Mój sąsiad

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Mój sąsiad
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom I To i owo
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
MÓJ SĄSIAD.

„Przetoż przypatrzcie mi się teraz, a obaczcie
jeżeli kłamam przed obliczem waszem?“

Ś. p. rodzicielka mego sąsiada na całą okolicę słynęła z niepospolitej energji i osobliwego poglądu na wartość grzechów ludzkich. Energja jej manifestowała się batożeniem sług, służebnic, pisarzy, ekonomów, guwernerów i t. d., oryginalność zaś poglądów na grzechy polegała na tem, że każdy grzech jednakową karę pociągał za sobą.
Jeżeli wół wlazł w szkodę, wówczas pastuch dostawał 30 batów, jeżeli sługa rozlała śmietankę, — dostawała 30 rózeg; jeżeli guwerner w imię ludzkości występował przeciw metodzie batożenia, — dostawał również 30 batów i t. d.
Ś. p. rodzic mego sąsiada odznaczał się brakiem głosu w sprawach domowych. Szklarz, który na rozkaz jegomości wprawił szyby, nie dostał pieniędzy za robotę, albowiem jegomość nie miał grosika przy duszy, a jejmość „nie płaciła za to, co kto inny zrobić rozkazał.“ Oprócz tego pan mieszkał w oficynie, a pani we dworze, pan jeździł na koziołku, a pani w powozie.
Gdy sąsiad mój przyszedł na świat, zdziwił się pan i rozgniewała pani. Mimo to, uwolniono chłopów w dzień chrzcin od pańszczyzny i ofiarowano młodemu dziedzicowi tłuste koźlątko, aby się miał czem bawić, gdy urośnie.
Nad dębową, malowaną, wyrzynaną, haftowaną, szychowaną kolebką mego sąsiada czuwały bony Francuski, Niemki i Angielki. Następnie przeszedł pod władzę guwernerów, a wreszcie do szkół.
W szkołach miał cienki mundurek, glansowane rękawiczki, złocone kajeciki i książki w safjan oprawne. Miał lokaja i guwernera i pilnie tańcować się uczył. Potem dla ogłady zagranicę wyjechał.
Z zagranicy powróciwszy, ś. p. rodzicielki swej już nie zastał we dworze, ani ś. p. rodzica w oficynie. Jął się przeto sam do gospodarki i wkrótce w dom swój dozgonną towarzyszkę wprowadził.
Że jednak był muzykalny i w djabełka co wieczór setki rubli przegrywał, że był towarzyski i co miesiąc bale na setki osób wydawał, dostał się przeto „w moc synów Judy“, a także jako figurant w ogłoszeniach T. K. Z, występować począł.
Ponieważ był roztargniony i niejednokrotnie zboże i okowitę wielu kupcom odrazu sprzedawał, najeżdżały go więc często osoby prywatne, jako też władze cywilne i wojskowe; że zaś cenił swą godność osobistą i był przytem impetykiem, więc też parę razy prochownię zamieszkiwać musiał.
Pod koniec karjery gospodarskiej, gdy go rządca o oddanie zaległej pensji nękać począł, rozgniewany, sprzedał ostatnie kilkadziesiąt korcy pszenicy za psi pieniądz i aby pokazać swemu słudze, jak mało ceni marny kruszec, sturublowy papierek w oczach onego podarł i na podłogę rzucił.
Lubił przytem wesołe i niewinne żarty. Gdy pewnego dnia przyjechali do niego dwaj brodaci wierzyciele, uczęstował ich herbatą z emetykiem, zlepił ich brody klejem i tak związanych do wieczora pozostawił. Oj! uśmieli się też, uśmieli jego sąsiedzi!...
Skutkiem podróży za granice nabył zasad wielce liberalnych. Tańcował z kmiotkami po szynkach, nawiedzał kryte słomą chaty i chętnie drobne upominki od gospodarzy przyjmował. Raz tylko za niezdjęcie czapki kazał dać baty furmanowi, nie dlatego jednak, aby nie szanował w nim godności człowieka, ale dlatego, aby mu zasady etykiety towarzyskiej dobrze w pamięci utrwalił.
Przesądów nienawidził, ze strachów się śmiał, w powrót dusz wiernych zmarłych z tamtego świata nie wierzył; mimo to, dla zabezpieczenia gospodarstwa od ognia i gradu, pewne praktyki czarnoksięskie odprawował, mówiąc: „Niewiele to kosztuje, a nuż się przyda?!“
Cześć dla zasad honoru do bałwochwalstwa posuwał. Pod koniec życia zawsze woził ze sobą parę pistoletów w szkatule, frak w zawiniątku i świadków w bryczce, głośno mawiając: człowiek, ceniący swój honor nigdy bez tych rzeczy ruszać się nie powinien, albowiem niewiadomo co i kiedy spotkać go może.
Mimo to krwiożerczym nie był i gdy go raz spoliczkowano na jarmarku, rzekł: „Warjat mnie uderzył, mamże go więc ścigać! Gdyby był przy zdrowych zmysłach, nie targnąłby się na mnie, wiedząc, kto jestem i jakie mam o honorze pojęcie.“
Pochowawszy żonę swą, niewiastę wielkich cnót i świątobliwości, dobra swoje do dyspozycji T. K. Z. oddał i z nieodstępnymi świadkami jako też i pistoletami od domu do domu jeździł, pilnie zważając, czy ktoś z gospodarzy honorowi jego podczas odwiedzin tych nie uchybił.
Wkońcu do Warszawy zjechał i tu ze szczupłej pensyjki, którą mu W. T. D. udzielało, przy życiu się utrzymywał. Gdy umarł, ciało jego znaleziono w kałuży nad Wisłą, albowiem: „człowiek z mułu ziemi powstał, mułem jest i po śmierci w muł się przewraca.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.