Mąż do asystencyi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Mąż do asystencyi
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wydania 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MĄŻ DO ASYSTENCYI.
OBRAZEK.

Zaraz po ślubie udali się do mieszkania, znajdującego się we własnym domu pani młodej, na drugiem piętrze od frontu. Było ono dość obszerne i urządzone praktycznie. Pan młody miał dla siebie dwa pokoje z oddzielnem wejściem, pani również dwa; salonik miał być wspólny, jak i pokój stołowy. Tak ułożono przed ślubem, za wspólną zgodą i porozumieniem się. Gdyby salon był zajęty przez pana, a w tym samym czasie przyszli goście do pani, w takim razie pani ma ich przyjąć w swoim apartamencie.
Ślub odbył się o godzinie 11-ej rano; wesela nie wyprawiano, ani też gości nie proszono.
Mieli słuszność państwo młodzi, że się wyrzekli wesela, chwila to zbyt ważna i poważna, aby ją profanować tańcami, lub też poetyczny jej urok przyćmiewać prozą śniadania, czy kolacyi.
Przyjechali z kościoła karetą wynajętą, ma się rozumieć, gdyż własnych koni nie trzymali, a i ową karetę wzięli tylko dla zwyczaju i dla oka ludzkiego, żeby nie razić znajomych i nie dostać się wprost od ołtarza na pastwę złośliwych języków.
Równie zdrowo i szczęśliwie mogli przyjechać dorożką, lub też przyjść pieszo, ale cóżby na to powiedzieli znajomi, krewni, lokatorowie, rządzca, stróż i cały ten światek, co w wielkiem mieście jest jakby małem miasteczkiem, zbiorowiskiem pewnej liczby osób i rodzin, krytykujących się nawzajem, znających doskonale zwyczaje, sposób życia, nałogi i śmiesznostki swych bliźnich. Dla nich to trzeba było wynająć karetę i to karetę porządną, z pierwszorzędnego zakładu, dla nich, dla krewnych obrażonych, że ich na wesele nie proszono, że nie wyprawiono uczty z sutem przyjęciem, z winem, z tańcami.
Gdyby jeszcze karety nie było, ogłoszonoby państwa młodych za skąpców pierwszego rzędu, a oni przecież byli tylko oszczędni i nie lubili grosza napróżno wydawać. Po powrocie z kościoła pan młody udał się do swoich pokoików. Zdjął frak, zapalił cygaro i zabrał się do czytania «Kuryera», pani młoda zaś w swoim buduarze wydobyła się z szeleszczących jedwabiów, aby przywdziać zwykły ubiór codzienny.
Schowała do komody i zamknęła na klucz staroświecki, złoty zegarek emaliowany, ciężką broszę, wysadzaną rubinami; jedwabie i mantyny pozawieszała w szafie, kapelusz włożyła do pudełka, rękawiczki do szufladki w toalecie — i przebrawszy się w szarą, dobrze już znoszoną suknię, poszła do kuchni w celu powiedzenia służącej kilku słów, w których nie było ani jednego poczciwego. Było to w charakterze pani młodej, że lubiła zawsze wygłaszać wielkie prawdy gospodarskie stylem jędrnym, dosadnym, pełnym bogatych porównań i zwrotów najmniej spodziewanych.
Ta króciutka prelekcya o wzniosłem zadaniu i obowiązkach kucharki, trwała może trzy kwadranse, może godzinę, a wzruszyła winowajczynię do tego stopnia, że ta pod wpływem rozżalenia upuściła talerz, co znowuż dało powód do nowego wykładu o drewnianych łapach, pozbawionych czucia.
Pan młody tymczasem, przeczytawszy pismo, zaczął się przechadzać po pokoju, następnie wyglądał przez lufcik, a gdy mu i to się sprzykrzyło, wydobył z szafki jakieś stare akta i zaczął je przeglądać.
