Ludwik Lambert/Od tłómacza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Od tłómacza: Honorjusz Balzac
Podtytuł II. Komedja ludzka
Pochodzenie Komedya ludzka
z tomu Ludwik Lambert
Data wydania 1924
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

II. KOMEDJA LUDZKA.

Kiedy, po wielu i tak różnorodnych niepowodzeniach Balzac osiągnął wreszcie pierwsze tryumfy autorskie, rzucił się z istną furją w twórczość literacką. Bibljografja Spoelbercha de Lovenjoul [1] notuje w latach 1830 — 1832 około dwustu większych i mniejszych utworów jego pióra, powieści, nowel, artykułów etc. Wiele z drobnych szkiców rozsypanych po perjodycznej prasie paryskiej weszło później, w zmienionej częściowo formie, w większe utwory Balzaka.
Otóż, pewnego dnia (było to w r. 1833) siostra Balzaka, Laura, opowiada, że pisarz wpadł do niej jak bomba, promieniejący, i zawołał radośnie: „Pokłońcie mi się; ni mniej ni więcej, zostaję genjuszem!” I roztoczył swój plan, którym była przyszła Komedja ludzka.
Dotychczas, mniejsze i większe opowiadania Balzaka składały się — jak gdyby bez jego intencji — w obraz współczesnego społeczeństwa; otóż, w tej chwili, w nagłym błysku, powziął on myśl powiązania wszystkich tych części w jedną wielką całość, ustosunkowania do siebie osób, grup społecznych, środowisk — słowem objęcia jednym olbrzymim eposem całej nowoczesnej Francji, będącej zarazem odbiciem społeczeństwa wogóle.
„Dzieło moje — pisze Balzac do przyjaciółki swojej, pani Carraud w r. 1834 — musi mieścić wszystkie typy i wszystkie stany, musi malować wszystkie zjawiska społeczne, tak aby nie pominąć ani jednej sytuacji życiowej, ani jednej fizjognomji, charakteru mężczyzny lub kobiety, sposobu życia, zawodu, perspektywy społecznej; ani jednej prowincji francuskiej, ani też najmniejszego rysu dzieciństwa, starości, wieku dojrzałego, polityki, sądownictwa, wojny”.
Mimo iż ten plan jest najoczywiściej programem Komedji ludzkiej, tytuł ten, obejmujący wszystkie utwory Balzaca, urodził się dopiero później, w r. 1841; na razie, w r. 1833, Balzac miał na myśli ujęcie swoich powieści w poszczególne grupy. Grupy te zachował i później jako poddziały Komedji ludzkiej, a mianowicie: Studja obyczajowe, rozpadające się na: Sceny z życia prywatnego, Sceny z życia prowincji, Sceny z życia Paryża, Sceny z życia politycznego, Sceny z życia wojskowego. Dalej: Studja filozoficzne, a wreszcie Studja analityczne.
Podział ten, który zresztą Balzac wielokrotnie zmieniał, przerzucając dany utwór z jednej grupy do drugiej, jest nieco sztuczny i nie odgrywa w pojmowaniu całości Komedji ludzkiej zasadniczej roli. Bardziej interesujące są tytuły nieznanych, a zamierzonych utworów, które miały wypełnić ramy tego olbrzymiego planu: są wśród nich np. trzy nienapisane powieści z życia dzieci i długi szereg utworów z życia wojskowego, które Komedja ludzka, ta którą Balzac napisał, potrąca jedynie mimochodem. Toż samo z pięciu zamierzonych Studjów analitycznych istnieje napisana jedynie Fizjologja małżeństwa. Zważmy, iż śmierć zaskoczyła pisarza w pełni lat i twórczości.
Olbrzymi ten plan potroił niejako siły Balzaka, i on to, obok innych wspomnianych przyczyn, był podnietą jego gorączkowej twórczości. W wyobraźni poety wyłaniał się cały świat, rysował się coraz wyraźniej, szczegółowiej, coraz jaśniejsze stawały mu się wszystkie związki. Widział całe swoje dzieło naraz; ta lub owa powieść, która miał czas napisać aż znacznie później, poczęta była w jego mózgu już od lat. Postać, która odgrywa jedynie epizodyczną rolę w jednej powieści staje się bohaterem w drugiej. Większość ważniejszych figur Balzakowskich powtarza się tedy w całym szeregu powieści, tworząc niejako idealne społeczeństwo, obdarzone samoistnem życiem, rozwijające się, dające samemu twórcy złudzenie rzeczywistości. Stąd niejedna postać nakreślona jest paroma rysami lub nawet poprostu wspomniana tylko nazwiskiem, jak ktoś dobrze znajomy, ponieważ autor pogłębił ją w innej powieści.
