoją, którą zdobył, którą stworzył sobie:

»Prawdą jest, co duszę cieszy«.

Oto prawda, zawsze wierna sobie, choć wszystkim prawdom sprzeczna, co dnia, co chwila inna, a zawsze ta sama, zawsze sobą zostająca, zawsze niezmiennie pewna, bezwzględnie absolutna. Jedyna, wszechobejmująca, ramiona władne, opiekuńcze nad życiem całem rozpościerająca.

»Prawdą jest, co duszę cieszy«.


I oto »ptak niebieski«, z sakwą duszy pustą, gonię za tem jeno, co duszę cieszy... znam tylko złotą, wiecznie niesytą żądzę »szczęśliwej włóczęgi«,

»Co całując mnie w usta, budzi w złoty ranek,
Bym szukał, gubił wiecznie, nie znał, co przestanek,
Pytał wszystkich i pukał we wszystkie wrzeciądze,

Czcząc życie ufnem hasłem szaleńczej odwagi:
Prawica niechaj nie wie, co czyni lewica«.

(Gałąź kwitnąca).

Żyję chwilą. A

»Kto mówił ci, że chwila jest mniej, niż sto lat?«

Gonię chwile rozkoszy i szczęścia.
Pochwycę: upoję się! Szalenie, obłędnie.
Minęła!? Zgubiłem?! Co?
Już nie pomnę....

»Czyż wiatr wspomina, jaką z róż zcałował woń?«

(Gałąź kwitnąca).

»Kto zapomina, Mądrość sobie przypomina«.

(Ptakom niebieskim).
Wszakżem wyszedł po to, bym gubił wiecznie.

Lecę dalej — ptak niebieski — w inne pukać wrzeciądze.
Nie gardzę niczem.

»Prawica niechaj nie wie, co czyni lewica!«

I radzę ci, bracie, czyń odtąd to samo.

»O bracie, dobrej rzeczy ziemskiej gardzicielu!
Toć nie duma, lecz jeno zemsta w sercu twojem
Na sadach, że tak mało ich w drodze do celu
I źródłach, że tak rzadko stykasz się ze zdrojem.

Rozwiązuję ci dłonie. Idź i nie grzesz więcej
Przeciw sobie i życiu...«

(Gałąź kwitnąca).

Leć, goń chwile!
Carpe diem!

»Nie bój się przebudzenia. Nazbyt słodka chwila,
Ażeby wszystko po niej nie było goryczą!«

Leć dalej, goń inne, najrozkoszniejsze.
Leć, jak ja lecę, ja —

»Włóczęga, król gościńców, pijak słońca wieczny,
Zwycięzca słotnych wichrów, burz i niepogody,

Niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą sprzeczny«.

(Ptakom niebieskim).

Lecę, wciąż lecę, gdziebądź, byle dalej.

Hej! oto znowu chwila:

»Przypadek mnie zaprosił w swe knieje na łowy:

Na oślep łuk napinam i nadzieję! Gonię
Śmiechy wabne, wyciągam za najbliższym dłonie,
Chwytam: z nagą dziewczyną słodki traf mnie zderzył.

I tuląc łup zdyszany, swą zdobycz bezwiedną,
Śmieję się z roześmianą, jak strzelec, co w sedno
Ugodził, czując szczęsny wstyd, że weń nie mierzył«.

— »Czyś ty łaska, czy zguba, zbawienie czy zdrada,
Nie wiem. Wiem jedno: rozkosz w ramiona mi pada«.

— »Bezbożna dusza moja, pogańsko wesoła,
Nie wie komu dziękować, lecz »Bóg zapłać« woła«.

(Gałąź kwitnąca).

Lecz i ta, tak słodka chwila trafu, minęła. Dalej lecę.
Hej! hej, dziewczyno! na co, na kogo czekasz tam, w tym sadzie kwietnym, wpośród jabłoni? zbliż się! poco czekać?

»...Przecie tyś młoda, ja młody!«

Zbliż się! pójdź w moje spragnione objęcia! Rwijmy owoc rozkoszy!

»Rwijmy, by się nie śmiały z nas kiedyś jagody!«

— »Wypuść z swej izby białe gołębie,
By je ujrzały moje jastrzębie:
Wypoczynku i pieszczot pragną skrzydła znojne,
Twe ptaki je zawiodą w zacisza spokojne...«

(Ptakom niebieskim).
Lecz oto latawce me wypoczęły »w słodkiej ciszy upieszczeń«.

Nie potrzebnaś mi więcej, dziewczyno!

»Długie szczęście je nurzy«.

— »Wnurzyły wypoczęty szpon w ptaki twe śnieżne,
Krwią ciepłą posiliły swe żądze drapieżne,
I syte odleciały w bój, w gony bezbrzeżne!...«

Cóż pocznę, dziewczyno? długie szczęście mię nurzy...
Zraniony gołąb twego serca targa się w męce i skrzydła białe łamie o pręty klatki, w którą mój odlot go wtrącił?
Ach, cóż pocznę?

»Przebaczeń nie żądam swą duszą przedziwną«.

