Mąż (Wyspiański, 1910)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Wyspiański
Tytuł Mąż
Pochodzenie Wiersze, fragmenty dramatyczne, uwagi
Redaktor Wilhelm Feldman
Data wydania 1910
Wydawnictwo nakładem rodziny
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
MĄŻ.[1]
MĄŻ
(siadając — wskazuje miejsce gościowi).
PRZYJACIEL
(usiada).
MĄŻ

Dawno pragnąłem z Panem porozmawiać o tem, co najgłębiej skryte w mej myśli.

PRZYJACIEL
(udaje zdziwienie).
MĄŻ

Udajesz Pan zdziwienie, — w istocie zaś czujesz jak ja i wiesz, co nam wszystkim na sercu leży: co jest naszą wszystkich wspólną tajemnicą.

PRZYJACIEL
(robi przerażoną minę)
(chce coś mówić)
.
MĄŻ

Otóż tak. — — (urywa) Tak, tak — kochany Panie, tę maskę

(wskazuje na twarz swoją)

chcę dziś zdjąć
i sądzę, że miałbym temsamem prawo żądać od Pana, byś zdjął maskę swoją, — abyśmy szczerze, szczerze, kochany Panie, —

(ze wzruszeniem)

abyśmy, raz jeszcze
(...) szczerze porozmawiali o tem, co przyszłość (.....) krajowi naszemu i nam i rodzinom naszym, krajowi mówię, i to jest tajemnicą myśli naszych i tajemnicą serc naszych.

PRZYJACIEL
(powoli)
(zamyślony)
(jakby przygnębiony)
(cedzi słowa)

Niewątpliwie, — niewątpliwie.

(czulej)

Najchętniej, — słucham cię i uwielbiam, przywykłem do liryzmu duszy twojej i nie zadziwi mię ton mowy twojej, — ale mię dziwi, że mówić chcesz o rzeczach, które byłyby tylko goryczą i żalem — gdyby nie miały rzeczywistości spojrzeć w oczy.

MĄŻ

Ależ tak — rzeczywistości spojrzeć w oczy.

PRZYJACIEL
(wstając)

Czyżbyś zamierzał — mówić to głośno.

MĄŻ
(patrzy za nim)

Ależ tak. — Głośno: głośno. — Serce moje, czuję dziś, że głośno uderza: teraz też czuję, że nie moją osobistą już jest własnością; żem winien jest — to co czuję dzisiaj — mówić głośno.

PRZYJACIEL
(zamyślając się)

Ależ więc należy przedewszystkiem, abyś przedstawił rzecz na klubie naszym, w kole naszem, abyśmy wszyscy spojrzeli w głąb twej duszy i ocenili!

MĄŻ
(wstając)

Przejrzeli —

PRZYJACIEL
(z uśmiechem radości)

Przejrzeli. — O więc tak. To słowo, drogi mój. Przejrzeli. Tak jest, — trzeba abyśmy przejrzeli. Dawno czułem już, że są jakoweś lody, które przełamać trzeba, że są jakoweś maski które zrzucić trzeba — jakoweś przesądy, które jak mgła kiedyś się rozwieją. Ale nie wiedziałem, czyli prawda to jest, że one są — czyli tylko może wymysł przeciwników naszych i zarzut przeciwników naszych i cieszę się, że ty to mówisz, bo teraz rozumiem, — że w nas samych jest taka wielka siła odrodzenia dla dusz rozwoju — taka dynamiczna siła wybuchowa — że pod naporem jej ustąpić musi wszystko i przełamać musi wszystko —

(podaje mężowi rękę).
Rozumiem cię. To uczucie.

MĄŻ
(przyjął rękę i uścisnął — przechadza się po pokoju)

Tak, to uczucie!
Otóż na sile i na mocy tego uczucia chcę budować wysoko — chcę wysoko stawiać i sądzę że głos ten, który mi zadźwięczał w uszach i tyle wniósł radości w dom serca mego — że głos ten nie jest zawodny, ale że to jest duszy mojej istota. Tak jest, to uczucie, to stan ten mój i to widzę, że ciebie porywa: — że się rozumiemy, zanim jeszcze słowo jedno jakiekolwiek z ust moich padło o kwestyi tej, o której mówić zamierzyłem.