Liczba osób, tworzących owo społeczeństwo Balzaka, które, wedle jego wyrażenia, „czyni konkurencję rejestrom ludności”, sięga paru tysięcy. Czytając Komedję ludzką po raz pierwszy, trudno zorjentować się w tym lesie: co zrodziło w dwóch zagorzałych balzakistach pomysł jedynego w swoim rodzaju wydawnictwa [2]. Jestto skorowidz do pism Balzaka, w którym, pod nazwiskiem każdej postaci, możemy znaleźć daty jej biografji, wydobyte z utworów, gdzie o tej postaci jest mowa. Weźmy, dla przykładu, jakąś postać, np. Finot: oto, co znajdziemy pod tem nazwiskiem:
FINOT (Andoche), właściciel kilku dzienników i przeglądów za Restauracji i Ludwika Filipa. Syn kapelusznika z ulicy du Coq, Finot rozpoczął życie w nędzy, opuszczony przez ojca, twardego kupca. Zredagował olśniewający prospekt na olejek na porost włosów Popinota, krzątał się około anonsów i reklamowania go w prasie: toteż, zaproszono go na słynny bal, wydany przez Cezara Birotteau, w grudniu 1818. Andoche Finot był już wówczas w stosunkach z Feliksem Gaudissart, który właśnie zalecił go młodemu Anzelmowi jako pośrednika i reklamistę pierwszej klasy. Wszedł w skład redakcji Kurjera teatralnego i uzyskał wystawienie sztuki w Gaité (Cezar Birotteau). W 1820 wydawał mały dzienniczek teatralny, którego redakcja mieściła się przy ul. du Sentier, i t. d.
I Balzac nie gubi się w tem nigdy; zaledwie czasem zdarza mu się jakaś drobna nieścisłość w ubocznym szczególe.
Bo też od tej chwili pisarz żyje jak w halucynacji. Wciela się tak w swoje postacie, że stają się dlań rzeczywistsze, niż samo życie. Dziesiątki anegdot świadczą o tem. „Czy wiesz z kim żeni się Feliks de Vandenesse? — mówi z ożywieniem Balzac wpadając do siostry. — Z panną de Granville; robi wyborną partję, Granvillowie są bogaci, mimo że panna de Bellefeuille szarpnęła mocno tę rodzinę”. Jednego dnia, Juljusz Sandeau, wróciwszy z podróży, mówił mu o chorobie swej siostry; Balzac słuchał go jakiś czas, poczem przerwał:„Wszystko to pięknie, drogi przyjacielu, ale wróćmy do rzeczywistości; mówmy o Eugenji Grandet".
Akcja utworów składających się na Komedję ludzką rozgrywa się między rokiem 1815 a 1848, czyli obejmuje epokę Restauracji i Ludwika Filipa, epokę, na którą pisarz patrzał własnemi oczami. Parę zaledwie powieści sięga dalej wstecz (np. Szuanie, Ciemna sprawa). Ale, opowiadając przeszłość bohaterów i wywodząc ich genealogię — a robi to zawsze — Balzac raz po raz czyni wypady poprzez Rewolucję i Napoleona aż w dobę dawnej monarchji.
Lata 1815‑1848, po ukończeniu okresu wojen, są epoką tworzącej się nowoczesnej Francji, szybko postępującego amalgamatu wszystkich warstw: przeżytków dawnej monarchji, powracających z Restauracją Burbonów, nowego legitymizmu, frondy orleańskiej, rewolucji, Napoleonizmu, rozbitków wielkiej armji i rodzącej się epoki mieszczaństwa wraz z kształtującą się masą ludową. Trzeba przyznać, że, jak dla obserwatora i naturalisty społeczeństwa, Balzac zjawił się w szczęśliwej chwili! Urodzony z samym końcem XVIII wieku, mający jeszcze — przez zetknięcie z naocznymi świadkami — czucie z tradycją dawnej monarchicznej Francji, chłonący uchem pacholęcia echa fanfar Napoleońskich, patrzący na Restaurację, na rewolucję lipcową, wreszcie na tryumfalne apogeum epoki mieszczańskiej uosobionej w rządach Ludwika Filipa, Balzac czuł i rozumiał wszystkie współczesne prądy, mógł śledzić niejako in statu nascendi wszystkie te połączenia chemiczne z których wytworzyło się nowożytne społeczeństwo. Toteż, dzieło jego jest wiernem odbiciem tego rodzącego się nowego świata: tego rozpętania wszystkich sił, ambicji, otwarcia szranków dla wszystkich zapaśników, bez ograniczeń i hamulca; tego wyścigu do władzy, znaczenia, dobrobytu: wyścigu, w którym wszystkie środki są równie dobre, a raczej, w którym, wśród załamania się dawnych wierzeń i świętości, i środki i cele streszczają się w jednem słowie: PIENIĄDZ.