Pocoś stała przy szlaku, którym ptak niebieski w dal szybuje? Ptak, którego celem jedynym »rozszerzać morze«. Nic więcej, jeno to.
Ptak, który

»Chce bujnie żyć, by życie, głodne życia w walce
Nie hańbiło się, gryząc w żądzy własne palce,
Lecz tak swą pełnią oczy olśniło sumienia:

By zachwycone, dobra i zła już niepomne,
O wszystkie oskarżyło je winy ogromne,
Lecz znalazło też wszystkie ich uniewinnienia«.

(Gałąź kwitnąca).

Dosyć!
Stój, latawcze!
Stój, łupu serdecznego żądny, jastrzębiu!
Przecz gołąb ów biały — jak ty ptak niebieski — jak ty żyć pragnie w radości i weselu?
A tyś szpon twój wypoczęty zatopił w nim i odleciał.
Pytałżeś go, czy ma twoją zasadę: rwij, gdzie się da?
Pytałżeś, czy takoż szuka, by gubić wiecznie?
A jeśli twój odlot męką dlań krwawą i konaniem wiekuistem, straszliwem w swej nieskończoności?
Ach, prawda, ty przebaczeń nie żądasz twą duszą przedziwną...
Prawda, tyś znalazł dla siebie wszystkie uniewinnienia, a życieś oskarżył o wszystkie winy ogromne.
Łatwa mądrość!
Łatwa i wcale nie nowa.
Zbyt już znana: Carpe diem!
Chybaś nie tej »pogody« uczył się od wsi cichych?
Chybaś nie ją zdobywał cierpieniem twardem w dojrzewań potrzebie?
Boć ona tak łatwo przychodzi. Każdy filister i kabotyn, trudów żadnych nie łożąc, ma ją gotową — na zawołanie: Rwij, nim przyjdzie inny.
Wiem: »zbierasz siebie«.
Wiem: »rozszerzasz morze« twoje każdą nadbiegającą falą życia.
Wiem: napełniasz »pustą sakwę« twej duszy, zgłodniały »włóczęgo«, »pielgrzymie wesoły«.
Pieśń twa, ptaku, urasta od każdej złowionej chwili rozkoszy, od każdej pochwyconej zdobyczy, w którąś nawet nie mierzył.

Lecz to tak dobrze nam już znane. Słyszeliśmy nieraz, słyszeliśmy zdawna:

»Choć życie nasze splunięcia nie warte,
Evviva l’arte!«

L’arte del canto e l’arte della vita!
Sztuka pieśni i sztuka życia, to jest użycia.
Carpe diem: vita brevis.
Żywot nasz krótki — goń chwile rozkoszy. Chwytaj, gdziebądź, jakiebądź, w jakikolwiek sposób: zdradą, podstępem, zabójstwem — fizycznem czy moralnem.
Ach, tak stara, filisterska, rozpasanie — burżuazyjna mądrość użycia.

»To nasz zysk, co ukradkiem, gdy ból nie na straży«.

Tak, boisz się jeno swego bólu. O innych ból nie dbasz.
I to twa »pogoda«. Pogoda!
Czekaj, uczyłeś, że »niema żadnych złud«. Że masz moc przedziwną — (wystarcza ci »u głowy zatknięty kij«) — zamieniania każdej złudy w rzeczywistość snu, w tę najprawdziwszą, najrealniejszą rzeczywistość snu, bowiem wedle ciebie

»sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną...«

Pocóż ci tedy realnie, życiowo, na jawie zaspakajać chwilową żądzę miłosną — z bólem bliźniego związaną nieraz — skoro wystarcza ci sen o tej chwili, boć przecie

»sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną«...?

Pocóż ci chwytać chwile »trafu ślepego« rozkoszy — może »zdrady«, skoro wyśnić sobie możesz (wystarcza zatknąć kij u wezgłowia) najwyższe, niekończące się nigdy rozkosze, stokroć wyższe, stokroć rozkoszniejsze, niźli owa pochwycona, realna chwila trafu? skoro umiesz

»tkać dobrą, cichą wiarę,
że niema żadnych złud«,

i skoro, sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną?

Przecie

»Tylko duch słaby, by wierzyć w sny swoje,
Musi je dłoni dotknięciem uderzyć...
Ja niemożności nieziszczalne roję,
Bowiem w to umiem wierzyć, w co chcę wierzyć!«

(Dzień duszy).

