Lubonie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Data wydania 1876
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Panu

BRONISŁAWOWI ZALESKIEMU

w Paryżu.



Przypomnisz sobie może, kochany Bronisławie, rozmowę naszą o powieściach historycznych, któremi w roku przeszłym, będąc w myślach zajęty, spowiadałem ci się z trwogi i zapału, jaki one we mnie obudzały. Naówczas był to pomysł tylko jeszcze, który teraz, jak umiałem i mogę, przyprowadzam do skutku. Byłeś jednym z pierwszych, z którymi, przejęty cały zadaniem tém, mówiłem; myśl sama zdała ci się i dobrą i ponętną, przyjmijże jeden z pierwszych jéj owoców. Czasy, które się tu malują, szare okrywają mroki, wrócić im cokolwiek życia, starać się je, z niemnogich skazówek i pomników odgadnąć, zaprawdę, trudném było. Nie pochlebiam sobie, abym to dokonał tak jak to należało, alem uczynił pobożném ku przeszłości sercem, jakem zdołał i umiał. Przyjm maluczką ofiarę, chętliwie i pobłażająco.


Twój wierny

J. I. Kraszewski.


D. 29 marca 1876.
Drezno.



TOM I





I.



Wieczór był skwarnego dnia letniego, słońce zachodzić miało za lasy. Co żyło, ukryte w cieniach i zaroślach, czekało by powiał wiatr wieczorny, spadła rosa ożywcza i palące promienie dopiekać przestały. Milczało wszystko... stada w zaroślach się chroniły, ludzie po lasach, rzadko ptak przeleciał w powietrzu, które ziało ogniem. Noc miała przynieść ochłodę i wypoczynek po dniu, który zwarzył rośliny i wyssał z ziemi ostatki wilgoci po niedawnéj pozostałe burzy. Tego dnia pod wieczór nawet nie zmniejszył się upał i na niebie chmurki żadnéj widać nie było. Wypogodzone, rozpalone, bezbarwne, zwiastować się zdawało posuchę, bo tarcza słoneczna po nad lasami okryła się barwą krwi, i purpurowa, bezpromienna, dziwna i straszna, zwolna kłoniła się ku czarnemu pasowi puszcz dalekich.
W powietrzu unosiły się słupy muszek, podnoszące wysoko, wirujące obrotami jakiemiś samowolnemi, jakby je powiew jaki, którego czuć nie było, to w górę, to na bok odnosił, to przyciskał ku ziemi.
Chmurą leciały tak muszki skrzydlate, po nad łąki i pola, zdając się bawić i swawolić w rozpalonych ziemi wyziewach.
Na polach cicho było i pusto.
Wyschłe rzeczułki ciekły skryte głęboko, uciekając daleko od spieki, co je wypijała... Czasem w dali powiew, który nie dochodził tu i czuć się nie dawał, na piaszczystych rozłogach chwytał kurzu tumany i do góry je gdzieś unosił.
Na Krasnéjgórze nad Wartą, we dworze Luboniów, tak pusto było jak wszędzie dnia tego, ludzie się od spieki gdzieś pochowali. I obyczajem starym wszystko stało otworem... dom, zagroda, wrota, nie strzegł nikt ich, bo się nikogo nie lękano.
Dwór stary wznosił się na pagórku nad rzeką, lasem wysokim otoczony z jednéj strony, z drugiéj do pola i łąk przytykający.
Jak wszystkie naówczas była to budowa drewniana, ale rozległa i krzepko z bierwion ogromnych wzniesiona. Wysoki dach z dymnikami okopcony i czarny panował nad nią. Dokoła opasywało ją podsienie na słupach rzezanych. Podwórze było rozległe i czyste, budynki wkoło proste ale nowe i schludne. Z rozmiarów dworu wnosić było można o wielkiéj zamożności rodu, co tu zamieszkiwał; ze stajen i szop o trzodach i gospodarstwie; z ładu około domu, o pilności pana.
Już czas był, ażeby i ludzie i bydło pod dach wracało, choć upał się nie zmniejszał, słońce przynajmniéj straciło siłę, patrzało groźno krwawém okiem, ale nie piekło. Koło dworu panował jeszcze spokój i cisza.
Od strony lasu w cieniu leżały psy stróże, na chłodniejszéj ziemi powyciągane i jak martwe. Dwór stał otworem... drzwi i okna z poodsuwanemi okiennicami wpuszczały powietrze, lecz ono ziało jeszcze gorącem.
Ognisko w świetlicy było wygasłe i zarzucone popiołem, komory na rozcież poodmykane... nikogo nigdzie, żywéj duszy... W podwórku kilka kur chodziło dziubiąc porozsypywane ziarna.
Wszystkie izby domostwa przejść tak było można, nie znalazłszy nikogo. Na tyle tylko od lasu, na ogromnym kamieniu, który leżał pod strzechą, siedziała bardzo stara niewiasta, zgarbiona wiekiem, z włosy siwemi, które z pod chust się wysuwały, siedziała i jakby na pół drzemiąc przędła.
Twarz jéj opaloną, z pomarszczoną i posieczoną skórą, żółtą, pargaminową, mech starości pokrywał na policzkach i brodzie, oczu głęboko zapadłych dostrzedz prawie nie było można, z pod nawisłych powiek i brwi zarosłych bujno. Trzymała kądziel, ciągnęła nić bezmyślnie, zwolna i zatopiona w dumach jakichś, przędła nie przestając. Niekiedy palce przykładała do ust, aby je zwilżyć i nić ciągnęła znowu, cienką, równą, gładką, choć bezsilne palce opierać się pracy zdawały.
Czasem wśród tego snucia zatrzymała się nagle, jakby jéj sił nie stało, potém przypomniawszy sobie kądziel, z pośpiechem znowu do niéj powracała. Ubogo ubrana była starucha, nie mając na sobie nic oprócz płótna, a na nogach lipowych kurpi nowych, które je opasywały. Zapaska wełniana była ciemnéj barwy, na szyi nawet żadnego sznurka i ozdoby widać nie było. Niewiasta długie już lata na świecie przeżyć musiała, jednak trzymała się jeszcze i nasłuchiwanie najmniejszego szelestu przekonywało, że ucho miała czułe.
Wśród ciszy psy, co nieopodal od staruszki leżały, popodnosiły głowy i jeden z nich rozpatrując się, niespokojnie zamruczał, jakby drugim dawał hasło. Wnet i reszta pozrywała się na nogi, wietrzyć poczęły, lecz stały niepewne... nic słychać i nic widać nie było. Pokładły się znowu, ale głowy podniesione czyhały na szelest najmniejszy. Stara téż od kądzieli na swych towarzyszów oczy zwróciła, jakby ich pytała o niepokoju przyczynę. Ten, który pierwszy zamruczał, odzywał się jeszcze kiedyniekiedy, ale nie bardzo znać pewien siebie.
I długo tak nic słychać nie było.
Słońce czerwone stoczyło się za lasy, a wnet i mrok szybko nadchodzić zaczął. Na północnéj niebios stronie blada pokazała się pierwsza gwiazda, ku zachodowi jak złoty sierp stał wązki księżyc na młodziku.
W dali coś tętnieć się zdawało...
Staruszka wstała, zabrała kądziel i ruszyła się powoli ku dworowi, a idąc, obyczajem starych, mruczała coś sama do siebie. Tuż i życie budzić się z zachodem zaczęło.
W powietrzu przelatywały dźwięki, bydło i owce biegły z pola. Klaskały pastuchów batogi, ryczały krowy i rżały konie, coraz bliżéj słychać je było. Starucha stanąwszy u płota wypatrywała je w dali i potrząsała głową, jakby panią była i gniewała się na niedbałe sługi.
W tém śmiechy i śpiewy tuż blisko doszły ucha staruszki i lice się jéj poruszyło, głowa podniosła, oczy skierowały ku dworowi. Głosy to były niewieście, wesołe, młode... Uśmiechnęły się téż mimowoli usta staréj prządki i niespokojnie rozglądać zaczęła, wypatrując nadchodzących. Psy, które leżały spokojnie, skowycząc i podskakując się zerwały, jakby i ich uradowały te ludzkie głosy, po długiéj ciszy. A w tém z lasu ukazała się cała gromadka dziewcząt w bieli.
Przodem szła najpiękniejsza, wysokiego wzrostu, smukła, ze śmiejącemi się oczyma, z ciemnym włosem w kosy zaplecionym, z podniesioną raźnie główką, na któréj, oprócz rucianego wianuszka, niosła całą wiązankę świeżych leśnych kwiatów, aż na ramiona spadających. W białéj koszuli i zapaskach, ze sznurami bursztynów i krasnych kamyków na szyi, przepasana czerwonym pasem, którego końce u boku spadały, szła tak jak leśna panna, królując widocznie tym co za nią biegły i w oczy jéj patrzały.
Przed sobą w spódniczce podwiniętéj miała pełno uzbieranych ziół i różnéj leśnéj zdobyczy. Dziewczęta téż idące za nią niosły kobiałki na plecach, koszyki w rękach, postrojone były w kwiaty jak ona, a lica im się wszystkim młodością śmiały i weselem.
Szły ku dworowi i śpiewały, ostatnia zwrotka piosenki skończyła się śmiechem, bo téż i psy łasząc się ku dziewczętom przypadły.
Z drugiéj strony becząca i wrzawliwie odzywająca się cisnęła do wrót trzoda. Cisza przed chwilą wielka zmieniła się w gwar życia pełny. Starucha patrzyła na dziewczynę z uśmiechem, a ta ku niéj dążyła potrząsając uwieńczoną główką.
— O! udałoż się w lesie, udało — zawołała — całyśmy dzień prześpiewały w chłodzie, za grzybami chodząc i jagodami. Wszystkiego pełno... choć garściami garnąć... posucha w cieniu nic nie zwarzyła... Ptaszki nam śpiewały, a my im... i dzionek, babusiu, zszedł jak błyskawica...
— A jam tu go ledwie do końca doprzędła — rzekła złamanym z zaschłego gardła głosem stara.
— A ojciec?.. — zapytało dziewczę — nie ma ojca?
— Ojciec do knezia jechać musiał... ale na noc powróci z Poznania... Niewielka to droga, a nocować tam nie ma po co... tylko go nie widać!..
Gdy tak gwarzyły i mówiąc się zwracały do dworu, dziewczęta z kobiałkami wyprzedzać ją zaczęły i śmiejąc się a swawoląc, do drzwi pędzić. Z drugiéj strony od podwórza szli przeciw nim zaglądając parobcy, którzy z pola powracali, lecz zoczywszy ich całe to dziewcząt stadko, pobiegło się ukryć po komorach i głosy tylko młode słychać było. Staruchę prowadziła zwolna dziewczyna, przymilając się do niéj, a ta ją po twarzy ręką zmarszczoną gładziła.
U studni pośrodku podwórka ruch był wielki i wiadrom nie dawano spoczynku, czerpiąc chłodną wodę czystą, napawając się nią z rozkoszą.
Bydło tymczasem samo szło do swoich szop otwartych na spoczynek, a pastuszki i parobcy około koryta stojąc głośno śmieli się tak, jak to zwykło się wesoło rozkoszować, gdy pana w domu nie ma.
Ale na drodze tentent się dał słyszeć i wielka ta wrzawa zaraz przycichła, psy biegły ku wrotom. Zdala na polu widać było jadący do dworu orszak cały, dosyć pokaźny, konnych i zbrojnych ludzi. Przodem na dobrym koniu jechał dorodny niemłody już mężczyzna pięknéj postawy wojackiéj, z ręką w bok, w krótkim płaszczu, a raczéj sukni, zdjętéj z rękawów dla gorąca i tylko na ramiona rzuconéj. Miecz miał u pasa, nóż w pochwie za pasem, a u siedzenia na koniu młot wisiał nabijany gwoźdźmi żółtemi i wyrabiany misternie, w skórzanéj objęty pochewce. Za nim kilku młodych jednako odzianych i zbrojnych dobrze jechało. Wyglądali wszyscy jakby z boju albo na bój się wybrali.
Poznać było łatwo, że do domu dążyli i obcymi tu nie byli, konie ich rżały niespokojnie, i oni oczy zwracali ku dworowi. Twarz jednak tego, co przodem jechał, nie rozjaśniła się na widok jego, poważny jechał i zamyślony.
Parobcy z pola przybyli postrzegłszy zbliżających się, podbiegli ku wrotom na ich przyjęcie. We drzwiach pod słupkami stało piękne dziewczę, tak jak z lasu przybyło, uśmiechając się, a starucha rękę położywszy na jéj ramieniu, drugą trzymając jeszcze swą kądziel, nie ruszyła się od jéj boku.
Zdala już przybywający witał swe niewiasty, a one jego. Matka to była i córka, bo żony nie miał dawno.
Zsiadł tedy u progu gospodarz, konia zdając na parobka i pozdrowiwszy matkę, pogłaskawszy córkę, jak stał do świetlicy poszedł. I one ciągnęły za nim. A gdy na ławie za stołem siadł, kołpak zdejmując i czoło ocierając, stara z komory kubełek pełny napoju wyniosła.
— Pij synu — rzekła — na upał to jedyne... kwas brzozowy najlepiéj gasi pragnienie... Słońce nas téż, jakby się gniewało, piekło cały dzień bez litości.
I patrzały mu w oczy stara i młoda jakby myśli jego zgadywać chciały. Siedział posępny. Badać go nie śmiała matka, dziewczę było odważniejsze.
— Coś bo niewesoło od knezia Mieszka wracacie! — odezwała się — czyżby się co złego niosło?
— Co tam ma być! — rzekł Luboń — nie ma nic... Mieszek wojny patrzy i tęskni, gdy jéj nie ma... Doma mu nudno...
Westchnął i popatrzył na córkę, która niewiedzieć dlaczego pod tém wejrzeniem ojcowskiém spłonęła. Zaciężył jéj wianek leśny, zdjęła go ze skroni i poszła z nim do komory. Dopiero po odejściu jéj starucha się do syna zbliżyła i w oczy mu badająco spojrzała.
— Licho nadało — zamruczał pocichu — zawsze mu się nasza dziewka śni... ma żon sześć, a bez siódméj ani żyć... niechże jéj szuka kędy chce, bo ja mojéj nie dam... to darmo...
Pięścią o stół uderzył. Starucha w ręce plasnęła.
— Jeszczeby téż! — zawołała — jedyne oko w głowie, kneziowi dać na zabawkę... A co jéj po tém... Tam szczęścia nie zazna, gdzie ich tyle... Dziewczynę co rychléj trzeba komu dać, aby mu ta chętka odpadła...
— Tak — dodał Luboń — matko droga... Gdyby ich u mnie dwie albo trzy było, i synów ze dwu dodatku, łatwoby dziewczynę zaswatać, ale ona u mnie córką i synem, a kto ją weźmie, ten mi dzieckiem być musi i następcą... Luboń ojcowizny nie spuści lada komu...
Głową potrząsł.
— Oj syna; syna mi żal! — westchnął.
— Serca sobie nie psuj — odezwała się baba łzę ocierając rękawem — opłakaliśmy go... i pogrzebli...
— A! gdybym go ja martwego widział i na stosie — mówił Luboń — nietyleby mnie serce bolało, jak myśleć, że on tam gdzieś niewolnikiem się obcym wysługuje z głową postrzyżoną... że niemcowi wodę nosi i drwa rąbie...
Zamilkli oboje; obojgu łzy się potoczyły, a słów nie stało.
— Nieszczęsna to godzina i dzień, kiedym ja go, dziecinę słabą, na nalegania i prośby z sobą na wyprawę wziął. Chciało mu się wojennéj sprawy próbować zawczasu... Gdybyż padł od strzały... ale mi go z przed oczów niemcy chwycili... Jeszcze słyszę jego wołanie, jeszcze widzę go ręce wyciągającego ku mnie... a jam ranny, odcinając się sam trzem, w pomoc mu nie mógł pospieszyć... i znikł mi z oczów... na zawsze...
Ręką uderzył po stole i sparł się na niéj Luboń, a stara go po głowie głaskać poczęła płacząc.
Nie pierwszy to raz, ale setny może tak opłakiwali dziecko stracone, choć lat upłynęło wiele, jak o niém słychu nie było. W sercu ojca gniew i pragnienie zemsty rosły i gromadziły się z latami, a ile razy kneź Mieszko ciągnął na niemców, prosił mu się Luboń, aby téj krwi się napić, która mu jego krew zabrała.
Słał on za Odrę i Elbę do niemców z okupem, szukając jedynaka, a no już wszelka nadzieja była stracona, bo o dziecku wieści najmniejszéj nie dostał, a lat kilkanaście od tego czasu upłynęło.
W milczeniu odstąpiła stara od syna, bo czas było myśleć, by sposobić wieczerzę, i choć dziewczęta już ją pewnie musiały nagotować, spojrzeć chciała stara gospodyni, co się tam działo. Luboń został tak sam z żalem swoim, na ręku podparty.
W tém psy u wrót ujadać zaczęły, i jeden z pachołków wszedł na próg.
— Co tam z psami? — zapytał pan.
— Podróżny o gościnę prosząc u wrót na koniu stoi... — rzekł pachołek.
— Co za jeden?
— Nieznajomy człek...
— A z wielu końmi?
— Sam jedzie.
— Zkądże się opowiada?
— Z nad czeskiéj granicy.
— Prowadźcież go — odezwał się Luboń wstając — nie juści go od wrót odeślemy...
I pochyliwszy się w okno otwarte, spojrzał. Podróżny niepozornie odziany, ze zmęczonego drogą konia zsiadał właśnie. Człek był młody, twarzy bladéj, jakby przelękły i nieśmiały, broni przy nim żadnéj widać nie było. Z odzieży trudno osądzić przyszło człowieka, bo się niczém nie odznaczał. Ciemną suknią był okryty, takiego kroju jak ją po niektórych ziemiach noszono, włos miał przystrzyżony krótko, czapkę lekką bez pióra.
Wyglądał ubogo, lecz wpatrzywszy się mu w lice, widać na niém było, że pod niém dusza mieszkała nieleniwa. Oczy patrzały mu rozumnie, młode czoło świeciło jakiemiś myślami, a gdy do progu szedł, powagę miał jakąś i bezpieczeństwo dziwne, choć obcym tu był i nie wiedział, jak go przyjmą. I trwoga i wesele jakieś, i pomięszanie razem na twarzy się malowały.
Na próg wszedłszy, ujrzawszy naprzeciw siebie stojącego Lubonia, jakby mowy zapomniał.
— Szczęście i błogosławieństwo progom waszym, panie mój — odezwał się — podróżny jestem... do knezia jadę... tak... do Poznania — w tę stronę, noc mię zaskoczyła... o gościnę proszę.
Mówił jąkając się i nieśmiało, a wciąż na starego spoglądał.
Luboń téż wpatrywał się w niego bystro, sam niewiedząc z kim miał do czynienia, bo do wojaka przybyły podobien nie był — i mowę miał choć swojską, ale skażoną.
— Przyjmuję was z ochotą — odparł stary — siadajcie i odpoczywajcie. Wskazał na ławę, ale młody gość stał w progu i nierychło dopiero, pod oknem, zdala skromne zają[1] miejsce...
— Zkądżeście? i co was tu prowadzi — zapytał gospodarz — chleb podając do rozłamania na znak przyjęcia.
— Z daleka jestem, ojcze, — głosem cichym począł zwolna ciekawie się rozglądając podróżny — z daleka... z za gór, z za rzek wielu, bom wędrował dużo... Choć mi się język zepsuł, tutejszy jestem...
— Tutejszy? — podchwycił Luboń — zkąd?
Podróżny popatrzał się nań i zawahał się z odpowiedzią...
— Od Poznania jestem — wyjąkał głosem prawie drżącym — alem tu kilkanaście lat nie bywał...
I urwał.
Te słowa dziwnie jakoś w uszach zabrzmiały Luboniowi; siedział na ławie zdala, usłyszawszy je, powstał, i zbliżył się ku gościowi, wpatrując w niego pilnie. Przybylec siedział w cieniu, okienniczka była na pół zasunięta, Luboń ją otworzył, ale światła nie weszło wiele, bo na dworze mrok się robił. Klasnął w ręce o łuczywo na ludzi.
— Cóż to się z wami działo, żeście tu nie bywali tak długo, po obcych się włócząc ziemiach? — zapytał...
— Długoby to mówić było — wahając się jakoś począł gość. — Małém dzieckiem na wojnie, porwali mnie niemcy od ojca...
Ledwie słów tych dokończył, gdy gospodarz skoczył oburącz go porywając za ramiona, i głosem, który dwór cały przeraził jak piorunem — krzyknął.
— Włast! tyś Włast!
Gość padł na kolana, za nogi go obejmował, i płakał...
Gdy dziewczyna weszła z łuczywem i postrzegła to, przestraszona rzuciła ogień i wybiegła, choć sama nie wiedziała co ją przeraziło.
W téjże chwili na krzyk Lubonia nadbiegła stara matka i córka... obie drżące i o Lubonia strwożone. Ujrzawszy nieznajomego, który jeszcze klęcząc nogi jego ściskał, a on głowę jego obejmował, okrywając pocałunkami — osłupiały.
— Włast! — zawołała stara.
I podbiegły ku niemu.
Jakże tu opisać to powitanie nieznanego po latach dwunastu... i tę radość osieroconego ogniska, u którego nagle zjawiło się dziecię stracone i opłakane od dawna.
Luboń stary szalał prawie... staruszka drżała, a siostra nieśmiało temu młodemu mężczyźnie, który miał być jéj bratem, przypatrywała się zdala z ciekawością.
Sadzono go więc na ławie, a trzeba było napoić go i orzeźwić, bo i jemu wzruszenie siły odebrało.
Słaby téż i blady był, jakby znękany długą niewolą — a tu się pytania sypały, co się z nim działo, i jak przebył te lata. Ojciec nastawał szczególniéj — a odpowiedzi syna ciemne jakieś były, niewyraźne i poplątane. I nierychło, jakby uspokoiwszy się i myśli zebrawszy, rozpowiadać począł o sobie, jako w niewolę od ojca wzięty, przez niemca zrazu do najtwardszych był posług zażywany, jak późniéj go słabym uznawszy, dano nierycerskiemu panu jakiemuś za pacholę...
Z tym nowym panem dostał się Włast, któremu jak mówił, imię zmieniono na Matję — na dwór niemieckiego cesarza... potém do innych ludzi, którzy tylko Bogu służyli... a ci go nowych rzeczy nauczali, i z sobą zabrali do innéj ziemi, na południe, kędy zimy nie było nigdy, i gdzie stał największy gród panujących wszystkim krajom na zachodzie. Tam na usługach różnych, i w spokoju bezorężne życie prowadził... i nie mówił by mu ono bardzo ciężyło, tylko za domem i rodziną tęsknił zawsze.
Opowiadał Włast ojcu i swoim co się cisnęli, aby go widzieć, z obawą jakąś, wiele rzeczy połykając, o których znać wspominać im nie chciał, bo ojcu brwi słuchając się marszczyły. I nie mógł z niego dobadać o wiele więcéj nad to, że wojaczki cale zapomniał, obyczaju domowego zabył, języka się prawie oduczył, i że swoim stał się niemal obcym.
Smutno opowiadał to Włast, a smutniéj jeszcze ojcu słuchać było, który, choć się cieszył z odzyskania syna — widział, iż z niego będzie musiał nowego uczynić człowieka, aby do siebie przystać mogli.
Gdy niejasne to, tęskne opowiadanie się skończyło, a wszyscy milczeli — Luboń zchwycił go za głowę raz jeszcze i ucałowawszy — rzekł:
— Dosyć, że cię mam — resztę sobie przypomnisz, gdy pobędziesz z nami. Zasmakujesz w orężu i w dawném życiu, a ja cię od boku mojego nie puszczę już więcéj. I krew się w tobie odezwać musi.
Włast nie mówił nic, głowę z pokorą skłonił i zmilczał. A tu się sypały pytania, jak na tamtym świecie innym ludzie, miasta, wsie, wojna i pokój, i potęgi obce wyglądały.
Włast po troszę opisywał, skąpy był jednak w odpowiedziach, jakby go co za język trzymało, i łatwo dostrzedz było, że mu tam trochę serca zostało u ludzi, do których był nawykł, bo na obyczaj ich, wiarę i na życie z niemi nie narzekał, a wiele rzeczy chwalił, które tu były w ohydzie. Potęgę zaś cesarzów i kneziów tamtejszych malował wielką i straszną.
Luboniowi słuchać było nie miło i tęskno, ale ust synowi zamknąć nie chciał. Wieczór tak zszedł przy łuczywach, wesoło wprawdzie i dla Lubonia szczęśliwie, przecież nie tak, jakby był pragnął bo syna znajdował z obcych rąk wróconego, niemal sobie obcym, i co chwila ojciec i on się nie rozumieli. Naówczas Włast z pokorą mówić przestawał i powodował się staremu cierpliwie.
Późną już nocą starucha przyszła oznajmić, że dla wnuka gotowe było na sianie w szopie posłanie, gdzie go Jarmierz, starszy przy Luboniu nad jego seciną, miał zaprowadzić... Rozstali się więc jeszcze raz uścisnąwszy, i siostra przeprowadziła brata do proga.
Luboń został naówczas sam, ale stanąwszy u pościeli, zadumał się nie mogąc o śnie pomyśleć.
Radość w nim z jakimś strachem walczyła... łzy niemęzkie czuł na powiekach. Włast to był, jedyne dziecko, a nie ten i nie taki, jakim on by go mieć chciał. Cieszył się tém, że życie zamarłemu powróci, wolał takiego mieć, niż żadnego, a wojak stary gryzł się razem, w synu wojennego nie widząc ducha.
Żołnierzem naówczas był ziemianin każdy, a kto nim być nie umiał, ten niemal mężem i człowiekiem być przestawał. Więc klął w duchu tych ludzi co mu na wzgardę dziecię bezsilne jakieś i kalekę oddali...
Więcéj męztwa i ochoty bojowéj było niemal w pięknéj dziewczynie co się jego siostrą zwała.
Nie spał Luboń całą noc, a gdy świtać zaczęło, zmęczony na rosę wyszedł i powietrze, aby się orzeźwić.
Jarmierz, który z obowiązku o brzasku był na nogach, drogę mu zaszedł. Był to jego ulubieniec, którego jak syna kochał. Spotkali się u wrót, stary mu na ramieniu rękę położył.
— Cóż Włast?
— Jarmierz zmilczał. — Prawda — rzekł stary tęskno — niemcy z niego babę zrobili — na moje dziecko nie wygląda.
Wojak jeszcze nie odpowiedział.
— Cóż robił wczora? — mówiliście z nim?
— Mało — odparł Jarmierz — uściskał mnie jeno, a sam zaraz na posłanie poszedł... Choć szopa ciemna, przypatrywałem się ciekawie co pocznie. Niewiem, czarnoksięztwa chyba jakieś wyprawiał. Widziałem go, że pokląkł przy pościeli, złożył ręce i niemi dotykał czoła i ramion, w piersi się bił, głową o ziemię uderzał, aż mnie ogarnął strach. I szeptał sam do siebie dziwnie, jakby jęczał i płakał, skarżył się i prosił.
Trwało to długo... długo. W końcu znowu ręką począł czoła i ramion dotykać... i dopiero się udał na spoczynek.
Jarmierz opowiadał cicho i z obawą. Luboń słuchał zadumany, ale nie rzekł nic — potém dotknął ramienia swojego sotnika i szepnął mu. Milcz o tém... Zabobony są niemieckie... ale my mu to z głowy wybijemy. Niech o tém nie wie nikt — prócz nas dwu w domu — rozumiesz.
Skłonił się Jarmierz.
— Stanie się po woli waszéj — odpowiedział — ale — źle jest.
— Źle — rzekł Luboń — przecie ja wolę o tém nie wiedzieć — tak mi łatwiéj i lepiéj będzie. Dać mu trzeba spocząć, niewolę niemiecką wydychać, do obyczaju swojego powrócić. Wy mu towarzyszcie...
Śmiechem i weselem duszę mu rozgrzejcie... młody jest, prowadźcie go gdzie się młodzież zabawia. Oręż mu trzeba przysposobić, konia i zabawę wojenną... ja téż nie zaśpię, ale ze starym trudniéj się młody znijdzie, łacniéj z wami.
— Jarmierz — ja tobie ufam.
Skłonił się sotnik, ale westchnął, znać nie bardzo sobie ufał... Luboń podwórko przeszedł raz i drugi... Pod słupami stała matka jego, którą téż sen nie brał, stała zapatrzona gdzieś nie widząc nic i smutna.
Gdy Luboń zbliżył się do niéj, pochyliła mu się do ucha.
— Nie nasz on — rzekła ponuro — nie nasz. Wiem co jemu jest, wiem... na swoją wiarę go nawrócili niemcy, z oczów mu to patrzy...
Luboń sobie uszy zatknął rękami.
— Słyszeć nie chcę — wiedzieć nie chcę...
I nogą uderzył o ziemię...
— Nie! nie! nie — zawołał — brwi marszcząc...
Staruszka rękami powiała w powietrzu, spuściła głową na piersi, założyła dłonie i sparłszy się o ścianę nie mówiąc słowa, nie dając znaku życia, została tak martwą jak słup... i nieruchomą.






