Mój stosunek do Kościoła/Rozdział 2. Moje pochodzenie katolickie. Mój „katolicyzm“ i moja wyznaniowość w ciągu całego życia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Niecisław Baudouin de Courtenay
Tytuł Mój stosunek do Kościoła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Spółdzielnia wydawnicza „Bez Dogmatu“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
ROZDZIAŁ 2.

Moje pochodzenie katolickie. Mój „katolicyzm“ i moja wyznaniowość w ciągu całego życia.

Dzieciństwo, chłopięctwo i pierwsza młodość.

Pochodzę z rodziny katolickiej. Zaraz po urodzeniu (w Radzyminie w r. 1845) ochrzczono mię, nie pytając mnie wcale o zgodę. Jak w nowoczesnych państwach wszyscy mężczyźni podlegają obowiązkowej służbie wojskowej, tak znowu w państwach bez rozdziału Kościołów od państwa wszystkie nowonarodzone dzieci podlegają obowiązkowemu chrztowi albo też (przynajmniej płeć męska) obowiązkowemu obrzezaniu. A nawet przy rozdziele kościołów od państwa większość rodziców trzyma się tego lub owego wyznania. Tak więc w każdym razie byłbym ochrzczony. Do ksiąg „urzędu stanu cywilnego“ zostałem wniesiony przez księdza. Moimi rodzicami chrzestnymi byli ksiądz wikary i służąca moich rodziców.
Wychowanie otrzymałem szczerze rzymsko-katolickie. Od najwcześniejszego dzieciństwa wpajano we mnie starannie i sumiennie religijność rzymsko-katolicką ze wszystkiemi jej przynależnościami.
Moja matka była prawdziwą katoliczką, nie damą flirtującą z konwenansowym Bogiem, ale osobą głęboko wierzącą i całą duszą, całem sercem oddaną swemu Bogu, który, chociaż, podobnie jak wszystkim innym osobom wierzącym, był jej narzucony i w nią wmówiony, stał się jej prawdziwym Bogiem osobistym, czczonym i wielbionym bez zastrzeżeń i bez powątpiewań, zgodnie z nauką Kościoła. Życie mojej matki było życiem męczennicy, poddającej się bez szemrania przeznaczonemu jej losowi, który dla niej był wyjątkowo okrutnym. Doznawała prawie bez przerwy tylko cierpień, a nader rzadko chwilowej przemijającej radości. Urodziła czternaścioro dzieci, z których tylko czworo wychowało się i dorosło; jedna córeczka umarła mając lat pięć, a wszystkie inne w ciągu pierwszego roku życia. W jej cierpieniach jedyną jej pocieszycielką była głęboko odczuwana i całą istotą przeżywana religja. Za swój najświętszy obowiązek uważała bezwzględne posłuszeństwo Kościołowi, surowe przestrzeganie przepisów kościelnych i wykonywanie wszystkich bez wyjątku praktyk religijnych.
Uważając swoją religijność za niezbędny warunek szczęścia doczesnego i pozagrobowego, matka moja starała się wszelkiemi sposoby wszczepić ją także dzieciom. Ćwiczyła nas w modlitwach, w niedzielę i święta czytywała nam przepisane na każde ze świąt lekcje i ewangielje, prowadziła nas na nabożeństwa, kazała czcić osoby duchowne, jako istoty wyższe, jednem słowem wychowywała nas w kulcie religijnym o absolutnej czystości i bez zarzutu.
Oczywiście usiłowania wychowawców w kierunku zaszczepienia wychowankom czystej i prawdziwej religijności nie zawsze trafiają na podatny grunt, a wywołują czasami niepożądane skutki. „W małych dzieciach, skazanych na bałamucenie ich opowiadaniami i objaśnieniami całkiem dla nich niezrozumiałemi, można wprowadzić nastrój religijny przez samo powiedzenie „złóż rączki i pomódl się do bozi“. Jest to zapewne rozrzewniające i rozczulające, ale czy zawsze celowe, czy zawsze da się długo utrzymać, to wielkie pytanie“. (Różnoraka „psychologja modlitwy”. „M. W.“ 1923 Nr. 11, str. 12).
Ja jednak odczuwałem poważny nastrój religijny, pomimo że często przychodziły mi do głowy myśli „grzeszne“, a nawet poprostu wszeteczne. „Pamiętam, że w dzieciństwie byłem bardzo pobożnym, starałem się modlić się ze skupieniem i z uczuciem czci, należnej Stwórcy, chociaż nie zabezpieczało mnie to wcale przed grzechami i przed kalaniem myśli choćby przez niektóre wyliczane w katechizmach grzechy, wołające o pomstę do nieba i inne nie mniej pikantne. Zresztą katechizm tylko współdziałał z wrażeniami, odbieranemi od życia, a przedewszystkiem od faktu różnicy płci w świecie zwierzęcym wogóle, a ludzkim w szczególności“. („M. W.” 1923 Nr. 11, str 12).