Tylko duch słaby... lecz nie ty, który roisz niemożności i umiesz wierzyć w ich rzeczywistość!...
Czemuż miast wyśnić sobie miłość wiekuistą, rozkosz najwyższą zupełnego spojenia się na wieki dwóch istot ludzkich w oddaniu miłosnem ciała i duszy, wolisz szukać realnych — na jawie chwil rozkoszy, kłamiąc sobie i nam, że sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną? kłamiąc sobie i nam, że umiesz w to wierzyć, w co chcesz wierzyć?...
Nie! nie umiesz tego, ptaku niebieski.
Nie masz onej mocy czarownej, którą się chwalisz.
Jeno złudę mocy za samą moc bierzesz: kłamiesz sobie, że ją masz, i starasz się siebie i nas przekonać, że wierzysz, jakbyś ją posiadł, bowiem dla ciebie »niema żadnych złud«.
Starasz się wierzyć w to, by przed bólem, który się wlecze za tobą, schronić gdziebądź i jakbądź twą duszę. I wówczas wmawiasz w siebie, że to nie ból, jeno przyszła ukryta słodycz, i wierzysz w to. Dobrze ci z tem, i wierzysz w tę złudę.
Lecz, ilekroć nadarzy ci się chwilka realnej, na jawie, rozkoszy, przenosisz wówczas rzeczywistość nad sny, nad sen o rozkoszy, nad sen o szczęściu jedynem, wszechobejmującem...
Przenosisz, już nie jako mocarz snów, lecz jako zwykły »duch słaby«, z któregoś drwił tylokrotnie.
Słabyś duchem, pielgrzymie wesoły, i cała twa mądrość pogodna jest jeno mądrością niemocy, gdy idzie o ból, i pogodą użycia, gdy rozkosz się nadarza.
Twe »sny o potędze« rozwiały się w nic. Nie stały się jawą. Zadrwiły z ciebie w myśl własnej zasady twojej, że jawa nie jest prawdziwszą od snu o niej.
W nic się rozwiały młodzieńcze twe sny o potędze.
Pogoda twa, to jeno pogoda biernego użycia, nie zaś pogoda woli potężnej i czynnej.
I mądrość twoja, to tylko mądrość niemocy, nie zaś mądrość ducha władnego, ducha mocarza i czarodzieja.
Niestety, niestety, to jeno owa stara, osławiona »άταρα Εία.« Pyrrhończyków, zwyrodniałych następców twórcy sceptycyzmu filozoficznego Pyrrhona z Elidy, uczących, że by nie mieć żadnych wątpliwości, należy jeno nie szukać żadnych pewników; by nie mieć żadnych targań i zawodów, należy nie mieć żadnych zasad, żadnych dążności określonych; by nie mieć przeszkód w używaniu życia, należy usunąć precz z duszy wszelkie skrupuły etyczne i wszelkie marzenia... »żadnych drogowskazów«...
Niczem więcej twa »mądrość pogodna« nie jest, niestety.
Sam wiesz najlepiej.
Zbyt dobrze znasz mistrza twego Zaratustrę, z któregoś nie jeden tom przełożył i niejedno w pieśni twej poczerpnął. Znasz jego tytańskie zasady:

»Zwiesz się wolnym?...
Wolny — od czego? Lecz cóż to Zaratustrę obchodzić może?
Jasno niech mi twe oczy zwiastują, ku czemu wolny.
Czyś jest nową siłą i nowem prawem? Czyś jest nowym ruchem? z siebie toczącem się kołem?...
Zali zdołasz nadać sobie swe zło i dobro i zawiesić wolę swą nad sobą, jako Zakon? Zali potrafisz sędzią być sobie i mścicielem własnego zakonu?

O wolo ma! Wszelkiej odwrotnico niedoli, ty mojej doli musie niechybny!...
Ty duszy mojej zrządzenie, które przeznaczeniem zowę!

Ty we mnie będące! Ty nademną!«

I znasz tak dobrze, przekładasz na polski mistrza twego Leonarda z Vinci i jego przedziwnej głębi i czystości maksymy, jak ta np.:

»Non si può avere maggior signoria che quella di sè medesimo« (Niemasz większego władztwa nad władanie sobą samym),

maksymy, z których płynie nakaz:

Będziesz tak żył, by przeznaczenie twoje — wizję świata twego urzeczywistnić.
I znasz zapewne — boś mędrce zgłębiał — owo Leibnitz’owskie:
»Amare est delectare felicitate alterius« (Kochać to rozkoszować się szczęściem ukochanego).

I znasz — nie możesz nie znać — zasady »etyki« i życie osobiste Barucha Spinozy, wedle którego prawdziwie wolną istotą jest ta, która żyje i działa na podstawie li tylko »wolnej konieczności«, to znaczy praw własnej natury, własnej duszy; wedle którego ciało człowieka i duch jego, więc życie i ideał nie są dwiema różnemi rzeczami, lecz jedną i tą samą, w dwóch jeno odmiennych sferach uświadamiającą się.
I znać winieneś owego najwznioślejszego z humanistów starożytności, owego kryształowo-czystego i nadludzkowładnego mędrca z Nikopolis, Epikteta, wzór pogody, przez nikogo już później niedościgniony, lecz pogody mocy, woli i czynu, że przypomnę ci jeno to najkrótsze:

»Οὗτω τὸ Ζῆν ἇδιἀφορον, ῆ χρῆις οὗχ ἇδιἀφορος (Tak więc fakt życia jest obojętny, lecz bynajmniej obojętnem nie jest jego zużytkowanie).

Z niemocy i żądzy użycia płynie rzekoma pogoda twoja.
I »mądrość« twa nie jest mądrością, jeno niemocą.
Sam wiesz najlepiej. Boś umysłem rozleglejszy nad nią, i pieśnią dawnoś ją przerósł.

