Lux perpetua

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Mirandola
Tytuł Lux perpetua
Pochodzenie Tropy
Wydawca Czasopismo „Maski“
Data wydania 1919
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


LUX PERPETUA

Szliśmy ku niemu poprzez noc. Szliśmy ku świecącemu przed oczyma... gdzie... niewiadomo. Szliśmy, a wieki mijały, szliśmy nie wiedząc nic prócz tego, że idziemy, że trzeba nam iść.
— Czemu?
— To pytanie gdzieś się zapodziało wśród pokoleń, zaginęło w ciemności, odeszło precz.
Szliśmy... idziemy.
Szliśmy po czerni niezmiernej, wielką falangą. Ciasno było, czułeś oddechy gorące, znojne czoła okrywał pot... wokoło ciała, ludzkie ciała stłoczone w jeden kłąb, ogarnione jednym pędem ku czemuś, co przed nimi. Zresztą nic.
Tylko ono, to światło w dali tak zimne, obojętne, jak dalekiej gwiazdy ogromnej łyskanie, które nie daje ani jednego promienia idącym, nie oświeca nic... Tylko ono wiecznie oddalone, tak że mówią, — ucieka przed pielgrzymami.
A pono pod nogami przepaści.
Niewiadomo dobrze gdzie są, tylko czasem krzyk strachu się rozlegnie i wydaje się, jakoby ktoś przepadł.
Przestronniej robi się chwilami.
— Kiedyś dopiero cała gromada przepadła!
Słyszę głos jakiś tępy, zaaferowany, a twardy.
— Eee nie! — odpowiadam — Nie! Pewnie jeno poszli na bliższe ścieżki...
— Taaak? — dziwi się ktoś koło mnie.
Słyszę szmer zmieszanych głosów, żywą rozmowę.
— Nowe ścieżki... bliższe ścieżki...
Śmiechy wybuchają, szepty szemrzą.
Powstały „nowe, bliższe ścieżki“. Narodziła się nowa prawda. Czuję, że jestem obecny na chrzcinach nowej prawdy. Wiem do jakiej wejdzie klasy prawd, działu, widzę jakieś widowisko, jakby w teatrze, słyszę jakąś muzykę, głos mówcy. A wszystko to, jak we śnie nie jasno, ale pewnie znaczy: „Bliższe ścieżki“. Narodził się symbol nadziei.
Kto to uczynił we mnie, myślę.
I jak we śnie, wiem zaraz: Tęsknota.
Ciemno. Przez chwilę nie widziałem ciemność, zajęty wraz z nimi nowem kłamstwem, ale teraz... boli.
— O jakże boli ciemność! — mówi sąsiad po lewej.
Zamykam oczy i zaraz mi lepiej.
— Zamknij pan oczy! — radzę — Wogóle... nie wiadomo na co są oczy... Czy może potrzebne będą tam... Organy... na potem...?
Krzyk.
— Zapadł się człowiek pod ziemię!...
Wyciągnąłem rękę... niema go... przepadł.
— Morderca! — powiada ktoś nieśmiało, a zawistnie.
— Morderca! — podejmuje kilka głosów z przekonaniem.
— Wszakże nic nie widać! — broni mnie jakiś dziecięcy głosik.
— Morderca! — huczy wokoło, tak pewnie i harmonijnie, że powtarzam razem z tłumem:
— Morderca!
— Umyślnie kazał mu zamknąć oczy!
— Umyślnie! Ciasno mu było!
— I to w najgorszem miejscu.
— Strzeżcie się mordercy!
— Zabił go! To zazdrość. Silny był. Mógł dojść... tam.
— Mógł zażegnąć pochodnię od Wiekuistej Światłości...
— Silny był. Mógł dojść.
— I poświecić nam...
Jakże naraz stało się przestronno. Niedowierzają mi ludziska.
Nagle potknąłem się i jednocześnie uczułem pod stopą krawędź skalną. Noga, jakby miała oczy, zobaczyła śmierć.
— Stać krzyknąłem. Przepaść!