Modliłem się gorąco rano i wieczorem, chociaż wieczorami zwykle przy tem zasypiałem. „Pamiętam, jak w dzieciństwie przed pójściem spać klękałem do wieczornego pacierza i odmawiałem po kolei „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Marja”, „Wierzę w Boga”, „Dziesięcioro Bożego Przykazania” a czasami, w przystępie niezwykłej gorliwości, także inne modlitwy i przykazania. Bywałem często mocno rozespany i klepałem nawpół przytomnie modlitwy, uważane za obowiązkowe. Otóż „Wierzę w Boga“ bywało dla mnie zadaniem nie do przezwyciężenia. Powtarza się w niem dwa razy „Ducha Świętego“: najprzód w połączeniu „który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny” (lub „z Marji Dziewicy“), następnie zaś w połączeniu „Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny...”. Przejechawszy tedy przez pierwszego „Ducha Świętego” i dojechawszy szczęśliwie do drugiego, nie mogłem za nic ruszyć dalej i wracałem automatycznie do pierwszego, t. j. zamiast powiedzieć „wierzę w Ducha Świętego, święty kościół powszechny“ bełkotałem ponownie „...Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny“. Znowu dochodziłem do „wierzę w Ducha Świętego“ i znowu cofałem się do pierwszego „Ducha Świętego“ w towarzystwie Maryi Panny. Da capo al fine. Powtarzało się to kilkakrotnie i ani rusz nie mogłem się wydobyć z „Wierzę w Boga” i przedostać się do „Dziesięciorga Bożego Przykazania”, dopóki nie zdobyłem się na jakiś krok stanowczy, t. j., ocknąwszy się ze stanu drzemki, brałem gwałtownie rozbrat z „Wierzę w Boga” i rzucałem się rozpaczliwie na fale „Dziesięciorga Przykazań“ (wraz z „cudzołożeniem“ i „pożądaniem żony bliźniego swego“).“ („M. W.“ 1923, № 11, str. 15).
Z wielkiem przejęciem śpiewałem lub recytowałem około Bożego Narodzenia kolendy — w nastroju radosnym, a przed Wielkanocą „Gorzkie Żale“ — w nastroju smutnym, przeżywając i odczuwając przytem do pewnego stopnia męki Chrystusowe.
„Kiedy 8 września r. 1855” (w dzień wzięcia Sewastopola przez sprzymierzonych) „kazano mi po raz pierwszy iść do spowiedzi, a następnie do komunji, wywarło to na mnie potężne wrażenie”. Bardzo sumiennie i skrupulatnie robiłem „rachunek sumienia“. „Skupiłem myśl na tym akcie świętym i na łasce, której dostąpiłem. Nie zwracałem uwagi na to, że mój spowiednik — o ile pamiętam, jakiś zatabaczony bernardyn czy też reformat, — traktował tę sprawę rzemieślniczo, zawodowo, robił mi napomnienia stereotypowe i zadał mi na pokutę odmawianie w ciągu kilku dni pewnej porcji „ojczenaszów“ i „zdrowasiek“. Dalsze praktykowanie tych „sakramentów“ zarówno w domu, jak później w szkole działało na mnie ochładzająco, a bezduszne klepanie wyznaczanych za pokutę „ojczenaszów“ i „zdrowasiek“ było bardzo dalekie od podniosłego nastroju modlitewnego.
„Boć doprawdy dziwny to pomysł, ażeby łączenia się duszy pobożnej z Bogiem w modlitwie używać jako środka kary, a przez mnożenie modlitwy (5 lub 10 „Pater noster“ i „Ave Maria“, choćby nawet nie w urzędowym języku Kościoła, ale w języku ojczystym penitenta) nadawać jej cechę bezmyślnego klepania pewnych wyrazów w określonym porządku. Podobnie, używając pracy jako kary dla przestępców, odziera się tę pracę z wszelkiego uroku. Zarówno praca jako też modlitwa powinny być otoczone pewną czcią. Użyte jako narzędzia kary mimowoli wywołują ku sobie odrazę”. („M. W.” 1925 № 11, str. 12—13).
Prócz tego niektórzy ze spowiedników swojemi pytaniami naprowadzali mnie na „grzechy”, o których jeszcze nie wiedziałem, a ponieważ byłem naturą wysoce zmysłową, więc te indagacje czcigodnych ojców duchownych kalały moją wyobraźnię i deprawowały mię stopniowo.
Ten wpływ deprawujący wywierały także niektóre ustępy z „Historji Świętej“, niektóre oddziały Katechizmu, a zwłaszcza wyliczania różnych egzotycznych grzechów, których kazano mi się uczyć na pamięć. Wyczytany w liczbie „grzechów, wołających o pomstę do nieba” (czy też „do Boga“) „grzech Sodomski“ niezmiernie mię zaciekawił, a że byłem dzieckiem myślącem i chcącem rozumieć to, czego każą mu się uczyć, rozpytywałem na wszystkie strony, co to takiego, i dopóty się nie uspokoiłem, dopóki się nie dowiedziałem, nie pamiętam już od kogo, zdaje się że od jakiegoś rówieśnika. A tymczasem mógłbym przez całe życie nie wiedzieć o tym interesującym grzechu, o ile bym nie został lekarzem, zwłaszcza psychjatrą, folklorystą lub — rzecz oczywista — księdzem.
W epoce swego pierwszego dzieciństwa święcie wierzyłem we wszelkie cuda, starotestamentowe, nowotestamentowe i późniejsze, dokonywane przez samego Boga wielopostaciowego i przez jego wybrańców i wybranki, t. j. przez różnych Świętych, a zwłaszcza przez różne Matki Boskie. Kiedy mi opowiadano o cudach, związanych z Matką Boską Częstochowską, o rzekomym napadzie Husytów na Jasną Górę i o sponiewieraniu przez nich obrazu Cudownego i Hostji Przenajświętszej, dygotałem z oburzenia, a że przy tej sposobności utożsamiano Husytów z Chasydami i wogóle z Żydami-masonami i twierdzono, że to Żydzi Husyci zbezcześcili tak Świętości katolickie (takie twierdzenia można było słyszeć od niektórych księży, nawet z ambon)[1], odzywała się w mej duszy ostra niechęć do „Żydów“, którą hodowały też „Gorzkie Żale”, opiewające ukrzyżowanie i męki Chrystusa.