Balzac staje się poetą pieniądza; możnaby powiedzieć, że on go wymyślił, stworzył. Balzac widzi w nim to, czem jest w istocie w życiu, czem stał się zwłaszcza w nowożytnem społeczeństwie: przemożną, symboliczną niemal siłę, fluid przenikający wszystko, wciskający się wszędzie, czynnik kształtujący największe i najdrobniejsze sprawy, niezbędny do zrozumienia życia i ludzi. Stąd ta drobiazgowa troska, z jaką notuje co do centyma stan posiadania swoich bohaterów; stąd ten zawrotny taniec miljonów, stanowiący konkluzję każdej niemal jego powieści. Pieniądz jest dla Balzaka nicią Arjadny: prowadzi go nieomylnie w labiryncie zawiłego gmachu nowożytnego społeczeństwa, daje mu wyczuć związki pomiędzy pałacem a rynsztokiem, Paryżem a prowincją. Pieniądz, jako motyw artystyczny, to jeden z tysiąca szczegółów, dziś tak spospolitowanych iż wogóle nie przychodzi na myśl że ktoś je pierwszy zaobserwował, a będących niepodzielną prawie zdobyczą Balzaka.
Nie znaczy to, aby pieniądz nie odgrywał roli w dawnej literaturze. W iluż komedjach Moliera wszystko kręci się koło niego! Ale dotąd był on abstrakcją, „złotem“. Tu mamy pieniądz w całym drobiazgowym realizmie jego materjału, jego powstawania, krążenia. Pieniądz bankiera, lichwiarza, rolnika, aferzysty, kupca, — tysiąc sposobów zdobywania go, tysiąc sposobów wydawania.
Ile stanów, ile odcieni! Dwaj starzy „poczciwcy”: ex-jakobin Goriot, spekulujący niegdyś na żywności i wierny rojalista Ragon, właściciel handlu z perfumami; następca Ragona, Birotteau, ginący typ skromnego jeszcze mieszczaństwa wzrosłego w dawnych tradycjach, i następca Cezara Birotteau, parwenjusz Crevel, symbol tryumfującego mieszczaństwa z epoki Ludwika Filipa. Armja Napoleońska od bohaterów do szumowin; a jak mistrzowską ręką narysowane przejścia od jednej do drugiej roli! Toż samo wszystkie profesje, zawody, artyści, finanse, polityka etc. Do dziś — mimo iż Zola w swoich Rougon-Macartach podjął niejako „zmodernizowanie” dzieła Balzaka — nie ma lepszego przewodnika w wielkiej puszczy życia!
Toż samo przemysł, rolnictwo. Ten człowiek o wzroku czarownika widzi w każdym najdrobniejszym fakcie nieskończone perspektywy uogólnień, zależności. Widzi związki pomiędzy upadkiem Napoleona a przesileniem w przemyśle szmuklerskim; między szczęśliwą miłością a wzrostem rachunku praczki.[3] Nic go nie omami, nie gardzi żadnym płaskim napozór szczegółem!
Ale pieniądz, to, ostatecznie, środek, narzędzie. Dwie prawdziwe dźwignie nowoczesnego świata to inteligencja i wola. Dzieło Balzaka kipi inteligencją, wszelkiemi jej odmianami; od inteligencji uczonego, zmagającego się ze swą myślą na zimnem poddaszu, aż do inteligencji zbrodniarza idącego na przełaj poprzez prawa i barjery społeczne. Możnaby rzec, że czasem aż za wiele tej inteligencji spala się w jego epopei, że zbyt hojnie obdzielił swoje społeczeństwo bogactwem własnego mózgu! Myśl u niego przenika wszystko, wyziera ku nam z każdej fizjognomji, z każdego sprzętu. Oglądane pod pewnym kątem, dzieło Balzaka nabiera jakgdyby mitologicznego charakteru; stwarza większe i mniejsze, złe i dobre bóstwa, personifikujące każdy rys życia społecznego, tak jak Grecy stwarzali je dla każdej rzeki i każdego źródła.