II.



Radość i smutek razem przybyły ze Włastem do domu — cieszył się nim ojciec i niecierpliwił prawie zniewieściałym go znajdując, on nie śmiał się odezwać otwarcie, bo słowo jego sprzeczało się z myślami całéj rodziny. Wszystkiego swojego między obcemi zapomniał.
Z serca odzywały się odżywione wspomnienia chwilami, rumieniło lice, i wnet jakaś obawa, wylanie się z uczuciem i poddanie mu wstrzymywała...
Luboń chodził niespokojny, stara babka podparta na dłoni mruczała, siostra nie śmiała przystąpić do brata, jakąś od niego odtrącana obawą.
Chrześciańska wiara już naówczas nie była obcą nad Wartą, wcisnęła się do wielu rodzin, z cichemi apostołami co ją przynieśli, wielu było pochrzczonych i wyznających potajemnie Chrystusa, ale kryć się z tém musieli, gdyż tłum i lud zamieszkały po lasach i w głębinach kraju staréj wiary uparcie się trzymał.
Podejrzliwie patrzano na ochrzczonych i tych, co się od świąt i obchodów bałwochwalskich wyłączali.
Neofitów téż wielu, choć ukryte krzyżyki nosili pod koszulami na piersiach, z obawy prześladowania, szli razem z innemi do ofiar na uroczyska, do świątyń i odbywali obrzędy zwykłe, mięszając z sobą dwie wiary, i zapominając z kolei to jednéj, to drugiéj. Duchowieństwa nie było stałego, coby w wierze utwierdzać mogło, przychodzili kapłani z Morawii, z Czech, z nad Łaby, apostołując pocichu i obawiając się osiedlić tu stale.
Na dworze Mieszka panował obyczaj pogański, a obok kneziowskiego grodu, stała tuż świątynia... i w niéj stanice z postaciami bogów opiekunów. Nie jeden raz tam zaszła i wieść i apostołowanie nowéj wiary, Mieszko słuchał sam nasam ciekawie opowiadań o potędze kneziów i panów co się ochrzcili — ale czy się lękał, czy wzdragał surowości obyczaju chrześciańskiego — do nawrócenia jeszcze nie okazywał ochoty.
Ci co się byli ochrzcili, uchodzili za zdrajców i niemieckich przyjaciół, a lud niedowierzając im, stronił od nich i czyhał tylko na zręczność pozbycia się jak wrogów. Niebezpieczném było przyznać się do chrześciaństwa, i głośno mówić o niém, bo krzyż w pojęciach tłumu jednoczył się razem z niemieckiém panowaniem. Wszędzie téż gdzie on wprowadzony został, dawna swoboda pogańska ustępowała miejsca surowéj karności i władzy kneziowskiéj jedynéj.
Duchowieństwo przybywające z zachodu niosło także ideę posłuszeństwa, i władzy wyższéj... Nawykli do rządzenia sami sobą władycy i żupanowie, opierali się téj surowości, nowego prawa i znać go nie chcieli. Wszystka starszyzna wiejska i ci co razem w ręku mieli patryarchalną władzę i kapłańską, z rąk jéj wypuścić wzdragali się...
Nie tyle starych Bogów żałowano, co dawnego obyczaju...
Dziwne też pojęcie[2] o surowości bezlitosnéj wiary Chrystusa krążyły, które téż od niéj odstręczały.
Zachowywanie postów, ściślejsze pilnowanie jednożeństwa — nadewszystko zaś ślepe posłuszeństwo starszyznie duchownéj — napełniały trwogą.
Wreszcie stara wiara z krwią oddawna w żyłach narodu płynęła, odzywała się we wszystkich najmniejszych życia czynnościach — wyrzec się jéj zdawało się tak srogiém, jak zaprzeć własnego żywota. Nieprzyjaciele wyznawali tę wiarę — przyjęcie jéj było pobrataniem z niemi, poddaniem się ich panowaniu.
Wiedziano w słowiańszczyźnie, że wszyscy kneziowie i królowie pod jednym cesarzem zostawali, a wszyscy duchowni ich, pod najstarszym kapłanem, siedzącym gdzieś daleko na stolicy, z któréj rozkazywał światu. Do prawdziwych kłamliwe mięszały się wieści straszne, ciemnemu ludowi trudno było światło rzucić nowe, bo na nie gniewne zamykał powieki.
Z pewnych cech wiedziano już, jak chrześcian poznawać, krzyża znak, post, — zdradzały neofitów.
Stara Dobrogniewa matka Lubonia, pierwszego wieczora miała przeczucie, że Włast wracał nawrócony. Brak oręża, szata uboga, mowa, bojaźliwość, pokora, zaniepokoiły ojca i babkę.
Luboń wolał nie znać tego, niewiedzieć o tém. Spodziewał się dziecko powrócić do starego zwyczaju, babka jątrzyła się, gniewała, a że w jéj pojęciach czarnoksięstwo łączyło się z religią nową i siła wielka, zarazem się obawiała wnuka.
Hoża, siostra Własta patrzała nań z ciekawością niezmierną, nie widziała jeszcze nigdy takiego młodzieńca cichego i pokornego, tak niepodobnego do tych, co ją otaczali. Czuła po niewieściemu, że to nie była niemoc, ale jakaś siła skryta i w sobie skupiona. I ona coś się domyślała — a dziwy jakie prawiono o wyznawcach Chrysta, nadzwyczajne w niéj pragnienie obudzały i ciekawość.
Wszyscy zarówno czekali niecierpliwi, aby się Włast zbudził i wyszedł do nich.
Jarmierz w komorze ojcowskiéj wybrawszy odzież nową, najlepszą i najokazalszą, czatował na przebudzenie. Lecz drogą i bezsennością, wzruszeniem samém znużony Włast spał długo, a gdy Jarmierz podpatrujący co chwila, wszedł późniéj do szopki, znalazł go na kolanach, ze złożonemi rękami, modlącego się już znowu. Włast czy go spostrzegł, czy zatopiony w modlitwie nie posłyszał, ale nie ruszył się i nie powstał, aż modlitwę dokończył, i ziemię ucałowawszy, dopiero z pogodniejszą twarzą ku niemu się obrócił.
Jarmierz, który go sobie chciał pozyskać, udał że tego rannego obrzędu nie zrozumiał znaczenia, pokłonił się wesoło i zapowiedział wskazując na odzież, którą we drzwiach trzymał gotową chłopak, że życzeniem ojca było, aby się Włast odział inaczéj.
Jarmierz był przebiegły chłop i rozumny, wojak zręczny, człek śmiały — serce miał dobre, ale życie swobodne takie, jakiego używał, najlepiéj mu przypadało do smaku i wszelka odmiana była wstrętliwą. Kochał on swojego pana Lubonia — jak ojca — któż wie, pochlebił sobie nawet może, póki dziecko cudownie odzyskane nie powróciło, że on je kiedyś zastąpi, ożeniwszy się z Hożą. Patrzał na ładne dziewczę, okiem gorącém, a staremu panu służył, krwi i potu nie żałując.
Pierwszy raz w życiu téj nocy, goryczą i kwasem zapłynęło mu serce. Wszystkie jego nadzieje w niwecz się obróciły, wszystka służba wierna marnie poszła. Syn powrócił. Patrzał nań z zazdrością jakąś i żalem Jarmierz i nieledwie się ucieszył, gdy dostrzegł, że chłopak był nieśmiały, a do serca ojcu wojakowi z trudnością mógł przypaść.
Uczucia więc jego dla przybysza, nie były bardzo życzliwe — miał doń żal, a jednak, ujmującego w sobie coś takiego miał Włast, że gdy się doń odwrócił i uśmiechnął, podając rękę na powitanie — Jarmierz uczuł, sam niewiedział, litość czy poszanowanie, a zazdrość na chwilę w nim wystygła.
— Ojciec wasz a pan mój, junoszo Właście — rzekł — pokazując na chłopaka, który odzież składał przed nim, życzy sobie, abyście suknie zmienili, aby się i pamięć nie została dawnéj biedy. Przyniosłem wam, co było najlepszego, będzie w tém lepiéj, niż w staréj podróżnéj siermiędze.
A i bez miecza, synowi pańskiemu być nie przystoi.
To mówiąc, śmiał się do niego. Włast stał patrząc w ziemię zmięszany jakoś i smutny.
— Jabo — ja... — rzekł — tak do téj sukni nawykłem.
— E! nie ma jéj co żałować — śmiejąc się ciągle wesoło, mówił Jarmierz. — Tu u nas zobaczycie obyczaj inny, swoboda zdrowa, życie wesołe. Koniam dla was nagotował jak ogień, łuk, procę i oszczepek.
Włast oczy nań podniósł bojaźliwie.
— Mój kochany Jarmierzu, ja się z tém obchodzić nie umiem! — odezwał się głosem drżącym.
— A cóżeście wy tam między niemcami robili? Nie juściż w spódnicyście chodzili, junoszo Właście. E! toć trzeba tego pozbyć. Ja was pamiętam dawniéj, bom mało co od was starszy — choć wy mnie może nie pamiętacie — wyście dzieckiem rwali się do dzidy i młota, ledwie mogąc go dźwignąć. Jakże się to stało, żeście tak odmienić się mogli?
Włast zmilkł — spojrzał na wesołego sotnika, i uśmiechnął się smutnie.
— Kiedyś to zrozumiecie — rzekł po namyśle...
— A wy tymczasem przypomnicie sobie młode czasy — zawołał Jarmierz. — Stary Luboń mi wam służyć kazał, zobaczycie, że wam dobrze usłużę. Będziemy się na koniach pędzali po lesie ze psy i oszczepami, aż się dusza rozraduje! Hej! hej! może się tam i inna zwierzyna nadarzy, białe dziewczę w wianuszku, co ze śpiewką błądzi po lesie. I bez tego, bo wyżyć trudno.
Włast ręce zacisnął, załamał, zapłonął cały i powiódł przestraszonemi oczyma.
Przed nim leżała odzież przyniesiona, patrzał na nią z trwogą.
— Czyż koniecznie mam zrzucić moje odzienie? — spytał — czyż koniecznie?
— Stary tak kazał, a on nieposłuszeństwa nie lubi — odezwał się Jarmierz z cicha — tak — tak, i miecz trzeba przypasać do boku.
Włast zamilkł, zamyślił się nieco i leniwo ściągać począł odzienie stare. Gdyby w szopce nie było tak ciemno, Jarmierz ciekawemi oczyma dojrzałby był łez na jego powiekach. Mały węzełek, który wiózł z sobą przytroczony do konia Włast, leżący teraz przy pościeli z niepokojem jakimś obejrzał — jakby się o niego zatroszczył.
— Powiedzcie mi, gdzie ja to mogę złożyć bezpiecznie? — zapytał.
— Jakto, bezpiecznie? — podchwycił Jarmierz zdziwiony. — Ja nie wiem jak tam u niemców jest, a no u nas drzwi wszystkie otworem, leży każda rzecz gdzie chce, nikt jéj nie ruszy. Jakem żyw, nie słyszałem, żeby sobie co kto przywłaszczył! Gdzie położycie rzeczy wasze, nikt ich nie będzie śmiał ruszyć.
Włast pomyślał chwilę.
— Prawda, tak i dawniéj bywało! — odezwał się — ludzie u was dobrzy.
— To wiemy, że u niemców na kłody zamykają drzwi, wrota i skrzynie. U nas tego nie było i — nie ma, dodał Jarmierz. A no — rzekł — widząc, że się Włast nie spieszy, odziewajcie się, ojciec czeka.
— Dziś — mówił daléj — dzień jeszcze przejdzie spokojnie, jutro może, a potém toć uroczyście obchodzić musiemy powrót wasz i sąsiady zaprosić i z pańskiego dworu z Poznania, pewnie starszyzna się przysunie na stare miody.
Twarz słuchając, pobladła Włastowi, wdziewał tymczasem podane suknie opieszale i jakby ze wstrętem. Były one z cienkiego sukna i bramowane, barwy jasnéj, kroju pięknego i Włast téż w nich cale się wydawał inaczéj. Jarmierz sam mu mieczyk przypasał.
— O! teraz — zawołał — toście do ludzi podobni. Na drogę, do przekradania się dobra była sukmana ladajaka, a dla syna Władyki Lubonia nie przystała.
Włast odziany był — mieli wychodzić, zakłopotał się jednak o swój węzełek znowu.
— Dajcie mi go, zaniosę Dobrogniewie do komory.
— Nie — nie, wezmę go sam — zawołał niespokojnie Włast, i z pewném poszanowaniem, ująwszy swój węzełek, wyszedł z Jarmierzem z szopki.
We drzwiach dworu pod słupkami stała Hoża w wianku, zobaczywszy idącego brata i niosącego ciężar na rękach, uśmiechnęła mu się wesoło, z ciekawością zaglądając w oczy.
— Dobry dzień! — zawołała — dziś wam lepiéj w sukni nowéj. Ale cóż niesiecie?
— A! nic — odparł Włast — ot, różne podróżne moje rzeczy, które potrzeba w czystém gdzie miejscu złożyć bezpiecznie.
Dziewczę wyciągnęło ręce białe.
— Dawaj! — zawołała.
Zawahał się nieco Włast, lecz po chwili oddał je siostrze spokojny, a Hoża znikła z niemi.
Z za drzwi Lubonia, ale jakoś zasępionego widać było. Syn mu do kolan przypadł. Popatrzał nań i lice się rozjaśniło trochę, wdzięcznie téż okiem rzucił na Jarmierza.
Weszli wszyscy do izby.
Tu stara Dobrogniewa pilnowała dziewcząt zastawiających obiad ranny na misach glinianych. Był to Piątek właśnie, ale poganie dni nie rozeznawali inaczéj, tylko je licząc po księżyca zmianach.
Gdy Włast na stół spojrzał, lice mu żywym zapłonęło rumieńcem. Wahać się zdawał czas jakiś co pocznie, stał pomięszany, a ojciec już siadłszy, ręką go do siebie i jadła wyzywał.
Pierwszą próbę miał młody chrześcianin do przebycia w domu. Był na nią i przez siebie i przez duchownych przygotowanym, ale od niego samego należało uznanie jak sobie postąpić był powinien. Po namyśle zasiadł z westchnieniem i dla niepoznaki razem z ojcem i Jarmierzem jeść zaczął, ale skromnie i zwolna.
— Gniewaliby się na mnie sąsiedzi i mieliby prawdę po sobie, żebym im nie dał znać, iż mi syn wrócił z niewoli, i jakby na nowo się narodził. Trzeba posłać po dworach z wesołą wieścią. Na ósmym dniu po nowiu niech się druhowie zjadą, aby objatę ze mną Bogom złożyli. Jarmierz pośle parobków, a wie kogo prosić.
Sotnik głową skinął.
— Na dwór ja do pana a knezia sam z nim pojadę — dodał Luboń — albo dziś lub jutro.
Włast nie śmiał nic rzec.
— Ale spocząć i orzeźwiać się trzeba junoszy — wtrącił Jarmierz.
— Do łaźni go weźmijcie — dodał Luboń — a potém się wyleży, wyśpi, i ta bladość którą na twarzy przyniósł, zejdzie z niego.
Mówili tak — stara Dobrogniewa u drzwi stojąc z założonemi rękami, milcząc, we wnuka się wpatrywała, jakby czekała, żeby go chwycić i sam na sam z nim rozmówić. Zaglądała i Hoża, do ojca i do niego się śmiejąc, bo jéj — dotąd jedynaczce wiele wolno było, jak hodowanéj ptaszynie, co siada kędy chce i szczebioce swą piosnkę niepytając.
Wnet po strawie Jarmierz na konia chciał posadzić Własta, który mu się wyprosił, ojciec jechał na łowy, bo na przyjęcie sąsiadów dzikiego mięsa było potrzeba — ale synowi pozwolił doma zostać. Włastowi więc dano wolność — a gdy się rozeszli i on na przyźbę téż powoli wysunął, poczuł za sobą idącą starą babkę.
— Włast — rzekła mu półgłosem, chodź ty za mną.
I skinęła nań wiodąc go w tę stronę domu ku kamieniowi, gdzie zwykle z kądzielą siadała w cieniu. Hoża téż chciała za niemi iść, lecz stara jéj znacząco ukazała na drzwi i dziéwczę znikło.
Kądziel wziąwszy z pod ściany, bo bez téj się nie ruszała starucha, powlokła się na swe zwykłe siedzenie. Włast stanął nieopodal. Przysposabiając len i próbując wrzeciona, stara poglądała na niego; namyślając się co mówić. Twarz miała czegoś posępną i jakby gniewną.
— Dwanaście lat — odezwała się — dwanaście lat, to strasznie długi czas — poczęła zwolna w pół do siebie, w pół do niego, jam się do reszty skurczyła i złamała — a z ciebie te niemcy krew wypili!
O! nie może być — westchnęła — aby długiéj niewoli u obcych nie zostało śladu, nie może być!
Popatrzała nań.
— Zarazić cię musieli swojemi czarami i zrobić niemca. Któż to nie wie, że ptak hodowany do leśnego niepodobny. Tak i ty. A cóż? a cóż? pewnie! Nie zapieraj się. Ja stara, mam już siwy włos, wiem wiele, przez oczy patrzę w człowieka.
Poczekawszy trochę, gdy Włast nic nie odpowiadał, ciągnęła daléj:
— Teraz to wszystko trzeba zapomnieć, a co zapomniane, odnowić — rozumiesz Włastek? — Ja ciebie na rękach nosiła? ja cię chodzić uczyłam, ja cię mówić zmusiłam, ty nasz, ty krew nasza, trzeba co tam było zapomnieć. Pokiwała głową starucha.
— Niby to my nie wiemy, co od niemców ludzie wynoszą. Swoje u nich Bogi zapominają, a my tu cudzych nie cierpiemy.
Wiesz Włast — tam na Pomorzu, przychodził jeden z nowym Bogiem do nich, to go zabili... I dobrze zrobili! Dobrze. Nasza ziemia do naszych Bogów należy, a cudzy tu nie będą panowali — nigdy! Posyłają przodem swojego Boga, aby im ziemię zawojował, a z nas niewolniki uczynił? Tak! my to wiemy.
Zamilkła trochę i nić poczęła wyciągać długą, a potém kręcić na kolanach wrzecionem, głową tylko potrząsając, czekała znać, aby Włast coś jéj odpowiedział, ale wnuk milczał. Myśli mu różne chodziły po głowie, nie wiedział od czego ma rozpoczynać.
Starą to utwierdziło w przekonaniu może, iż winowajcę przed sobą miała i znowu mrucząc zaczęła.
— Słuchaj Włast — słuchaj — ojciec na ciebie wczoraj patrząc smucił się radując, boś ty nam odmieniony powrócił. Gdyś był dzieckiem, to cię z konia zsadzić nie można było i do izby napędzić. Pamiętam sama, żeś tak ciskał oszczepem, że nim ptaki biłeś, a teraz ty to potrafisz?
— Nie — odezwał się Włast — nie babo miła, teraz oszczepu w ręku nie trzymałem dawno — lecz, wierzcie mi, nauczyłem się wielu innych rzeczy, które się u nas przydadzą.
— Mówże, czego? — spytała Dobrogniewa.
— Patrzałem jak tam około roli i ogrodów chodzą — jaki ład koło domów, jakie budowania kamienne.
Starucha ręką z wrzecionem zaczęła wywijać w powietrzu.
— My nie rolnicy, to chłopska rzecz — odezwała się, władyki syn nie potrzebuje roli patrzeć. Jemu do tego nic — na to są parobcy i bartnicy, chleba stanie. Wasza rzecz koń, dzida i oszczep.
Włast zmilczał znowu.
Dobrogniewa poczęła mruczeć coś niewyraźnie, podniosła oczy na niego, zaczerwienione, jakby krwią zaszłe i przędła. Ze starą mówić nie było można, zmilczał wnuk i widząc, że ona téż rozmowy nie rozpoczyna na nowo, byłby odszedł, gdyby niewyraźne jéj mruczenie, znowu się w głośniejsze nie zmieniło.
— Zabili tego na Pomorzu! zabili! — mówiła do siebie niby — dobrze zrobili, zdrajcą był, na niemców ich chciał nawracać, do niewoli. Włócznią mu pierś przebili. Kamieniem głowę roztrzaskali, dobrze zrobili. Ciało wilkom rzucili, dobrze uczynili! dobrze.
Oczy staréj zwróciły się ku miejscu, gdzie stał Włast nieruchomy, sądziła, że go ustraszy, ale na bladéj twarzy wnuka, nie widać było najmniejszego śladu obawy. Uśmiechał się łagodnie.
Milczeli potém oboje. Włast jeszcze się wstrzymał i po długiém wahaniu przybliżył do staruszki.
— Dziękuję wam za przestrogę — odezwał się — serce ją macierzyńskie natchnęło — ale babuś kochana, gdym tu szedł, po dobréj woli, wiedziałem co mnie czekać może i że na gody nie idę, ale na trudne życie. Tęsknota mię do was i miłość przyprowadziła i powinność. Więc jeszcze za przestrogę dziękuję.
Stara pogroziła mu palcem.
— My cię opłakali, myśmy cię kochali — ale niemca z siebie zrzuć, bo choć nasza krew, my cudzego tu nie zniesiemy nic!! Taka ja, a ja co? wiedźma stara — ale taki ojciec twój i tacy my wszyscy.
Domawiając tych słów, wrzecionem trzy razy uderzyła w ścianę, przy któréj siedziała. Na ten znak zaszeleściało coś i Hoża nadbiegła. Téj stara wskazała na Własta, jakby nakazując, aby go sobie wzięła i siostra skinąwszy nań, poprowadziła go na pierwsze podwórze.
Od wczora ledwie słów parę przemówili do siebie. Hoża była ciekawą, skorzystała więc ze swobody i na ławie z nim usiadła w przedsieni, wpatrując się w brata z zajęciem wielkiém. Włast nieśmiało patrzał na nią.
— A Włastku ty mój — poczęła zwolna się ośmielając, co tu za tobą łez się wylało i przekleństw na niemców poszło! Biedny ojciec, jak on nigdy zapomnieć nie mógł, że ranny obronić nie potrafił porwanego. A któż nawet pomyślał, że ty kiedy powrócić możesz do nas?
Chyba mnie się to jednéj czasem śniło. Ale mówże, mów, co się działo z tobą i gdzieś bywał, i jak cię oni męczyli! a mów! Wczoraj słuchałam podedrzwiami, gdy cię ojciec pytał, i małoś co mu powiedział. A przedemną możesz wszystko a wszystko.
Włast z uśmiechem dobrotliwym patrzał na nią.
— Powoli to się wszystko wypowie — począł — odrazu trudnoby się zrozumieć, Hoża moja. Było mi zrazu bardzo źle, bo mnie jak niewolnika postrzygli i do ciężkiéj pracy wzięli. A żem zręczniejszy był, choć nie bardzo silny, potémem w piecu pana palił i u stóp jego łóżka sypiał. Czasem mi tarczę i oszczep nosić dawał. A coś z rok to trwało. Aż się na zamku zrobiła wrzawa wielka, że cesarz z obcéj ziemi przyciągnie na wiosnę.
— A któż to jest? — spytała Hoża.
— Jest to pan nad wszystkiemi panami, kneziami ich i królami i nad ziemiami wszystkiemi, które on jednym odbiera, drugim daje jako chce. Na rozkazy jego stawią się wszyscy i służą mu. I mój téż zaraz ludzi zebrawszy, na święta do cesarza ciągnął, gdzie mnóstwó[3] ludu już było z dalekich ziem. Dostało mi się z nim téż jechać, do noszenia tarczy i włóczni i odziali mnie na to, a ze dworem razem ciągnęliśmy do grodu, gdzie cesarzowi mieli kłaniać się i dary przynosić wszyscy. A żem w domu sokoła czasem nosił, który był bardzo piękny i mądry, przystroiwszy mnie pan mój, wraz z sokołem cesarzowi ofiarował.
Przeszedłem tedy z niewoli mojego małego pana, w niewolę wielkiego — a raczéj w niewolę niewolników jego, ale tak chciał los mój. Tu krótko pobywszy cesarz, obdarzywszy kneziów swych i markrafów i urzędników, nazad do południowéj ziemi państwa swojego ciągnął i ja z sokołem i ze dworem.
Gdy Włast mówił tak, a Hoża sparłszy twarz na rękach z uwagą mu się przysłuchiwała — doszedłszy do tego miejsca, wstrzymał się nagle, jakby przypomniawszy przed kim mówi. Pomilczawszy dopiero i myśli zebrawszy, dodał krócéj zbywając siostrę.
— Tamem w tym kraju przebywał długo, ale mnie cesarz dał innemu panu, który nad świątynią tego kraju pewno starszym był. Więcem i u niego i przy niéj służył, zapatrując się na ich obyczaje.
A potém — dodał zrywając i spuszczając oczy — darowano mnie wolnością, bo starzec u któregom służył, dobry był i serca miłosiernego. Pozwolili mi iść kędym chciał, dawszy na drogę odzież i suknię i co było potrzeba, a polecając mnie ze dworu do dworu dla bezpieczeństwa. I tak z panami jadącemi do niemiec, to z jednym to z drugim w ich orszakach, dobiłem się aż nad Łabę, tęsknica mnie za wami wzięła i przebiłem się aż tutaj.
Umilkł Włast, a ona jeszcze słuchała.
— Jestże to inny kraj niż nasz, ten w którym byłeś tak długo? — spytała.
Włast się uśmiechnął i westchnął.
— Nie ma w nim zimy — rzekł — cały rok zieloność trwa i kwiaty tam kwitną, a jeźli czasem niebo się zachmurzy i z deszczem śnieżek popruszy, znika tak, że go chyba w powietrzu zobaczy. I dziwnie tam piękne niebo i słodkie powietrze i owoce smaczne.
— A ludzie?
— Ludzie? — powtórzył Włast — czarni i opaleni i gwałtownego serca, ale rozumni i wspaniali zarazem.
— A wsie?
— Domy i grody o jakich nam się nie śniło — rzekł Włast. — Po jakimś narodzie co tam panował, olbrzymie mury zostały, i nie ma domostw tylko kamienne a wysokie kamieniem wykładane drogi, a rzeki górą płyną w korytach ze skał kutych.
Niedowierzająco dziewczę bratu w oczy spojrzało. — Włastowi świeciły źrenice i usta się śmiały.
— A! — mówił — więcéj tam daleko cudów jest, niż moje usta wypowiedzieć mogą, a twoje serce uwierzyć. W kamiennych tych domach, skarby są zaczarowane, złoto i kamienie jasne i ze złota a kruszcu lane i rzezane postacie jak żywe.
Jakiż to język wypowie? A któż opisze tego cesarskiego dworu wielkość i potęgę i tych wojaków w żelazo pookuwanych całe zastępy, któreby mogły świat zawojować! I przepych ich sukni, ich wozów, koni i mądrość ich kapłanów.
Nagle zamilkł Włast, a Hoża milcząc, zawsze jeszcze słuchała.
— A! — zawołała po cichu — jakże się tobie bracie wydadzą teraz lasy nasze, i drewniane dwory i puste kraje. Ty będziesz śnić i tęsknić za tamtemi! A nam — gdyby nam złote obiecywano góry i nie wiem jakie niebo — ach — jabym nie mieniała kraju bez zimy na nasze smutne nocy burzliwe!!
— I jabym nie mieniał — przerwał Włast — i nie zatęsknię ani za dworem, ani za złotem — ale za jedną zatęsknię rzeczą.
Głos mu cichł zwolna i ustał.
Siostra uśmiechając się patrzała, a myślała, jaka ta jedna rzecz być mogła, za którą brat jéj miał tęsknić. Rumieniec okrył twarz, serce uderzyło — myślała w duchu.
— Wiem! ale powiedzieć nie śmiała i twarz ukryła w dłoniach.
Włast téż, jakby się domyślał czegoś, pokraśniał i zadrżał.
— Hoża moja — rzekł — za czém ja tęsknić będę, to ci kiedyś powiem nie dzisiaj, ale to wiedz, że ani za człowiekiem, ani za stworzeniem żadném, ani za bogactwem, ani za skarbem żadnym ja tęsknić nie będę, tylko za czemś, co nad wszystkich ludzi, nad skarby wszelkie, nad życie nawet jest droższém. Ale dziś, to musi dla ciebie siostro moja, tajemnicą pozostać.
Zamilkł Włast. Hoża zbladła i nie odezwała się, sparta na ręku zadumała się głęboko, któż zgadnie o czém, o kraju bez zimy, o tém co nad skarby droższe, o brata tajemnicy, o innych ludziach i światach?
Od kilku już chwil stojący nieco opodal Jarmierz, patrzał na nich okiem ciekawém i zazdrosném, jakby ich chciał podsłuchać — przy nim stały dwa konie pokryte suknem i do jazdy gotowe. Jeden z nich zarżał i Włast drgnął mimowolnie posłyszawszy głos jego. Spojrzał — Jarmierz dawał mu znaki — czas było po staremu na koń siąść i rękę do oszczepu wprawiać na nowo. Niechętnie wstał Włast — ale być musiał posłusznym.