„Przecież Chrystus był synem Boga, a zarazem zbawicielem ludzkości, który poddał się mękom za grzechy ludzi zgodnie z przepowiedniami proroków, to jest zgodnie z ułożonym przed wiekami programem. I takiego Boga-człowieka „Żydzi“ nietylko nie uznają, ale oddają go na męczarnie i śmierć hańbiącą. Zgódźcie się sami, że wcale nie wyrzutki moralne i potwory moralne zpomiędzy chrześcijan, ale właśnie bardzo uczciwi, bardzo szczerzy i bardzo szlachetni ludzie mogą się oburzyć na Żydów i stać się ich wrogami, naturalnie pod warunkiem, że ci uczciwi, szczerzy i szlachetni ludzie są pozbawieni choćby krzty zmysłu krytycznego, ale za to posiadają łatwo zapalającą się wyobraźnię“. („J. Baudouin de Courtenay. Ze zjazdu autonomistów czyli przedstawicieli narodowości nie-rosyjskich”. Kraków. 1906. Odbitka z „Krytyki”. Str. 24 — 25).
Ale ten mój „antysemityzm” dziecięcy był bardzo niewinny i nie miał w sobie ani cienia pogromowości. Moje najbliższe otoczenie było również wolne od uczuć antysemityzmu napastniczego i tępicielskiego. W związku z prawdziwą religijnością nakaz „miłości bliźniego” przeważał nad fanatyzmem wojowniczym. Patrzyliśmy nietylko na Żydów, ale wogóle na wszelkie inne zrzeszenia innowiercze z poczuciem wyższości katolickiej i, co najwyżej, litowaliśmy się i ubolewaliśmy nad „poganami” i „heretykami” z powodu, że, nie uznając władzy i nieomylności papieża, skazują siebie na wieczne potępienie. I wogóle w ówczesnem społeczeństwie polskiem nie było jeszcze tego wściekłego, fanatycznego i geszefciarskiego antysemityzmu, który, w związku z potężniejącym syjonizmem i szowinizmem żydowskim, zatruł pod koniec XIX i na początku XX wieku atmosferę społeczną i uniemożliwił znośne, spokojne współżycie różnych „ras” i różnych wyznań.
Również mój „nacjonalizm“ dziecięcy nie miał w sobie cech fanatyzmu i nienawiści bezwzględnej. Byłem wprawdzie gorącym patryjotą polskim, marzyłem o niepodległości Polski i o wskrzeszeniu państwa polskiego, uważałem „Niemców” i „Moskali“ za wrogów Polski, pragnąłem wypędzenia ich z ziem polskich w granicach przedrozbiorowych z dodaniem do nich reszty ziem, zamieszkałych częściowo przez Polaków; snułem senne obrazy wielkiej Polski od morza do morza i od Odry do Dniepru, w połączeniu z przyległemi krajami „słowiańskiemi“, ale nieubłaganej nienawiści do „wrogów” nigdy w sercu nie żywiłem. Wogóle zdaje mi się, że uczucie nienawiści jest mi obce; mogę je sobie wyobrazić, ale nie mogę go odczuwać.
W dziedzinie życia religijnego wierzyłem bezwzględnie w t. zw. „Objawienie”, nie zastanawiając się nad tem, skąd ono pochodzi. Przecież „objawienie” przechodzi drogą tradycji od człowieka do człowieka, i tylko od człowieka do człowieka. Cofając się jak najdalej wstecz, nikt nie potrafi wskazać wybrańca i szczęśliwca (oczywiście płci męskiej), któremu udało się rozmawiać bezpośrednio z bóstwem i odbierać od niego wskazówki dla dwunogich, obdarzonych olbrzymią dozą zarozumiałości i megalomanji. Każdy z nas dowiaduje się o „Objawieniu” od swego otoczenia: od piastunek, od rodziców i wychowawców, od kapłanów danego wyznania, albo istotnie wierzących w możność „objawienia”, albo też obłudnie udających, że w nie wierzą. Przestawszy być analfabetami, potwierdzenie legendy objawieniowej znajdujemy w książkach partyjnych.
W każdym razie ja osobiście wierzyłem przez pewien czas w „objawienie boskie”.
Byłem też czcicielem kleru i jego wiernym poddanym. W związku z tem „przypominam sobie z wczesnego dzieciństwa wrażenia niezbyt budujące. Mieszkałem z rodzicami w Porębie, wsi kościelnej niedaleko od Ostrowia i Pułtuska, w dzisiejszej ziemi Łomżyńskiej. Otóż w tej wsi był proboszcz w starszym już wieku, na którego w swej dziecięcej naiwności patrzyłem z wielką czcią, bo zdawało mi się, że głowę jego otacza aureola na podobieństwo promieni i kręgów, okalających na obrazkach głowy świętych płci obojej. Prawdopodobnie memu proboszczowi kurzyło się z czupryny. Otóż o tym czczonym przezemnie księdzu opowiadano sobie poufnie, ale tak, że opowiadania te obijały się o moje uszy, iż miał on kolejno po sobie dwie gospodynie: najprzód matkę a potem córkę, która była też jego własną córką. Prawdopodobnie była to potwarz czy też oszczerstwo; ale już możność podobnej potwarzy czy też oszczerstwa przemawia chyba jaskrawo przeciw celibatowi. Ja byłem wówczas jeszcze na tyle naiwny, że w tej kolejności księżych gospodyń nie widziałem nic zdrożnego”. („Dobrodziejstwa celibatu czyli bezżeństwa księży”. „M. W.” 1923. № 12, str. 4).