A świat ambicji, w iluż wyraża się egzemplarzach, a każdy jakże odmienny! Od wielkiej ambicji do małych próżnostek, śmiesznych dla widza, ale dla „pacjenta” tragicznych i bolesnych. A świat kobiet! i tu znowuż wszystkie pozycje, stany, wieki. Nawiasem mówiąc, to, że kobieta ma wiek, to też jest poniekąd „wynalazek” Balzaka; przedtem „kochanka” w powieści była zazwyczaj konwencjonalnym wzorem młodości i urody. Ten wynalazek zapewnił tryumf jednej z najsłabszych powieści Balzaka, dzięki jej szczęśliwemu tyułowi: Kobieta trzydziestoletnia. A Balzac, ów wychowanek pani de Berny, miał odwagę posunąć analizę kobiety-kochanki aż do czterdziestu pięciu i dalej!
A wszystkie te działy przenikają się wzajem, zczepiają się splotem interesów, namiętności, uczuć. Miłość u Balzaka nigdy nie jest czemś wyosobnionem, ale głęboko zrośnięta jest z tysiącem względów społecznych, towarzyskich, finansowych. Z wyłącznego przedmiotu powieści, Balzac, widząc w niej potężną dźwignię, sprowadza ją do tej arcy-ważnej, ale nie tak ekskluzywnej roli, jaką w istocie odgrywa w społeczeństwie. Wyzbywa się ona swej wyłączności arystokratycznej; jest najściślej związana z całokształtem nowoczesnego życia, jego walk, matactw i próżności. Miłość, aż nazbyt często, z celu staje się środkiem. Równocześnie, obserwator, który za zadanie postawił sobie odmalowanie wiernego obrazu społeczeńśtwa, musiał sobie uświadomić, że zdolność do bezwzględnej miłości, ten geniusz serca, jest równie rzadkim jak wszelki inny geniusz, a to, co w świecie ma obieg pod mianem miłości, to tylko gruby i mniej lub więcej zanieczyszczony aljaż. Ten świat uczuć mięszanych, złożonych, jest światem, jaki z niezrównanem mistrzostwem i prawdą kreśli Balzac; a nieustanna gra tych elementów: zmysłów, próżności i pieniądza, występujących we wszystkich możebnych kombinacjach i splatających się wciąż niby w ironiczne trjolety, nadaje jego dziełu jemu tylko właściwy i osobliwie niepokojący charakter. To nowe, tak przeciwne koncepcji romantycznej ujęcie miłości, było jednym z jego najbardziej „rewolucyjnych” czynów. Ba, czasem — i to jest może najwyższy jego tryumf jako powieściopisarza — odważa się zupełnie prawie usunąć ją z powieści! (Cezar Birotteau i i.).
Jedną z cech balzakowskiego ujęcia świata jest to, że nigdy powieść jego nie rozgrywa się wyłącznie na jednem terenie. Prawie zawsze daje przekrój społeczny, od szczytów aż do nizin; daje związki i zależności faktów, których to związków w życiu zwykle nie widzimy, ale które niemniej istnieją. A dzięki wspaniałej wyobraźni Balzaka, to ujęcie świata rozsnuwa się — nie tracąc prawie ani na chwilę realnego gruntu pod nogami, — w horyzonty czarodziejskiej baśni. Losy Lucjana de Rubempré (Stracone złudzenia etc.) stają się punktem, z którego Balzac otwiera nam perspektywy na świat przywileju i bogactwa i na świat zbrodni i nędzy; na świat myśli i na świat miłości; aż wreszcie, w pamięci naszej, historja owa odciska się głębią udramatozywanego odwiecznego mitu o pakcie Szatana z człowiekiem...
Kiedy zdołał Balzac przy swoim klasztornym niemal trybie życia zebrać tak olbrzymie bogactwo dokumentów ludzkich? Trzeba przypuścić, że posiadał on dar nietylko obserwacji, ale wręcz wizji, że z jednego rysu, z paru słów, odtwarzał z nieomylną trafnością i plastyką całokształt człowieka, grupy społecznej, stanu duszy. Pamiętajmy zresztą, iż, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, mógł poznać go sporo i dobrze. Trzy lata praktyki u adwokata ukazało mu niejedną podszewkę Paryża. Potem lata nieudanych przedsiębiorstw, walk finansowych; pierwsze kroki w świecie literackim, sukcesy i zawody światowe. Paryż znał ze wszystkich stron, ze wszystkich fizjognomji, na wylot. Umiał zresztą jak nikt „interwiewować”, wydobywać z każdego to, co mu było potrzebne. Parę godzin rozmowy ze słynnym Vidokiem, ex-złodziejem który stał się naczelnikiem policji paryskiej, dało mu materjał do Vautrina. W pani de Berny znalazł skarbnicę wspomnień dawnej monarchji; księżna d’Abrantès, autorka słynnych pamiętników, stała mu się żywą tradycją napoleońską; księżna des Castries wprowadziła go w świat arystokratycznych subtelności, w którym zresztą nigdy nie czuł się bardzo pewnie. W czasie długich pobytów na prowincji informuje się, poznaje najdokładniej geografję i historję lokalną, wchodzi w życie każdej miejscowości.