III.



Naznaczonego dnia na Krasnągórę zawczasu się zaczęli zjeżdżać sąsiedzi.
Na przyjęcie ich we dworze wszystko już było gotowém, lecz że się wielu spodziewano, a dwór acz obszerny, nie starczył dla tylu gości, dzień się zaś obiecywał pogodny, bo od rana białe tylko chmurki przebiegały po niebie, a wiatr chłodnawy powiewał ze wschodu; w lasku za dworem poustawiane były w cieniu drzew starych długie stoły z tarcic, ręcznikami szytemi czerwono pookrywane. Do przyjęcia gości niewiele naówczas było potrzeba, gdy wszyscy z jednéj czerpali misy i z jednego krajali sobie mięsa nożami, które każdy miał u pasa. Proste kubki do napoju służyły, a z wytoczonéj beczki nalewano do dzbanów, które po stole krążyły. Pańskie stoły tylko bogatszym kruszcem naczyń się różniły. Zamiast w kuchni, u ognisk na podwórku piekły się całe kozły, barany i dziki.
Cała służba niewieścia od rana w wielkim była ruchu, a stara Dobrogniewa, choć nie rzucała kądzieli, wlokła się często niespokojna zaglądać, co się z jéj dziewczętami działo, zwłaszcza, gdy głośniejsze śmiechy od strony ognisk się rozległy. Naówczas wychodziła stara ze swojego zakąta i rękę z wrzecionem, którego nigdy nie puszczała z niéj, podnosząc do góry, niemą tą groźbą zmuszała zbyt wesołą gawiedź do chwilowego milczenia.
Wkrótce jednak potém, gdy groźne widmo znikło z oczów, zaczynały się szepty i gżenia, rosły, podnosiły, śmiech ogarniał znowu i zwyciężał strach, a rodził wrzawę.
Od rana Luboń w najpiękniejszym swym stroju z sukna cienkiego, sznurami szytym i taśmami, chodził rozglądając się około domu. Taką samą suknię jak sobie, na znak następstwa, kazał wdziać synowi, odziawszy go zupełnie jednako.
Mieczyk mu dobrano podobny i wszystek przybór, a przykazanie było, aby się od boku ojcowskiego nie oddalał.
Jarmierz stał na czele pachołków i służby. Żłoby dla koni wcześnie pozasypywano owsem, siano świeże zapełniało drabiny; pomyślano wedle praw staréj gościnności, aby i ludzie i konie i psy gościnne głodne nie były. Wielu bowiem jadąc psy z sobą zabierało, aby przez lasy i pola jadąc, nie próżnować.
Już kilku bliższych sąsiadów w podwórku z gospodarzem rozmawiało, na syna spoglądając a żaląc się nad nim, iż blado a mizernie powrócił do domu, gdy zatętniało i szybkim konia pędem wpadł na podwórze barczysty, zarosły, zasapany człek, wesołego oblicza, oczu wypukłych, raźny a butny, i z konia skoczył, mimo otyłości, jak młody chłopak, ale cugli jego z rąk nie puszczając, z nim razem podszedł do gospodarza.
Ten skinął aby mu konia wzięto, ale przybyły oddać go nie chciał.
— Ja zaraz powracam — rzekł — słowo tylko, szczęśliwy Luboniu, panie mój... Dobrą wam zwiastuję nowinę. Mieszko, pan nasz miłościwy zasłyszawszy, że u was gody, sposobi się téż przybyć, choć nieproszony. Bałem się, abyście frasunku ztąd nie mieli, gdyby niespodzianie was zaskoczył... Wziąwszy więc konia na przełajem się puścił lasami... byście w gotowości byli na przyjęcie pana miłościwego...
Luboń pobladł trochę i czoło pocierał.
— Wielka to cześć dla domu mojego — rzekł — miłościwego pana gościć... anim wart...
— Miłuje bo was nad innych — odparł zasapany poseł.
Luboń głowę skłonił pachołkowi, który stał niedaleko, miodu kazał podać, aby się przybyły pokrzepił, ale na twarzy więcéj widać było zakłopotania niż radości.
Miód wnet przynieśli, a Stogniew, który był u dworu knezia starszym, pił za zdrowie gospodarza i syna jego.
Potém ledwie okiem rzuciwszy po podwórzu i zebranéj drużynie, rękę podał i już na konia się sadowił, a tak raźno znów na grzbiet mu skoczył, iż się aż patrzący zaśmieli. Ręką ich pozdrowiwszy dokoła, do wrót nazad ruszał, ledwie za nie wyjechawszy, konia pocisnął i już tylko tuman kurzu zwijał się przez pólko bez drogi ku lasowi.
Luboń téż zaraz znikł. Szedł do znanego kamienia, na którym stara prządka siadywała.
— Matko — rzekł — licha nasza dola, choć cześć wielka... Knezia będziemy mieli, Mieszek przybędzie... A nie co go tu prowadzi, ino Hoża, bo mu już świeżéj trzeba... Niechże się schowa, aby jéj nie było... bo kocha on mnie, kocha... miłuje i czci, ale córkę od studni chwycić każe, aby tylko mógł...
Potrząsł głową stary. Dobrogniewa téż wstała biorąc kądziel z sobą i poszła zaraz wnuczki szukać.
Było w obyczaju że niewiasty gościom, zwłaszcza dostojniejszym, służyły, jadło i napoje przynosiły, sługi doglądały z daleka, chociaż do stołu z mężczyznami nie siadały nigdy. Sposobiła się więc i Hoża wystąpić jako gospodyni i przybierała właśnie w izdebce. Dwie skrzynie malowane stały otworem, a niewieście stroje porozrzucane leżały. Hoża tylko co lśniące kosy posplatawszy, wianuszek ruciany świeży miała kłaść na nie, gdy starucha z nieodstępną kądzielą na progu się ukazała.
— Hej! — rzekła — strojuby tego dosyć było... bo wam dziś rumianego liczka na gorące słońce nie wystawiać... Zaświeci nam tu takie, że spalić może i twarz i wianuszek zwarzyć... Niechaj Hożę główka boli... bezpieczniéj w chłodzie przesiedzieć południe...
Dziewczę zdziwione patrzało, gdy stara przystąpiła szepcząc.
— Mieszko kneź przybędzie tu... już o nim ojciec wie... i nie chce, byś się pokazywała.
Spłonęło dziewczę i ręce jéj od wianka opadły.
— Cóż ci? żal? — zapytała starucha. — Ej! czego znowu? Wleź na strych, a odsuń dranicę... będziesz wszystko widziała... a ojciec nie chce, aby na ciebie patrzano.
Hoża siadła na tapczanie i głowę zwiesiła.
— Wola pana a ojca... będęć posłuszna — ozwała się — ani mi tak bardzo żal... aleby mnie téż nie zjadł oczyma!
Dobrogniewa głową kiwała.
— Co ty wiesz? przepiórko ty młoda! — poczęła mruczeć — co ty znasz?.. Oczy jedzą! oj! jedzą oczy! a z kneziami dziewczętom nie żartować. Już on cię, prawda, napatrzył raz, już słali od niego, że za siódmąby cię brał, a ojciec mu powiedział, tylko za jednę i jedyną ją dam... A no, cóż? wówczas syna nie było? tyś mu była córką i synem... teraz Własta ma, czemuby cię za siódmą nie miał kneziowi dać?.. Choć — ciszéj mówiła stara — z tego syna, z tego Własta, nikomu nie będzie pociechy... niemiec w nim siedzi...
Widząc dziewczę zasmucone, stara się do niéj zbliżyła, pogłaskała ją po głowie, usta do czoła przyłożyła, westchnęła i powoli wyszła napowrót.
W podwórku i pod drzewami coraz zaczynało być ludniéj i gwarniéj. Przybywali z okrzykami przyjaciele, powinowaci, sąsiady zdaleka nawet. Każdy przynajmniéj ludzi i koni z sobą miał dziesiątek, i czeladzi gromada jeszcze była większa niż gości. Za szopami, gdzie się to wszystko zbierało i gdzie już piwo stało, chleb i pieczone mięsa, wesołość i ochota téż większa była, niż między panami. Śmiech kiedy z tamtéj strony buchnął, to jak grzmot się rozlegał.
Już słońce się miało ku południowi, gdy posadzony na dachu sługa, aby zdala o kneziu znać dawał, począł wołać, że od Poznania tuman kurzu się toczy. Luboń tedy z synem i powinowatymi a rodem całym i przyjacioły wyszli za wrota z chlebem i powitaniem, aby pana przyjąć poczestnie.
Kneziowie już ówczesni cale inną niż dawni mieli władzę. Sto lat wojen z Niemcami i sąsiady łupieżcami, choć jednego rodu a niezgodnymi, zwiększyły potęgę wodza i urósł mu zastęp zbrojny co go otaczał, o wiecach dawnych, radach i swobodzie ledwie się kto śmiał odezwać. Jak czasu wojny kneź był już panem życia i śmierci, i majętności, a choć zważał na to, by ludzi nie drażnić i starszyznę czcił, nikogo o to nie pytał co chciał poczynać, a co chciał to poczynał i dokonał.
Piastów ród téż niesrogi był, gdy złéj woli przeciw sobie nie widział; pamięć w nim jeszcze żyła, że z ludu wyszedł i między kmieciami powinowatych miał. Ale przeciwieństwa pan znosić nie chciał i nie mógł, aby nieładu nie dopuścić. Lękano się więc knezia i szanować musiano, i była przy nim siła wielka, a może większa niż za onych czasów, gdy Pepełków zrzucono za srogość i ciemięztwo.
Nim się orszak kneziowski ukazał, wszyscy goście z gospodarzem na czele już u bramy stali.
Mieszko dojeżdżając do Krasnogóry zwolnił koniowi kroku, i czas się mieli mu przypatrzyć, jak przodem na siwym koniu, w bok się wziąwszy, z pańską miną, głowę do góry wzniosłszy jechał, uśmiechając się wesoło.
Odziany był płaszczem lekkim, a na sobie miał odzież letnią, ale naszywaną bogato, i pas cały nabity złotemi ozdoby i pióro białe u czapki. Miecz téż u pasa w pochwie złotéj wisiał, sadzonéj kamykami drogiemi. Na koniu siedzenie było purpurowe, lice takież w ręku. Poznać w nim łacno mógł każdy wojaka, tak na koniu bezpiecznie siedział i wiódł go, ani się nim troszcząc, choć siwy mu się rwał i zżymał. Mieszko w saméj był sile wieku, dorodny i urodziwy, brodę miał ciemną postrzyżoną, włos piękny, długi, spadający na ramiona, oko choć ciemne, szafirowym blaskiem jaśniało, zarazem siłę wyrażając i dobroć, i radowanie się życiu a wesele. Usta podobnież rumiane, wydatne, wyraz miały męzkiéj dobroci i zdały się stworzone, by smakowały we wszystkiém, co im świat jako panu podawał. Choćby na sobie nie miał oznak dostojeństwa, poznałby już w nim każdy pana i władzcę, nawykłego do rozkazywania, pewnego, iż mu wszyscy posłusznymi być muszą, a okraszającego swą siłę dobrodusznością i miłością.
Piękna twarz Mieszka, rumiana, świeża, oko pełne, czoło białe, pociągały ku sobie, ale czuć było w nich, że gdy je oblał płomień gniewu, strasznie się zmienić mogły i stać groźnemi. W wejrzeniu téż nie wszystko się wypowiadało, co było we wnętrzu, choć na pozór oko patrzało niezmrużone, wprost na ludzi, czasem błysnęło ono jakimś ogniem z głębi, jakby płomień buchnął z duszy. I wnet uśmiechało się znowu. Tak samo usta, drgały czasem dziko i wracały do dobrodusznego wyrazu.
Kochali go ludzie, ale drżeli przed nim razem, a przyboczni wiedzieli, że choć się na nie[4] patrzeć nie zdawał, widział wszystko. Co dziwniejsza, były rzeczy, które odgadł jakby je widział, choć podpatrzyć nie mógł. W dzień wesela, jak dziś, gdy jechał Mieszko zabawić się u ziemianina swojego, wyglądał raczéj na sąsiada dobrego niż na pana, ale gdy na wojnę konia dosiadł i do ręki miecz wziął, drżało przed nim co żyło.
I w zamku swym w Poznaniu, gdy ze starszyzną się rozrywał przy kubku, albo ze swojemi niewiasty żartował, zdał się miękki, a jakby do niewieścich tylko bałamuctw stworzony, bo się w nich lubował téż bardzo; ale to trwało tylko dopóki nie zapalono wici i na wojnę iść nie trzeba było. Zmieniał się wówczas rozkoszny wódz na surowego wojaka, który ani głodu, ani chłodu się nie zląkł...
Ze swemi się zabawiając, można sądzić było, że tajemnicy żadnéj nie miał, a otwarty był do zbytku; znali go przecie blizcy, że więcéj wiedział niż powiedział, i chytrym być potrafił, gdy tego nastała potrzeba.
A z niemcami tak umiał być, iż go najbystrzejsi nie zbadali. Co w myśli miał, tego nigdy nikt odgadnąć nie mógł. Starszyzna co koło niego chodziła, co go mówiącego słuchała, nierazby była poprzysięgła, że jutro wypocznie, że na jutro o niczém nie myśli, a o świcie pan co wczoraj dziewczętom sobie śpiewać kazał, jakby o niczém nie myślał, konia dosiadał i na granicę biegł.
Nikt nie wiedział ni dnia, ni godziny, kiedy zawoła na koń... Ludzi swych miał niepozornych, odartych, co doń wchodzili i wychodzili dniem i nocą, na żebraków wyglądając, z temi się zamykał i kto wie, co im za rozkazy dawał, a co od nich za poselstwa odbierał.
Więc choć na pozór wesoły człek i pusty, Mieszko u wszystkich poważanie miał, bo nad niemi rozumem stał wysoko.
Za kneziem jechało dwóch powinowatych jego przybocznych i Stogniew, co był nad dworem, jego, i wojewodów dwu starych, i garść raźnéj młodzieży. Wszyscy bogato poprzyodziewani i zbrojni pięknie.
Pan to był, co choć niewiele potrzebował dla siebie, wspaniałość lubił około dworu i ludzi.
Na widok Lubonia i orszaku jego, który stał z odkrytemi głowy, Mieszkowi twarz wesoła jeszcze się piękniéj rozpogodziła. Konia wstrzymał, a podczas gdy Luboń do nóg mu się skłaniał, po ramieniu go uderzył pozdrawiając. Drugim téż głową skinął, a ci się do ziemi zgiąwszy, pokłon mu oddawali. Pachołek już konia brał i Mieszko zręcznie z niego zeskoczył.
— Ojcze Luboniu — rzekł — nie prosiliście mnie na obchód wasz, a jam się wam sam zaprosił... Nie przyprowadziliście mi syna, więc sam go widzieć przybyłem.
Na te słowa Luboń Własta przyprowadziwszy, paść mu kazał do nóg pańskich, co gdy się stało, a Mieszko się ciekawie chłopakowi przypatrywał, rzekł gospodarz stary.
— Syn mi w niemieckiéj niewoli przywiądł i zbiedniał, odżywić go chciałem nieco, nimby z nim przyszedł z powinną głową do stóp pańskich...
Mieszko po ramieniu dłonią poklepawszy Własta, który milczący powstał, począł wiedziony przez gospodarza iść ku stołom w cieniu drzew ustawionym. Tu dla niego stolicę wzniesiono wcześnie, wyższą nad inne ławy, i Luboń całą ją okryć kazał suknem, a nad głowami knezia także sztukę sukna rozwieszono na gałęziach dwóch drzew tak, iż go od słońca i wszelakiego powiewu lub spadających liści chroniła.
A gdy szli, mogli postrzedz wszyscy, iż kneź się bardzo rozglądał wszędzie, jakby kogoś szukał oczyma, i gdy pod drzewami zdaleka ukazały się stojące zdala w bieli niewiasty, które posługiwać miały, naprzód w tamtę stronę rzucił kneź wzrokiem i jakby zawiedziony, spuścił go prędko. Przez czoło jak pas przeszła marszczka jakaś i znikła.
Siadł tedy pan na wyższém miejscu, przed którym zaraz kubki i misy postawiono, aby wybierał co chciał, i gospodarz sam z synem mu posługiwali. Drużyna opodal na ławach miejsca zabrała.
Ochoczo po skwarze wychyliwszy kubek Mieszko, gdy misę i dzban podano a ręczniki, naprzód ręce umył i otarł, poczém chleb i mięso, i białe kołacze, i wszelaką strawę przed nim ustawiono, aby pożywał jako chciał. Ani go prosić było trzeba, bo jadł rad i pił dobrze, a znali go Stogniew i inni, że długo się z jadłem zabawiać nie lubił. Głód zaspokajał prędko, pragnienie gasił powoli; potém zaś, gdy było z kim, rad żartował i powiadać sobie kazał co kto umiał i mógł. Był bowiem pan wszystkiego ciekawy, pamiętający cokolwiek kiedy w życiu słyszał i niegardzący rozumem niczyim, chociaż swojego miał dosyć.
Gdy jadł jeszcze, a Luboń z Włastem przy nim stali, ozwał się zrazu do starego.
— A krasnéj córki to waszéj nam nie pokażecie?
— Chora mi jest od wczora — rzekł Luboń — na głowę leży... Upał znać jéj poszkodził.
Na to nie dał pan odpowiedzi żadnéj.
Począł się tedy we Własta wpatrywać i pytać, co gdzie przez te czasy robił i bywał, zasłyszawszy zaś od ojca, iż na dworze cesarskim bywał, i do dalekich krajów na południe z nim jeździć musiał, poruszył się mocno, ciekawiéj jeszcze wpatrując się w bladego młodzieńca i ciągle mu zadając pytania, na które ten krótko tylko i pomięszany odpowiadał.
Stogniew, który się téż dowiedział o losach Własta, szepnął zaraz Luboniowi, iż kneź ciekaw niemieckich obrotów, pewnie syna jego na dwór zawezwie, aby mu o nich prawił.
Nic nie odrzekł na to ojciec, bo mu się téż serce ścisnęło. Tymczasem u stołów ochota, choć poszanowaniem dla knezia hamowana, powoli coraz się żwawszą stawała.
Na onych ogromnych misach i deskach, na których pieczone mięsiwa stały, widać już tylko było resztki kości poogryzanych, a i te rzucano psom, bo ich cała gromada, domowych i gościnnych, stoły otaczała.
Chwilami powstawała między niemi sroga walka pod stołami, którą ledwie panowie mogli pohamować.
Rosły z tego śmiechy nowe a bujne. Dziewczętom téż roznoszącym przy stołach napój i strawę, dostawały się wesołe żarty, od których kraśnieć i oczy sobie musiały zakrywać.
I wesoło bardzo zrobiło się pod drzewy, a ktoby był miał czas pojrzeć ku dworowi uważnie, dostrzegłby był może na dachu odsuniętéj dranicy i czarnego oka, które przez mały otwór przypatrywało się wesołéj biesiedzie.
Przed Mieszkiem tedy postawiono w ostatku jagody leśne i mleczywo, a stary miód Piastowe pamiętający czasy i obstąpiła knezia gromadka starszych, a rozmowa pusta, wszczęła się zrazu o koniach i o łowach, ale wnet w inną drogę zboczyła.
Mieszko postrzegł średnich lat mężczyznę, stojącego nieco na uboczu; zrazu jakby go nie poznał, wlepił w niego oczy i dumał, chcąc sobie go przypomnieć. Potém do Stogniewa się obrócił i palcem na tamtego wskazując, rzekł.
— Dobrosław ci to Wiotki, albo się mylę?
— On sam, miłościwy panie... — rzekł Stogniew.
— Co go tak długo widać nie było? — pytał kneź — kędyż się zadział... chory był albo zdziczał w lesie?..
Stogniew podstąpił do pana tak, aby nie mógł być od innych słyszanym i szepnął mu.
— Na Czechy jeździł, gdzie sobie na dworze królowéj Drahomiry, pokrewną jéj dziewkę zaswatał... A no... ludzie prawią, jakoby i ona innéj wiary była... i on może dla niéj na inną przystał.
Kneź nie odpowiedziawszy Stogniewowi, na Dobrosława skinął.
Mężczyzna był w wieku Mieszkowym, dojrzały, wyrosły jak dąb i śmiałego, otwartego oblicza. Znano go jako wojaka mężnego i otwartego słowa człowieka, który prawdę mówił i gotów ją był dłonią popierać. Ulękli się więc wszyscy, aby się biesiada nie zamąciła gniewem pańskim, bo Dobrosław na ostatnią wyprawę nad Łabę się nie stawił. Stogniewowi przykro się zrobiło, iż do tego powód dał. A Dobrosław na skinienie szedł śmiało bardzo, do nóg się skłonił, jak należało, ale prędko głowę podniósł i spojrzał w oczy kneziowi niezlękniony wcale, oczekując co mu rzecze.
— Gdzieżeś to samopas tak długo gościł, Dobrosławie? — zapytał Mieszko — wołaliśmy was do boku i nie przyszliście...
— Darujcie, miłościwy panie, domam nie był... żonym sobie szukał... — począł otwarcie Dobrosław.
— Albo to doma jéj znaleść było trudno? — spytał kneź.
— O dziewki u nas nie ma biedy — rzekł Dobrosław — alem do tych, które znałem, serca nie miał... Dwie żon miałem z sąsiadów, obie mi pomarły... chciałem indziéj szczęścia szukać...
— I kędyżeście bywali?.. — bez gniewu i spokojnie począł pytać kneź.
— Zabiłem się aż na Czechy i na dwór króla Bolesława... tamem żonę zaswatał.
Mieszko zmilczał, popatrzył na Dobrosława, i na tych co dokoła stali, głową potrząsł.
— Cóżeście tam widzieli na tym dworze? pewnie co lepszego niż u nas? Oni tam już niemcom służą i sami do nich się stali podobni.
Dobrosław potarł brodę myśląc.
— Niemców tam nie widziałem żadnych, ni téż niemieckiego obyczaju — odezwał się — a dużom się przecie nauczył, miłościwy panie, bo oni, na to się do niemców zbliżają, aby lepiéj wiedzieli, jak ich pożyć...
— A królaście widzieli? — zapytał Mieszek chmurno.
— Jakby nie? na łowym z nim jeździł... i u dworum stawał nie jeden raz... napatrzyłem się go dosyć.
— I co o nim trzymacie? — wtrącił kneź mierząc oczyma Dobrosława.
Znów myślał nad odpowiedzią zapytany, a pochylił głowę i oczy w ziemię wlepił.
— Miłościwy panie — rzekł — mąż jest silny... tyle tylko wiem, mąż przebiegły wielce a władzy chciwy... lepiéj go mieć druhem niż wrogiem... tyle tylko wiem — powtórzył.
Teraz Mieszko nie rzekł nic i z kubka popił, na mówiącego popatrzył długo.
— Jutro na łowy pojadę — ozwał się po namyśle — pojedziecie i wy ze mną Dobrosławie.
Ten głowę pochylił i ustąpił; trwało milczenie trochę, skinął pan na Lubonia.
— Syna mi przyślijcie na zamek do Poznania... przy dworze go chcę mieć.
Usłyszawszy to stary pobladł, zawahał się, mimowolnie ręce mu się splotły załamane.
— A! miłościwy panie! Jedynak on u mnie i tyle go lat nie było!..
I Luboń do nóg mu się chciał rzucić, gdy Mieszko ręką go za ramię chwyciwszy, śmiejąc się, wstrzymał.
— Odbierać go wam nie myślę! — zawołał — ale opowiedzieć mi musi, co u niemców widział. Na to mi jest potrzebnym... Oddam go wam napowrót, nie bójcie się... A po coby mi się zdał zresztą? — dodał Mieszko — blady i słaby... nie do miecza znać urósł, albo go tam tak tą niewolą wycieńczyli...
Luboń westchnął.
— Chciałem — rzekł — aby go tu odkarmiły baby moje i żeby biedę wydychał.
Kneź ruszył ramionami i nie odpowiadając już, na Stogniewa skinął, co on w lot zrozumiawszy, pachołkom zdala stojącym dał znak, aby po konie szli. Mieszko nazad się wybierał do domu.
A jak tu przybył wesołym i dobréj myśli, tak dostrzegli wszyscy, iż po rozmowie z Dobrosławem i Luboniem już mu na czoło sęp wystąpił i usta się krzywić poczęły. Może téż spodziewał się najrzeć tu Hożę, którą dobrze pamiętał, a téj mu nie pokazano...
Gdy z siedzenia kneź się ruszył, wnet wszyscy téż z ław wstawać poczęli i cisnąć się ku niemu. On szedł nie patrząc na nikogo, prosto do wrót, gdzie już konie i poczet stał w gotowości. Tuż za nim kroczył Luboń z synem, Stogniew i inni przeprowadzając.
Więc gdy siwego podawano, gospodarz podszedł dziękować i za nogę ścisnąć pana, co téż Włastowi uczynić kazał. Mieszko się trochę rozchmurzył.
— Nie skąpcież mi syna — odezwał się do Lubonia — przysyłajcie go, jeźli nie jutro, bo na łowach będę, to trzeciego dnia... A nie obawiajcie się o niego, bo go głodem nie zamorzę i nic mu się złego nie stanie u mnie...
Nic nie odpowiedział Luboń, a Mieszko skinieniem głowy pozdrowiwszy otaczających, na plecy małego chłopaka, który je podstawił panu, jedną nogą się oparł i konia dosiadł raźnie. Inni téż do swoich się brali, aby za nim nie pozostać i cały orszak książęcy z kopyta żywo od wrót popędził drogą, gdy zebrana drużyna przy Luboniu, czapki w górę podrzucając, okrzykiem go ścigała. Znikł już w tumanach pyłu kneź, a gromada stała jeszcze patrząc za nim. Luboń milczący zdawał się wolniéj oddychać. Z panem oddalił się dwór cały, można było mówić swobodnie.
— Dobry pan — ozwał się Dobrosław — a no, patrząc nań, czujesz że pan, choć to kmieca krew nasza...
— Ani być winno inaczéj — dodał Luboń — bo po cóżbyśmy go nad sobą wysadzili, gdyby panem a wodzem nie umiał być?.. Niech się go ludzie boją, byle się téż niemcy lękali...
Na wspomnienie niemców uśmiechnął się Dobrosław.
— Daleko nam do tego — rzekł — by się oni nas obawiać mieli, mnieby na tém było dość, abyśmy my się ich mogli przestać lękać... Patrzyłem ja na nich zbliska...
I nie dokończył. Czekali wszyscy zaciekawieni, lecz Dobrosław odstąpił kroków kilka i już mówić nie miał ochoty.
Gdy przed kneziem Mieszkiem Stogniew o nim opowiadał pocichu, stali nieopodal Luboń i Włast, a Włast usłyszał, iż go za wyznawcę nowéj wiary miano... Zarumienił się, spojrzał ciekawie na niego i radość mu w oczach zabłysła. Teraz gdy Luboń do miodu i piwa gości swych prosił, a Dobrosław nieco na bok ustąpił, zbliżył się ku niemu Włast nieśmiało i rzekł cicho.
— Chcę mówić z wami... chodźmy sami...




IV.