Widocznie stęchła, kancelaryjna bibuła działała na niego orzeźwiająco, oczy nabrały blasku, czoło zmarszczyło się, świadcząc niejako o forsownej pracy mózgu. Od wczesnej młodości, papiery wertując i ślęcząc nad niemi, nabrał do nich szczególnego zamiłowania, które weszło w przyzwyczajenie i z czasem stało się namiętnością. Istotnie papiery były bardzo ciekawe, dotyczyły albowiem skończonego od lat trzydziestu procesu, prawo widoku z domu Nr. Xo na ogrody przyległej posesyi Nr. Xa.
Pan młody uśmiechał się pogardliwie, czytając niektóre arkusze, a w tym uśmiechu była krytyka zjadliwa. On byłby to zupełnie inaczej przeprowadził i z innego punktu wyszedł, właściciel domu Nr. Xo musiałby był okno zamurować i prędzej mógłby oglądać własne ucho, aniżeli ogród należący do posesyi Nr. Xa.
Sfuszerowana była sprawa bez wątpienia, a adwokat, który ją prowadził, zasługiwał na tytuł kauzyperdy i partacza w całej rozciągłości... Tak przynajmniej mniemał pan młody, który na prawie jedne zęby zjadł, a drugich nie zjadł tylko dla tego, że były sztuczne i drogo kosztowały...
Do pokoju weszła pani młoda i zaczęła mówić nieśmiało...
— Proszę pana... to jest chciałam powiedzieć, kochany mężu, trzeba panu wiedzieć, że dziś u nas blacharze naprawiają dach.
— To bardzo dobrze.
— Zapewne, że dobrze, ale widzi... mąż, ja im nie dowierzam... Bóg wie, jak oni tam zrobią.
— Słusznie, bardzo słusznie; dziś nietylko blacharzowi, ale rodzonemu bratu nie można wierzyć...
— Tak jest... tak jest... Załatają byle jak, sfuszerują, dobre pieniądze za to zechcą, a za parę tygodni znowuż będzie zaciekało.
— Racya, racya... Co racya, to racya...
— Właśnie; nieraz już tak było; otóż chciałam prosić pana... kochanego męża... żebyś był łaskaw pójść do nich i skontrolować...
— To jest... dokąd-że właściwie mam pójść?
— A no... oczywiście do blacharzy i na dach...
Pan młody podniósł się z krzesła i rzekł z godnością:
— Proszę pani... zobowiązałem się być pani mężem, ale nie kotem, po dachach łazić nie umiem...
— Ha, w takim razie, pójdę sama...
— Jak pani żona uważa, ale nie radzę, o wypadek nie trudno...
Pani młoda przygryzła tylko wargi i wyszła z pokoju.
Taka była pierwsza sprzeczka państwa młodych po powrocie od ołtarza.
Nie wyprawiali wesela, nie tańczyli, nie mieli zamiaru odbywać podróży poślubnej, nie prawili też sobie komplementów, jak to czyni prawie każda młoda para, której się zdaje, że otwarto przed nią bramę jakiegoś zaczarowanego pałacu o złotej posadzce, turkusowych ścianach, oknach z czystego kryształu, przez które widać pachnące ogrody, czarodziejskie fontanny i słodko śpiewające rajskie ptaki...
Oni zaczęli wprost od dachu i od sprzeczki.
Pan młody liczył sześćdziesiąt siedm wiosen życia, pani była o dwa lata młodsza; znali się dość dawno: ona była mężatką, on starym kawalerem, emerytem, niegdyś kolegą biurowym jej męża.
Kiedy bywał w ich domu na preferansie, nie przypuszczał bynajmniej, że kiedyś żonę kolegi nazwie swoją żoną i wogóle ani mu się śniło, żeby jakąkolwiek kobietę mógł swoją żoną nazywać... Na co? stary kawaler, przyzwyczajony do swego systemu życia, mający różne kaprysy i upodobania, z któremi dobrze mu było, ani myślał o zmianie losu, ale ludzie namówili i stanął na ślubnym kobiercu.