Z tego zupełnie odrębnego (w stosunku do innych powieści) charakteru dzieła Balzaka wynika i stosunek jego do czytelnika. Trzeba to wciąż pamiętać: dzieło Balzaka poczęło się w jego mózgu jako całość, i jako całość jest skomponowane. Każdy utwór, nieraz kilkotomowa powieść — jest tylko epizodem, jedną z poszczególnych grup olbrzymiej płaskorzeźby, który przedstawia kłębienie się i zmaganie rodzącej się współczesności: ludzi, rzeczy i idei. Niejeden utwór, brany jako pojedyncza powieść lub opowiadanie, uderza wskutek tego brakiem proporcji: szerokość ram, wstępne wywody, drobiazgowe opisy, rozsadzają nieraz nikłą fabułę; daleko promieniujące refleksje, patos ujęcia razi ciężkością i brakiem smaku; wielu działającym osobom brakuje, na pozór, plastyki i charakteru, mnóstwo szczegółów wydaje się zbytecznym balastem. Ale kiedy cierpliwie, rys po rysie, tom po tomie, czytelnik przyswoi sobie dobrze wszystkie ogniwa, kiedy zżyje się z tym światem niemającym podobnego sobie w literaturze, a następnie, oddaliwszy się nieco, ogarnie myślą potężną całość, wówczas zrozumie wszystko, i, wróciwszy na nowo do Balzaka, z nowem zupełnie pogłębieniem i rozkoszą zacznie się weń wczytywać. Odkrywa wówczas nowe związki, rysy, których wprzód nie zauważył, wchodzi w ten świat, nie może już żyć w innym. „Konsekwentne studjowanie Balzaka — powiada Oskar Wilde — przemienia naszych przyjaciół w cienie, znajomych w cienie cieni..” Balzac stał się tem dla powieści, czem Molier dla komedji. Nie stworzył jej, oczywiście; istniała i przed nim; ale z rodzaju „podrzędnego” wysunął ją na czoło twórczości literackiej, uczynił z niej najsprawniejsze narzędzie wypowiedzenia się nowoczesnego pisarza, nadał jej nieznany wprzódy rozmach, wnikliwość, i nieskończenie rozszerzył jej sferę. A sprawił to potężnem tchnieniem życia, tchnieniem realizmu. Tak samo jak Molier; tak: tylko realizm Moliera nie wystarczał, nie mógł wystarczyć na wyrażenie epoki Balzaka. W literaturze doby klasycznej dominuje człowiek i uczucia: w ustroju po-Rewolucyjnym występują na pierwszy plan społeczeństwo, układ jego sił i splot interesów. Otóż, o ile dla konfliktu ludzi i uczuć najsposobniejsza jest forma dramatyczna, o tyle też same konflikty, nie wyosobnione z potocznego życia, ale ujęte na jego tle, we wszystkich z nim związkach, wymagały nowej formy, powieści: ale powieści takiej, jak ją rozumiał Balzak i jak ją przekazał swoim następcom.
Realizm, tak; ale strzeżmy się brać tu ten termin w jego ciasnem, tak dziś zdyskredytowanem pojęciu. Realizm ten jest tak do głębi przesycony myślą, ideą, iż staje się niekiedy czystym spirytualizmem. Lektura Ludwika Lambert najlepiej wyjaśni zagadkę tej pozornej sprzeczności.