Nie bardzo zważano teraz co się z gośćmi pozostałemi działo, szedł każdy gdzie chciał, jedni na żarty, gdzie biała płeć stała opodal na usługi gotowa, drudzy do kadzi... inni do psów, z któremi się chwalono, tamci do koni. Luboń starszych częstował. Miał więc sposobność Włast między drzewa wprowadzić Dobrosława, gdzie sami we dwu byli...
Ten, dawszy się wziąć, pierwszy pytać nie rozpoczynał — czekał, wpatrując się w młodzieńca, idącego niespokojnie i widocznie niepewnego, jak ma zawiązać rozmowę.
Gdy już odeszli tak daleko od innych biesiadników, że im ich gałęzie zasłoniły — Włast poruszony, ze łzami niemal w oczach — żywo odpiął suknię na piersiach szczelnie zasłonioną, i ręką dobywszy z pod niéj zawieszony na sznurku miał krzyżyk złocisty, ukazał go Dobrosławowi. Na widok znaku tego, niespokojnie obejrzał się Wiotki, zdumiony widocznie... chwycił to znamię, przyłożył do ust i pocałował...
Tak się dwaj bracia w Chrystusie, pośród pogan poznali. Włast schował natychmiast to godło, i uścisnął Dobrosława... ze wzruszenia mówić jeszcze nie mógł.
Stali obaj niemi, przejęci, strwożeni, ale szczęśliwi, że się zbliżyli i poznali.
— Zkąd wiedziałeś żem ochrzczony? — zapytał Dobrosław...
— Musi to być wiadomém powszechnie — rzekł Włast... bo Stogniew o tém półgłosem kneziowi zwiastował...
Zamyślił się Wiotki smutno...
— Nie darmo mnie téż wezwał jutro na łowy! — westchnął — co tam mnie czeka... Bóg wie jeden.
Włast uścisnął go drżący...
— Kneź by was miał prześladować? — zapytał.
— On? nie — odparł Dobrosław — ale się boi sam narodu, który w swoje bogi wierzy i przy nich stoi. Ciekawym, jest pewnie nowéj wiary, wie, że ją czescy panowie przyjęli... że ona i u nas i wszędzie zawładnąć musi — ale nim się to stanie, wyleje się wiele krwi! wiele krwi!
Zadumany powtórzył to kilka razy, wzdychając Dobrosław.
— Powiedz mi o sobie — dodał jakby przebudzony, idąc w las daléj — gdzie ciebie ochrzczono?
— Na dworze cesarskim... chrzcił mnie pan i biskup Rawenny... po chrzcie, przygotowali mnie na kapłana i — kapłanem jestem...
Gdy tych słów chłopak domawiał z pokorą spuszczając oczy, Dobrosławowi zajaśniały źrenice, załamał ręce, podniósł je nad głowę i o mało wielkim głosem nie krzyknął. Pochylił się zaraz sięgając po rękę Własta, którą pocałował z pokorą, a ten krzyż mu nad schyloną zakreślił głową...
— Tak — kapłanem jestem — mówił po cichu — i wróciłem dla tego, aby tę wiarę szczepić między swemi... a trwoga mnie ogarnia, jak tego co pada i nie ma gałęzi nad sobą, za którą by się uchwycił. Wy mi bądźcie tą gałęzią, miły bracie w Chrystusie... Radźcie mi...
Dni już wiele świętéj nie mogłem spełnić ofiary... wszystko co mnie otacza... odgaduje mnie i grozić mi się zdaje. Nie mam do kogo rzec z duszy słowa... Ojciec groźny, babka gniewna, zmuszają mnie do życia, którego prowadzić nie mogę... Co pocznę?
Zamyślił się Dobrosław długo.
— Ojcze mój — rzekł — bo cię ojcem, chociaż młodszego nazywać muszę — ja jedno tylko wiem, iż tu między narodem naszym, który Chrystusa nie zna, wiele przebaczono tym, co przybyli nawracać... tak było w Czechach nim kościoły stawiać poczęto i wiarę wyznawać, za którą Wacław zginął, a bratobójca ją trzymać musi, i pokutę odprawiać. Nas chrześcian... tu utajonych jest wielu, a dla ochrony życia, milczeć musiemy i cierpieć.
— Jest wielu? podchwycił składając ręce jak do modlitwy Włast, mówicie iż wielu nas jest?
— Ale więcéj jeszcze tych co na nasze czyhają życie — dodał Dobrosław, bądźmy cierpliwi, bądźmy ostrożni, a ufajmy Bogu naszemu, który cuda czyni... tak mnie w Pradze na Hradzie nauczano...
Mówili jeszcze gdy nadbiegł szukający Własta Jarmierz niespokojny, bo się ojciec o niego dopytywał i słał za nim, musieli się więc rozstać, aby podejrzenia nie obudzać, i Dobrosław inną drogą udał się ku biesiadującym.
Jarmierz dziwnie jakoś popatrzał za odchodzącym. Między nim a Włastem, stosunek był i uczucia do określenia trudne. Dla dawnego ulubieńca pańskiego, który się przybraném dzieckiem być spodziewał, Włast nie był miłym. Jarmierz złego mu nie życzył, a nie mógł jednak wstrzymać się i pohamować zazdrości...
Usiłował zbliżyć się do niego od pierwszego dnia, Włast mu był przyjaznym, serdecznym, a jednak czuł Jarmierz, iż mu się całkiem nie zwierzał — i że między niemi stała jakaś zapora, co ich dzieliła. Obawiali się jeden drugiego...
— Cóż to się stało, żeście z Wiotkim odeszli? zapytał Jarmierz.
— Pytać mnie chciał o niemcy, tak jak i inni — rzekł Włast — a mówiąc odeszliśmy w las, sami o tém niewiedząc.
I na tém zakończyła się rozmowa, syn do ojca pospieszał, bo go po jednemu już odjeżdżający sąsiedzi żegnali, a Luboń u boku swojego syna mieć chciał, aby z nim przyjaciołom dziękował...
Stary jak poprzedzających tak i tego dnia na oku miał syna, niepokoił się nim, Jarmierz mu o modlitwach jego i praktykach jakichś niezrozumiałych donosił, domyślał się w nim, jak stara Dobrogniewa, skrytego chrześcianina, i wiarę tę nową, wytępić w nim co najrychléj pragnął. A zdało się staremu, iż tego łatwiéj niczem dokonać nie potrafi, jak dając mu żonę i nałamując go do obyczaju swojego, do łowów i wojny.
Właśnie tego dnia ze starym Słomką, powinowatym sobie Luboń się był przy kubku rozmówił na osobności. Słomka miał córkę Mładę, dziewczynę lat piętnastu, piękną bardzo, któréj wdzięki słynęły już na okolicę.
Jak inni tak i Słomka, obawiał się o swoją, aby mu jéj na dwór do Poznania za siódmą czy ósmą dla Mieszka nie wzięto, bo baby latały po całym kraju, żon panu dostarczając... a krasa za posag stała.
Wzdychał Luboń, przyznając się przed powinowatym, iż się o Hożę lęka, co téż i on wyznał, że ma strach o Mładę.
— O tę się bać nie masz co — rzekł rękę mu kładnąc na dłoni Luboń — daj mi ją dla syna. Poślę swaty... jak jéj czepiec włożą — nikt nie będzie śmiał dotknąć, by najpiękniejszą była. Daj mi Mładę dla Własta.
— Czemu nie? byle więcéj nie brał już innych nad tę jednę — rzekł Słomka.
— Nie ma u nas tego zwyczaju — jeno u kneziów, u takich, których bujna krew każe zapominać o sromie...
Myśmy wszyscy po jednéj mieli — mówił Luboń.
— I my z wieków — dokończył Słomka — a gdzie u ogniska ich dwie albo trzy, tam ni ładu, ni wstydu, ni pokoju...
Dam Mładę za Własta...
— Ścisnęli się za ręce.
— Ale starym obyczajem — ze swaty i obrzędem... a niech ją Włast choćby najrzy przódy, bo przeciw woli dziecka nie chcę ani dać, ani narzucać.
Luboń się uśmiechnął.
— Dwoje młodych, a czemuby woli ku sobie nie mieli mieć? — odparł. — Nasza tu, nie ich wola ma rządzić...
Poszeptawszy jeszcze z sobą, rozeszli się zgodni...
A gdy Włast do ojca przybył, aby z nim żegnać odjeżdżających, i Słomka przystąpił, Luboń mu się kazał do nóg synowi pokłonić, choć nie mówił dla czego.
— Stary druh i powinowaty nasz — zamruczał — jak ojca go pożegnaj. Włast posłuszny spełnił wolę jego. Jeden tak za drugim sąsiedzi, naprzód daléj mieszkający, potém bliżsi, rozjeżdżać się zaczęli, a ostatni już późną nocą, o młodym księżycu ruszyli.
I Hoża wyszła dopiero teraz z ukrycia swojego świeżém powietrzem odetchnąć.
Włast był znużony i na uboczu siadł spoczywać. Służba stoły zabierała, kubki po ziemi leżące, próżne kubły, dzbany i kadzie...
W dali słychać było śpiewy odjeżdżających, wieczór cichy, spokojny po dniu pełnym wrzawy nastąpił.
Luboń ze starą matką szeptali coś po cichu, gdy Włast, któremu już dano wolność, po krótkiéj rozmowie z siostrą, do swojéj szopki wysunął się na modlitwę.
Ale tu na niego Jarmierz czekał.
Miał czas się rozmyśleć, ciężyło mu to, że z Włastem szczerze się zejść nie mógł, chciał z nim pomówić otwarcie... We drzwiach szopki się spotkali. Jarmierz zwyciężył zazdrość i niechęć, jaką miał do dawnego towarzysza młodości i idącego za rękę ujął.
— Właście, — rzekł cicho — siądźcie tu trochę, ja z wami chcę jak brat pomówić — otwarcie. Pozwólcie.
— Owszem, bracie mój — mów... ja ci życzę dobrze.
— I ja wam — piorun niech mnie ubije — prawdę mówię, zapalczywie dodał Jarmierz[5] — Będę szczerym... Dwanaście lat was nie było... stary tęsknił do ostatka i przetęsknić nie mógł. Nie było kogo kochać, polubił mnie... jam Hożą pokochał...
Szło na to, że ja mu synem być miałem — teraz... powiedzcie, co teraz będzie...
Włast go uścisnął.
— Jarmierzu mój — odezwał się — jeżeli cię Hoża kocha, a ojciec pragnie, czyż ja bym ci stanął na przeszkodzie?? Ja — wierz mi, bracie — ja... nic i nikomu nie odbiorę... nawet to, co mi po ojcu należy... ja ani pragnę mieć, anim zdolny tym władać. Widzisz mnie — słaby jestem, nie wojak...
Spuścił głowę... Jarmierzowi żal się go zrobiło i uścisnął w milczeniu.
— Ja téż wam nie myślę ojcowizny odbierać — rzekł — ani bym mógł, ni chciał — pomóżcie mi tylko do Hożéj, a bądźcie mi bratem. Przysiążmy sobie braterstwo... i służmy sobie, starym obyczajem — jak pobratymcy.
— A! mój Jarmierzu, bez innéj wszelkiéj przysięgi — odezwał się Włast — zawierz mi, bratem ci jestem i będę.
— A ja ci dam pierwszy dowód — odezwał się Jarmierz zniżając głos — że dobrze życzę i bratem jestem... Was stara babka i ojciec i — wszyscy posądzają, żeście wy nową wiarę przyjęli.
— A gdyby tak było? — cicho zapytał Włast — wzdychając.
— Niech to złe odejdzie od nas! — zawołał Jarmierz — nie mówcie tak, ani się przyznawajcie do tego, ani myślcie... Nie znacie staréj Dobrogniewy, strułaby was choć wnuka... nie znacie ojca... wyrzekłby się was jak wroga!
Głos mu się trząsł mówiąc, ale przestraszony zniżył go i kończył szeptem cichym.
— Nie mówcie tak, to być nie powinno i nie może... Luboń by na to nie pozwolił nigdy... Ale posądzają was... ja sam — może ja sam winienem temu... ja niewiem — pytali mnie — mówiłem, że jakieś dziwne przed nocą i rano odprawujecie obrzędy — przyznaję się — możem nie powinien był mówić o tém.
Włast milczał.
— A gdyby was tam i zepsuli — ciągnął Jarmierz — trzeba wróciwszy do domu do swoich Bogów powrócić. Zmuszą was do tego... Słyszałem dziś, Luboń się ze Słomką umawiał, dadzą wam za żonę Mładę...
Włast oczy sobie zakrył i jęknął.
— Nie mów mi tego.
— Cóż to pomoże? — kończył Jarmierz — Młada, widziałem ją raz w lesie z matką, piękna jak bogini Dziewanna... biała, smukła, wesoła, z oczyma niebieskiemi... Ona was, wy ją pokochacie...
— Bracie mój — po chwili posępnie odezwał się Włast — coście wy mnie mówili, poszło z poczciwego serca...
— I ja wam wyznam wszystko — tak... ja jestem chrześcianinem i nie przestanę nim być, choćbym za to umrzeć miał.
Nastąpiło milczenie długie... Jarmierz patrzał zdziwiony na niego i głową trząsł.
— Ojcu musicie być posłuszni.
— Tak, lecz mam ojca w niebiosach Boga mojego, któremu winienem większe jeszcze posłuszeństwo...
Mowa ta była już dla Jarmierza niezrozumiałą, pytać się nie śmiał, uścisnął Własta... który odzyskiwał powoli przytomność po krótkiem wzruszeniu, co mu ją było odjęło.
— Spokojnym bądź — odezwał się do Jarmierza — nasz Bóg opiekunem jest i cuda czyni — ale mu wiernym pozostać potrzeba. Bądź spokojnym. Jeśli ojciec mój ziemski ojca mojego niebieskiego zdradzić mi każe, pójdę ztąd... zostaniesz ty sam, i będziesz staremu dziecięciem i pociechą.
— Jakto? porzuciłbyś wszystko? ojca? siostrę? dom — nas... bogactwa wasze? dla...
— Tak — odparł Włast. — Nie pytaj mnie dla czego i kogo. Ja ci więcéj powiedzieć nie mogę dziś... ale ci przysięgam — porzucę wszystko, abym ocalił więcéj niżeli to wszystko!!
Zadumany, przelękły prawie Jarmierz stał przed nim, słuchając i uszom niewierząc, patrząc i niewierząc oczom, bo twarz Własta zamiast być smutną i strwożoną, promieniała weselem i jakby dumą zwycięzką.
Dokończywszy tych słów, Włast uściskał prawie wesoło Jarmierza, i nie kryjąc się już przed nim, ukląkł wnet na modlitwę...
Ta także była dla poganina jakiemś zdumiewającém zjawiskiem. Przy obrzędach pogańskich widywał szał i obłąkanie prawie, nie widział nigdy człowieka tak spokojnie, ze łzami, z męztwem rozmawiającego z niewidzialnym duchem.
Czuł on, że to była rozmowa, że w ciemnościach téj nocy, dla oka niedostrzeżona potęga jakaś dźwigała tego tak słabego na pozór człowieka, dając mu siłę i męztwo dziwne.
Wszystko co mu Włast powiedział, dawało do myślenia, napełniało trwogą, jak objaw nowy świata nieznanego...
Zamyślony Jarmierz stał tak patrząc na modlącego się Własta i dreszcz go przebiegał jakiś. Modlącemu mieniła się blada twarz, oczy jaśniały blaskiem dziwnym, piękniejszym się stawał, innym.
Jarmierzowi zdało się, że jakaś jasność otaczała głowę młodzieńca.
W cichości, na palcach z trwogą cofnął się z szopki i przystanął w jéj progu, nie mogąc myśli własnych pochwycić wątku. Własta mu żal było, a ciekawość gorącą obudzała ta wiara jakaś tajemnicza, co taką dawała siłę, takie męztwo słabéj istocie, taką pogardę wszystkiego co człowiekowi najdroższe.