(wskazuje stołek przyjacielowi).
PRZYJACIEL
(usiada)
MĄŻ
(usiada)
(pukanie do drzwi)
MĄŻ
(zwraca głowę niechętnie)
(drzwi się otwierają)
MĄŻ
(się uśmiecha — wbiega)
CÓRKA
(przystanęła i dyga przyjacielowi)
(szepce ojcu do ucha)
MĄŻ

Dobrze, kochana dziecino — do widzenia.

PRZYJACIEL

Do teatru idzie.

MĄŻ
Do teatru.
CÓRKA
(dyga przyjacielowi)
(odchodzi)
MĄŻ
(wstaje)

Przedewszystkiem w przyszłość i otoczenie nasze musimy patrzeć seryo — poważnie.

PRZYJACIEL

O tak, niewątpliwie poważnie — — to uchroniłoby nas od wielu przykrych doświadczeń.

MĄŻ

Byt nasz cały i dolę musimy uznać, że widzimy jednak zależną od inteligencyi naszej.

PRZYJACIEL

Przyznaję, w istocie — inteligencya jest czynnikiem rozstrzygającym. — Inteligencya i wykształcenie i rozwój talentu.

MĄŻ

A otóż właśnie talent i jego rozwój.

PRZYJACIEL

Rzecz poniekąd (.....) do określenia trudna. —

MĄŻ

A niewątpliwie — trudna — ale nie do określenia trudna — jak do udoskonalenia.
Talent skoro raz jest (...) jest on przyrodzonym i wrodzonym — wymaga i winien być rozwijany. Zaniedbanie i przeoczenie talentu jakiegokolwiek jest krzywdą, którą robimy samym sobie.
Ludzi bym, jak dzisiaj widzę, podzielił na tych, którzy rzeczywiście reprezentują kapitał talentu i kapitał inteligencyi — i na tych, którzy go nie reprezentują, — przyjmując temże samem całą olbrzymią skalę talentów pośrednich: inteligencyi średnich, — które tworzą w ten sposób niejako ową drabinę Jakóbową, po której myśl ludzka ku niezawisłości się wzbija.

PRZYJACIEL

Ku niezawisłości? Rozumiałem, że powiesz więcej — że ku szczytom.

MĄŻ

Nie, mój drogi. Szczyty dla mnie nie istnieją, jeśli nazwy dla szczytów nie ma.
Przyznam, że (... ) „szczyty“ obniża.
Pozwalam więc sobie nie uznawać szczytów. I oto wielka zdobycz — jaką chciałem ci przedstawić.
To, widzisz, jest kłamstwo i obłuda. Te szczyty.
Ja określam rzecz tak:
Niezawisłość myśli, — jest to czynnik, który jeden talent wnosi ze sobą:
Otóż talent potrzebuje rozwoju.
Talent zyskuje (....) i nie odstępuje nigdy od niezawisłości.
Rozumiesz teraz, jak koniecznym i niezbędnym jest talent. —
Talent to kapitał.

A inteligencya?
MĄŻ

A otoż właśnie. To nasz obowiązek starać się dążyć ku temu, aby talent uczynić inteligencyą i w ręce człowieka, co talent posiada, w ręce tego człowieka zbogaconego inteligencyą przy ciągłym talentu rozwoju złożyć prawo kierowania losem naszym i opinią i czynami.

MĄŻ

Najważniejszem mianowicie to jest to, że widzę teraz jasno, żem powinien wziąć w siebie wszystko to, co jest przeciwnikom naszym najdroższe i to za świętość dla siebie uznać.

PRZYJACIEL

Zdaje mi się, że rozumiem cię zupełnie.

MĄŻ

Tak, rozumiesz mnie, bo wiesz, że nie ustąpię w niczem, co zbudowało mój charakter i czem jestem. — Ale rozumiesz dopiero dziś, że nie znam nic w innych takiego i być nie może, coby przeciwiło się temu, com ja za świętość przyjął.

Że więc wyżej wznieść muszę ducha mojego i zdobyć ten ton, który wspólność dać nam może. Żem powinien, — równie jak ty — bo widzę, że myślisz ze mną jednakowo i raczej dalej idziesz myślą niż ja i więcej się jeszcze po mnie spodziewasz — żem powinien wziąć w siebie wszystko, co jest istotą mego przeciwnika i godnym się stać jego myśli i jego duszy i jego inteligencyi.
PRZYJACIEL

Nie myślisz jednak o połączeniu stronnictw?