Wdowa była zamożna: posiadała dom własny i kapitały na lokacyach, miała wiele spraw w sądach, prowadziła subhastacye, stawała do aktów u rejentów.
Póki żył mąż, wszystkiem tem się zajmował, po jego śmierci w każdym takim wypadku trzeba było zasięgać rady adwokatów, chodzić do nich, co wdowę męczyło, i płacić im za każdą poradę honorarya, co ją męczyło jeszcze bardziej, niż chodzenie, była albowiem skąpa i przywiązana do pieniędzy, a te chwile, w których musiała sięgać do kieszeni, uważała za najnieprzyjemniejsze w życiu.
Te względy skłoniły ją do wyszukania sobie męża. Chciała, aby to był człowiek poważny, nie młodzik, aby znał dobrze prawo i posiadał doświadczenie.
Wybór padł na pana Andrzeja, który łączył w sobie wszystkie wymagane przymioty. O młodości dawno już zapomniał, tak zwane głupstwa od świętej pamięci wywietrzały mu z głowy; grosz szanował, był materyalnie niezależny, posiadał albowiem własny kapitalik i prócz tego pobierał pensyę emerytalną, jako były urzędnik sądowy; dodać do tego należy, że miał ładne nazwisko i prezentował się bardzo przyzwoicie.
Te względy skłoniły wdowę po panu Feliksie do stanowczego kroku. Z początku przygotowała grunt przez ludzi; dobry znajomy i przyjaciel nieboszczyka Feliksa, podjął się delikatnej misyi wybadania i ewentualnie nakłonienia pana Andrzeja do małżeństwa, a gdy już grunt był przygotowany dostatecznie, pani Feliksowa oświadczyła się sama, wyznając z całą szczerością, że nie żadne idealne pobudki, nie spóźniony sentyment, nie potrzeba serca, lecz interes wymaga tego związku, który tak jednej jak i drugiej stronie może przynieść zobopólne korzyści. Pan Andrzej po niejakim namyśle stuknął w palce i powiedział, że się na propozycyę zgadza.
Umówiono zaraz «pacta conventa». Majątek pani należy do pani, pana do pana. W razie śmierci jednego z małżonków, drugie korzysta z majątku zmarłego ściśle według prawa, ani grosza więcej. Zapisów żadnych. Za asystencyę oraz zajmowanie się interesami mąż pobierać będzie pensyę stałą w wysokości sześciuset rubli rocznie, oprócz tego mieć będzie lokal oddzielny, złożony z dwóch pokojów, z salonem wspólnym, tudzież całkowite utrzymanie, to jest stół uczciwy, gospodarski, herbatę rano i wieczorem, usługę, opranie etc. Za to obowiązany będzie prowadzić wszelkie interesa prawne swej małżonki, nie domagając się za nie oddzielnego wynagrodzenia, chodzić po hypoteki, do rejentów, do sądu i w razie, jeżeli się trafi interes pieniężny, zbadać i ocenić, co jest wart i czy można ryzykować kapitał; wywiadywać się o sumach hypotecznych, będących na zbyciu, o zadłużonych domach, które można kupić korzystnie, słowem o wszystkiem, coby dla interesów żony korzystnem być mogło.
Żona ze swej strony, oprócz pensyi stałej w umówionej wysokości, pensyi płatnej regularnie z dołu, co kwartał, bez żadnych potrąceń, obowiązała się dodać mężowi herbatę rano i wieczorem, obiad przyzwoity gospodarski, nie wykwintny, ale smacznie, zdrowo przyrządzony i w obfitości właściwej podany, usługę, tudzież pranie. Była to umowa wzajemnie przyjęta, dobrowolna i, jak się zdaje, dla obu stron korzystna.