Ścichły kroki. Ale nie, ktoś idzie dalej. Wyciągnąłem dłoń.
— Stać!
Dotknąłem ramiona czyjegoś. Ręka, czułem, trzymała gruby kij.
Sąsiad szukał swym grubym kijem stoku. Posunąłem po nim ręką, kierując w stronę właściwą.
— Ot, tutaj, widzi pan! Tutaj...
— Hm... to nic, to niewielka dziura.
— Ależ tam... tam...
Dziwny jakiś kij, pomyślałem. Na końcu ma daszek lejkowaty, zaś pod daszkiem gruby hak. Drugi hak sterczy na końcu.
Latarnik jakiś, czy co?
Obeszliśmy widać, szczęśliwie szczelinę, bo nikt nie płacze pomarłych swoich.
Idziemy. Bliżsi rozważają minioną przeszkodę.
— Ho, ho! — powiada jakiś facecyonista. — Nie takie braliśmy z nieboszczykiem panem Hieronimem, świeć Panie nad jego duszą. Pamiętam, było to jakoś w Zapusty...
Z dalszych szeregów dolata wołanie:
— Morderca! Morderca!
Ale słowo już mdłe jakieś, spóźnione, nic nie mówi.
Śpiew słychać: Pieśń w ciemności, to niemal jasność.
„Ścieżyny bliższe, ścieżki nowe kędyżeście, kędy?
„O ścieżki tajemne, gdzieżeście? Któż był ten mąż, który was wyśledził?
Gdzież te nadzieje się narodziły, kiedy? Nie wiem sam nic, jak i oni. Tylko mi coś poczyna rozwijać w piersiach skrzydła, coś powstaje. Śpiewam wraz z tłumem:
„Czy obiegacie ziemię wokół po twardych rozwinięte skałach?“
Słyszę płacz kobiet tęskny i bezmyślny bek dzieci. Słyszę stąpanie wielu stóp, jakby po wodzie... Czy to nie fala łez przelanych?
„Ty, któryś znalazł bliższe ścieżki, witeziu nasz... niech się stanie Królestwo Twoje... Niech będzie Wola Twoja... władaj... prowadź... rządź na wieki wieków Amen...
Podnoszę się na palcach, wyciągam się wysoko, posyłam wzrok na ciemń... Gdzieś, tam... na przedzie... On... odkrywca pewnie musi kroczyć na czele tłumów, obwołany królem...
Czuję gorący oddech sąsiada.
— Czy sądzisz obywatelu, że tam coś wogóle zobaczymy? — pyta ktoś szeptem.
— Oczywiście... naturalnie... — zapewniam, cały zasłuchany jeszcze w pieśń.
— Tak? — pyta.
— Hm... to jest... przypuszczam... — powtarzam i czuję, że znów mdleje we mnie światło i radość.
— Przypuszczasz... hm... ano to mało obywatelu... mało... Ale przypuśćmy, że tak jest. Tedy pytam: Cóż my tam zobaczymy?
— Ot nic nie wiedzą! — mówi ktoś za nami. Mówiłem ci, nie wiedzą zgoła nic. Bo zresztą...
— Dajże spokój! Wszak słyszałeś, jak mówił: Oczywiście... naturalnie...
— Światło zazwyczaj coś oświeca... pocóżby istniało! — wołam rezolutnie... — Wszyscy filozofowie...
— Thiii! Powiadasz tedy...
— A widzisz! — woła tryumfująco ten z tyłu. — Powiedział, że światło zazwyczaj coś oświeca.. Poparł swoje twierdzenie świadectwem wieków myśli ludzkiej...
— Ładne poparcie! — wykrzyknął nagle jakiś desperat. Zupełnie jak z tym cyganem, co się świadczył własnymi dziećmi.
— To waryat. Nie zważajmy — ozwał się jakiś cichy głos przedemną. — Więc tedy twierdzi pan... no ale gdzież dowód, gdzie jakiś namacalny dowód, że empirya nasza nie traci swych praw tam... uważasz pan... tam, poza szrankami poznawalnego... ha?
— Dowód... dowód! — rozległo się wokoło.