„Kiedy w r. 1857 wstąpiłem do klasy trzeciej Gimnazjum Realnego w Warszawie, musiałem wraz z całą klasą i wraz z całą szkołą uczęszczać codziennie przed rozpoczęciem lekcji już o wpół do ósmej zrana do kościoła panien Wizytek na nabożeństwo uczniowskie, odprawiane dla nas przez jednego z księży prefektów. To traktowanie nas jak trzody wyznaniowo musztrowanej musiało prawie we wszystkich nas tłumić i zabijać prawdziwy nastrój religijny i modlitewny indywidualny.
„Urządzane w szkole rekolekcje przed kontrolowaną w sposób policyjny spowiedzią wielkanocną nie wzbudzały w nas wcale nastroju religijnego, ale przeciwnie były traktowane lekceważąco i humorystycznie, jako „kinderbale duchowne” (przeróbka używanego przez naszych katechetów wyrażenia „zabawa duchowna”).” („Różnoraka psychologja modlitwy”. „M. W.” 1923. № 11, str. 13).
O ile sobie przypominam, byliśmy wówczas, przed laty 70-tu, zmuszani do spowiadania się tylko raz na rok, koło Wielkanocy, nie tak jak dziś, w dobie ostentacyjnie głoszonej „sanacji moralnej” i uczciwości, kiedy to okólnik ministerjalny nakazuje uczniom szkół średnich spowiadać się trzy razy do roku. Oczywisty postęp jako skutek Konkordatu!
W klasie 5-ej bierzmowałem się, również u panien Wizytek, korzystając z przyjazdu jakiegoś biskupa. Chciałem uczestniczyć w jednym z sakramentów wprawdzie nie obowiązkowych, ale zalecanych.
„Ostatni raz spowiadałem się w klasie szóstej na wiosnę r. 1861 u znanego filozofa polskiego, księdza pijara Franciszka Krupińskiego. Zachowywał się on całkiem poprawnie, wysłuchał moich zwierzeń uważnie, a na pewne dolegliwości „grzechowe” dawał mi bardzo trafne rady hygjeniczne z zakresu hydroterapji. Oczywiście, jako zawodowiec, zalecił mi także odmawianie „ojczenaszów” i „zdrowasiek”, boć przecie było to koniecznem przypieczętowaniem spowiedzi wyznaniowej.
„Była to moja ostatnia spowiedź, której musiałem się poddać obowiązkowo jako uczeń gimnazjum. Przeszedszy z szóstej klasy gimnazjum realnego do Szkoły przygotowawczej do Szkoły Głównej, nie podlegałem już kontroli szkolnej, a moja ówczesna religijność wykluczała potrzebę spowiedzi dobrowolnej. Obłudnikiem zaś nigdy nie byłem i być nie mogłem.
„Wiem o tem, że wielu ludzi, i to nawet pierwszorzędnych myślicieli, których światopogląd kłóci się zasadniczo z nauką Kościoła urzędowego, uważa za konieczne, dla niewywoływania zgorszenia, brać udział w nabożeństwach i udawać pobożnych. Podobno Karol Darwin, wzorem innych uczonych angielskich, chadzał w święta do kościoła z książką do nabożeństwa pod pachą; bo inaczej byłoby to shocking (raziłoby publiczność). Mnie jednak nie stać na takie udawanie pro publico bono. Chcę pozostawać sobą, nie zaś jakimś surogatem własnej osoby“. („M. W.” 1923 № 11, str. 13 — 14).
Napoleon I, który nie bardzo był w porządku z przykazaniami boskiemi, a zwłaszcza z przykazaniem 5-em, odbywał podobno praktyki religijne i został uznany przez Kościół Chrystusowy. Za jego przykładem rozmaici dostojnicy, prezydenci, marszałkowie, ministrowie i t. d. rozmaitych państw, a w tej liczbie Polski, odbywają przepisane przez Kościół praktyki i uczestniczą w obrzędach, bądź to jako wierzący (o czem przeważnie można wątpić), bądź też jako udający wierzących ze względów oportunistycznych. Mnie to jednak ani trochę nie wzrusza.

Po ostatniej w życiu spowiedzi.

Tak więc moja ostatnia spowiedź miała miejsce w r. 1861. Później już ani razu się nie spowiadałem.
Możnaby o tem powątpiewać choćby ze względu na to, że przed przystąpieniem do „sakramentu” małżeństwa każdy kontrolowany przez zwierzchność duchowną „katolik” musi przejść przez „sakrament” pokuty, t. j. wyspowiadać się, i przynieść od spowiednika urzędowe zaświadczenie. Dla usunięcia podobnych wątpliwości stwierdzam, że pierwszy mój ślub odbył się w kościele ewangielicko-augsburskim w Warszawie, drugi zaś w kościele katolickim Maltańskim w Petersburgu. Ówczesny proboszcz tego kościoła, dziś oczywiście już nieboszczyk, był na tyle delikatny, że się nas wcale nie pytał o spowiedź, pozostawiając widocznie załatwienie się z „sakramentami” przedwstępnemi naszemu sumieniu. Zadowolnił się przyzwoitem honorarjum. Sądzę, że nawet ze stanowiska wyznaniowego postąpił on właściwiej, aniżeli inni księża, wymagający koniecznie świadectwa o odbytej przed ślubem spowiedzi. Wymuszona bowiem ze względów formalnych, obłudna spowiedź bez przekonania uważana jest podobno za „bluźnierstwo”, a nawet za „świętokradztwo”. Dzięki tolerancji ks. Martynoffa uniknęło się tego bądź co bądź ciężkiego „grzechu”. Prócz tego jego uprzejmość dawała tacite (milcząco) w razie czego doskonały pretekst do unieważnienia zawartego bez poprzedniej spowiedzi małżeństwa; za tę uprzejmość należała mu się prawdziwa wdzięczność.