Zauważmy jeszcze jeden rys, który różni Balzaka od jego wielkich poprzedników. Epoka, w której żył, tak bogata w przeobrażenia społeczne, jest zarazem dobą rozkwitu myśli przyrodniczej. I to spojrzenie naturalisty jest dla Balzaka niezmiernie znamienne. Gdy dla Moliera prowincjonalna kumoszka, hrabina d’Escarbagnas naprzykład, jest głównie przedmiotem śmiechu, Balzaka interesuje ona jak osobliwy gatunek owada: chce wiedzieć, skąd ona się wzięła taka, jaką była przedtem, za młodu, jak wygląda jej dom, jakim był nieboszczyk jej mąż, kto był jej pierwszym kochankieem, słowem co za przyczyny złożyły się na to, aby ją uczynić taką, a nie inną. Jeżeli się z niej uśmiechnie, to mimochodem; przedewszystkiem chodzi mu o to, aby ją zrozumieć. Jest ona dlań nie pojedynczym egzemplarzem ludzkim, ale przejawem życia społecznego, produktem, na który złożyły się te a nie inne warunki, niemal historja Francji. Każdy szczegół odsłania mu nieskończone perspektywy, związki; możnaby tak snuć rzeczy jedne z drugich bez końca; stąd te drobiazgowe opisy, to pęcznienie tematu, tak przeciwne klasycznemu ograniczeniu się, stąd te dygresje, wtręty filozoficzno-społeczne, które wielu rażą w powieściach Balzaka. Ten sposób patrzenia na świat tłómaczy również, dlaczego nowożytni pisarze umiłowali powieść, jako najpodatniejszą, najbardziej giętką formę wyrażenia wszystkiego co zapragną.
I tu może należy szukać źródła tego, co nazywano nieraz niemoralnością lub amoralnością Balzaka i co odstręcza odeń wiele umysłów przerażonych i osmuconych beznadziejnością jego spojrzenia na życie. Zarzut to potrosze taki, co gdyby zarzucać niemoralność przyrodnikowi, który opisuje życie stworów na dnie morskiem, ich wzajemne pożeranie się i walki. Zarzut ten czyniono zresztą i Molierowi, ale Molier mógł się ratować pewną sztuczką której Balzac nie mógł użyć. Molier, dając obraz namiętności, dusz ludzkich, mógł, wyczerpawszy obraz, kończyć swą komedję dowolnie, optymistycznie, aby nas nie wypuszczać z teatru pod przykrem wrażeniem (Świętoszek, Skąpiec!). Inaczej Balzac: on maluje nietylko dusze, życie wewnętrzne jednostek; jednostki te są niejako reprezentantami grup i sił społecznych, których układu przyrodnik tkwiący w Balzaku nie pozwala mu paczyć. Tem tłómaczy się, że — jak mu to często zarzucano — łajdaki tak często tryumfują nad zacnemi ludźmi i kończą nieraz jakby w apoteozie (du Tillet, Cointet, etc.). Bo Balzac nie mógł nie widzieć twórczej siły, energji społecznej, jaka się może mieścić w bezwzględnej namiętności, w żądzy zysku, wywyższenia. Cointet obdziera Dawida Séchard z jego wynalazku (Cierpienia wynalazcy) i jest w tem łotrem; ale niemniej Cointet daje temu wynalazkowi, który możeby zmarniał w ręku Dawida, rozmach i praktyczną wartość, które wychodzą na dobro Francji i społeczeństwa. Balzac ma zawsze to podwójne spojrzenie. Molier ma je czasem, np. w swoim Mizantropie; ale naprzykład w Świętoszku widzi tylko łajdaka, gdy Balzac dostrzegłby w nim może przyszłego dyplomatę, ministra, którym zostałby wspiąwszy się na wyżyny kosztem krzywdy łatwowiernego Orgona. I słusznie to zauważono, że brutalny pessymizm Balzaka wyraża się głównie tam, gdzie styka się on z problemami życia społecznego, z walką o egzystencję; lepsze drgnienia duszy człowieka chowa na jego życie prywatne, — i w tem jest zgodny z prawdą. Każdy niemal z jego drapieżnych ptaków ma w sercu swoją idyllę: Rastignac, obmyślający bez skrupułów zawładnięcie Paryżem, ze łzami rozczulenia odczytuje listy od sióstr, od matki...