»Bo cóżem jest? Klepsydra: noc mnie znów odwróci;
Namiot; dzień każdy zwija mnie i znów rozwija;
Szereg ludzi: a jeden po drugim mnie mija...

Ledwo wieczna rozłąka z jednym mnie zasmuci,
Spojrzenie już twarz nową tem radośniej wita«.

(Gałąź kwitnąca).

A przecie to niemoc.
Bowiem niemocą jest duszy nie znaleźć w swej głębi żadnych własnych drogowskazów i pozwolić każdemu napotkanemu słupowi odsyłać się »w drogi powrotne«, w obłędne drogi kół błędnych.
Niemocą jest duszy nie być sobą, nie mieć siebie, owego jedynego w sobie człowieka, będącego jedynem możliwem u danej istoty wcieleniem jej prawdy wnętrznej.

»Nie wiecie co to jest dusza, siła, która jest tem, czem chce, i nie jest tem, czem niechce... Jej nie macie. Nią nie jesteście. Bo mieć ją i nie być nią: to nielogiczne« —

pisał Wyspiański, Mocarz, którego zgon niedawny uczciłeś trenem żałobnym.
I że tak jest, wiesz dobrze.

Jakżeż inaczej twój Mistrz Twardowski mógłby był śpiewać taki hymn do duszy:

»Najwyższem bóstwem zostaniesz mi, duszo!

Dzięki ci niosę z wezbranego łona,
Żeś mnie uznała współdziałania godnym
W pracy, co naszych rąk czeka stęskniona.

Sługą twym będę wiernym, niezawodnym
I najemnikiem, co nie zaprzepaszcza
Ziarn, przeznaczonych na siew łanom płodnym«.

(Śpiew czwarty).

I jakżebyś inaczej mógł był wołać, pieśń oną kończąc:

»Prawda twa szczytem jest twojej człowieczej
Duszy. Jest twoją treścią i mądrością...

Prawda jest jedna, choć są prawd tysiące
A każdy swoją ma prawdę jedyną.
Patrz pilnie okiem w głębie swe milczące
Zwróconym, kędy tajne źródła płyną...

I czas nadejdzie, że patrząc cierpliwie
Dojrzysz ją nagle, jak w północnym cieniu
Dostrzegasz gwiazdę na niebiosów niwie,
Chociaż jej wzrok twój dotąd w zaślepieniu
Nie dostrzegł...«

(Śpiew piąty).

A raz ją dostrzegłszy,

»niby dobrej, mądrej matce,
trzeba się dać jej wieść...«

Wówczas nie będzie groźnem, że

»w każdej rzeczy czujesz tajne drogowskazy«

bowiem masz już z czem sprawdzać ich wskazania: z pewnym drogowskazem jedynej prawdy twej duszy.

Słup słupowi nie będzie cię już odsyłał w drogi powrotne. Nie grożą ci błąkania »wahadłowe«, bez końca, bez wyjścia i kroku postępu, bowiem masz teraz w sobie swą prawdę, co »niby dobra, mądra matka« powiedzie cię w drogę twoją, we własną, wolną drogę twoją, poprzez błota i słoty, poprzez dżdże i mgły, przez puszcz leśnych ostępy, przez zapadliska, wykroty i zrywne turnie życia...
Bowiem

»prawda twa jest jedna, choć jest prawd tysiące«.

Niewierny być możesz i będziesz wszystkim prawdom, lecz prawdzie twej duszy zawsze zostaniesz wierny, bo niewiernym jej być nie możesz.
I to jest mądrość istotna: mądrość potęgi.
Bo mądrość potęgą być musi. Jest potęgą.
Zaś bynajmniej mądrością nie jest, gdyż jest niemocą, sprzeniewierzać się prawdzie swojej, lub nie mieć jej wcale. Niemocą jest, nie zaś mądrością nie być sobą: być wiecznie »z sobą sprzecznym«.
Niemocą jest i zatraceniem siebie pozwolić »lekkomyślności, płochej weselnicy przedrzeć sakwę, gdzieś mądrość chował«.
Niemocą i co najwyżej pyrrhońską »pogodą« jest zasada twa: goń chwile rozkoszy, gdziebądź i jakiebądź, chwytaj je »ukradkiem, gdy ból nie na straży«, tul namiętnie rzucone ci w objęcia przez traf ślepy — »nagie wśród lasu dziewczyny«...
Wiesz to, pielgrzymie wesoły, boć wiedzieć musisz, co to miłość, ty, któryś raz jeden tylko kochać pozwolił Mistrzowi Twardowskiemu (śpiewy II i III), raz jeden — śmiertelnie... ty, któryś w Godiwie umiłowanemu przez ciebie Grajkowi kazał oczy własnoręcznie wyłupić — po ujrzeniu cudu nagiego ciała ukochanej, by obraz jej na wieki w noc świata unieść w duszy wyryty, i nigdy, przenigdy już na inne ciała kobiece nie spojrzeć.
Wiedzieć musisz, co miłość dusz wielkich i władnych, skoroś pisał:

»...Bo miłość darzy i wyzwala!