Już w Szkole przygotowawczej do Szkoły Głównej (1861 — 1862) zaczęły się moje poważne wątpliwości religijne. Stopniowo coraz dalej odchodziłem od Kościoła. Wpływały na to: najprzód obserwowanie postępowania kleru, któremu przedewszystkiem chodziło o władzę i panowanie, o wyzysk i geszeft; powtóre zaś sama narzucana wierzącym tradycja religijna, sprzeczna z rozumem i z poczuciem sprawiedliwości.
Po skończeniu Szkoły Głównej, mając lat 21, nie wierzyłem już nietylko w „nieomylność“ papieską i w „Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny“, nietylko w nieśmiertelność duszy, ale nawet w Boga wyznaniowego; stałem się, jak to mówią, „ateuszem“ czyli „bezbożnikiem“ i dotychczas być nim nie przestałem.
Pomimo to dzieci swoje chrzciłem, przez konwenans, a także dla tego, że mnie osobiście było to obojętne, a dla drugiej strony miało znaczenie, choćby dla tego, że niechrzczenie byłoby shocking. Zresztą nie należy zapominać o stronie prawnej: przy braku w Rosji stanu cywilnego wniesienie nowonarodzonego dziecka do ksiąg ludności nie mogło się obejść bez jakiegoś obrządku wyznaniowego.
Sam też figurowałem w spisach ludności jako „wyznania rzymsko-katolickiego“. Moje „wyznanie paszportowe“ było „rzymsko-katolickie“. To samo wyznanie było wpisane w odpowiedniej rubryce mego „formularnego spiska“ czyli urzędowego „stanu służby“. Chcąc niechcąc tedy musiałem się godzić z tą sprzecznością między memi przekonaniami, między moim światem wewnętrznym a między szyldem, pod którym byłem wniesiony do inwentarza poddanych, z jednej strony, Najjaśniejszego Cesarza Wszechrosji i „Króla Polskiego“, z drugiej zaś strony Jego Świątobliwości Papieża Rzymskiego.
Ulegając stale temu przymusowi, gdzie tylko mogłem i kiedy tylko mogłem wyłamywałem się z pod niego. Przy powtarzających się co kilka lat spisach ludności dla celów statystyki na przeznaczonej dla mnie kartce w rubryce wyznaniowej wpisywałem albo „bezwyznaniowy“ albo też „żadnego“. Podobnie przy sporządzaniu listy kandydatów na sędziów przysięgłych, kiedy w kancelarji uniwersytetu petersburskiego zapytywano mię o wyznanie, odpowiadałem albo „nikakowo” (żadnego), albo też „swojewo sobstwiennawo” (swego własnego).
Od pełnienia w Petersburgu funkcji sędziego przysięgłego starałem się zawsze w ten lub ów sposób się wykręcić. Raz jednak nie udało mi się i musiałem się zjawić na posiedzenie sądu. Podczas odbierania przysiąg przez duchownego prawosławnego (katolickiego przytem nie zaproszono) przewodniczący sądu zwrócił się do mnie z zapytaniem: „pan jest katolik, czy pan się zgodzi przysiąc przed naszym duchownym?” Ja na to: „proszę uwolnić mię od wszelkiej przysięgi, ponieważ przysięga jest sprzeczna z memi przekonaniami”. Do mnie przyłączył się drugi przysięgły, profesor Instytutu Górniczego Jakowlew. Na wniosek prokuratora sąd po półtoragodzinnej naradzie obłożył nas grzywną 25-rublową i wydalił z sali posiedzeń. Byliśmy bardzo zadowoleni, bo nie potrzebowaliśmy tracić czasu na zajęcie wątpliwej wartości moralnej. Ponieważ jednak postanowienie Sądu Okręgowego o ukaraniu nas grzywną było sprzeczne z obowiązującem wówczas prawem i praktyką sądową, więc zaskarżyłem je (a za mną mój współtowarzysz niedoli, prof. Jakowlew) przed Izbą Sądową i wygrałem.
Nie przysięgałem też występując parę razy jako świadek, a zamiast przysięgi składałem tylko uroczyste przyrzeczenie, że będę zeznawał prawdę.
W ostatnich latach, „przyjeżdżając do Łodzi na odczyty, bywałem zaraz na wstępie indagowany przez portjera hotelowego lub jego zastępcę, jakiego jestem wyznania. Odpowiadałem: „żadnego, jestem bezwyznaniowy”. To nie mogło im się w głowie pomieścić, ale ja znowu nie mogłem podawać o sobie fałszywego świadectwa. Za drugim razem jeden z pomocników portjera chciał mię zaliczyć do wyznania „mojżeszowego”, bo oczywiście w jego oczach bezwyznaniowiec a żyd to mniej więcej to samo; jeden i drugi należą do ludzi pośledniejszego gatunku. Ja jednak przeciw swej „mojżeszowości” stanowczo zaprotestowałem, podobnie jak przeciw swej „rzymsko-katolickości”. („Tolerancja. Równouprawnienie. Wolnomyślicielstwo. Wyznanie paszportowe. Warszawa. 1923”, str. 18 — 19).