Pan Andrzej nie namyślił się odrazu; przeciwnie zastanawiał się długo, rozważając wszelkie pro i contra. Ważył w umyśle. Co zyskiwał? Oczywiście mieszkanie, utrzymanie całkowite i sześćset rubli stałej pensyi — to prawda. Co tracił? Tracił śliczne swoje kawalerskie mieszkanie na Lesznie, z widokiem na ogród, mieszkanie, w którem czterdzieści lat przesiedział — tracił obiady w restauracyi, w gronie kolegów-emerytów, tracił różne drobne wydatki i przyjemnostki, do których od lat wielu był przyzwyczajony. Nic więc dziwnego, że wahał się i namyślał i byłby się nie zdecydował, gdyby nie kolega January, który ostatecznie szalę na stronę małżeństwa przechylił.
— Ja ci radzę, Jędruś — mówił do niego — żeń się, bo w takich warunkach można — pensya jest i pewna.
— Ano jest.
— Sześćset rubli, mój Jędrusiu, piechotą nie chodzi.
— Zapewne.
— Po roku możesz braciszku sześć listów zastawnych kupić, albo w inny sposób te pieniądze zużytkować.
— Kupiłbym listy.
— Ja wiem, że jesteś człowiek, szanujący grosz, i dla tego cię głównie namawiam.
— Kiedy bo widzisz...
— O cóż ci chodzi? Mieszkanie darmo.
— A darmo.
— Obiady darmo.
— Zapewne, ale jakie? Otóż to kwestya — kobieta skąpa.
— Skąpa, lecz jada dobrze, spojrzyj no na nią, jaka tusza, jakie kształty... Już mów ty sobie, co chcesz, ale skąpa takby się nie upasła na żaden sposób.
— Różnie to bywa, mój kochany.
— Juściż tak; mogą być pewne niedogodności, ale ogólnie biorąc interes jest dobry... Niech kto chce sądzi, a przyzna, że dobry. Napracować się nie napracujesz, a że się przejdziesz do hypoteki, do rejenta, lub do sądu, to dla ciebie fraszka.
— Oho!
— Ja jej też powiedziałem, żaden adwokat taki dla pani nie będzie jak Andrzej, to znawca; toż to cywilista doświadczony, a w najbardziej zaszarganej hypotece widzi wszystko, jak w szklance.
— Jak kolego?
— Jak w szklance.
— Ślicznie powiedziane i obrazowo — a cóż ona na to?
— Powiadam ci, usta otworzyła, klasnęła w dłonie i mówi: takiego mi właśnie potrzeba, o takim marzyłam od śmierci nieboszczyka, który poczciwy był człowiek, ale w gruncie rzeczy gamoń. Ma się rozumieć, podbijałem jejmości bębenek i wychwalając jeszcze lepiej twoje prawne zdolności i znajomość kodeksu, w czem zresztą nie przesadziłem ani troszeczkę.
— Pochlebca z kolegi.
— O, co nie, to nie, mój panie — ale zawsze za sprawiedliwością — i teraz mówię, mój Jędrusiu, jeżeli nie skorzystasz ze sposobności i nie ożenisz się, to bez żadnego komplementu powiem ci, żeś hebes.
— Ale widzisz...
— Nic nie widzę, czegóż chcesz?
— Ja się małżeństwa tego boję.
— Boisz się?
— Tak.
— Ty się boisz, ty, człowiek ustalonych przekonań, doświadczony prawnik, emeryt — ty miałbyś się bać?
— A jednak tak jest.
— Ho, ho, dziwi mnie to, bardzo mnie to dziwi. Zastanów że się człowieku, że to małżeństwo właściwie nie będzie małżeństwem.
— Prawnie będzie zawarte tak dobrze jak i każde inne.
— Ale faktycznie...
— I faktycznie do pewnego stopnia będzie.
— Ehe!
— Ależ tak; wobec Boga i ludzi ja będę jej mężem, a ona moją żoną.
— I cóż ci to w rezultacie szkodzi.
— Niby nic, ale zawsze.
Pan January za wygranę nie dał; dotąd perswadował, tłómaczył, przekładał, aż skłonił pana Andrzeja do stanowczego kroku i skojarzył parę, za co podobno dostał jakieś wynagrodzenie od pani młodej.