Ta-ć jest najwyższa miłość, co czarną niedolę
W szczęście zmienia i w króla żebraka przetwarza!

Zbawia przygniecionego największym ciężarem.

Z najgłębszej bezdni duszę na szczyt szczęścia wznosi«.

(Ptakom niebieskim).

I wiedzieć musisz, że taka miłość zazwyczaj raz tylko w życiu zakwita, bowiem kochający tą miłością

»Musim zaludnić sobą straszne głusze,
A droga wiedzie tam przez dwie przepaście:
Przez moją duszę i przez twoją duszę...«

(Ptakom niebieskim).

Niełatwo te dwie przepaście przebyć, i nieziemsko sprzyjających trzeba warunków, by dwa razy w życiu, z dwiema różnemi duszami tej samej istocie człowieczej dopiąć tego udało się. Wielostronna, bogata nad podziw, a mocarna musiałaby to być dusza.
Jakże dziękować bogom należy, gdy raz jeden dadzą dostąpić szczęścia tak cudownego, jak dwojga dusz zespół miłosny, przyjazny. Trzeba życie się całe gotować ku temu.

»Rylcem złotym przez lata tęskniące i szare
W krysztale ametystu wyrzeźbiłem czarę:
Na dnie wykułem szczęścia klątewne napisy,
A zewsząd pośród kwiecia twe wyśnione rysy...

I czekałem, że słodsze niźli miody pszczelne,
Będę z niej pił wraz z tobą swe szczęście weselne...«

(Gałąź kwitnąca).

I dusza, miłości wielkiej, wyzwalającej spragniona, czeka lata tęskniące na przyjście tej jedynej duszy, która szczęście niepojęte i nieogarnione miłości takiej dać może.
A gdy »lata tęskniące i szare« idą i idą, a Ona, upragniona, nie zjawia się, czekać mimo to będzie dusza, bez końca, do końca...

»A tęsknota wciąż jeszcze w dal twarz zwraca białą,
I biedna czeka w smutku, który ją osnuwa,
Jak gdyby szczęście kiedyś naprawdę przyjść miało«.

(Ptakom niebieskim).
Gdy zaś, Losu ślepego zrządzeniem nieubłaganem, wyśniona ominie cię przy spotkaniu, wcale cię nie dostrzegłszy; lub gdy — o Mojro okrutna! — ktoś inny wypił »dzban złoty z jej ręki«, ktoś inny schłonął tęsknoty Jej serca, wówczas — wiesz dobrze, pielgrzymie wesoły, co dusze potężne, pogodne a mądre uczynić jedynie mogą:

»...Oto dzisiaj idę z drogą czarą w ręce
W najwyższe blade góry tonące w błękicie,
Aby ją tam postawić na najwyższym szczycie,
Bo warga moja nigdy już pić z niej nie będzie.
I tam ją pozostawię na zawsze. Krawędzie
Kruży, co mego szczęścia wino promieniste
Chować miała, niech wiecznie pozostaną czyste«.

(Gałąź kwitnąca).

Niecił wiecznie pozostanie czystą czara serca, nieziszczone o szczęściu marzenie! Niech na najwyższym stoi szczycie! Chwil użycia, trafu ślepego datków zbierać nie będzie!...


Usprawiedliwianiem swej niemocy, wykrętem mądrości, nie zaś mądrością jest to twoje chełpliwe »pierzchanie« przed realizacją snu, jakoby niegodną wyższych duchów, i owa zachwalana przez ciebie potęga »bezczynu«. I owo twierdzenie, że

»...Wszelki trud na ziemi ginie!
Ach! bo nie kopie nigdy nikt na morzu studni!«

(Ptakom niebieskim).

Bezzasadne, apodyktyczne twierdzenie! na dowolnej, nielogicznie zbudowanej, niemądrej, acz suggestywnej analogji oparte — ze studnią na morzu!
Oczywista, kretyn chyba studnię na falach morza by kopał! Ale cóż stąd? czyż jakikolwiek, najbłahszy trud ziemski do kopania na morzu da się przyrównać? Wolen jesteś, pielgrzymie, swoje prace życiowe do kopania na wodzie studni równać, skoro tak ci się spodobało, ale stąd skok zbyt nagły do twierdzenia, że »wszelki trud na ziemi ginie«.
To jeno nastrój. Nastrój śmiertelnego znużenia, zwątpienia ostatecznego i niemocy.
Pięknie, suggestywnie oddany w tym przecudnym, jednym z najulubieńszych moich, utworze: »Brzemię godzin«.
Aleć to tylko nastrój. Z mądrością nic niema wspólnego. Jako punkt jej wyjścia, jako usprawiedliwienie »bezczynu« i »pierzchania« przed realizacją marzeń o życiu, jest fałszem świadomym i błędem niedopuszczalnym w filozofji.
Zaliś spróbował wszystkich trudów?
Zaliś jeden z nich bodaj czynił wytrwale, duszą całą i życiem, wolą, myślą skupioną, siłami wszystkiemi?
Nie, oczywista. (Nie mówimy o pieśni, boś tej nie poniechał).
Niemoc jedynie: zniechęcenie, cios jakiś życiowy, który cię w serce ugodził i zmógł cię, źródłem i podkładem twych twierdzeń i twej »mądrości«.
Aleć taka »mądrość« z mądrością istotną wspólnego nic niema. Wiesz o tem dobrze.
Jest tylko usprawiedliwianiem niefortunnem niemocy »słabego ducha«, jest niedomyśleniem do końca, śmiało, otwarcie i szczerze, jest więc niemocą mądrości.
Wiesz o tem, boś roił ongi swe »sny o potędze«, boś kończył — niezbyt dawno! — w te słowa Mistrza Twardowskiego:

»Trzeba mi wolą ducha nad sobą zaciężyć,
Bo los mój jest — być żywym i choćby w walk szumie
Paść nawet tysiąckrotnie, to wkońcu zwyciężyć!«

(Śpiew piąty).
I wiesz, że tchórzowstwem jest i zagładą snów skazywać je na wieczne wygnanie z życia, na wieczną lękliwą ucieczkę przed próbą realizacji.

Jeślibyś wyśnił coś istotnie wielkiego, jakiś sen o Bogu, musiałby sen ten nad życiem twem zaciężyć.

»Bowiem jedyne godne Wielkich Bogów imię
To życie ich wyznawców i waga ich plonów!
O życie moje! Bądź mi święte i olbrzymie!«

Takeś zakończył twój Dzień duszy. Zaś w Mistrzu Twardowskim śpiewałeś:

»Oto pogłębmy trudem tysiąckrotnym
Tych pogardzonych ziemskich strug koryta,
Których dna skryte brudnym mułem błotnym
I zgniłem zielskiem cała toń poszyta...

Pilnie wygrzebmy wydmy, mielizn piaski
Własnemi dłońmi. Oczyśćmy zatoki,
Niech czysty kryształ słonecznemi blaski
Tryska zwierciedląc czar toni głębokiej.
Brud, co przejrzyste wody w mętów waśnie
Kłócił, niech zniknie przed naszemi wzroki!
A potem w głębi rozłocone jaśnie
Zaklnijmy wszystek cud ducha skarbnicy:
Wszystkie sny złote, pieśni serca, baśnie
Uczuć i wszystkie bogactwa w świetlicy
Zapracowane marzeń...


Niech toń tajemna otchłani rozwiewnej
Tą królewskością wody swe przepoi!

I w cudną wizję życie nam urośnie...«

(Śpiew drugi).

Nie »pierzchanie« ze snami przed możliwem urzeczywistnieniem ich w życiu, nie »bezczyn« tam sławisz.
Aleś sam wolał osłonić się togą niewiary i rzekomej pogardy dla »jawy«. Uląkłeś się trudu »życia świętego i olbrzymiego«. Wyznaj! Nie okłamuj nas i siebie »niemożnością nieziszczalną« twych marzeń.

»Bo najzuchwalsze nieziemskie wymysły
Na swem dnie mają rdzeń istnienia żywy,
Choć złudy kłamne nad niemi zawisły;
Krew bije tętnem pod tęczą pokrywy
I gdy wiatr zwieje te mgły i zatraci,
Zostanie strumień bijący prawdziwy
I rzekę życia swą strugą wzbogaci«.

(Śpiew drugi).

Lecz, by marzenia okazać mogły swój »rdzeń istnienia żywy« i »rzekę życia wzbogacić«, na to trzeba niezachwianie w nie wierzyć i w moc ich wcielenia.
Trzeba »w wiary moc uwierzyć«, pisałeś sam.
»Tysiąc tysięcy« strat i prób nieudanych przetrwać wolą pogodną... i wierzyć.

Trzeba »grzmotem młota w radosnej otusze«, na twardem stalowem kowadle życia wykować sobie

»Z całej bezkształtnej masy kruszców drogocennych,
Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą, —

— Serce hartowne, mężne, serce dumne, silne«.

(Sny o potędze).

Trzeba stać się, jako ów

»... drwal silny, ogromny,
Pochmurną powinnością hartowny, niezłomny,
Choć w cichych oczach łka mu mrok troski żałosnej«

i każdą » jabłoń« w sadzie duszy, co

»uschła w niemocy bezpłodnej«,

ścinać, by nie krzewiło się tam nic, »co nie rodzi«.

Trzeba na duszy swej i życia morze bezdenne

»Nieznużonem spojrzeniem wiecznie patrzeć...

Całą męką nadludzko wytężonych oczu,
Całym wysiłkiem woli stopionej w spojrzenie«,

(Dzień duszy)

aby »zdobywcza flota« marzeń, przekuwanych w życia marzenne wykształty, nie »zatonęła marnie«, nie znikła w odmętach bez śladu, pianą żalu jeno znaczona.
I nadewszystko

»trzeba w wiary moc uwierzyć«.