Umilknąłem kryjąc się w ciemności, podczas gdy wokoło wrzało. Pochód zwichrzył się na chwilę.
— Nagle, tuż przy mnie posłyszałem szept:
— To ty?
— Dzięki Bogu. Znalazłeś mnie...
— W tem zamieszaniu...
Rozległ się odgłos pocałunku, raczej domyśliłem się tego odgłosu. Czegoś się oboje bali widać. Pośród tych mąk po ciemku, ludzie mieli czas bronić sobie jeszcze pocałunku, uścisku, związków wedle woli, kaprysu nawet... dziwni ludzie...
— O pani — szeplenił teraz jakiś głos niedaleko. — Widzi pani tedy, że wszystko to, są to tak zwane „legendy o Wielkiej Światłości“, utwory fantazyi, przez wieki wytwarzane, budowane, spojone w gmach jednolity, piękne, szlachetne nawet w swej naiwnej, pierwotnej formie, przyznaję,... w jakimś tam wieku trzynastym porywające nawet, ale dziś, teraz...
— Więc czemuż wyszliśmy? — spytała kobieta.
— Paradne! Nie, pani na seryo zachwycająca jest w tej swojej dziecięcej naiwności. Dlaczego wyszliśmy? Po pierwsze... ot tak z wnętrznej ochoty... a powtóre... poprostu wytrzymać w domu nie było sposobu... Te ciągłe ciemności, ta czerń ciążąca na myśli, całun rozciągnięty na duszy... a pod nogami te nieznane, niepewne, ślizkie rzeczy jakieś! Tu przynajmniej...
— Ta jasność daleka, która choć nic nie oświeca przed nami, jednak...
— Pani myśli: Ten śpiew o jasności, ten wid cudu... prawda?
— Więc pan widzi, ot, tam...?
— Zachwycająca... zawsze zachwycająca... Ta wyobraźnia..
Więc zapomniałaś już pani? To co widzieć się daje na ciemni, to jest projekcya stanów subjektywnych, objektywacya ich, eksteryoryzacya, powiedzmy fotografia uzewnętrzniona na przestrzeni... Jednem słowem jeno coś, czego niema zgoła realnie, faktycznie, objektywnie. Dla istot innych niżej, albo wyżej ludzi stojących prawdopodobnie nie istnieją wcale te kształty i blaski, które my zwiemy: światłem. Więc możemy to wszystko jeszcze nazwać chorobą ludzką, epidemią, jaka grasowała na tym, a tym stopniu rozwoju istoty zwanej homo sapiens... Pani mnie rozumie? Ach! Cóż do djabła! Uważaj durniu jakiś!
— Cóżto panu?
— Jakiś cymbał trącił mnie w głowę drągiem. Ouu! To gorzej, że na końcu było coś żelaznego, jakiś hak, czy coś... Latarnik przeklęty! Z gasidłem wybiera się na procesyę... Bałwan! Pani się śmieje? Cieszy mnie ten doskonały zawsze humor...
— Więc pana boli?
— Oczywiście...
— Pocieszam się, że jestto tylko stan subjektywny, który właściwie realnie, faktycznie nie istnieje, wszak prawda?
— Nieporównana! Zachwycająca! Co za dowcip!
— Powiedz mi pan — nalega sąsiad z prawej — co możemy tam zobaczyć... tam... wiesz pan? Mów pan do ucha.
— Nie wiem.
— To, wiem i ja. Ale co panu powiada nauka?
— Nie jestem uczonym.
— Inteligencya... zdrowy rozum... przeczucie? Co powiadają?
— Że możemy ujrzyć tam albo rzecz pomyślną, zgodną z naszymi tęsknotami...
— Albo zaprzeczenie ich i tragedyę ostatnią... tak?
— Tak jest. Albo nic. Poprostu coś, co z nami niema nic wspólnego.
— Jakto? Nic wspólnego? Więc bezcelowemi byłyby te tęsknoty odwieczne...