To też teraz po pierwszej sprzeczce małżeńskiej, pan Andrzej był na kolegę Januarego zagniewany bardzo. Chodził po pokoju swym i mruczał.
— Łajdak, zdrajca, ładnie mnie wykierował i to przyjaciel, kolega... A niechże cię piekło pochłonie z takiem koleżeństwem. Zaraz na pierwszym kroku, ja, człowiek poważny, solidny, emeryt, mam łazić po dachu, jak kot! Niechże pan January sam spróbuje; ja poślę po niego, zobaczymy, zobaczymy. Nagadam mu przykrości, impertynencki list mu poślę... Tak list, list, to będzie najlepiej — poczekaj że żmijo, ja ci napiszę, aż ci w pięty pójdzie, skwaśniejesz jak niezakorkowane piwo i zębami zgrzytać będziesz, o ile je masz jeszcze. Poczekaj, poczekaj przyjacielu.
Aby zamiar natychmiast w czyn zamienić, zaczął szukać papieru i atramentu, ale weszła służąca, mówiąc:
— Proszę pana, pani prosi na obiad...
— Co?!
— Na obiad pani prosi...
— Teraz?! o godzinie pierwszej? chyba oszalałaś dziewczyno.
— I... proszę pana... nie jestem waryatka.
— Ale czy ty nie wiesz nieszczęśliwa, że ja od czterdziestu lat jadam obiad punktualnie o trzeciej, o trzeciej punkt... od czterdziestu lat... regularnie, co dzień.
— Skąd ja mogę wiedzieć?
— To pyszne! cały świat o tem wie, czy rozumiesz — cały świat! W restauracyi, gdziem się stołował, wiedzą, koledzy moi wiedzą, służący mój wiedział, ja wiem, a ty dla czego nie wiesz?!
— Bo nie wiem, proszę pana...
— A to koniec świata...
— Ale niech pan idzie, bo barszczyk ostygnie.
— Barszczyk?!
— A tak...
— Barszczyk, może jeszcze kwaśny.
— Jak barszczyk...
— Oni mnie chcą do trumny wpakować; ja codzień jadam rosół, rosół, tylko rosół, od czterdziestu lat, czy ty to rozumiesz...
— Rozumiem, ale pani czeka...
— Pani czeka, to mi się także podoba, jeszcze żadna pani na mnie nie czekała... żadna, od czterdziestu lat... Powiedz, że idę...
W stołowym pokoju przy stole siedziała pani młoda... Nie mogła ona jeszcze zapomnieć mężowi pierwszego nieposłuszeństwa i kota, ale siliła się na uprzejmość.
— Niechże mąż będzie łaskaw siadać, barszczyk jest bardzo dobry, na kościach.
— Dziękuję uprzejmie...
— Ostygnie...
— Nie jadam nigdy barszczu...
— Dla czego?
— Mam takie przyzwyczajenie, barszcz mi szkodzi...
— Jak żyję, nie słyszałam, żeby komu barszcz szkodził, cóż więc pan mąż jada?...
— Rosół.
— A więcej co?...
— Rosół...
— Ależ to nudne.
— Nie, proszę pani, to zdrowe.
— U mnie bo rzadko rosół bywa... może chociaż kawałek mięsa mąż pozwoli.
— Dziękuję, nic jeść nie będę...
— Dla czego?
— Bo jestem przyzwyczajony jadać o godzinie trzeciej... Może by pani była łaskawa zmienić godziny obiadu...
— Czterdzieści lat tak było, więc zmieniać nie będę...
— Ale ja jestem przyzwyczajony.
— Nic nie szkodzi, odzwyczai się pan...
— Proszę pani... to jest okropność...
— Nie, panie mężu, tylko grymasów ja nie lubię. Pan chcesz tak, ja inaczej, ostatecznie jedno z nas musi ustąpić. Sama grzeczność nakazuje, aby ustąpił mężczyzna...
— Tak i żeby to przypłacił zdrowiem, albo życiem...