Jeszcze w r. 1926, zwróciwszy się do policji ze skargą na piekarnię, z której pochodził nabyty przezemnie chleb trujący, zostałem zapytany przez urzędnika, spisującego protokół, między innemi także o to, jakiego jestem „wyznania”. Chociaż trudno zrozumieć, jaki może istnieć związek między mojem „wyznaniem” a jakością chleba, to jednak, zapytany, odpowiedziałem: „żadnego”. Protokólista określił mię jako „bezwyznaniowego”.
„Chociaż sam osobiście stoję poza wszelkiemi wyznaniami sankcjonowanemi i legalizowanemi, to jednak, szanując godność człowieka i jego prawo być tem, czem chce, broniłem wierzących katolików przeciwko zamachom na nich ze strony prawosławnych, broniłem wierzących prawosławnych przeciwko katolikom, wierzących żydów przeciwko zamachom ze strony prawosławnych lub katolików. Każdy z tych wierzących chciał mieć swego boga wyznaniowego, nie zaś boga przemocą narzuconego”.
(„Komu i na co potrzebny jest Bóg?” „M. W.” 1925 № 1, str. 11).
Dla tych ludzi ich religja, utożsamiana z wyznaniem, była jedynym elementem uszlachetniającym i uszczęśliwiającym, jedynym elementem, wznoszącym ich w ich własnych oczach ponad poziom bydlęcia; i tylko brutalny cham z instynktami sadystycznemi mógł ich tego pozbawiać.
Ale co do mnie osobiście, to również tylko brutalny cham i cynik klerykalny może mi narzucać jakieś wyznanie, pomimo że jestem człowiekiem absolutnie pozawyznaniowym. Niestety, ja sam, w stosunku do siebie samego, grałem rolę takiego chama i cynika, nie zrywając z siebie sprzecznych z mojemi przekonaniami pęt wyznaniowych. Był to jeden z objawów ludzkiej podłości i tchórzostwa.
Poczucie ohydy podobnego udawania rośnie stopniowo, coraz bardziej potężnieje i w końcu staje się nie do zniesienia, tak że nareszcie człowiek sobie powiada: trzeba z tem raz skończyć.

Moje współdziałanie z klerem katolickim

Chociaż ze swych uczuć, zapatrywań i przekonań pozareligijnych nie robiłem tajemnicy, jednakże, pozostając oficjalnie w łonie Kościoła katolickiego, uchodziłem i byłem uważany za wiernego syna tego Kościoła, a przynajmniej za jego sympatyka.
Nawiasem mówiąc, w Rosji carskiej moje położenie pod tym względem było położeniem bez wyjścia. Ponieważ bezwyznaniowość i pozawyznaniowość były tam niedopuszczalne, a nawet uważane za występek, więc wystąpić z Kościoła katolickiego mogłem jedynie przez zmianę wyznania, t. j. wstępując do jednego z innych Kościołów chrześcijańskich: albo do jednego z wyznań protestanckich, albo też do Kościoła prawosławnego. To ostatnie byłoby krokiem, pozbawiającym wszelkiej swobody ruchów w tej dziedzinie: lasciate ogni speranza voi ch'entrate (porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wstępujecie); boć przecie próba zerwania z prawosławiem była karana w Rosji jako przestępstwo kryminalne.
Niektórzy dostojnicy kościelni, chociaż z pewnością wiedzieli o moim indyferentyzmie wyznaniowym, zwracali się jednak do mnie z prośbami o załatwienie pewnych spraw poufnych.
Przez cały czas swego pobytu w Kazaniu (1875 — 1883) wcale nie uczęszczałem do kościoła i wogóle stałem zdala od proboszcza miejscowego i jego otoczenia. Głównemi filarami Kościoła katolickiego, syndykami i t. p., byli polacy z intendentury wojskowej lub z leśnictwa, z których niektórzy mieli procesy o rozmaite nadużycia pieniężne. (Ja sam w charakterze sędziego przysięgłego uczestniczyłem raz w sądzie nad takimi łapownikami i złodziejami, ale oczywiście bardzo pobożnymi i prawowiernymi katolikami). Pomimo to pod koniec mego tam pobytu pisał do mnie internowany w Jarosławiu (nie galicyjskim, ale rosyjskim) arcybiskup Feliński, prosząc o pośrednictwo w doręczaniu zapomóg dwum wracającym z zesłania syberyjskiego a przebywającym czasowo w Kazaniu księżom (jeden z nich był w domu dla obłąkanych). Dodał przytem Feliński, że zwraca się do mnie, ponieważ do miejscowego proboszcza, z powodu jego prowadzenia się, nie ma zaufania. Wymieniliśmy ze sobą kilka listów w tej sprawie, a, o ile sobie przypominam, ksiądz arcybiskup przysłał na moje ręce dla swych pupilów kilkaset rubli.
W Dorpacie (1883 — 1893) zastałem słynnego księdza Pietkiewicza, proboszcza i wykładającego w uniwersytecie religję katolicką dla studentów katolików. Swojemi kazaniami niemieckiemi, a nawet swojemi mowami pogrzebowemi kapłan ten wzbudzał ogólną wesołość. Na pogrzebie jednego z nieboszczyków nawet jego rodzony syn, prosektor uniwesytetu Wikszemski musiał się śmiać, a niektórzy z obecnych, dusząc się od śmiechu, dla niewywoływania zgorszenia, pochowali się do rowu. Podczas zaś jednego ze swych kazań czcigodny ksiądz „profesor”, polemizując z Darwinem, wskazał ręką na krucyfiks i zawołał: „ist das ein gekreuzigter Affe?” (czyż jest to ukrzyżowana małpa?). O ile było to z korzyścią dla Kościoła rzymsko-katolickiego, niech rozstrzygnie łaskawy czytelnik.