Ta bezstronność Balzaka w spojrzeniu na życie idzie tak daleko, że trudno byłoby wyczytać z jego dzieła przekonania społeczne czy polityczne pisarza gdyby im niejednokrotnie nie dał wyrazu w swoich dygresjach. Arystokratyzm jego płynie ze wzgardy dla człowieka, którego złe instynkty należy spętać religją, wychowaniem i prawem. Balzac ma pogardę dla współczesnej niwelacji, dla parlamentaryzmu (cóżby dopiero powiedział na powszechne głosowanie dla obu płci!). Wolność prasy uważa za nieszczęście Francji; radby przywrócić majoraty, prawo starszeństwa, wzmocnić jaknajbardziej organizację rodziny. Ale często, wbrew jego woli, dzieło jego mówi co innego. Jego uwielbienie dla arystokracji wyradza się nieraz w mimowolną satyrę (Ojciec Goriot!). Mimo wszystkie jego teorje, dzieło Balzaka to jeden z największych dokumentów nowoczesnej demokracji; to zdobycie dla szarej, bezimiennej masy przywileju wzniosłości, cierpienia, interesowania nas, który-to przywilej zarówno w pojęciu klasycznem jak i romantycznem sztuki przysługiwał jedynie jednostkom wyższym swem położeniem społecznem lub organizacją duchową. Cały swój heroiczny styl ujęcia zjawisk oddał Balzac na usługi pospolitego życia, wzbił nim szarą na pozór codzienność do napięcia i wielkości tragedji. Podjął jakgdyby na nowo olbrzymie dzieło Szekspira, ale sprowadził je na bruk współczesnej Francji: dowiódł iż nie trzeba sięgać w odległe mroki dziejów, aby znaleźć postacie króla Lira lub Ryszarda III; ukazał je swoim czytelnikom na wysokości ich oczu w postaciach o które otarli się może na ulicy lub z któremi wieczerzali poprzedniego dnia, w pospolitej figurze ex-kupca, skromnego ojca Goriot, lub Filipa Bridau, Napoleońskiego żołdaka. Codzienność, szara, mieszczańska codzienność, pogłębiona analitycznym skalpelem Balzaka i podniesiona o kilka skal tchnieniem jego potężnego wewnętrznego patosu, zyskuje odtąd trwałe prawo bytu, i staje się niemal wyłącznym materjałem nowoczesnej twórczości literackiej. Balzac ziścił w ten sposób to, na co nie stało tchu i talentu usiłowaniom dramatu mieszczańskiego w XVIII w., a dziełem swojem wywarł stanowczy wpływ nietylko na dalszy rozwój powieści, ale i teatru.
Taki jest duch dzieła Balzaka i takim zostaje on w naszej pamięci, wrażeniu, jako poeta nowoczesnego ustroju, nieraz wbrew jego politycznym poglądom. Toż samo uwielbienie dla Napoleona, które bije z kart poświęconych tak żywym jeszcze wówczas tradycjom Cesarza, dziwnie kłóci się z ostentacyjnym „rojalizmem” autora. Ale czyż to paradoksalne krzyżowanie się najrozmaitszych warstw myśli, pojęć i sympatji nie jest właśnie cechą owej epoki? Czyż Napoleon nie potrafił sfanatyzować i złączyć pod sztandarami imperjalizmu zarówno Brutusów rewolucji jak i potomków tych których Rewolucja wykosiła?
I pod tym względem, dla zrozumienia ducha jego dzieła, wolę słuchać tego co mi mówi lektura Komedji ludzkiej, niż tego co mówi Balzac w swojej do niej Przedmowie. Być genialnym powieściopisarzem, to w owej epoce snać było za mało; tak jak w epoce Moliera być genialnym komedjopisarzem. To też Balzac chce być czemś więcej; chce być moralistą, lekarzem społeczeństwa, mężem Stanu. Nie zapominajmy o jego bardzo żywych ambicjach czynnego udziału w życiu politycznem; jakoż całe ustępy w tej Przedmowie aż nazbyt trącą mową kandydacką. Toż samo ta obrona „moralności” dzieła, jakże wyraźnie nosi piętno rozprawy z nieinteligentnemi zarzutami, ściągającemi genialnego pisarza na chwilę do swego poziomu. Przedstawiając się tak jako „moralistę”, jako lekarza — czy znachora — chorób społecznych, Balzac czyni sobie krzywdę; mimowoli uszczupla to, co jest jego największą siłą, ścieśnia tę pełnię i rozlewność żywiołu, która tak imponuje w jego dziele, stwarzając owe nieoczekiwane kontrasty: od mistycznych wzlotów w niebiosa czystych idej aż do zdeptania najbardziej błotnistych ścieżek ziemi. Wreszcie, uświadomienie sobie wspaniałego planu Komedji ludzkiej nie obeszło się bez pewnego przymusu, bez odcienia pedantyzmu. Śmierć przerwała Balzakowi jego dzieło; czy te części Komedji ludzkiej, które dla wypełnienia jego ram zamierzył, byłyby na wysokości tych, które urodziły się z samorzutnego natchnienia? — nie wiemy. Faktem jest, iż mimo uniwersalności Balzaka, nie wszystkie warstwy społeczeństwa interesowały go w równym stopniu. Epoka, która wcisnęła na nim swoje piętno, jest przedewszystkiem epoką mieszczaństwa; chłop, robotnik, są wówczas jeszcze „muzyką przyszłości”. Nie żądajmy od jednego człowieka wszystkiego; to co nam dał jest już darem dosyć królewskim.