Aleć chełpisz przecie ustawicznie, że

»w to umiesz wierzyć, w co chcesz wierzyć«,

że

»tkasz dobrą, cichą wiarę,
żeś przebył zwątpień karę...
tkasz dobrą, cichą wiarę
z snów, jawy, mgieł i złud...«

I na tem »pogodę« twoją i »mądrość« oparłeś.
Na tem jedynie zasadzasz cały swój » dorobek pielgrzymki«, który niesiesz ludziom cierpiącym w darze.
Lecz oto — niestety! niestety — twa wiara pogodna dotycze jeno ucieczki, za jakąbądź cenę, przed bólem i pogoni za chwilą rozkoszy i użycia.
Niknie wnet i mgłą się rozwiewa, gdy o czyn idzie, o bój, o walkę wytrwałą, o zdobywanie swej prawdy, o wcielanie jej w życie... o realizację »snów o potędze«.
Bo nawet gdyś śnił jeszcze twe sny młodzieńcze o potędze, już w snach onych nosiłeś piętno i klątwę niemocy... jużeś w snach onych wymędrkować chciał i wmówić w siebie, że

»Tylko słaby doświadcza czynem swego władztwa.
Zbyt wielką jest potęga ma i me bogactwa!
Dla ogromu mej mocy w czynie ujścia niema!«...

acz wiesz i wiedziałeś, że to kłam i pycha próżna. Wiedziałeś, skoroś w Mistrzu Twardowskim pisał później:

»Niegdyś Bóg wielki, potężny, mocarny,
Zamknąwszy w sobie swą potęgę wieczną,
Uczuł w swej dumie zasępionej, czarnej
Siłę swą śpiącą i bezużyteczną...
I cień na jego myśli się położył...

Więc o swą siłę w duchu się zatrwożył,

I by jej użyć mógł, świat wielki stworzył.
Godnego siebie zapragnął szermierza,
Aby doświadczyć mógł i wypróbować
Siebie, czy jako grom wolą uderza.
Nie chciał już dłoni w bezczynności chować.«

(Śpiew drugi).

Przecieżeś chyba w pysze nie sądził, żeś potężniejszy nad tego Boga, którego nikt nie stwarzał, a który stworzył ze siebie wszystko?! przecieżeś nie sądził, że twój »nadmiar« większy?!...


Już nad » berłem władnem« twych snów młodzieńczych o potędze ciężyła »klątwa niemocy«.
Lecz mędrkowaniem nadać jej chciałeś pozory potęgi. Wmawiasz w siebie, iż jest potęgą, większą nad wszelkie potęgi czynne, bowiem jest potęgą »bezczynu«.
Ale prócz umysłów bezkrytycznych

»i tak słowom twoim nikt nie uwierzył«.

Sameś nie uwierzył.
Bo oto w rozpaczy biadasz żałośnie:

»Czekałem myśli życia, co przyjść do mnie miała
Smutna wielkością swoją i wielka swym smutkiem.

Długo, niezłomnie stałem wytrwale na straży...
Aż znużonego zmorzył dziś nocą sen wraży...
Była... przez sen słyszałem... Szumiała skrzydłami...
Oto po nocy dzikiej obłędnymi snami


Nikczemny, nędzny, budzę się z rozpaczy szałem,
Że chwilę mego życia największą przespałem!«

(Sny o potędze).

Przespałeś?!... o biedny, biedny...
Rozumiem, bracie mój biedny, że nie masz dziś żadnego w sobie »drogowskazu«, i musisz być wiecznie »sam z sobą sprzeczny«... lecz jakżesz mówić śmiesz, że

»sny nie są prawdziwszemi, gdy jawą się staną«?

jakże twierdzić śmiesz, że

»wszelki trud na ziemi ginie«,

skoro jedynego trudu, jaki warto było podjąć, rozpocząć nie mogłeś, skoro jedynego snu, jaki warto było urzeczywistnić: »myśli życia« — nie zdołałeś uchwycić, nawet we śnie. Jeno słyszałeś, że była i szumiała nad tobą skrzydłami...
Przespałeś, bracie mój biedny, prawdę twoją jedyną — myśl twego życia, baśń ducha twego, sen najszczytniejszy...
Nie miałeś co urzeczywistniać! Realizacji snu spróbować nawet nie mogłeś.
Przeto »mądrości« twej, jeśli chcesz tak ją nazywać, nie miałeś na czem oprzeć, nie miałeś skąd wyprowadzić...
Boć z »przespania myśli życia« nic zbudować nie można.
Jeno z myśli życia, jeno z woli ku jej wcieleniu.
Lecz ty, nie znalazłszy jej w młodzieńczych latach, nie chciałeś dłużej czekać i czuwać nieznużenie, poddałeś się lenistwu duszy, i w dziwnym u ciebie pośpiechu, u ciebie, coś błagał Pana wraz z Mistrzem Twardowskim, by tobie czyn twój na jesień żywota odsunął, w dziwnym u ciebie, w sprawie tak jedynie ważnej, niewytrwaniu i pośpiechu wymędrkowałeś sobie twą »mądrość pogodną«, pyrrhońską mądrość bezczynu, bezkierunkowości i biernego używania chwil trafu ślepego.