Stał u słupa wsparty, niemy, aż dopóki westchnienie i ruch nie oznajmiły mu, że Włast wstał i zabierał się do spoczynku. Naówczas i Jarmierz zwlókł się na swe posłanie, nie mówiąc słowa, okrył opończą i nie mogąc zmrużyć oka, pozostał tak aż prawie do dnia brzasku...
Następnego dnia Luboń, który nalegał ciągle na syna, aby się przyuczał do męzkiéj zabawy, kazał Jarmierzowi jechać z nim na łowy w las — sam po dniu wczorajszym czując się znużony... Zbudził więc towarzysz zawczasu Własta, który pomodliwszy się, posłuszny jechać z nim musiał.
Dodano im psy i kilku ludzi w pomoc, i nim rosa oschła, a we dworze żywszy się ruch rozpoczął, ruszyli z Krasnéjgóry wprost lasami, do ostępów, w których zwierza się znaleźć spodziewali. Włast jechał milczący, jak gdyby jeszcze się modlił, Jarmierz za niego i za siebie łowów musiał dozierać, gdyż z próżnemi rękami powracających Luboń, sam łowiec doskonały, ścierpieć nie mógł. Granice puszcz naówczas nie były tak ściśle oznaczone jak późniéj, a panującemu służyło prawo łowów wszędzie gdzie chciał.
Byli właśnie w ostępie, wskazanym przez ludzi, w którym stado kóz na pewno znaleść mieli, gdy Jarmierz przodem ciągle podążający, zawrócił się nagle ku Włastowi i znak mu dał, aby się zatrzymał; pachołcy téż towarzyszący im, a z boku straż trzymający, cofnęli się nagle, jakby przestraszeni. Włast nie wiedział coby to oznaczać miało, gdy towarzysz nadbiegłszy, szepnął mu, że Mieszko właśnie w téj puszczy polował.
Musieli więc niezwłocznie uchodzić i szukać sobie gdzieindziéj zwierza. — Jeszcze rozmawiali z sobą, gdy z za gęstwiny ujrzeli wychodzącego knezia, za którym Dobrosław kroczył. Oba zdawali się więcéj zajęci rozmową niż myśliwstwem. Orszak łowiecki knezia pozostał był w tyle, a Mieszko uważnie się przysłuchiwał, co mu towarzysz opowiadał. Mieli już ustąpić, gdy kneź podniósł głowę i Własta zobaczył. Poznał go zaraz i po namyśle skinął nań.
Młodzieniec z konia zsiadłszy i zdjąwszy z głowy okrycie, pieszo się zbliżył do knezia, który stał, lekki oszczep trzymając w ręku.
Dnia tego na łowach, odziany bardzo poprostu, mimo sukni szaréj i czapki, jaką wszyscy nosili, bez żadnych oznak dostojności, Mieszko przecież tak pańsko wyglądał, że w nim władnącego krajem wodza poznać było łatwo.
Dobrosław téż wojacką i piękną miał postać, ale gasł przy tym silnym i rozkwitłym bujnie mężu, który samym wzrokiem wrażał posłuszeństwo.
Na pytanie co w tym lesie poczynał, Włast rzekł, iż z rozkazu ojcowskiego na łowy jechał.
— Wyślijcież łowców swych, gdzie chcą — rzekł Mieszko — a sami gdy już tu jesteście, zostańcie przy mnie.
Choć nie bardzo rad rozkazowi pańskiemu, Włast szepnął słów kilka Jarmierzowi, który natychmiast ustąpił ze swemi, a sam za Dobrosławem stanąwszy, nie wiedząc, gdzie się podzieć ma i co czynić, pozostał, czekając dalszego rozkazania pańskiego.
Chociaż na łowach byli, nie zbierało się na żadne myśliwstwo, dwór pozostawiwszy za sobą, Mieszko szedł, jakby przechadzki używając, rozmową z Dobrosławem zajęty.
Ustała ona, gdy Własta postrzeżono, Mieszko stanął jakby namyślając się, wiszący na ramieniu róg mały do ust wziął i parę razy się ozwał.
Zaszumiały wnet gąszcze z obu stron i liczna gromada nadbiegła. Kneź zawołał do siebie Stogniewa. Stali właśnie na małéj łączce, zewsząd drzewami ocienionéj. Mieszko się obejrzał dokoła. Ziemia była wilgotna. Kazał z koni zdjąć sukno, posłać je na trawie i legł na niém. Przyniesiono kobiałkę z pieczoném mięsiwem i baryłkę miodu, którą przed kneziem ustawiono. Dobrosław i Włast stanęli opodal nieco.
— Stogniew — rzekł kneź — wy poprowadźcie łowy, ja spocznę. Dobrosław i Włast Luboniów zostaną przy mnie. Jeśli na nas napędzicie zwierzynę, tém lepiéj, a nie...
Ruszył ramieniem i skinął ręką.
Zrozumiawszy wolę knezia, Stogniew skoczył do ludzi, co się zdala byli kupą ścisnęli i począł wydawać rozkazy. A nim krótka upłynęła chwila, kneź sam pozostał z towarzyszami dwoma.
Oczyma zmierzywszy bacznie dwór swój, który spiesznie i wrzawliwie w las pędził, Mieszko popatrzał na Własta, jakby go okiem chciał wybadać i zbliżyć mu się rozkazał.
— Tyś był między chrześcianami? — zapytał. Długo?
— Dwanaście lat, miłościwy panie — odparł Włast.
Poruszył głową Mieszko.
— Znasz więc ich dobrze?
— Lepiéj niż teraz mój własny kraj — odezwał się zapytany.
Zdawało się, że jeszcze pytanie jakieś na ustach knezia krążyło, z trwogą Włast myślał o tém co pocznie, jeśli go spyta, ażali i on chrześcianinem nie został?
Sumienie nie dozwalało mu zaprzéć się Chrystusa, a wyznając wiarę, nie miałże, jak ci o których mu opowiadano w Rawennie, cierpieć za nią męczeństwa i śmierci? Myśl ta przeleciała błyskawicą i zrodziła w nim raczéj dumę niż trwogę!
Ale kneź, którego warga się już poruszyła — zamilkł — nie zadał mu tego pytania. Przytomny Dobrosław, pobladł był, spoglądając na Własta.
Nie można było odgadnąć co myślał Mieszko o chrześciaństwie.
Obok zamku wszakże stała kontyna pogańska Jessego i kneź chadzał do niéj, wyroczni pytał, wieszczków słuchał, obyczaj zachował stary. Wiedziano jednak od ludzi, że ilekroć trafiło się obcego spotkać i takiego co z chrześcianami i chrześcijaństwem obcował i mógł je lepiéj poznać, kneź troskliwie się dopytywał, badał, szczegóły sobie opowiadać kazał, a potém zamyślał dziwnie. Lecz w naturze miał to Mieszko, że do czynu skorszy był niż do słowa, i nie mówił, ani się zwierzał nigdy nikomu, co miał począć, wręcz rozkazy dając bez namysłu. Myśli téż jego odgadnąć nie śmieli nawet najbliżsi, Stogniew przyznawał się, że ilekroć domyślać się chciał, omylił się zawsze.
Po tém pytaniu, które na wardze umarło, Mieszko, pomilczał chwilę, Własta kilkakroć oczyma jeszcze przemierzył z ciekawością, i obrócił się do Dobrosława.
— Mów — rzekł — jak ci się zdało!.. są oni więksi i silniejsi od nas na Hradszynie. Bolesławy te czeskie? są oni bogatsi? są oni nam straszni?
A gdy Dobrosław z odpowiedzią się ociągał — dodał.
— Tak jak niemcy jedną głowę mają cesarza i jedną stolicę, tak naszéj mowie trzeba jednego pana i jednéj ręki, inaczéj nas niemcy zjedzą.
Maż Bolesław tę siłę, aby nas zagarnął wszystkich i mnie? — mruknął Mieszko, ostatni wyraz prawie niedosłyszanym wymówiwszy głosem.
— Mów, a nie kłam mi pochlebstwem. Tych co mi nogi liżą, mam dosyć. Dobrosław oczy trzymał w ziemię wlepione.
— Miłościwy panie — odezwał się zwolna cedząc słowa — jeżeli siłę na setki i tysiące wojowników liczyć mam, tom ich nie rachował, nie wiem — jeżeli na rozum, to mi Bolesław nie zdaje się mędrszym nad innych, przecież on jedno wie, iż niemców pobić, trzeba się u nich uczyć samych. Dla tego od nich nie stroni, często się łączy z niemi, kłania się im, ale tylko dla tego, aby ich zmógł lepiéj.
— I przeto przyjął ich wiarę? — spytał Mieszko, w oczy patrząc Dobrosławowi.
Na odpowiedź nie rychło się zebrał zapytany i rzekł.
— Nie wiem...
Milczeli trochę, a kneź jadł i popijał, uśmiechając się jakby sam do siebie.
— Gdyby nas dwu poszło w zapasy z Bolkiem o lepszą — zaczął — jak ci się zda, ktoby z nas został powalony?
— Kto losy wojny może zgadnąć? — odparł Dobrosław — ale po cóż wojnę poczynać?
— Hm? wojna się sama począć może? niepoczynana przez nikogo?
— A co tam o nas trzymają?
Dobrosław zawsze zwolna zbierał się na odpowiedzi.
— Wiedzą, że miłościwy pan silnym jesteś? ale oni — kto się do chrześcian nie liczy, groźnym nie sądzą.
— A dawnoż oni do nich przystali? — zawołał Mieszko szydersko...
Drahomira matka Bolkowa i on, jeszcze się oboje kłaniali swoim bogom... Alboż Bolko chrześcianinem jest? — dodał Mieszko — albo brata co nim był, za to że nim był, nie zabił?
— O tém na dworze knezia mówić nie wolno a szepczą różnie — rzekł Dobrosław. — Wacława zamordowali dworscy Bolkowi, sądząc, że na ich pana życie nastawał.
— A Ludmiłę? — podchwycił Mieszko szydersko.
— Spraw tych nie wiem dobrze — odezwał się Dobrosław — ale to wiem, com na swe oczy oglądał, że Bolko do świątyni nowéj na Hradszynie chodzi i wiarę swą trzyma.
Mieszko nieco podniósł głowę i zwrócił ją ku Włastowi.
— A ty? — zapytał — powiedzże mi ty, co chrześcian znasz, jaka ta wiara ich jest? ciężka? straszna?
Niespodziewanie pochwycony pytaniem tém, Włast oniemiał zrazu — nie wiedział co rzec ma, modlił się w duchu o natchnienie i sam niewiedząc prawie jak, odezwał się z zapałem.
— Miłościwy panie — wiara to jest, co zaprawdę człowieka szczęśliwym czyni, zbroją mu jest, karmią mu jest, światłem i siłą!!
Słysząc te słowa Dobrosław pobladł, ale z poszanowaniem spojrzał i z trwogą niemal na natchnionego młodzieńca.
Kneź téż, niespodziewając się odpowiedzi tak śmiałéj oniemiał na chwilę, oczyma przelękłemi zmierzył mówiącego i mruczał coś sam do siebie. Włast stał, gotów choćby na męczeństwo.
— Mówią — odezwał się — że człowieka ona dręczy i morzy i wzbrania mu wszystkiego? prawda li to jest?
Młodzieniec, który już raz czując się natchnionym z góry, ważył się choćby na życia utratę — nie mierzył ani ważył słów swoich.
— Miłościwy panie — począł — gdy dzikiego konia bierze z pola człowiek, albo sokoła z gniazda, aby go nauczył rozumu i dał mu siłę, musi go morzyć głodem bezsennością i znużeniem — tak wiara ta czyni z człowiekiem dzikim, aby z niego zrobiła istotę nową na obraz Boży.
Mieszko zmarszczył brwi, powtarzając dziwnym głosem.
— Na obraz Boży! — na obraz Boży! coś ty rzekł...
— Tak uczy ta wiara! powtórzył Włast.
Kneź oczy spuścił i zadumał się. Zdawało się, że zapomniał na czas jakiś, kędy był, z kim i co go otaczało. Milczał zatopiony sam w sobie. Włast stał, przestraszony razem i sobą dumny.
— Na obraz Boży! — powtórzył raz jeszcze Mieszko, więc ta wiara daje człowiekowi siłę nadludzką?
— Tak jest, miłościwy panie — rzekł Włast.
— I zwycięztwo i potęgę i panowanie — mówił Mieszko.
— Daje, gdy człowiek na nie zasłuży.
— A czémże je kupić może? — pytał Mieszko.
Włast milczał nieco.
— Miłościwy kneziu — rzekł — nie w kilku słowach da się zamknąć ta wiara pełna tajemnic i cudów, ani ją usta ludzkie wypowiedzieć zdołają łatwo. Cuda ona sprawia, lecz na nie ciężko pracować potrzeba?
— Ale je za skarby téż i bez pracy kupić można? — rzekł kneź.
— Nie — odparł Włast — złoto i skarby są tam rzeczą pogardzoną i marną.
Mieszko poprzestał pytać. Zdawało się, że się lękał oczów zwrócić na śmiałego chłopca. Wzrok skierował ku Dobrosławowi znowu.
— Zaswataliście sobie dziéwkę na dworze Bolkowym, mówią ludzie — odezwał się nieco zniżając głos. — Musi to prawdą być? Pojedziecie do Pragi, na Hradszyn?
— Czyżbyście miłość wasza mi zabronili tego? spytał Dobrosław.
— Nie bronię — rzekł Mieszko — owszem, posłem chcę was mieć. Jedźcie do Pragi, ale nikt o tém wiedzieć nie ma, co rzeknę.
Zwrócił się do Własta, dając mu znak, by i on milczał.
— Ani mówcie, żem ja was posłał na zwiady — kończył kneź — ale od siebie na dworze pytajcie, ażaliby nie radzi mnie tam byli? Ażaliby Bolko z Mieszkiem nie podali sobie rąk i nie połączyli się przeciw wspólnemu wrogowi. Mówcie od siebie nie odemnie, bo się nie godzi, abym ja prosił, mnie tylko rozkazywać przystało. Zrozumiejcie ich. Gdybym przybył do nich, jakby mnie oni przyjęli? Wzrokiem dokończył kneź.
— Rozum miejcie — dodał.
— Uczynię wedle rozkazania — z radością prawie, odezwał się Dobrosław.
— I nikt o tém wiedzieć nie ma! — powtórzył kneź.
Tych słów dokończywszy, podniósł się rzezko Mieszko, stanął, podparł w boki i uszu nadstawił.
Od kilku chwil już psów głosy na ostępie słychać było i zdało się, jakby się one zbliżały coraz. Mieszko oszczep wziął do ręki i nakazał milczenie.
Las grał zdala ogarów gonem. Z okiem zaognioném kneź pospieszył kroków kilkanaście naprzód. Rozmowa, którą toczył przed chwilą, zdawała się już zapomnianą, cały był w łowach, nie patrzał nawet na Własta i Dobrosława, którzy za nim pozostali czekając rozkazów.
Coraz wyraźniéj słychać było pogoń za zwierzem, chrzęst gałęzi i okrzyki. Mieszko za grubym pniem dębu stał z niecierpliwością namiętnego myśliwca.
W tém w krzakach chrapanie i łomot się dał słyszeć tuż prawie, stary dzik ze spienionym ryjem wypadł, dysząc z gęstwiny wprost na knezia i w téjże chwili oszczep jego tkwił już głęboko, ciśnięty silną dłonią, w zakrwawionéj bestyi, która rzuciwszy się wściekła, biegła na Dobrosława.
Miał i on oszczep w ręku i uskoczywszy nieco uderzył nim na dzika. Włast ustąpił, nie wiedząc co ma czynić, lecz tuż nadbiegali kneziowscy ludzie, którzy rozjuszone stworzenie chwycili i przytrzymali, psy téż rzuciły się na pastwę i dzik legł zwyciężony na ziemi.
Radosny okrzyk ozwał się po lesie. Kneź zdala patrząc obojętnie, Stogniewowi kazał konie podawać i łowy na ten dzień były skończone.
Już na konia wsiadłszy, Dobrosławowi rzekł kneź, aby do domu wracał, a Włastowi za sobą jechać polecił i cały orszak zebrawszy się w gromadę, milcząc posuwał się ku grodowi do Poznania.