— Przesada!...
— Fakt...
— Jak pan uważa, nie mam prawa rozkazywać, ale wolno mi prosić...
— O co?
— Niech mąż będzie łaskaw zjeść barszczyk i kawałek pieczeni z brukwią.
— Z brukwią?! czy dobrze słyszałem?
— Doskonale i niech mąż będzie łaskaw zjeść teraz, gdyż potem służąca wyjdzie na miasto, a my udamy się do hypoteki, względem domu Berka Grinszpana...
— Do hypoteki się udam, ale żadnych barszczyków, ani brukwi jeść nie będę, i o pierwszej godzinie jadać nie będę, bo nie mam takiego zwyczaju...
— Jest mi to bardzo przykro: pan mąż będzie głodny, a co się tyczy brukwi, to jej na ulicę nie wyrzucę, mam w piwnicy duży zapas, a zapłaciłam za nią drogo. Teraz wszystko drogie, trzeba oszczędzać, bo bez oszczędności można na dziady wyjść.
— Zapewne, pani żono dobrodziejko, bez oszczędności na dziady: przy brukwi do szpitala i na Powązki.
— Grymasy...
— Nie grymasy, tylko zdrowie, w każdym razie widzę, że będę zmuszony stołować się w restauracyi.
— Jeżeli swoim kosztem, nie mogę mieć nic przeciwko temu...
— Swoim kosztem? Przecież miałem mieć stół u pani.
— Czyż jest inaczej. Stół nakryty, barszczyk aż pachnie, brukiewka pyszności, tylko jeść i Bogu dziękować, że jest co. Zapraszam też, zapraszam, ale jeżeli do gustu nie przypada, jeżeli się nie podoba... to trudno... przeboleję to sercem, ale z kieszeni nie dołożę nic, nic panie mężu, ani grosiczka, ani szelążka, bo ja pieniędzy na wyrzucenie nie mam, a czasy bardzo ciężkie, jak mężowi zapewne wiadomo. Mięso drogie, węgle drogie...
Odwróciła się do służącej.
— Sprzątaj Małgorzato — dodała z westchnieniem — pan na nasz obiadek nie łaskaw.
Małgorzata uśmiechnęła się i pomyślała, że panowie wogóle są bardzo grymaśni, bo i nieboszczyk, jeżeli tylko mógł co na mieście zjeść, to zjadł, a potem się od domowych obiadów bólem zębów wymawiał.
Wszyscy oni jednakowi są ci panowie, wszyscy grymaśni, co do jednego, ale ten może największy ze wszystkich. Po obiedzie pan Andrzej byłby napisał ów piorunujący list do Januarego, ale czasu nie miał, trzeba było albowiem iść do hypoteki, tam zeszedł mu czas do godziny piątej po południu. Przed gmachem sądowym pożegnał żonę, tłómacząc się, że ma bardzo pilny interes i aczkolwiek zwykle chadzał pieszo, gdyż był dość oszczędny, wsiadł do dorożki i kazał się wieźć na Leszno, co koń wyskoczy. Wyskoczył przed domem, w którym przez czterdzieści lat mieszkał, i o ile siły w starych nogach pozwoliły, wbiegł na pierwsze piętro. Bawił tam z kwadrans i zeszedł na dół wesół, promieniejący radością.
— No — rzekł do dorożkarza — czy się tobie kiedy w życiu chciało porządnie jeść?
— Oj, oj wielmożny panie.
— Ale tak porządnie, co się nazywa porządnie.
— Ileż razy... jak inny pan zgodzi na cały dzień i gania.
— No, to wiedz, że mnie się tak chce jeść i wieź mnie na plac Teatralny.