MĄŻ

Nie, bynajmniej nie myślę o połączeniu stronnictw: to są mrzonki, to są niemożliwości.
Na ludzi jednak, na ludzi świata tego patrzę teraz inaczej i wiem, że od bliskich sobie i najbliższych niczego spodziewać się nie mam prawa — do czego nie są oni zdolni sami.
I niczego się po nich spodziewać nie mogę, na co nie zdobędzie się ich własna inteligencya.
I że nie to jest stronnictwo, które ma interesa wspólne i korzyści.
Ale to jest stronnictwo, które zbiera w jedną grupę i zwarty szereg, wszystkie zdolności osobne i wszystką inteligencyę.
I dopiero wtedy zobaczymy naprawdę przeciwników (....) naszych — wszystkich tych, którzy ani inteligencyą ani talentami z nami się równać nie mogą.

PRZYJACIEL

Z przyjemnością Cię słucham. — Przypomnę Ci jednakże — boć niepodobna abyś nie wiedział sam tego — co w zapale i w uniesieniu uczucia przepomniałeś.

Ależ zważ tę olbrzymią różnicę wychowania — nie mówię już o różnicach wykształcenia, bo te mniej ulegają krytyce: mniej są uchwytne i nie łatwo dałyby się określić, — ależ wychowania różnice i różnice środowiska — to jest to, co stwarzać musi stronnictwa, różnicę jednego od drugiego, trzeciego i tak dalej.
MĄŻ

Tworzysz ich coraz więcej. Zgoda — różnica środowiska. Widzę to — różnica przyzwyczajeń — ta jak ją nazywają kastowość — powiedzmy więc to i o sobie sami — ta kastowość, której ja nie czuję — ale i może ona jest w oczach tego, co patrzy na mnie. Zgoda więc: środowisko. —
Środowisko wnosi różnice.
Ależ nie o tem chciałem mówić.

PRZYJACIEL

Przeoczyłeś środowisko.

MĄŻ

Nie jest-że niem mój dom...

MĄŻ

Choćbym umiał stanąć wbrew wszystkim w stronnictwie mojem —

PRZYJACIEL

Stań na czele stronnictwa.

MĄŻ

Choćbym miał przeciwko sobie wszystkich wśród swoich (.....) jestem pójść za tą myślą, za tą myślą, którą nakazuje mi moje sumienie.

PRZYJACIEL

Nie, przeciwnie sądzę, że staniesz się wtedy jednym więcej cennym dla nas osobnikiem — reprezentował będziesz myśl tę, jaką (....) w stronnictwie naszem. O tę myśl twoją, reprezentowaną przez ciebie, stronnictwo nasze będzie bogatsze. Ważny w ten sposób atut pozyskany do walki z przeciwnikami — ciebie mając w naszych szeregach.
Takich potrzebujemy tem więcej.

MĄŻ

A oto właśnie — chcę wam powiedzieć — że...

PRZYJACIEL

Wyrosłeś ponad otoczenie, ponad nas, ponad środowisko.

MĄŻ

Nie, ale że dopiero teraz czuję się godniejszym i jedynie godnym — do reprezentowania nas.

PRZYJACIEL

Że nas nie potrzeba obok ciebie.

MĄŻ

Tak jest, że was dosłownie nie potrzeba.

PRZYJACIEL

Ależ to prowadziłoby cię do zupełnej bezwględności.

MĄŻ

Wobec swoich, — ale to dopiero poprowadzi mnie do uwzględnienia drugich, nie moich — — i tutaj padnie mur, o który biłem daremno głową, szukając ludzi, wołając ludzi — pragnąc ludzi.

PRZYJACIEL
Temsamem lekceważysz ludzi.
MĄŻ

Zaczynam nie lekceważyć, ale pomijać zupełnie ludzi, których mam pod ręką. Przez ten stan (...) widzę tych ludzi, miana tego godnych, których Bóg sam i życie przedemną stawia, widomych.

PRZYJACIEL

Jacyż to ludzie. — Niechże ucieszę się ich poznaniem.

MĄŻ

A tak, tak, jak i ja ucieszę się ich poznaniem, gdy wobec nich z prawdą moją stanę.

PRZYJACIEL

Jesteś uczciwy człowiek i (...) jesteś człowiek.

MĄŻ

Wymazałem kłamstwo z duszy mojej i nie szedłem drogą fałszu i obłudy. Przed Bogiem uczciwy jestem człowiek i tak duszę moją żywot mój (.....), — że Prawdę napisaną mam na czole i w oczach Prawdę i w sercu Prawdę i usta moje kłamu nie wypowiedzą!
Ale w drodze żywota mego wśród moich i wśród najbliższych spotkałem kłam i fałsz i podłość: podawałem im rękę ratując ich, dźwigając — w tej świętej wierze, żem winien czynić to ku celowi wspólnemu idąc —

PRZYJACIEL

I winieneś to nadal czynić.