V.



Gród wznoszący się na prawym brzegu Warty nad Cybiną nie odznaczał się na oko wspaniałością wielką, ale rozległy był dosyć i warowny, choć mógł się nie lękać napaści, bo go samo oddalenie od nieprzyjaciół broniło.
Wysoki wał opasywał go zdala, ostrokoły i tyny obejmowały drugiém kołem, domostwa jednak w nim zawarte wszystkie były z drzewa, i stołbu nawet murowanego nad nim nie było widać. Ziemny usyp obejmował razem kneziowskie dwory, świetlice, komory, stajnie, swirnie, odryny, szopy i nieopodal od rzeki odosobniono stojącą świątynię Jessego, którą maleńki gaj prastarych drzew otaczał tak, iż jéj zdala prawie z pośrodka zielonych gałęzi widać nie było. Zbudowana wzorem innych kontyn, opierała się na słupach rzeźbionych i malowanych, między któremi sukienne opony ściany zastępowały. Za niemi dopiero był przybytek osobny kapłanom tylko dostępny, drewnianemi ściany zamknięty. W pośrodku chowano stanice wojenne, noszone na wysokich tykach Bogów posążki, które miasto chorągwi służyły; tu wróżbici i gęślarze będący na straży, przyszłość opowiadali zapomocą ognia, wody i ziemi.
Nie rozkazywał tu nikt okrom samego pana, który razem był władzcą świątyni i zamku. Pod jego rozkazami stali ci wróżbici, wieszczkowie, śpiewacy i wszystka posługa przy chramie. Gaj święty, który go dokoła otaczał, stanowił granicę, któréj swawolnie przekroczyć nikomu się nie godziło. Świątynia była zarazem skarbcem wojennym i książęcym. Przy niéj straż stała, dzień i noc, przemieniając się nieustannie.
Od niéj na gród i dwór Mieszków nie było daleko. Zalegały domostwa pańskie przestrzeń znaczną, a pobudowane były wszystkie na kamiennych podkładach, z drzewa grubego ciosanego i wyrzynanego misternie, malowanego w barwy kraśne. Gdzieniegdzie wyrobiona dziwacznie głowa potworna jakiegoś zwierzęcia, wznosiła się u dachu i przyczółków.
Od przodu dworu były izby i komnaty rozleglejsze, z ławy i stołami dla zgromadzeń większych przeznaczonemi, w każdéj z nich na stopniu podwyższonym stało siedzenie pańskie, czyli stolica kneziowska, suknem krasném okryta.
Wielka w niektórych sprzętach prostota łączyła się z przepychem i bogactwem dziwnie od niéj odbijającém. Tam gdzie zwykle biesiadowano w dnie uroczyste, kute jakby od siekiery i młota leżały i stały mnogie naczynia ciężkie, ze srebra a nawet złota, niektóre kamieniami ledwie ogładzonemi nasadzone. A ktoby był zajrzał do tego skarbcu, gdzie łupy wojenne składano, zdziwiłby się mnogości niezmiernéj na stosy zrzuconych naczyń, blach i sztab kruszców drogich. I na orężu téż nie zbywało, jeźli nie dla całych zastępów, to dla pańskiéj drużyny, zdobytym w części na pobitych niemcach, lub przybyłym ze wschodu i zachodu. Spotykały się tu razem rzymskie oręże dawne i wschodnie z Azyi przyniesione, kaftany łuskami naszywane gdzieś ręką wprawną i kawały blach zbroi miedzianych a żelaznych, łuki z nad Czarnego Morza, topory normandzkie, siekiery nadreńskie, miecze z krajów, których imienia nikt tu nie znał, wyroby północy i południa, włoskie i scytyjskie, z czasów różnych, z światów wielu, drogami handlu i wojny zwleczone na kupę.
Dwór książęcy był liczny, bo stanowił przyboczne wojsko jego. Co najlepsi wojacy stać tu musieli zawsze pogotowiu, tak jak po innych grodach, przy żupanach i starostach inne oddziały czekały ciągle na zawołanie, z panami swemi. A gdy na wojnę iść było potrzeba, skinął tylko Mieszko, wychodząc ze swojemi, aby inni za nim szli, i ciągnęło się co żyło. Liczba tych pułków co roku rosła i zwiększała się, ale co roku téż i niebezpieczeństwo od niemców, już panujących za Łabą po Odrę, powiększało się i mnożyło. Z markgrafami u granicy, wdzierającymi się we wnętrze, walka była nieustanną.
Serbowie nadłabiańscy coraz się bronili słabiéj, wiele plemion znękanych przystało do wrogów i z niemi chodziło przeciw swoim na łupieże; cała wkrótce waga niemieckich sił, sprzymierzonych z Czechami, na Polanach i Mieszku miała zaciężyć.
Czuł kneź, że się tu ważyły teraz losy ludów jednego rodu i języka, i że on albo miał je obronić od zagłady, albo paść z niemi.
Najeżdżane téż miry polańskie wszystkie już nie o starych swoich swobodach myślały, ale o własnéj obronie, i choć kneziowska moc rosła, wolały jéj ulegać, nie w jarzmo iść niemieckie.
Na rozdartych ziemiach Słowian działo się różnie, walka wrzała ciągła. To się niemcom poddawano z haraczem, to się burzono i opierano, szli jedni hołdować i chrzest przyjmowali, drudzy się łączyli ku obronie. Pokoju godziny nie było. Samopas większa część plemion ratowała się jak mogła, w kupę się zebrać nie umiejąc. Każdy z małych wodzów chciał wielkiéj władzy. Ze starych czasów pozostały waśnie graniczne między jednoplemiennemi, które teraz w wojnie z wrogiem odżywały. Gdy Morawy i Czechy już się były zlały w państwo jedno, naprzeciw nieprzyjaciołom, chytrością walcząc z niemi, Polanów dopiero Mieszko skupiał, aby szli razem, sięgając i po dalsze rozbite plemiona.
Od lat już wielu nad Cybiną stało to ognisko, w którém się wszystko przygotowywało, co gdzie dokoła lub zwłaszcza między Wartą a Odrą dziać się miało. Na osobnych gródkach siedzący kneziowie mniejsi poddali się władzy Mieszka, bo ich karcąc do tego przymusił.
Na samym grodzie i poza wałami jego, w szopach i chatach, w chiżynach i dworach, szeroko rozłożonych nad Wartą, u prawego jéj brzegu, mieszkał żołnierz kneziowski, sotnicy i tysiącznicy. Obok niego ci co rzemiosło na zamku potrzebne sprawiali, lud od stróży, od posług, od posyłek, od łowów i od wszelkich powinności pańskich, niewolnicy i parobcy. A choć miasto było niepozorne i szare od ścian drewnianych postarzałych, zajmowało już przestrzeń znaczną. Na targi téż tu przybywali kupcy z towarem różnym zdaleka, ze wschodu i zachodu. Ludność się na tysiące liczyła, cała grodowi pańskiemu służąc i podlegając.
Starszyzna wojskowa daléj téż siedziała w lasach, po dworach swych i gródkach, nad brzegami rzek i jeziór osadzonych.
Przyboczny dwór pański równie był mnogi, dla okazałości i wygody. Co najdoborniejsza młodzież stała u boku knezia, mieszkając w podwórzach grodowych. W głębi oddzielone od téj części, pod pilną strażą i zawarciem, siedziały żony pańskie i służba ich niewieścia.
Życie tu wiodło się obozowe więcéj niż dworskie, wojacze, bo każdéj godziny wszystko pogotowiu być musiało siadać na koń i lecieć, gdzie o niebezpieczeństwie od nieprzyjaciela znać dano.
Czasem téż, gdy wieść przyniesiono, że niemcy się nad Łabą pospali, albo na Pomorze bezpiecznie wtargnąć było można, gdy jaki wódz a książątko przywlokło się o pomoc prosząc i prowadzić obiecując, z dnia na dzień ruszało z grodu co żyło, ledwie w nim garść na obronę zostawiwszy. Dniem i nocą bieżono nad granicę, za rubieże dla łupu i postrachu.
A powracano różnie, raz z łupem i radością wielką, z niewolniki w łyka powiązanemi, czasem nocą w garści małéj, pokrwawionéj, za którą się zawstydzone kupki wlokły powoli.
Bywało różnie, chociaż za Mieszka lepiéj się szczęściło, bo był i mężny i przebiegły wielce, na lada słę[6] posłuch nie kwapił, dobrze ważył nim się porwał.
Pan był milczący, ale gdy dobył głosu a krzyknął, drżało co ten głos usłyszało, i bieżało co żyło.
Tego wieczora, gdy z łowów nad Cybinę powrócono, a z orszakiem pańskim blady i niepozorny Włast nadciągnął, zebrała się w podwórzu kupka koło niego niemała, bo go tu nikt jeszcze nie widział i odgadnąć nie umieli, po co go tu ściągnięto.
Nie wyglądał ów gość na wojaka, ani na możnego władykę, odziany był niepocześnie, patrzał na ludzi nieśmiało. Któż mógł zgadnąć, na co się on tu zdał.
Stogniew ciekawéj gawiedzi gęby pozamykał przecie, szepnąwszy, iż był synem Lubonia, że długo u niemców w niewoli przesiedział, więc i wszystkie ich tajemnice znał, a tém się mógł przydać kneziowi.
Własta zdał Mieszko na ręce Stogniewowi, poleciwszy by o nim pamiętał. Niemniéj jednak, w pierwszéj chwili, gdy kneź poszedł do swych niewiast jeść i spoczywać na drugie podwórze, a Stogniew dworem rozrządzić miał, Włast został sam na przedsieniu pod słupami, siadł na ławie, rozglądał się i niebardzo wiedział, co miał czynić. Gawiedź się była wszystka rozeszła. Kilka psów siadłszy naprzeciw niego, obcemu się przypatrywały pomrukując. W tém od wałów wolnym krokiem przywlókł się człeczyna, który nieznajomego zoczywszy na ławie, przybliżył się do słupów prawie, by mu się pilniéj przypatrzył.
Własta téż mógł on zaciekawić, bo nie wyglądał jak drudzy, a odgadnąć było trudno, co na kneziowskim dworze robił.
Pięknym wcale nie był, krępy bardzo i zsiadły, nogi miał trochę krzywe, łeb duży, kręcącym się czarnym włosem pokryty. Z ust dobywały mu się dwa kły, dziwnie wyrosłe, tak że wargi ich przysłonić nie mogły, nawet gdy gębę zaciskał, sterczały z niéj żółte kości, nadając twarzy niby wyraz dzikiego śmiechu. Ogromne ręce, silne, grube, pięści jak młoty, kark krótki i żylasty, pierś wydatna szeroka, wszystko mu jakąś zwierzęcą nadawało cechę. Czoło téż miał bardzo nizkie, a ślepia świecące jak u kota.
Dłonie, które ściśnięte trzymał, nie przymykały się zupełnie, bo ogromne rysie pazury nie dawały się im stulić. Sterczały one długie, pozawracane, śpiczaste, ostre, jak oręż do obrony.
Prosta gunia okrywała ciało obrosłe włosem, na nogach miał grube płócienne spodnie i nędzne wykoszlawione chodaki. Takie potworne stworzenia chowali wówczas radzi panowie do posług, tak samo jak oswojone niedźwiedzie i przyłaskawione wilki.
Gdy psy siedzące u słupów zobaczyły go zbliżającego się, ogony wziąwszy pod siebie uszły mu zaraz z drogi i pokładły się daléj, jakby go się lękały. Dziki człek, bo na takiego wyglądał, podszedł tuż do Własta i zuchwale ze wszech stron począł mu się przypatrywać.
— Coś ty za jeden? hę! — zamruczał wreszcie — ty? jakiś?..
Spokojnie i łagodnie młodzieniec się zwrócił ku niemu.
— A ty? — spytał.
— A ja?.. Toć widzisz... jestem od psów, od padła, od stryczka, od gnoju i od śmiecia... nazywają mnie Psiajuchą... a ciebie?
— Cóż ci przyjdzie z nieznanego nazwiska?.. Daj mi pokój! — odparł Włast — nic nie masz do mnie...
— E? a kto wie? Zkądżeś ty?
— Z Krasnéjgóry.
— To przecie nazwisko nieobce... — odezwał się Psiajucha. — Ty musisz być Luboniów sługa.
— Lubonia syn.
— Oho! oho! — rzekł pachołek i skłonił się szydersko. — Tylko bieda, że Luboń syna nie ma.
— Nie miał go — rzekł cierpliwie Włast — ale mu on powrócił.
Chciał się pozbyć natręta, trudno to było, Psiajucha stał z założonemi rękami i wpatrywał się uparcie.
— Chuderlawe to — począł mruczeć jakby sam do siebie — blade, mizerne... po co się to tu zda? komary go zadziubią... a chleb będzie żarł tak jak drudzy...
Włast spójrzał nań; obrzydły pachołek ani się ruszał.
— Nie będzie tu z niego pociechy żadnéj... ani babom nawet, bo to wymokłe... oneby się gzić rade... a to ledwie dysze... Po co to tu wzięli... Ja go do pomocy nie przyjmę...
— Hej! — ozwał się głośniéj, pełniąc swój obowiązek błazeński — miłościwy Luboniów synu, władyko... nie wiecie po coście tu przybyli?
— Z panem miłościwym przybyłem — odezwał się Włast, choć miał wstręt do téj rozmowy.
Posłyszawszy to pachołek, mruknął i oddalił się. Nie było go dosyć długo i już Włast sądził, że się go pozbył zupełnie, gdy zwolna przywlókł się napowrót Psiajucha, stanął naprzeciw niego i w milczeniu przypatrywać mu się zaczął znowu.
— Toś to ty u niemców w niewoli przez dwanaście lat był? — ozwał się nagle — hę?
— A byłem — sucho odparł Włast.
— O! i pewnie nową wiarę u nich wziąłeś — dodał pachołek — a z nią tutaj pójdziesz na gałęź! na gałęź! na gałęź!..
Włast mu na to nie odpowiedział.
Psiajucha wykrzywiwszy się strasznie, obie pięści nastawił, zębami zgrzytnął i jeszcze parę razy powtórzywszy: Na gałęź... nogami aż tupać zaczął.
Nie postrzegł tego, że Stogniew oddawna go widząc dokuczającego przybyłemu, wysłał chłopaka z biczem, a ten z tyłu zaszedłszy, smagnął go parę razy z całéj siły po nogach. Zrazu chciał się nań porwać Psiajucha, ale postrzegłszy Stogniewa, odwrócił się, zaskowyczał, zęby mu pokazał, kłapnął niemi parę razy i uciekł. Psy ruszyły się i ujadać za nim zaczęły.
Takie było pierwsze na dworze pańskim Własta przyjęcie.
Pozostał potém długo zapomniany w przedsieni, dopóki go Stogniew nie zabrał z sobą do izby, gdzie wieczorny zastawiono posiłek. Znalazło się ich tu trzech starszych ze dworu, którzy razem do stołu zasiedli. Włast najpokorniejsze miejsce zająwszy siedział milczący. Spoglądano nań niemal z politowaniem jakiémś i pogardą.
W mężczyznie, za tych wieków wojen i siły, pierwszą była zaletą — siła pięści i zręczność, a że Włast słabowito wyglądał, nie budził téż poszanowania dla siebie, choć wiedziano, że był synem możnego człowieka. Stogniew i towarzysze jego, Rosław pański podczaszy i Misław sotnik od straży, spozierali nań ze wstrętem, wiedzieli, że długo był z niemcami, mieli go niemal za wroga. Dziwno im było, że kneź na dworze go chciał mieć.
— A no — ozwał się w końcu, jakby ulitowawszy milczącemu Stogniew — jakże wam po niemieckiéj niewoli u nas się wydaje?
— Nie wielem ci ja widział jeszcze oprócz domu pana rodzica mojego — rzekł Włast.
— Widzieliście tam u nich murowane grody kamienne — odezwał się drugi szydersko — musi wam po nich być tęskno... Ale te gnuśniki w ciepłym kącie siedzieć lubią i ryją się po norach... a my, dziś tu, jutro tam... nam drewnianéj chałupy dosyć...
— Prawda, grody u nich piękne są — rzekł Włast — dostatek wielki... ale choć wygody lubią, oni téż wojować umieją.
— Lepiéj od nas? — podchwycił Misław prawie gniewnie.
— Jam nie wojak — odparł Włast — na tém się nie znam.
— A na czémże wy się znacie? — zapytał Stogniew.
— Byłem w niewoli — odezwał się Włast ośmielając się i ciągle spokojnie mówiąc — będąc w niewoli czyniłem po niewoli to co mi kazano, służąc i sokołom, i koniom, i ludziom.