Dorożkarz ćwiknął biczem chude szkapy; pan Andrzej mówił do siebie półgłosem:
— Do mojej restauracyi nie pojadę, wyśmieliby mnie koledzy; pytaniom, żarcikom nie byłoby końca. Nie głupim się na to narażać, a łotr January, a niegodziwiec, kota ze mnie zrobił, w barszczyk mię ubrał, w brukiew, w pierwszą godzinę i jeszcze mówi, że los zrobiłem. Tak to zwykle bywa, gdy kto słucha rady młodszych, bo ostatecznie ten wartogłów jest odemnie młodszy... a tak jest... o całe prawie dwa lata... nie, o dwadzieścia dwa miesiące, tak... ja już byłem kancelistą etatowym, a on odbywał jeszcze aplikacyę. No, niech go tam, rozprawię ja się z nim na ostro...
Wszedł do handlu, kazał sobie podać bulionu, polędwicy, a potem butelkę dobrego wina, należało mu się to, po tylu przykrych przejściach i wzruszeniach.
Do domu wrócił o dziewiątej; żona już zabierała się do snu. Chodziła jeszcze po pokojach, sprzątała, zamykała kredens i szafy na klucz.
— Dobry wieczór, pani dobrodziejce — rzekł pan Andrzej.
— Dobry wieczór, panie mężu, spóźnił się pan...
— Jakto?
— U mnie zwykle herbata o godzinie siódmej...
— Tak?
— A tak. Teraz już posprzątane wszystko, sługa śpi; nie sposób budzić jej po nocy...
— Ano tak...
— I węgli szkoda. Po co dwa razy samowar nastawiać, kiedy można raz.
— Prawda, pani żono, święta racya, święta racya.
— Przykro mi to jednak, że pan mąż bez herbaty spać pójdzie, obiadu się nie jadło...
— Eh, może się gdzie i jadło...
— Ale herbatki się nie piło...
— Mała rzecz, głupstwo, ktoby na takie bagatelki zważał.
Z najweselszą miną pan Andrzej powiedział żonie «dobranoc» i spać poszedł, ona zaś szeptała do siebie:
— Grymaśnik bo grymaśnik, ale miękki, ujeździ się, ułoży i będzie dobrze. Do brukwi przywyknie, a co hypotekę zna to zna; adwokat ze trzy dni potrzebowałby na zbadanie interesu: ten tylko przyszedł, spojrzał i już... Nadziwić się nie mogłam... Wymarzony mąż — i prezentuje się dobrze i nazywa się pięknie i poszanowanie ma... rejent był dla niego z taką rewerencyą, jak dla jakiego dygnitarza... Wymarzony mąż.
Kołysana myślami o doskonałym mężu usnęła.
Nazajutrz rano, ubrawszy się, rzekła do służącej:
— Małgorzato, idź poproś pana na herbatę.
— Oho — rzekła sługa — z naszego pana nie ma już ani dymu, ani popiołu.
— Co? gdzie się podział.
— Wyprowadził się.
— Kiedy?!
— O czwartej rano przyszli posłańcy, zabrali wszystkie rzeczy, a tak się sprawili po cichutku i prędko, że pacierza nie zdążyłam zmówić, a już ani rzeczy, ani pana nie było...
— Dla czego mnie nie obudziłaś?
— Pan nie kazał. Mówił, że pani zmęczona, potrzebuje spoczynku.
— Ah! łotr.
— I więcej nic nie mówił? nic nie powiedział?...
— Owszem, kazał się pani kłaniać.
— Ja mu się pokłonię!
— Kazał się pani kłaniać, a mnie dał parę groszy na szpilki — dobry pan.
— O tak, dla was każdy pan dobry, dla tego, że każdy jest gałgan... to znana rzecz od dawna. I dokąd się pan wyprowadził?
— Na Leszno, proszę pani.
— Numer?
— Nasz stróż wie.
— Dowiedz się natychmiast.
Wypiła herbatę duszkiem, ubrała się w suknię czarną i namarszczona, groźna, pojechała na Leszno. Właśnie pan Andrzej ustawiał na biurku drobne graciki, gdy weszła do pokoju.
— Pani tutaj? — zapytał zdumiony.