— Przedewszystkiem nie są odwieczne, a powtóre kwestya celu, jest jeno zbyt pośpiesznem uogólnieniem faktów zaobserwowanych w życiu osobniczem. Nie da się zaś zastosować do wielkich kwestyj bytu.
— Słuchajcie! Słuchajcie! — rozległo się wołanie. — Dwaj mędrcy się zeszli i rozważają nasze przeznaczenie.
— Jakto, nie są odwieczne? — dziwił się sąsiad z lewej strony.
— Nie. Tak mówi zoologia.
— To nie dwaj mędrcy! Nie! To mędrzec i jego uczeń. Wszak słyszycie, że jeden wciąż pyta, a drugi mówi.
— A który mądrzejszy? — kpił ktoś inny.
— Obaj osły kwadratowe! — krzyknął ochrypły człowiek.
— Oszalał! Cicho bądź cymbale! Pijanico!
Odwróciłem się i mówię:
— Ten pan ma wiele racyi, tylko trochę przesadza. Powinien był powiedzieć: dwaj poszukiwacze prawdy, dwaj miłośnicy jasności, męczennicy dociekań... Na czemże to stanęliśmy? spytałem sąsiada.
— Na kwestyi metody.
— Ach! O to panu idzie. Więc powiedzmy na kwestyi, jak należy postawić tezę istnienia samego problemu Wiekuistej Światłości... prawda?
— Tak. Bowiem nie spostrzegam rzeczy pewnych i niezmiennych.
— Widzicie, że to dwa osły. Miałem racyę. Nie chcieliście mi wierzyć... Ha?
— Może i tak być...
— Jest tak, jak powiadam. Ja, panie święty mam zawsze racyę... Zawsze. Tylko psiakość, panie święty, gdzieś mi się zagubiła droga do karczmy. Zabłądziłem panie święty...
— Więc pan ośmieliłbyś się podać we wątpliwość trwanie Wielkiej Światłości... Więc pan... Ach Jezus Marya!
— Co to panu?
— Wbiłem sobie coś w nogę... O!
— Czekajno pan, zejdziemy na bok. Proszę o miejsce dla chorego. Na bok moi państwo. Przepraszam...
Znaleźliśmy się na wolnej przestrzeni opodal głównego koryta płynących fal.
Mój ranny przestał narzekać.
— Panie łaskawy! — szepnął — Nie wbiłem sobie niczego do nogi. Chciałem tylko oddalić się od sąsiadów, by z panem swobodnie porozmawiać.
— Przykro mi, ale nie mam czasu! — zawołałem z trwogą. Spieszę się bardzo, a i panu radzę nie tracić ani chwili drogocennego czasu. Nic tego nie nagrodzi!
— E, cała wieczność przed nami! — odparł.
— Nie znamy dnia, ani godziny mój panie!
— Porwał mnie za ramię.
— Cóż znaczy to wszystko? Co to znaczy? — krzyczał nademną.
Trząsł się na całem ciele.
— Powiedz mi pan zaraz! Te półsłowa napawają mnie wielkim niepokojem... mów pan!
— Wracajmy — odparłem — Nie traćmy ani chwili życia. Lada moment bowiem może stać się coś okropnego...
— Co! — Wrzasnął.
— Może stać się wokoło nas tak straszliwie ciemno... tak ciemno, że słów niema w ludzkim języku, ani krzyków w ludzkim gardle, ani serce tak mocno ze strachu bić nie potrafi w piersi.
Zerwał się i uciekł odemnie.
Jeno to miałem na celu, jeno to. Źle jest cierpieć wraz z natrętnym sąsiadem. Wmieszany, w tłum szedłem po chwili spokojnie.
Cicho, płynęła pieśń o ścieżynach bliższych. Była, jakby skrzydłem anioła, co zasłania przepaść śmierci. Dziękowałem Bogu, że przezemnie to uczynił.

Zatopiony w rozważaniu prawdy i kłamstwa, owego podwójnego oblicza Boga życia doczesnego, szedłem, a ponademną, niby sztandar, wiła się pieśń owa, pieśń-kłam o ścieżynach bliższych, wolnych od zasadzek, witeziu jakimś niewidzialnym posłanym przez Wiekuistą Światłość ku pomocy idącym.