»Wtedy ja, rycerz prawdy, com śluby zuchwałe
Przysiągł, odjąłem skroni swej bolesną chwałę:
Berło, miecz i koronę zerwałem swej dumie...
Runął grom na mej wzgardy butne świętokradztwo
I księgi me tajemne spalił i mą zbroję...
Pogodny hymn śpiewało nowe serce moje
A ból mój konał w klęsce, co tknęła me władztwo...«

(Inicjał w Ptakom niebieskim).
»Pogodny« śpiew zaczęło śpiewać serce twoje, ten śpiew, który odtąd w pieśni twej oddajesz, chociaż czułeś przecie, żeś odrzucając twe »władztwo«, wraz ze zbroją, mieczem i dumy księgą tajemną wyżenął precz człowieka... żeś zabił człowieka w sobie.

O, nie odrazuś zadowolnił się tą martwą, bierną »pogodą« twoją. Nie odrazuś na grobie duszy twej tańczyć począł taniec swawolny, wołając sercu swemu: carpe diem! Nie odrazu...
Jęczałeś strasznie, w bólu obłąkanym:

»Zbrodnią się stała moja dusza głucha...
Ten czarny las — to ciemna dusza moja...
Ten las to zbrodnia i grzechu ostoja —
Las się rozjuszył, zerwawszy obrożę!...
Człowiek w huczących drzew porwany morze,

Darty szponami konarów z pęt rwie się
Próżno!... Martwotą zczerniało przestworze!...
Zbrodnia się stała!... Wicher jęki niesie!...
Biada! Człowieka mordują w mym lesie!«

(Dzień duszy).

A i później, i dziś nawet jeszcze, śpiewając pieśni »sobie i nocy«, biadasz — o, nieraz! — żałośnie:

»O duszo ma, z nas dwojga ktoś przeżył dziś siebie«.

A na wspomnienie onej przespanej myśli życia, dzwoni ci »stary żal« w dzwony żałobne i pokutne.
A ty,

»Zamiotłszy izbę twoją gałęzią sosnową,
Tatarakiem zielonym posypałeś podłogę,
Pokropiłeś ją wodą z krynicznego zdroja«

i, złożywszy na bielą okrytym tapczanie twą »duszę umarłą« — »człowieka«, któregoś sam zabił — płaczesz w głos i zawodzisz:

»Uwiodłaś ty mnie, nocy, swą tajną głębiną,
Żeś cichsza snów pieszczotą, niż morza otchłanie!
Sen spętał moc... A morze tańczy w huraganie
I śpiewa, że jest słodkie tym, którzy w niem giną...

Żyć już nie umiem! Ginąć ni zwyciężać dzielnie!
A miałem pierścień ślubów rzucić morzu w serce,
Iść na boje zdobywcze, żeglować weselnie...
Życie z szczęściem czekało... na jego wydziercę!

Zaprzepaściłem!... dawny kochanek królewski
Morza... Bezczyn zgryzł łódź mą, co była snu łożem!

Szaleństwo w trumnę zbija mi jej zgniłe deski!
Nocy! Czemu niweczysz mnie przed ślubem z morzem?!

O czemuś mnie uwiodła, snem spętała, nocy,
Zanim w morze zdobywcze mogłem cisnąć łupy,
Lub zginąć w chwale? Tchórz dziś skonam w niem z niemocy...
Lecz święte morza kocha wszystkie swoje trupy!«

(Ptakom niebieskim).

O tak... kocha ciebie święte morze życia, chociażeś mu się tchórzliwie sprzeniewierzył...
Kocha cię nad innych: pieśni dar cudny dało tobie — twórczy, wielki dar.
I piękną jest pieśń twa, ptaku niebieski!
Piękną pieśń twoja, pielgrzymie wesoły!
Tak piękną i suggestywną smutkiem swym i bólem, pod maską pogody skrywanym, że oto zastępy całe, zasłuchane w czarowne, przesmutne jej dźwięki, zastępy ludzi zwątpiałych lub wyrosłych w tej dobie rozwianych w dym i jęk snów o potędze, — uwierzyli, że mądrość w pieśni twej płynie i tchnie z niej moc[1] i pogoda.
A tobie, ptaku, dzwoni żałobnie »stary żal« na wspomnienie »przespanej myśli życia« i »zaprzepaszczonej« mocy zdobywczej i władnej.


Nie tej pogody czekało serce me od ciebie.
Nie takiej szukała w tobie dusza moja mądrości.
Nie takiej, ptaku!...
Daruj!
Gałęzi kwitnącej, na grobie twej duszy wyrosłej, przyjąć nie mogę.
Daruj! nie mogę z rąk twoich, broczących krwią »człowieka«, któregoś w sobie zabił, ach! nie mogę przyjąć »gałęzi kwitnącej«, acz rosną na niej nieraz kwiaty tak białe, jak »łaska przebaczenia«, i tak miękie, jak »słodycz cierpienia«, i tak ukojnie wonne, jak »krzywda darząca« lub jak »wierząca tęsknota«.

Zakopane.



Przypisy

  1. Wilhelm Feldman, którego rozdział o Staffie nosi podtytuł: »Wola ku potędze«. (Patrz Współczesna literatura polska, wydanie piąte, r. 1908, str, 539 i poprzednie).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Romuald Minkiewicz.