— Zdaje mi się — odrzekła głosem grobowym — że czy tam, czy tutaj, żona powinna się znajdować przy mężu.
— Więc pani ma zamiar sprowadzić się tu? — zapytał przerażony.
— Tu byłoby mi za ciasno, ale mam zamiar sprowadzić pana do siebie.
— Co to, to już nie; przepraszam, ale nie mogę: życie mi jeszcze miłe i chciałbym te kilka lat, jakie mi pozostają...
— Masz mnie pan za zbrodniarkę, czyż chciałam pana zamordować?
— Chowaj Boże, szanuję panią bardzo, ale obiad jadam o trzeciej, będę pani wierny aż do śmierci — ale brukwi ani powącham, asystować mogę przy każdej czynności, ale herbatę pić będę rano, po południu, w nocy, kiedy mi się tylko podoba.
— Boże! co za rozpusta! co to za rozpusta.
— Niech pani pozwoli szklaneczkę, jest wyborna; jaką pani woli, z rumem, czy z cytryną, a może śmietanki...
— Dziękuję.
— Proszę bez żadnej ceremonii, jak u siebie w domu, niech pani będzie łaskawa. Jest maszynka; o każdej porze mieć można...
— Nie to mi w głowie, mój panie.
— Więc?
— Wracamy do domu, panie.
— Ja nie myślę.
— Stanowczo?
— Stanowczo, pani.
— Więc cóż to ma być? rozwód, czy separacya? Kto na to będzie łożył, bo ja nie głupiam.
— I ja również.
— Więc cóż będzie?
— Nic proszę pani; będziemy mężem i żoną aż do śmierci.
— Ja też tego chcę.
— I ja również.
— W takim razie, wracaj pan do domu.
— Za nic na świecie.
— A to okropność; to panie jest nieuczciwość, podstęp, podejście — tak się nie godzi.
— A brukwią porządnego człowieka żywić to się godzi...
— Sprzedam brukiew, kiedyś pan taki grymaśny.
— Aha! i kupię natomiast pasternaku albo rzepy. Nie głupim, pani dobrodziejko, nie głupim, kochajmy się, ale zdaleka.
— Co ludzie powiedzą?!
— Co nas to może obchodzić. Każdy zrozumie, że pani ma swoje przyzwyczajenia, ja swoje; a nie jesteśmy już oboje w takich latach, żeby można zmieniać dawne nałogi. Ja przynajmniej nie czuję dość sił na to, pani zapewne także. Urządzimy się więc tak, żeby nam obojgu dobrze było. Ja tu zostanę w mojem dawnem kawalerskiem mieszkaniu, gdzie przesiedziałem lat czterdzieści i jadać będę o tej samej porze i to, co przywykłem jadać od lat czterdziestu; a co się tycze małżeństwa naszego — na każde zawołanie jestem, do hypoteki — to do hypoteki, do rejenta — to do rejenta, wszędzie gdzie i mogę być pani użytecznym, wyłączając naturalnie dachy, piwnice i wogóle miejsca uczęszczane przez koty, lub przez szczury.
Pani prosiła, błagała, nie oszczędzała łez, ale nic nie pomogło; dziad był nie wzruszony jak skała.
— Tylko do asystencyi — powtarzał — tylko do asystencyi; do obiadów... przepraszam.
I żyła z sobą młoda para jaknajzgodniej, on swoim dworem, ona swoim, szanowali się, byli jedno dla drugiego uprzejmi i pełni grzeczności. Stary stróż Walenty, gdy go pani na Leszno posyłała, a posyłała dość często, mruczał gniewnie:
— Za nieboszczyka pana, bywało, chodziłem po Kuryera, po cygara i po piwo; według mojej służby stróżowskiej chodzę do cyrkułu i na stójkę, ale żebym regularnie codzień musiał latać dla gospodyni po męża — to dopiero teraz praktykuję i pewnie żaden stróż na świecie takiego przykazania nie miał i nie ma.


Klemens Junosza - Z Warszawy ornament 082.png





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.