Ponieważ opowiadano o tych występach pajacowskich szanownego duszpasterza, więc, chociaż nie miałem wogóle zwyczaju chodzić do kościoła, to jednak pozwoliłem sobie parę razy pokazać się w kościele dorpackim dla wysłuchania humorystycznych popisów Pietkiewicza. Jeden raz zjawiłem się w białem letniem ubraniu. To dało asumpt złotoustemu kaznodziei do wypowiedzenia (oczywiście po niemiecku) następującego zwrotu: „masz na sobie szatę białą, a duszę masz czarną”.
Podobnie w latach przedpowstaniowych, 1861 i 1862, uczęszczałem pilnie, jako na curiosa, na wygłaszane w katedrze Św. Jana w Warszawie słynne „konferencje” polityczne ajentów walczącego wówczas z „podziemnym” „rządem narodowym” arcybiskupa Felińskiego, mianowicie na „konferencje” głośnego później także w Krakowie księdza Goljana, a następnie na „konferencje” młodziutkiego wówczas, ale bardzo uczonego i karmiącego słuchaczów cytatami z „Objawienia Świętego Jana” w oryginale greckim księdza Jażdżewskiego, późniejszego posła do sejmu pruskiego i, zdaje się, także do parlamentu niemieckiego. Przy wysłuchiwaniu pikantnych ekspektoracji i wynurzeń tych obdarzonych bojowym temperamentem obrońców istniejącego porządku w „duchownej sukience” nie chodziło mi wcale o ich budujący wpływ na moją religijność, ale tylko o odbieranie silnych wrażeń od ich wojowniczych i bądź co bądź prowokacyjnych występów.
Zastrzegam się przytem, że, zestawiając warszawskich kaznodziejów z ich dorpackim kolegą, czynię to jedynie ze swego subjektywnego stanowiska, jako widza i słuchacza. Objektywnie rzecz ujmując, niewolno stawiać na równi bardzo subtelnych i wysoce wykształconych pomocników margrabiego Wielopolskiego i arcybiskupa Felińskiego ze sprośnym Falstaffem dorpackim, chociaż, według nauki Kościoła, ten sprośny Falstaff, jako kapłan katolicki, posiadał nadprzyrodzoną moc zarówno „związywania” i „rozwiązywania” na ziemi tego, co automatycznie musiało się „związywać” i „rozwiązywać” w niebie, jako też moc przymusowej transsubstancjalizacji chleba i wina w ciało i krew bóstwa.
Kiedy po kilku latach mego pobytu w Dorpacie przedstawiciel uniwersytecki i syndyk kościoła katolickiego z ramienia uniwersytetu, profesor matematyki Helmling, wskutek starć z ks. Pietkiewiczem, zrzekł się tej godności, uniwersytet, dzięki memu nominalnemu „katolicyzmowi”, postanowił powierzyć ją mnie. Również sam ks. Pietkiewicz prosił o zamianowanie mnie syndykiem. Liczył bowiem na to, że, jako nie uczęszczający na nabożeństwa i wogóle obojętny pod względem religijnym, nie będę również wtrącał się do spraw zarządu majątkiem kościelnym i będę patrzył przez palce na jego, Pietkiewicza, nadużycia.
Ja jednak nieco inaczej zapatrywałem się na wzięte na siebie obowiązki wobec parafjan. Choć mi się to wcale nie uśmiechało, ustąpiłem naleganiom zarządu uniwersytetu i zostałem syndykiem kościoła katolickiego w Dorpacie. Biedny Pietkiewicz zawiódł się na mnie. Zaraz po objęciu urzędu przystąpiłem do zaznajomienia się ze stanem majątku kościelnego i zażądałem od proboszcza zdania sprawy i pokazania mi ksiąg i rachunków. To usposobiło go względem mnie wrogo, tak że zaczął walczyć ze mną za pomocą oszczerstw i denuncjacji, wskazując władzom na mój „demoralizujący wpływ“ na młodzież uniwersytecką.
Wkrótce spłonął drewniany budynek, mieszczący w sobie obok „kościoła“ na dole mieszkanie księdza i wynajmowane prywatne mieszkanie na pierwszem piętrze, także nad samym ołtarzem. Prowadząca śledztwo początkowe policja zakomunikowała mi poufnie, że wszelkie poszlaki naprowadzają ją na podejrzenie, że sprawcą pożaru był sam Pietkiewicz, ale że, dla uniknięcia skandalu, umorzyła sprawę. O ile to podejrzenie policji było usprawiedliwione, nie wiem. W każdym razie ciążyło ono nad czcigodnym kapłanem.
Pietkiewicz tryumfował, urządził składkę na odbudowę kościoła i plebanji w Dorpacie i miał zamiar zająć się sam tą odbudową. Niestety znalazł we mnie niepożądanego i nienawistnego kontrolera, który sprawdzał wszystkie wpływy i wydatki i nie pozwalał samemu odbudowcy na nadużycia. Pietkiewicz musiał przedewszystkiem ułożyć plan odbudowy, który to plan powinien był być zatwierdzony przez konsystorz metropolitalny w Petersburgu. Ponieważ plan był sprzeczny z obowiązującym prawem kanonicznym (Pietkiewicz, dla zwiększenia swoich dochodów, chciał zatrzymać w nowym budynku wynajmowane mieszkanie prywatne, umieszczone na pierwszem piętrze nad ołtarzem), więc Konsystorz nie mógł tego zatwierdzić i zwrócił się do mnie, jako do syndyka, ażebym z całą energją bronił prawa przeciw jego gwałcicielowi. Otrzymałem w tej sprawie od kanoników i członków Konsystorza kilka listów, w których przy charakterystyce Pietkiewicza użyto bardzo ostrych wyrazów, w rodzaju „łajdak“, „infamis“ i t. p. Ostatecznie musiał się on obejść smakiem i nie mógł przystąpić do odbudowy. Kościół murowany, oddzielony od plebanji, stanął już po jego śmierci.