Czasem także, szły szmery o mordercy, który przebija nożem każdego, kto się doń zbliży. Czasem opowiadał ten i ów o sporze proroków, z których jeden był fałszywy, a drugi prawdziwy. Pono stoczyli ze sobą walkę o władanie światem. Walczyli długo, aż prorok prawdziwy pożarł fałszywego. Radość wielka zapanowała na moment a sama Światłość wiekuista miała tak się ucieszyć, że, jak mówiono, rozsiała swe blaski po ziemi. Zalała świat jasność, ale tak była przeraźliwa i krótka, że nikt nie skorzystał z błyskawicy... Pono tylko mąż zabić miał czas niewierną przysiędze żonę, no i pijak trafił do karczmy. Tyle wszystkiego dobrego się stało. Szły legendy różne, pełzły cicho, nie rozgłośnie, jak szmer fal rzeki podziemnej, co płynie niedostrzeżona ku morzu wiecznego zapomnienia.
Jakby mnie od nich, od tych idących pośród ciemni oddzieliło coś nieznanego, zostałem sam w ścisku. Nikt do mnie nie mówił, nie dyskutował ze mną, nie pytał o nic. Anim wiedział, czy jest kto obok, ani oni nie zdawali sobie pewnie z tego sprawy. Zostało tylko jakieś głuche, niepewne uczucie, że otom część z części, atom masy całej, kropla fali.
Nic ponadto.
Jako kropla, bezwiednie toczyłem się naprzód niezdolny zboczyć, nie chcąc, nie mogąc chcieć, chyba w fantazyi czasem... przez ten sen, który zowią rozumowaniem.
I naraz uczułem... (a może trwało to już czas jakiś, tylko teraz uświadomiło się...) uczułem, że kroczy ktoś koło mnie z intencyą zaczęcia rozmowy, z zamiarem powiedzenia czegoś ważnego.
Coś nas dzieli, czułem, coś nas dzieli, niepotrzebnie dzieli, albowiem należałoby wyświetlić bardzo ważną rzecz.
Milczenie nas dzieli, pomyślałem i począłem śpiewać wraz z innymi. Głosy płynęły harmonijną, szeroką falą. Pieśń o nadziei była już teraz samą nadzieją. Akordy spiętrzyły się w ruchome kształty, jak fale morza, a na nich zamigotał żagiel, nie ...rycerz płynący na białym płaszczu swoim, witeź opowiadany, a teraz już dopełniony, ożywiony tęsknotą i postawiony na czele tłumów idących po ciemni... Był już, czułem, widziałem go nieledwie, i śnił mi się szum sztandaru, który trzymał w ręku.
Śpiewaliśmy chwałę jego, pobudkę bohaterowi nuciły serca.
I ciągle ten jakiś człek, tuż przy mnie, a daleki, obojętny, a złączony z moimi myślami.
— Tak, tak! — począł mówić w tej chwili. — Złączony jestem z twymi myślami obywatelu, podobnie jak i tamten, ów na przedzie... Hej, hej! Jednegośmy wszyscy rodu, po prawdzie, jednego!
— Cóżeś to pan zacz?
— Sługa waszmości, ba, dziecko rodzone! Przypuszczenie jestem, które było na tyle śmiałe że wzięło na siebie formę widoczną. Mogłem być tem, mogłem być owem, wisiałem ponad ludźmi, jako możliwość jeno...Tyś rzekł... no i stałem się. A mogę być jeszcze czemś innem...
— Dyalektyka po ciemku mnie nie bawi.
— Po ciemku mówisz? O, nie wiesz co znaczy ciemno... A wszak myślałem, że wiesz. Przecież mówiłeś:“... tak ciemno, że słów niema w ludzkim języku, ani krzyku w ludzkich piersiach, ani serce ze strachu tak bić mocno nie potrafi“... ...Wszak tak mówiłeś? Otóż posłuchaj... Myślę, że coś się wielkiego stanie?
— Cóż takiego?
— Słabe wyginą od ciemności. To jest tajemnica Sądu.