MĄŻ

I winienem to nadal czynić, ale wobec moich przeciwników. —

PRZYJACIEL

Słucham cię, — słucham — — z radością.
Ale czyżby twoje i nasze postępowanie dotychczas było zaprzeczeniem tego stanu, ku któremu dążysz i który odkryłeś w sobie. Czy nasze postępowanie raczej było tylko dążeniem ku temu stanowi a ty jesteś jego wyrazem, a więc symbolem naszym i naszą niejako zdobyczą i własnością.

MĄŻ

Otóż nie. Jest to tylko odkrycie prawdy, której nikt nie uznać nie może. Musicie wszyscy uchylić przed nią czoła. Prawdą wyruguję fałsze, nie dopuszczę przed siebie fałszu a szukać go będę i tropić dokoła siebie i pośród swoich.

PRZYJACIEL

Chcesz więc zapoznawać swoich.

MĄŻ

A właśnie, — swoich chcę uznać równie jak obcych i w tem widzę mą zdobycz i moją prawdę i nie zobaczysz mię już nigdy w sojuszu z człowiekiem obłudy lub nieuczciwością (.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .)

PRZYJACIEL

A skąd weźmiesz tego daru (.....) ludzi.

MĄŻ

Otóż właśnie, że daru tego od nikogo żądać nie będę. — Ani u nikogo szukać nie będę darów szczególnych, ale czyny jego dotychczasowe będę (...) i talent jego ocenię i dla talentu jego uznam w nim prawdę i równe mojemu prawo.

PRZYJACIEL

Opuszczą cię (...) twoi przyjaciele.

MĄŻ

A właśnie przyjaciele moi odgradzają mnie od prawdy i spojrzenia w treść duszy mojej i uświadomienia powołania.

PRZYJACIEL

Odłączasz mnie — ?

MĄŻ

Odłączam ciebie.

PRZYJACIEL

Z prawdziwą dumą ściskam twą rękę, — iżeś rzekł słowa, które stawiają cię wyżej niż cię sądziłem i pozwalają mi się chlubić tobą, jako przyjacielem i naszemu stronnictwu zjednają uznanie u przeciwników najbardziej nieprzejednanych.
Co zechcesz czynić?

MĄŻ

Takim obaczycz mię w czynach moich, — jakiemu podałeś mnie dłoń. Czyny moje zwać będę czynami kraju mego i temuż siły moje zdawna poświęciłem i dziś to jedyna dążność moja i prawo.

PRZYJACIEL
Co? czyżbyś zamierzył...
MĄŻ

Urzeczywistnić zamierzam pragnienie i nadzieję duszy mojej. Istność moją całą tej chce poświęcić i oddać. — Nie myślę duszy mojej żaru i ognia taić i odwlekać. — Przyszłość bowiem do nas należy i obowiązek nasz zowie się przyszłość.

PRZYJACIEL

Jakoż chcesz te idee zrealizować?

MĄŻ

A właśnie. Realizacyą duszy mej, i czując ten płomień i żar co porywa —
chcę widzieć, by się w oczach moich spalał jako ofiara żywota.
Prawda jest jedna, jak jedną jest cnotą; kto w fałszu i kłamstwie duszę swą pokalał, ten musi uledz jadowi zatrucia i pęt nie czuje, co go z trupem wiążą,
Ale kto na skrzydłach uczucia rwie się ku niebu i świt zorzy widzi, temu łzy, grzechy, ból i upiory ciążą i nie pozwoli, by duch w pętach malał — aż znajdzie byt swój w tem, co Los ukrywa dolę podejmie (.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .)

O Bogu daną prawdę na się bierze,
ocali Naród w Prawdzie tej i Wierze!




Przypisy

  1. Rękopis „Męża“ składa się z 19 kartek średniego formatu, jednakiem pismem pisanych, zdaje się w r. 1902, ale numeracya stronic wskazuje na pewne przerwy bądź to w czasie pracy, bądź też w snuciu myśli; mamy więc kartki, numerowane 1—8, po nich następują kartki 1—3, 1—2 i 1—4; przerwy te są w druku zaznaczone.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Wyspiański.