Niepowodzenie doprowadzało go do wściekłości. W walce z Konsystorzem i ze mną nie przebierał w środkach. Mnie starał się szkodzić wszelkiemi sposoby, oczerniając mię przed kuratorem, przed gubernatorem, przed naczelnikiem żandarmów. Z polecenia kuratora rektor wzywał mię do siebie i robił mi urzędowe wymówki. Sam kurator, przyjechawszy z Rygi i widząc się ze mną, czuł się jakoś nieswojo i nie dotykał wcale tej drażliwej sprawy.
Nareszcie pułkownik czy też jenerał żandarmów, wsławiony we wspomnieniach Kennana o Syberji okrutnik, znęcający się nad „katorżnikami“ w Karze, Nikolin, przeniesiony wówczas z Kary do Dorpatu, pod wpływem stałych „donosów“ Pietkiewicza na moją „nieprawomyślność polityczną“, wezwał mię do siebie i radził mi, ażebym się ukorzył przed Pietkiewiczem, bo inaczej mogę to srogo odpokutować. (Dodam tu, że w sam dzień mego wyjazdu z Jurjewa, t. j. z dawniejszego Dorpatu, do Krakowa, 25 czerwca r. 1893, żandarm Nikolin rozstał się z tym światem).
Nie zadawalniając się denuncjowaniem mnie przed władzami carskiemi, szanowny mój antagonista starał się zgubić mię także w oczach „opinji publicznej“. Wydrukował w warszawskim „Przeglądzie Katolickim“ korespondencję z Dorpatu, w której poprostu oskarżał mię o kradzież pieniędzy kościelnych. Chociaż unikam wszelkiego prawowania się, w danym jednak razie nie mogłem jakoś milczeć i wytoczyłem Pietkiewiczowi proces o oszczerstwo. Rozprawa sądowa odbyła się w Dorpacie na jednej z sesji wyjazdowych Sądu Okręgowego Ryżskiego. Gdybym się był uparł, Pietkiewicz byłby skazany. Jednakże prezes sądu zaproponował nam pogodzenie się. Pietkiewicz chwycił się tego skwapliwie: „ja sogłasien“ (zgadzam się). Na zwrócone do mnie pytanie przewodniczącego odpowiedziałem: „ja także się zgadzam, o ile ten pan odwoła swoje oszczerstwo i przyzna się do winy“. „Ja otkazywajuś i proszu izwinieńja“ (wyrzekam się i proszę o przebaczenie) — odrzekł Pietkiewicz i wyciągnął do mnie rękę, której ja nie uścisnąłem i cofnąłem swoją. Kiedy zaś przewodniczący zapytał mię z pewnym wyrzutem: „czto że wy eto tak“ (dla czegóż pan tak?), odpowiedziałem: „eto uż mojo dieło“ (to już moja rzecz).
Wtedy nie byłem tak wyrozumiały i tolerancyjny, jak dzisiaj. Dziś uścisnąłbym prawdopodobnie dłoń Pietkiewicza, bo jestem tego zdania, że nawet największy nikczemnik i niegodziwiec zasługuje na litość i wyrozumiałość.
W miesiąc po tej rozprawie sądowej Pietkiewicz umarł. Zdaje się, że wojna ze mną silnie podkopała jego zdrowie i przyśpieszyła jego śmierć.
Kompromitując Kościół katolicki, ksiądz Pietkiewicz działał, może nawet pomimo woli, na korzyść wojującego z katolicyzmem prawosławia.
Na jednem z zebrań profesorskich duchowny prawosławny i profesor teologji prawosławnej uniwersytetu dorpackiego zwierzał mi się, że poprzedni kurator, Kapustin, dla położenia końca skandalom, związanym z osobą Pietkiewicza, chciał go usunąć z uniwersytetu i zapytywał o radę mego rozmówcę. Ten zaś, dbały o interesy prawosławia, zauważył: „Pomiłujtie, Michaił Nikołajewicz, wied' my głupieje jewo nie najdiom, a eto dla nas wieśma żełatielno“ (Zmiłuj się pan, Michale Mikołajewiczu, przecież my głupszego od niego nie znajdziemy, a to dla nas bardzo pożądane).
Tak więc brałem udział w bezkrwawej wojnie, w której po jednej stronie stałem ja wraz z arcybiskupem-metropolitą Mohilewskim i wraz z Konsystorzem rzymsko-katolickim, po drugiej zaś stronie sprzymierzeni: ksiądz Pietkiewicz, kurator okręgu naukowego, gubernator, Kościół prawosławny i żandarmi.
Na polu świeckiem w walce o prawo i własność publiczną święciłem braterstwo broni z klerem katolickim.

Przypisy

  1. Ze strony ścisłości historycznej to mięszanie czeskich Husytów z żydowskimi Chasydami przypomina twierdzenia współczesnych nam dygnitarzy kościelnych o tem, że śluby cywilne są wymysłem „bolszewików”.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Niecisław Baudouin de Courtenay.