— Czemu?
— To pytanie stworzyli ludzie. Niema go wcale.
— Nieprawda. Ja nie chcę. Ja zniszczę wszystko, co jest w tobie. Wszak mogę cię unicestwić, gdy zechcę.
— Mogłeś. Teraz już nie. Patrz...
— Czekaj!
— Uczułem, że jego ręka z gasidłem wyciąga się ku stronie, gdzie błyszczy nadzieja nasza, przeto chwyciłem ją, ściągnąłem ku ziemi i zawołałem głośno:
— Hej! Stójcie! Stójcie!
„Chwała ci jasny na ciemności, chwała bliski zwycięstwa, w przededniu szczęścia witamy cię pokłonem my umęczeni drogą niezmierną...“
Nie słyszeli.
Zaparłem się nogami w ziemię, wbiłem plecy w postępujących zamną i przejęty przerażeniem wołałem:
— Hej! Stójcie! Stójcie!
— Na bok! Na bok! Nie tamować ruchu!
— Z drogi! Z drogi!
Pociągnęli mnie ze sobą.
— Pomrą, — jęknąłem — poszaleją zaraz w pierwszej sekundzie! Co czynić? co czynić?
— Sięgam! Patrz! Idę! — mówił straszny człowiek.
Krzyknąłem i zaraz oprzytomniałem pod silnem wrażeniem.
Co za głupstwo. Co za głupstwo!
Strach przywiódł mnie do równowagi. Uczułem bezsens własnej halucynacyi.
Wyciągnąłem ręce przed siebie i dotknąłem ludzi żywych.
Złudzenie. Głupie złudzenie.
— Więc sprawa załatwiona?
— Oczywiście. Za godzinę dostaniesz pan zadatek. Doskonale, do widzenia.
Słyszałem znowu rozmowy. Finał jakiegoś interesu pieniężnego. Roześmiałem się. Więc ludzie załatwiają jeszcze interesy finansowe... dziwni ludzie...
Było mi teraz raźnie, wesoło niemal. Jakaś zmora usunęła się z piersi moich.
Z ufnością, jak nigdy dotąd, spojrzałem przed siebie, ku owej nadziei kroczącej przed nami w niezgłębione dale.
Naraz, ziemia zatrzęsła mi się pod nogami. Coś białego spadło na głowę. Uczułem, że kolana ugięły się, w piersiach zabrakło tchu. Skamieniało wszystko, nawet ból...
Huk jakiś w głowie... zimno...
I znowu dobrze. Znowu dobrze.
Życie ruszyło naprzód... naprzód... świat się zachwiał, ale nie padł jeszcze martwy...
To tylko „ono“ zachwiało się na małą chwilkę...
Świat wydał jęk, stęknięcie. Przeleciał wielki głaz, z wirchu oberwany, przeleciał blisko, bliziuteńko, musnął człeka i z cichym szelestem, po trawach zesunął się w przepaść. Jękła pierś ocalonego, zawyło pierwsze odetchnienie samo z siebie, gdy rozum jeszcze niczego podjąć nie zdołał.
Trawy załopotały i tyle. Nie zrozumiały niczego.
I oni nie spostrzegli nic. Przeminęło, przeminęło szybciej, jak lata, jak zdolny był latać ich strach, ciężkie, niezdarne ptaszysko o nietoperzych skrzydłach.
Więc nie można ich przygotować na zło.
Nie można.
Także nie trzeba im innego pokazywać szczęścia. Nie poznają twarzy obcej.
A gdyby nawet to wszystko, co zwie się nadzieją, gdyby nawet Wiekuista Światłość zagasła, szliby dalej ku niej, wpatrzeni w nią, jak patrzą na gwiazdę przed wiekami spaloną; której promienie dawno, dawno wysłane ku ziemi, nie dobiegły dotąd, nie sięgnęły w ten zakątek daleki, gdzie płynie fala głów po ciemni, gdzie brzmi rozlewna pieśń o bliższych ścieżkach, ku uciekającemu mirażowi wiodących.


KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Mirandola.