Owe tak zajmujące zresztą sprzeczności spotkamy nieraz jeszcze w dziele Balzaka. Objektywizm czy subjektywizm? Wskazałem już poprzednio przyrodniczą wręcz bezstronność jego spojrzenia, objektywizm jak najdalej posunięty; nigdy powieść jego nie jest ową spowiedzią autora, romansem o sobie samym, jaką bywa ona zazwyczaj w utworach pisarzy Romantycznych. Ale, z drugiej strony, jeżeli te postacie są tak żywe, to dlatego że twórca ich w sobie samym czerpie elementy z których je stwarza. I pod tym względem skala Balzaka jest zdumiewająco szeroka: z siebie wysnuł cierpliwą wytrwałość i tkliwe a wierne uczucie Dawida Séchard (Cierpienia wynalazcy); z siebie niecierpliwą żądzę wybicia się Rastignaka czy Lucjana de Rubempré; z siebie wreszcie kipiący werwą i brutalny cynizm Vautrina. Z tego punktu widzenia można uważać Komedję ludzką niemal za spowiedź; a pod względem śmiałości, bezwzględności, bezwstydu nawet w odsłanianiu najbardziej wstydliwych zaułków swego wnętrza spowiedź tę możnaby zestawić chyba z Wyznaniami Russa. I te związki, jakie można odnaleźć między najbardziej osobistą z autobiografji a najbardziej „objektywnym” eposem ludzkości, są rzeczą bardzo interesującą.
Mimo iż siedm dziesiątków lat z górą upłynęło od śmierci Balzaka, stanowiska jego w literaturze francuskiej nie można jeszcze uważać za zupełnie ustalone. Wielki pisarz, to pewna; ale są w nim pewne rysy, które sprawiają, iż oficjalna, uniwersytecka historja literatury przyznaje mu czasami jakby z kwaśną miną ten patent na wielkość. Jest w jego spojrzeniu na życie, w odwadze mówienia tego „o czem się nie mówi”, coś brutalnego, coś co uraża — nawet tam gdy mu przyznać trzeba słuszność — wstydliwość czy obłudę wielu. Wrodzony brak smaku tego olbrzyma, pewne niedelikatności jego natury (ale czy bez nich mógłby być twórcą prawdziwej Komedji ludzkiej?) nierówności wreszcie tego kolosalnego dzieła przyczyniają się jeszcze do tego wrażenia. Krytykują go jako stylistę; ale o tem na innem miejscu. Podają w wątpliwość ścisłość jego erudycji, ogrom wiadomości, horyzontów [4], któremi Balzac olśniewa czytelnika. Ale cóż stąd? Gdyby te wszystkie zarzuty były prawdą, niemniej Balzac pozostanie Balzakiem, t. j. pisarzem bardzo niedoskonałym, bardzo nie-klasycznym, ale genjalnym w każdym calu, jednym z najosobliwszych monstrów jakie istnieją w literaturze. Nie jest bynajmniej moim zamiarem ukrywać czytelnikom te jego słabizny; uważam że wielkiego pisarza trzeba znać i kochać całego, jakim jest, ze wszystkiemi błędami, które tem bardziej zbliżają go do nas i czynią tem bardziej ludzkim. Ale analizę tych skaz i nierówności pożyteczniej może będzie szkicować przy każdym z poszczególnych utworów.

Przypisy

  1. Histoire des Oeuvres de Balzac.
  2. A. Cerfberr i Christophe:Repertoire de la Comédie Humaine, Paris 1893. (Dzieło nagrodzone przez Akademję Francuzką).
  3. Fizjologja małżeństwa, rozdz. XXX.
  4. Istotnie nietrudnoby znaleźć przykłady tego co surowi krytycy mienią „szarlatanerją” Balzaka. Podam jeden, który musiał mnie uderzyć bardziej niż inne. To ów „Polak” w Kuzynce Bietce, hrabia Wacław Steinbock, którego Balzac wyposaża krwią skandynawską, aby poten najspokojniej demonstrować na nim psychologję Słowianina; przyczem podaje krótki rys geografji i historji Polski, aby, na podstawie tych dokumentów, dojść do odkrycia, iż ambicję Wacława podrażniło to, że kobieta która mu się podoba nie zwraca na niego uwagi!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.