— Jakżeście się na swobodę dostali?
— W końcu widząc, żem się im na niewiele przydał, dali mi ją sami... — mówił zapytany — użyłem jéj, aby do domu powrócić.
— A doma? — dodał Stogniew — doma u was trzeba takiego jak Luboń wojaka... cóż wy tam robić myślicie?
— Co mi pan rodzic każe...
Pokora ta i spokój, z jakim odpowiadał na nieco szyderskie pytania syn Lubonia, ton, do którego ci ludzie nawykli nie byli, czynił na nich dziwne wrażenie.
Rosław i Misław śmieli się uzuchwalając, a widząc takiego bezbronnego, słabego człeka, który się nawet zagniewać nie umiał, Stogniew czuł nieco litości.
Półgębkiem czynione żarciki z biednego chłopaka wywoływały mu rumieniec na lica, cierpiał ale milczał. Posiliwszy się nieco, już chciał wstać by odejść i uwolnić się od tych towarzyszów, gdy komornik książęcy, sługa izdebny, wszedł pozywając go do Mieszka.
Zmieniło to nieco usposobienia dwóch butnych wojaków, a Włast żywo i z wielką ochotą, pokłoniwszy się im, z izdebnym pospieszył.
Mieszko był jeszcze w drugiém podwórzu, gdzie niewiasty jego mieszkały i sypialnię miał, w któréj odpoczywał.
Pierwszy dziedziniec wewnętrzny pełen psów i wrzawy przeszedłszy, przez wrota zawsze zamykane, u których straż stała, wprowadził go komornik na drugie podwórze. W pośrodku jego był ogródek zielony i drzewa. Tu zaledwie zaskrzypiały drzwi, z otwartych okien w lewo ujrzał Włast powychylane głowy w białych chustach młodziuchnych niewiast, z uśmiechem przypatrujących mu się ciekawie i dających znaki prowadzącemu go komornikowi. Chichotania stłumione dały się słyszeć; kilka strojnych dziewcząt wyrwało się ze wnętrza, aby się znać obcemu przypatrzyć lepiéj. Komornik prędko wskazał mu drogę na prawo, pod słupami, które podsienie dokoła podpierały. Przez wielką sień potém weszli do obszernéj izby, w któréj na ławach siedziało i leżało kilkunastu, tak jak ten, który Własta prowadził, przyodzianych komorników, a oprócz tego straż się znajdowała zbrojna. Izba na słupach drewnianych sparta, które ją na dwoje dzieliły, okopcona od dymu, z ogniskiem ogromném, wygasłém teraz, cichą była i milczącą.
Przeszedłszy ją i drugą mniejszą pustą, w któréj stał oręż przy ścianach, a na nich wisiały łuki, obuchy, proce i tarcze... uchyliły się drzwi do komory Mieszkowéj.
Kneź leżał wyciągnięty na skórach niedźwiedzich, z rękami pod głowę założonemi, na wpół uśpiony. Zwrócił oczy ku wchodzącemu i nie wstając dał mu znak, aby się przybliżył.
Komornik drzwi zamknąwszy zniknął.
Jakiś czas panowało milczenie. Mieszko westchnął parę razy, podniósł się zwolna, siadł na łożu i rzekł, przypatrując się Włastowi.
— Téj nowéj wiary niemieckiéj jestem ciekawy... Ty ją znać musisz... Mów mi o niéj. Wszak Bóg ich Chrystus się zowie?
— Tak, miłościwy panie — począł Włast zwolna (pytanie to rozradowało mu duszę). — Tak, Chrystus był Bogiem na ziemi, i powrócił do niebios, zkąd zstąpił na nią. Zszedł on, by nowe prawo przyniósł z sobą i zaszczepił go krwią swoją pomiędzy ludźmi...
— Tak... wiem... był zabity... zamęczony... — rzekł Mieszko.
— I zmartwychwstał!.. — dodał Włast.
Kneź usłyszawszy to, podniósł nań oczy z wyrazem niedowierzania i przestrachu.
— I czynił cuda wielkie? — zapytał cicho.
— I czyni je ciągle... — dokończył Włast.
Mieszko, jakby własnego lękając się głosu, oczy zwrócił na mówiącego i odezwał się cicho bardzo.
— Tyś chrześcianin?
Serce silnie uderzyło Włastowi.
Pomimo że głos ten nie był, a przynajmniéj nie wydawał mu się groźnym, nie mógł być pewien, czy przyznając się, nie wyda na siebie wyroku śmierci. W téj chwili osłabienie ducha na myśl mu przyszło, jakby dla uniewinnienia kłamstwa, trzykrotne Piotrowe zaparcie się Mistrza... drgnął, odpychając to jak pokusę nieczystą i wnet mężnie, zwyciężając niemoc i obawę, rzekł.
— Jestem nim, miłościwy panie! jestem nim! Choćbym za to cierpieć miał i życie utracić, zaprzeć się nie mogę Boga mojego...
Zdumiony Mieszko, milcząc długo się w natchnionego młodzieńca wpatrywał.
— I... nie lękasz się śmierci? — zapytał.
— Nie, panie... bo mnie po niéj czeka żywot wieczny i wieczna szczęśliwość.
— Żywot wieczny! — mruknął kneź wstając — jesteśże ty pewnym?
— Miłościwy panie — zawołał Włast nabierając coraz więcéj odwagi — Bóg nam go przyrzekł.
Z dziwnym wyrazem twarzy napół szyderskim, pół trwożliwym, kneź rzucił się na łoże i zadumał głęboko.
Milczenie przykre trwało długą chwilę.
— A cuda ty umiesz czynić? — zapytał.
— Nie, panie, bo ich żaden człowiek nie czyni — rzekł Włast — tylko Bóg, a ten, przez kogo Bóg czyni cuda, musi być godnym jego łaski. Jam jéj nie godzien.
Tego Mieszko nie zdawał się rozumieć dobrze.
— Przecież są tacy chrześcianie, co czynią cuda? — odezwał się.
— Są, miłościwy panie, ludzie święci, przez których Bóg nasz je czyni.
Znów długo Mieszko się zadumał, położył na swojém posłaniu i zdawał zupełnie zapominać o Właście. Młody chrześcianin z bijącém sercem stał i czekał. Nie mógł rozpoznać z twarzy pana, czy był gniewnym i miał go odepchnąć, skazać na więzienie, na śmierć, na chłostę, czy bezkarnie go puścić. Widoczném tylko było, że kneź z podbudzoną ciekawością go słuchał.
Od chrześcian przeszedł nagle do cesarza.
— Cesarz niemiecki... silny on jest? — zapytał.
— Nie wiem, czy kto nad niego silniejszym jest na świecie — odparł Włast — nawet ten drugi siedzący na stolicy dalekiéj nad morzem... Panowanie jego rozciąga się od kraju zimy aż do tego, w którym jéj nie ma nigdy... Ma pod sobą królów i kneziów i panów moc niezliczoną, wojska niezmożone... skarby ogromne... A! panie! potęga jego straszna...
Mieszko uśmiechnął się znowu z niedowierzaniem.
— A przecież — odezwał się — dotąd jego markgrafowie i książęta nas Serbów, Polan, Wendów, zmódz i podbić nie mogą!.. — zamruczał jakby sam do siebie. — Nas, cośmy rozbici i podzieleni.
Czechy mają, ale ich zdradzą Czesi, gdy chwilę upatrzą... Poszli z niemi, bo Ugrów złamać trzeba było, co się nam wpili pod trzewa...
Zaczął potém pytać o zamki, o zbroje, oręż i szyki wojenne, i o wszystko co w obcych ziemiach inne było. Włast odpowiadał powoli i z rozwagą — opisując co widział, stare grody z ich murami wielkiemi, zamki na gór wyżynach, żelazne uzbrojenia rycerzy, bogactwa cesarskiego skarbu, wspaniałość pałaców i świątyń. Nie przerywając mu, tylko nowemi pytaniami, kneź dał mówić tak długo jak starczyło wieści. Dumając posępnie przysłuchiwał się, to z ożywioném zajęciem, gdy szło o sprawy wojenne, to z lekceważeniem gdy mowa była o złocie. O wojskach i wojennych szykach Włast mało co powiedzieć umiał, chyba co mu samo w oczy wpadło. Myśli Mieszka trudno było odgadnąć, wszelako na twarzy malować się zdawała raczéj nadzieja jakaś i niecierpliwość niż zwątpienie, jak gdyby szukał środków dorównania téj sile, wcale się nią nie trwożąc.
Gdy w końcu Włast znużony, wyczerpawszy wspomnienia, zamilkł.[7] Mieszko popatrzywszy w okno, rzekł zwolna głos zniżywszy.
— Patrzaj, abyś się ze swym Bogiem nowym przed ludźmi nie chwalił! Gdyby cię obwiniono, żeś wiarę niemiecką przyjął — ukarać bym musiał. Ojca mi żal twojego. My czcimy naszych starych bogów, innych u nas ludzie nie znają — nic wspólnego z wrogiem mieć nie będziemy. Nie!
Włast chciał go żegnać, gdy kneź dorzucił.
— Od dworu cię nie puszczam. Musisz tu zostać! Mnie przystało znać tych wrogów, z któremi się o każdą piędź ziemi mojéj, coby ją zagarnąć pragnęli, nieustannie drżéć potrzeba. Stogniew ci da miejsce. Gdy cię puścić zechcę — powiem. Na zawołanie mi być i milczeć!
Z tém odpuścił kneź Własta, nie okazując mu większego gniewu, a gdy ten wychodził na pierwsze podwórze, aby sobie szukać przytułku, Mieszko się położył na pościeli i zadumał jak wprzódy.
Przez okno od podwórza wpadały śpiewy niewieście, krzyki a ujadania wrzawliwe i śmiechy szyderskie a złośliwe. Ustawało to czasem, jakby siłą i rozkazem tłumione — ale wnet kłótnia wracała znowu.
W tém drzwi osłonione oponą, otwarły się i w progu stanęła niemłoda niewiasta, wysokiego wzrostu, przybrana bogato, cała obwieszona łańcuchami i kolcami, jakby jéj szło o to, aby się okazała piękną i młodą. Z pod białego rąbka, który jéj głowę okrywał, dobywały się włosy ciemne, ale już posrebrzone. Z dawnéj piękności, zostały jéj zaledwie czarne oczy iskrzące się jeszcze i usta małe, zaciśnięte z wyrazem gniewu.
Od progów postąpiła kroków kilka, wyciągnęła ręce białe ku panu i pokłon oddawszy, zdawała szukać wyrazów, od których by poczęła. — Dłonią niecierpliwą to przegładzała włos, to poprawiała na sobie szatę.
— Cóż mi powiesz Różana? — zapytał kneź — spoglądając na nią roztargnionemi oczyma.
— A co zawsze, co zawsze, miłościwy panie! że ja tu ze zgryzoty z temi twojemi niewiastami życie stracę — albo mnie z nich która zielem struje jakiém, bo to wszystko złe — zazdrośne jędze.
— Cóż się znowu stało? — spytał śmiejąc się Mieszko.
— A to, to, co się tu dzień i noc dzieje, jak się tylko pobudzą te wasze bogunki! Jedzą siebie i mnie — oczyby sobie powydzierać rade. Słyszycie wrzawę, miłościwy panie, gdy jedna śpiewa, druga płacze, gdy się cieszy która, zaraz inna się wścieka. Nie pomaga nic. Ja tam starszą jestem a porządku utrzymać nie mogę. Nocy nie dośpię, a nie upilnuję.
Założyła ręce na piersiach i stanęła naprzeciw knezia, jakby błagając o ratunek.
— Cóż to? nie macie siły i władzy? żeby sześciu głupim mołodycom nie dać rady? — krzyknął Mieszko.
— Prędzéj sobie Stogniew da rady ze stu pachołkami, niż ja z tém utrapieniem, z temi gąsienicami.
— Cóż więc począć z niemi?
— Co? co? — mruczała stara Różana — rozpędzić to na cztery wiatry, poodsyłać do domów, ja nie wiem, ale ja ich już nie zmogę.
— A któraż najgorsza z nich? — spytał kneź.
— Zawsze ostatnia, ta którą najlepiéj lubisz, miłościwy panie — ta co wam najmilejsza, a któréj palcem nikt tknąć nie śmie. Ta na mnie i niepatrzy, nie żeby mnie słuchać miała, ta grozi i mnie i drugim.
— Któż? Lilja?
— Dziś Lilja — a jutro będzie ta, co po niéj przyjdzie — mówiła głową potrząsając zrozpaczona Różana. Dobre one wszystkie.
— A cóż mam na to uczynić? co? — począł żartobliwie kneź.
— Wszystkie odpędzić — odpędzić.
— To nie może być — nudno by mi było — rzekł Mieszko. Kto wie? zmienić się to może jeszcze, ale nie zaraz. Różana, miéj cierpliwość — trzymaj je ostro, moc masz nad niemi, zagróź w mojém imieniu.
Rozpaczliwie niemal rękami rzuciła Różana, gdy szelest się dał słyszeć za oponą i piękna, młoda niewiasta, zuchwale, śmiało wpadła do komory książęcéj.
Dziewczę było, nie mające lat dwudziestu, z czarnemi pięknemi oczyma i długiemi kosy czarnemi, zręczne i gibkie jak łania, silne i odważne. Na czole, w oczach i ustach malowała się ta pewność siebie, jaką daje piękność i młodość. Z pogardą i gniewem spojrzała na Różanę, która się nie cofnęła przed nią, minęła ją i postąpiła do Mieszka.
— Miłościwy panie! — słyszałam ja wszystko — stałam za oponą. Co wy téj staréj jędzy wierzycie? Zła jest na wszystkich, bo jéj młodość pełznie z włosami, bo ma już zmarszczki na twarzy i Stogniew ją dla młodszéj porzucił.
Różana zacisnęła pięści, Lilja zaczęła się śmiać.
— Myśmy winne, bośmy młode, bośmy wesołe, kiedy ona już ani krasną, ani młodą być nie może. Tak! tak! powtórzyła, widząc, że Różanie się oczy paliły i usta drżały.
Tak! miłościwy panie — chciałaby abyśmy u kądzieli siedziały cały dzień, a ona sobie mogła spokojnie starszyznę na miód zwabić do siebie.
— A ty gadzino! — krzyknęła Różana — w gniewie, powstrzymać się nie mogąc.
Mieszko śmiał się z kłótni, która się go bawić zdawała, lecz zarazem czoło coraz mu się groźniéj fałdowało. Lilja uśmiech wywoływała na usta, usiłując pana rozbroić.
Niedość było na tych dwu zapaśnicach, drzwi się otwarły głośno, wpadła trzecia jeszcze. Było to dziewcze równego może wieku z Lilją, ale do niéj niepodobne, drobne, wątłe, białe, z włosami złotawemi z oczkami szaremi, jakby do płaczu stworzonemi. Na pozór słaba i bezbronna, mała Barwina, więcéj może miała dumy i siły w obliczu, niż te dwie co ją uprzedziły. Z jakąś powagą dziwną, zbliżyła się, główkę podnosząc do knezia.
— Ta Lilja — rzekła. — Kropiwa nie Lilja. — Ona wszystkiemu winna! Ona mnie i żadnéj nie daje spokoju! Jam przecież starsza od niéj i mam prawa moje! Ja jestem żupana córka, mój ród kneziowski, my Lechy, a ona kto? Ojcem jéj niewolnik... dziecko po rabie... porabka jakaś i śmie...
Lilja nie dając jéj dokończyć, przyskoczyła z gniewem i groźbą tak straszną, że Różana zapomniawszy własnéj urazy, stanęła co żywiéj między niemi, aby walki nie dopuścić.
Mieszko śmiał się jeszcze, ale twarz pańska coraz się stawała straszniejszą, brwi i czoło marszczyły się. Sparty jedną ręką na łożu, drugą wyciągnął ku zwaśnionym.
— Barwina i ty Liljo! kto wam wchodzić pozwolił! Do izby! nazad, téj chwili.
— Panie! Lilja cię zdradza! — zawołała mała Barwina.
— Kłamiesz! ty sama masz kochanka ty! ty! czerwieniąc się cała, krzyknęła Lilja.
— Różana, prowadź je do izby... Precz! natychmiast! Rozeznam sprawy wasze i ukarzę.
Stara chwyciła za rękę wyrywającą się Barwinę i podstąpiła z nią ku drzwiom. Lilja znać pozostać chciała, aby skorzystać z ich odprawy, lecz Mieszko ręką drzwi jéj wskazał także i posłuszna niewiasta głowę spuściwszy, powoli, gniewna, zapłoniona, musiała wyjść za Różaną.
W sieni słychać jeszcze było głosy kłótliwe, które się powoli oddalały i zmieniły w gwar niewyraźny. W téj chwili Stogniew się ukazał w progu. Spojrzał na pochmurne pańskie oblicze i nie śmiał ust otworzyć.
— Na Peruna! — zawołał Mieszko. — Całe chyba to stado precz rozegnać potrzeba, zamiast pociechy i spoczynku, waśń tylko i męka z niemi.
Ręką groźnie zamachał w powietrzu.
— Do Peruna! te białogłowy z ich językami! powtórzył.
Stogniew zdawał się czekać na rozkazy, ale Mieszko się zadumał, i zbył go posępném wejrzeniem.







VI.



Włast pozostał na dworze Mieszka, chociaż, mimo iż mu kneź twarz okazywał łaskawą, inni nań koso patrzali. Domyślano się w nim znać tego czém był w istocie — chrześcianina — a tu to znaczyło tyle, co niemiec i wróg. Spokojna i pokorna postać młodzieńca nie przypadała zresztą do butnego i rycerskiego dworu, który ciągłą oddychał wojną lub zabawiał się łowami i zapasami siłaczy. Ściągano nieustannie i zbrojono, a przysposabiano ludzi, jakby nazajutrz wojna miała wybuchnąć — bo na granicy nigdy spokoju nie było. Ztamtąd przychodziły wieści, dniem i nocą, szczególniéj o czynnościach srogiego nieprzyjaciela Słowian, markgrafa Gerona. Mieszko, jeśli się osobiście nie mieszał do drobnych tych utarczek, podsycał je, wywiadywał się, pomagał potajemnie. Kneź sam i wszyscy co go otaczali, mieli już to przekonanie, że do niego należała władza i panowanie nad wszystkiemi plemionami bratniemi, aż do morza, aż za Wisłę, że Szlązko téż i Chrobaty powinny były, prędzéj, późniéj Czechom być odebrane i do Polanów jedności włączone. Wszystko co Gero zdobywał nad Łabą, co zdradą odpadało od bałwochwalstwa i słowiańskiego przymierza, Mieszko uważał, jakby sobie wydarte. Pomagał mu w tém brat po ojcu, choć nie po matce, starszy od niego Sydbór, z ulubienicy Ziemomysłowéj zrodzony, przed zaślubieniem Górki, matki Mieszkowéj, wojak z lat młodych, który żył tylko wojną.
Po matce, która była prostą dziewczyną z lasów kędyś wziętą, Sydbór wziął naturę dziką, upodobanie w życiu swobodném, pod gołém niebem, na zasadzkach, w walce i napadach. W Mieszku szlachetniejsze górowały instynkta, pragnienie panowania, przemyślne poszukiwanie środków — chęć dorównania narodom, które więcéj mogły i umiały.
Sydbór był prostym zapaśnikiem, który chciał się tylko bić i miał upodobanie w rzezi a krwawych walkach. Litości u niego prosić było próżno, nie prosił jéj dla siebie, nie miał dla drugich.
Mieszko dawał mu dowództwo nad niesworniejszymi oddziałami, najtrudniejsze do wykonania polecenia, używał go nie dając mu tchnąć. Sydbór był rad i więcéj nie pragnął. W wyznaczonéj sobie dzielnicy, którą mu brat puścił, nie siedział nigdy prawie, domu dotąd nie miał, rodziny nie pragnął, koczował z oddziałem swym konnicy na wiecznych czatach, włócząc się po nad granicą i gdziekolwiek można było napaść z nienacka, łupu zagarnąć siła i ludzi nabić mnogo. W boju śmiał się i cały krwią obluzgany szalał zwycięztwem. W Poznaniu zjawiał się wołany, często niespodzianie, ale miejsca nie zagrzał. Drugiego dnia już go piekło w pole. Czasem nieopowiedziawszy się kneziowi, ruszał i niewiedziano nawet dokąd. Ruchawy ten i przedsiębiorczy brat byłby może niepokojem nabawiał Mieszka, gdyby w nim dostrzegł jaką chęć samoistnego panowania, ale Sydbór zdawał się nic nie pragnąć nad to życie, które prowadził. A srogi ten, nielitościwy kat na ludzi, którego znano z tego, iż żadnéj winy nigdy nie przebaczył i miłosierdzia nie miał nad nikim, kochał przecie i szanował Mieszka, a nadewszystko czcił i przywiązany był do siostry, która nosiła toż imie co matka jéj — i zwała się Górka.
W osobnym dworze na zamku nad Cybiną, mieszkała ona, pod knezia opieką; miała swą służbę oddzielną i żyła odosobniona. Niewieście towarzystwo żon kneziowskich nie przystało jéj, trzymała się od niego zdala. Mieszko zdawna za mąż wydać ją pragnął, lecz lada komu dać nie chciał.
Górka téż nie wyrywała mu się na świat. — Była ona najmłodszą z rodzeństwa, a gdy Ziemomysł umierał dzieckiem ją zostawił. Doszła lat dwudziestu, wychowując się ze staremi niewiastami, które niegdy matce jéj służyły, wśród wrzawy wojennéj dworu brata, mając upodobania prawie męzkie i charakter Mieszkowemu podobny. Górka była teraz piękną ciemnowłosą dziewicą, silną i śmiałą, któraby jak owe czeskie dziewczęta chętnie poszła na wojnę, gdyby jéj pozwolono. Wszystko co Mieszko sobie poczynał, obchodziło ją mocno, rozumiała go i zgadywała, choć go pytać nie śmiała, a jak jemu marzyło się szerokie panowanie nad zjednoczonemi plemionami, tak jéj téż zaślubienie jakiegoś knezia, któryby Mieszkowi z orężem stanął do boku.
Kneź szanował siostrę i lubił ją, ale niczém było jego przywiązanie do niéj, przy cześci a uwielbieniu dzikiego Sydbóra, który ile razy nad Cybinę przybył, zawsze téj siostrze musiał dań jakąś przywieźć, a najszczęśliwszy był, gdy go do niéj dopuszczono. Górka z tym przyrodnim swym czyniła co chciała, a gdyby mu najdziwniejszy rozkaz wydała, spełniłby go nieochybnie, o niebezpieczeństwo nie pytając.
Nazajutrz po przybyciu Własta, rano nadciągnął właśnie Sydbór, a jeszcze do wrót nie doszedł, gdy już na grodzie panowało poruszenie wielkie i wszyscy biegli widzieć go nadciągającego. Wyszedł i Włast... W przedsieniu stał Mieszko otoczony dworem, czekając także na zapowiedzianego gościa, gdy zdala od wałów pokazał się orszak jego. Nie był on zaprawdę świetny, ale dziwnie wyglądał. Stu może ludzi konnych, na żwawych mierzynach prowadził z sobą Sydbór... Sam on jechał przodem — istny wódz dzikich, czerwony, czarny, zarosły, w odzieży jaskrawéj i naszywanéj blaszkami a świecidły, w czapce z pióropuszem nieco oszarpanym, obwieszony bronią wszelkiego rodzaju, któréj miał tyle ile się jéj u pasa, na ramionach, przy koniu, w rękach mogło zmieścić. Jeden miecz wisiał u pasa, drugich dwa tkwiło za nim, młot miał pod ręką, łuk na plecach, procę na ramionach, dzidę i oszczep poczepiane misternie. Komu innemu ta mnogość narzędzi więcéjby przeszkadzała niż dogadzała. Sydbór ich z taką zręcznością umiał używać, iż nic zbyteczném dlań nie było. Tarcz zwykle miał uwieszoną tylko przy koniu i mało jéj używał.
Ludzie jego mieli wszyscy grubo kute pancerze łuskowe i blachy, niektórzy kaftany, dzidy, szable krzywe, oszczepy, i odziani byli jednakowo, co naówczas wielki przepych stanowiło. Jak Sydbór, tak jego drużyna cała wyglądała strasznie. Nie było jednego całego... twarze porąbane, ciała sińcami okryte, oręże poszczerbione, na wszystkiem krwi i pyłu pełno.
Pomimo to szli butnie, raźno i z twarzami wesołemi, jakby w tryumfie. Tłumaczyło się to tém, że w pośrodku orszaku ich, szło jakby stado ludzi powiązanych sznurami, poczepianych z sobą, starców, młodzieńców, kobiet i dzieci.
Sydbór napadł na osadę niemiecką pod gródkiem nad Odrą nie dawno założonym, i wszystko co znalazł zagarnął, wieś puściwszy z dymem. Zabrane konie i bydło, pędzili osobno ludzie, którzy się wolniéj ciągnęli...
Wszyscy ci niewolnicy, odarci i pobici, na których twarzach i ciałach rany ledwie pozasychały, przerażający widok przedstawiali, nieméj a wściekłéj rozpaczy. Jak tylko orszak ten stanął w podworcu, kilka niewiast padło spoczywać na ziemię, a kilka zwaliwszy się nie powstało już więcéj. Kupka dzieci nagich, z włosami rozczochranemi jęczała i płakała, a wojacy je dla uspokojenia smagali.
Z wrzawą, jękiem, śmiechem i płaczem przyciągnął tak Sydbór przed Mieszka, pokazując mu na zdobycz swoją, i z konia jeszcze rozpoczynając opowiadanie o wyprawie. Mowę jego jąkliwą, trudno było zrozumieć, ale to co wiódł z sobą wymowném było.
Na widok ten i Mieszkowi oczy się zaśmiały. Śmiech i radość były usprawiedliwione, bo tak samo i gorzéj w pętach prowadzono słowian branych nad Odrę — a margraf Gero nietylko mieczem, ale zdradą tępił to plemię, któremu nie mógł dać rady.
Zbiegło się co było ludzi na grodzie, po części niewolnikom, w części znanym wojakom Sydbóra się przypatrywać i rozpytywać kędy bywali. Zaglądano do niemców, dopatrując w nich ludzi zdrowych do pracy i posługi. Niewolnik wówczas był drogi i pożądany...
Zdala patrzał i Włast... a twarz mu pobladła nagle na widok siwego odartego staruszka, który zaledwie łachman mając na sobie, obnażony, wychudły, do ran prawie skrępowany sznurami, ze spuszczoną głową stał ledwie się mogąc na nogach utrzymać. Krótko ostrzyżone włosy, a na wierzchu głowy wygolona korona, która pośmiewiskiem była dla pachołków Sydbóra — dały w nieszczęśliwym poznać chrześciańskiego kapłana.
Włast mimowolnie załamał ręce, szczęściem nim postrzeżono ten ruch, zdradzający politowanie, miał czas się opamiętać.
Po tym okazie łupów i zrzuceniu przed Mieszkiem różnego naczynia, oręża, szat pobranych na kupę, wśród któréj Włast dostrzegł srebrny kielich kościelny i dwa lichtarze... gdy ludzie jedni zabierali do skarbca zdobycz, a kneź brata schylonego przed nim po ramieniu klepał, drudzy z gromadą niewolnika, powoli odciągnęli ku szopom dla wypoczynku.
Kneziowie oba weszli do dworu, służba, komornicy, gawiedź pozostała rozwiadując się o wyprawie, śmiejąc i pokrzykując wesoło.
Włast, którego widok ten przejął litością jako chrześcianina i kapłana, jako długi czas w niemczech i z niemcami żyć nawykłego... stał osłupiały, myśląc coby mógł począć, aby starca, którego znał, mógł z niewoli srogiéj wydobyć.
Przychodziło mu na myśl rzucić się do nóg kneziowi, gdy doń przypuszczony zostanie, i prosić go o darowanie staruszka, który bezsilnym będąc, mało na co komu mógł się przydać.
Stał tak jeszcze zamyślony, gdy poczuł, że go ktoś za rękaw pociągnął. Obejrzał się i zobaczył za sobą staruszkę obwiniętą płachtami białemi, która cóś po cichu szeptała mu do ucha... Nie mógł jéj zrazu ani zrozumieć, ani się domyśleć, czegoby od niego chcieć mogła. Stara odwiodła go na stronę, i odezwała się.
— Wy to jesteście Luboniów syn? coście dwanaście lat przebyli w niemieckiéj niewoli...
— Tak — rzekł Włast — ja nim jestem.
Stara popatrzała nań długo...
— A pamiętacie wy Srokichę?
Włast, któremu się wspomnienia młodości zatarły w pamięci, zaledwie to imie mógł przypomnieć.
— Tak nazywali u nas w Krasnéj-górze, poczciwą niewiastę, co mnie po śmierci matki swoją piersią karmiła.
Staruszka objęła mu kolana, a potém prędko podniosła oczy i załzawione razem, i rozpromienione.
— Gołąbku mój! dziecko moje! Toć to ja jestem Srokichą... Ojciec twój darował mnie do dworu kneziowi, bom umiała leczyć i zamawiać. Dali mnie do kniehini, do Górki... siedzę przy niéj, biedną dziewczynę zabawiając jak umiem. Gołąbku mój! dziecko moje! A! cóż to z ciebie niewola zrobiła... Jam myślała karmiąc ciebie, że jak dębczak wyrośniesz, a tyś jak leszczyna wiotki i wątły.
Włast przypatrywał się staruszce... z rozrzewnieniem, powoli na myśl przychodziły mu lata młode, które zawsze urok wielki mają. Łza mu się kręciła w oku. Chciałby był czémś obdarzyć staruszkę, mamkę swoją, nie miał nic. Nie widać téż po niéj było ubóstwa i potrzeby, odzież miała dostatnią, płótno białe i cienkie, a ręce niezapracowane okazywały, że wczasu używała.
— Gołąbku mój — powtórzyła cicho Srokicha — chodź ze mną, ja cię kniahini[8] mojéj pokażę... bo ty tak jak dziecko moje. Krew w tobie żupanów i władyków, ale mleko téż moje płynie.
Ocierała łzy stara i pragnąc i nieśmiejąc głaskać swojego wychowańca, który się jéj smutnie uśmiechał.
— Chodź — dodała — knehini[9] dobra pani, piękna pani, miłosierna. Sama jedna, męża nie ma, nudno jéj w świecie, bawić ją trzeba to śpiewami, to gadkami — niechajże się pobawi słuchając o twojéj niewoli. Ja cię do niéj zaprowadzę.
Włast stał nie bardzo rad zaproszeniu, ale staréj nie śmiejąc się opierać, myślał przy tém, że jako chrześcianin i kapłan, winien był zbliżać się do ludzi, aby choć probować nawrócenia.
Stara wiodąc go za sobą, przeszła część podwórza, aż do drugiego dworu kniehini, otworzyła sobie wrotka boczne i niemi Własta wpuściwszy, zaraz je za sobą zasunęła.
W podwórku niewielkiém cicho było — i zielono. Całe ono jakby ogródek bujno zarosły stanowiło... W pośrodku była lipa stara rozłożysta, po rogach w plecionych z łoziny klatkach świergotały zamknięte ptaszki. Maleńka sarenka chodziła gryząc trawę swobodna, a gdy ujrzała wchodzącą Srokichę, stanęła, podniosła główkę z oczkami czarnemi i nóżką tupnęła... a za nią postrzegłszy obcego pierzchnęła w drugi koniec podwórza.
Stara kazała się Włastowi zatrzymać, ławę mu pod ścianą pokazując, aby sobie na niéj spoczął, a sama poszła do kniehini.
Z okien na podwórze wychodzących, kilka głów wyjrzało, przypatrując się oczekującemu i znikło... przypatrywała mu się i hodowana sarenka, to przybliżając, to uchodząc, a nad głowami ptaszki szczebiotały.
Po dosyć długiém oczekiwaniu, ukazała się wreście Srokicha, i dała znać Włastowi, by szedł za nią.
W trzeciéj izbie z oknami zwróconemi na podwórze, przeszedłszy dwie puste pełne niewieściego sprzętu, znalazł Włast Górkę.
Stała spodziewając się go, w pośrodku komory, całéj przystrojonéj w kwiaty i kobierce; z rękami na piersiach założonemi, w postawie prawie męzkiéj, piękna, ale surowéj twarzy kniehini.
Była tak podobną do Mieszka, iżby ją za siostrę jego wszędzie poznać było można. Piękniejszą była nie inną, ten sam rozum i zadumanie miała w twarzy i dumę tę samą.
Ubrana w suknie krasne, z wianuszkiem na głowie, którego dziewice nigdy naówczas nie zrzucały — oczyma bystremi od wnijścia zaraz zmierzyła Własta ciekawie...
Stara sama jéj do kolan przypadłszy, jemu téż paść do nóg pani kazała, co Włast dopełnić musiał. Nim on otworzył usta, Srokicha za niego mówiła już o dwunastoletniéj niewoli jego, skarżąc, że tak ona go znękała i wysuszyła. Kniehini stała długo milcząca... patrzała, i nierychło dopiero głosem męzkim, rzuciła pytanie, czy go bardzo niemcy męczyli.
— Miłościwa kniehini — odpowiedział Włast — żadna niewola rozkoszą nie jest, lecz i między niemi są ludzie litościwi.
Górka potrząsnęła głową...
— Daleko was pędzili? — zapytała.
Włast tedy rozpowiadać zaczął, jako był na dworze cesarskim, a z nim w téj ziemi, która nie zna zimy, i w któréj cuda prawie widzieć można, tak piękną jest i ludną.
Wspomnienie o cesarzu, o tych krajach oddalonych, o cudach żywo dopiero zajmować zaczęło kniehinię i pytała już, a przysłuchiwała się bacznie. Opowiadanie, którego Srokicha téż słuchała bardzo chciwie, byłoby długo może trwało, gdyby hałas w podwórzu nie zwiastował gościa nowego. Nim stara rozmyśliła co z Włastem uczyni, wparł się już Sydbór do siostry... otworzył drzwi, i przypadłszy do niéj bił jéj czołem, całując kraj szaty, śmiejąc się i ryhocząc, że ją mógł widzieć.
Górka mu rękę swą białą położyła na ramieniu, i uśmiechnęła się nie jak bratu, ale jak słudze, pytając kędy bywał, i z czém powracał.
— Miłościwa Kniehini — bełkotał dziki wojak, ciągle się śmiejąc i patrząc jéj w oczy — byłem daleko, wpadłem aż do niemieckich wsi w granicy, dwie ich spaliłem, niewolnikam nabrał, bydła i koni, i bab i dzieci... a oto dla ciebie kniehini — bo ja o was nigdy nie zapominam... wybrałem co najlepszego.
To mówiąc wskazał jéj, aby nastawiła ręce... Górka podniosła nieco połę sukni... a Sydbór począł wyjmować z zanadrza, sypać jéj śmiejąc się na nastawioną połę, pierścienie, kolce złote, i ozdoby kobiece. Przy jednym z kolców, trzymała się część ucha oderwanego z niém razem, ale nikt nie spojrzał na to.
Sydbór śmiał się chwaląc łupem, kniehini zdawała téż nim cieszyć... lecz dziękowała bratu, bez wielkiego zapału. Po chwili wszystkę tę zdobycz oddała staréj Srokisze do schowania, a wojak począł opowiadać jak palił i zabijał.
Włast stał jesze[10], lecz nie miał już tu co robić, nikt nań nie patrzał, pokłoniwszy się więc, dał znak staréj, ażeby go wypuściła.
Wyszła ona za nim — a w komorze kniehini słychać już było tylko dzikie śmiechy Sydbóra. Wypuszczając dziecko swe stara szepnęła mu, gdzie i jak znaleść ją może, jeśliby czego potrzebował. W istocie ona to go najwięcéj widzieć i cieszyć się nim potrzebowała.
Wyszedłszy ze dworu kniehini, Włast, któremu na pamięci stał ciągle obraz starca niemiłosiernie skrępowanego — choć nie wiedział gdzie go miał szukać, postanowił iść dowiedzieć się o niewolniku, aby mu być jaką pomocą.
Lecz na grodzie obszernym, szop i budowli tyle było różnych, żem[11] w nich łatwo mógł się obłąkać. I byłby długo musiał szukać jeńców, gdyby tłum gawiedzi dworskiéj, otaczający ich, nie wskazał mu gdzie byli. Starszyzna wojskowa gromadziła się tu, wcześnie sobie upatrując ludzi, których zamianą, darem lub za zapłatę dostać sobie mogła do usług. Brańcy i branki leżeli tu na ziemi, pędzeniem długiém i nielitościwém znużeni, pospierani jedni na drugich.
Ponieważ lękano się, by z długiego nie pomarli głodu, rzucono im chleba suchego i postawiono wiadro z wodą. Niektórzy chciwie gryźli spleśniałe okruchy, inni pili — większa część bezmyślnym snem ujęta, nie lękając się już ani razów, ani śmierci, leżała jak martwa.
Włast z trudnością się mógł przecisnąć przez ciżbę... szukając oczyma staruszka... On jeden siedział nie pijąc, nie jedząc, nie mogąc usnąć, ze spokojną rezygnacyą człowieka czekającego na śmierć. Mógł się jéj spodziewać, bo sił do pracy nie miał, stary był, a karmić go darmo, niktby nie chciał może. Wzięto go z tłumem, przy rabunku kościoła — nie ubito na drodze, ale zbliżała się chwila, gdy ich przebierać miano.
Zwolna obchodząc jeńców, Włast się zbliżył do starca tak, że oczy jego błądzące bezmyślnie po tłumie, na nim się zatrzymały.
Poznał go, prawie przerażony... chciał się ruszyć, lecz więzy nie dawały. Wśród gwaru panującego do koła, łatwo do siebie przemówić mogli.
— Ojcze Gabryelu — rzekł Włast — jakżeście się tu dostali?
— Ojcze Matia? — odparł niewyraźnie starzec — zkąd wy tu?
— Jam powrócił — musiałem.
— Jam schwycony — jam w niewoli — mówił starzec — wola pańska... gotówem na męczeństwo. Patrzałem na kościółek mój splugawiony, na świętokradztwo... o Boże! los własny mnie nie obchodzi.
— Ale mnie on na sercu leży — ojcze Gabryelu — i jeśli potrafię — ja was uwolnić muszę.
— Po co? — zapytał stary — kościół mój spłonął i obalił się — owieczki rozbite... pasterz nie potrzebny.
I głowę na piersi pochylił.
— Ojcze Gabryelu — bądźcie dobréj myśli — idę prosić za wami.
— Proście za sobą, ojca miłosierdzia — odezwał się staruszek — aby wam dał wytrwać w wierze... Bóg niech was błogosławi.
Związaną ręką krzyżyk zrobił staruszek...
Nie miał już tu Włast co więcéj czynić — wysunął się więc co najrychléj i spieszył nazad do dworca książęcego. Lecz tu docisnąć się teraz ani pomyśleć było można.
Jakieś kneziątko Obodrytów, z gromadą Lutyków przybyło właśnie, i do Mieszka wpuszczone zostało.
Wrzawliwa narada odbywała się z niemi w wielkiéj izbie. Mieszko siedząc na stolicy swéj, otoczony dworem licznym i zbrojnemi ludźmi przyjmował ich uroczyście. A że po kilkakroć doświadczył ich niewiary i krzywoprzysięztwa, łajał więc i bezcześcił przybyłych, którzy go na kolanach przebłagać się starali i posiłki sobie a opiekę wyprosić. Przez otwarte okna od podwórza widać było tę scenę we wnętrzu... klęczących starców brodatych, i z siedzenia swego groźno im odpowiadającego Mieszka.
Groził im nawet śmiercią, ale zwolna gniew się uśmierzać zaczął, i łagodniejsza zaczęła umowa. Trwało jednak długo spieranie się z ludźmi do niesfornego krzyku nawykłemi, którzy więcéj narzekali niż tłomaczyli się, a prostemi słowy powiedzieć nic nie umieli. Kilkakroć zrywał się ku nim kneź, jakby wpaść chciał i rozgromić, wstawali oni i klękali, bili czołem o ziemię — wreszcie zgodą się skończyło wszystko — i miód przyniesiono, a potém stół im zastawić kazano.
Nadejście Sydbóra, wracającego od siostry, nie ułatwiło zgody, bo dziki kneź nastawać począł, na Lutyków zwłaszcza, i ledwie się dał ukoić.
Cały ten dzień prawie zszedł na takich sprawach, Włast musiał czekać zbliżenia się do pana, nie mogąc o nic prosić.
Wieczorem dopiero pozwał go Stogniew do knezia. Składało się nad spodziewanie szczęśliwie. Mieszko kazał iść Włastowi ze Stogniewem razem, dla przebrania niewolnika i rozpytania go, bo mało kto język ich dobrze zrozumiał.
Mieszko, baczny we wszystkiém, kazał rozbadać czyby między jeńcami rzemieślników nie było, szczególniéj płatnerzy, kowalów i tych, co około oręża chodzić umieli.
Chwycił się téj zręczności Włast i do nóg pokłoniwszy się Mieszkowi, opowiedział mu, iż między niewolnikami znajdował się starzec mu znajomy, który niegdyś dobrze się z nim w czasie pobytu jego wśród niemców obchodził. Prosił więc uniżając się, aby go mógł dostać.
Zamyśliwszy się nieco kneź, skinieniem głowy zezwolił na to, i dał rozkaz Stogniewowi, by starca Włastowi dano. Podziękowawszy za tę łaskę, szedł weselszy już spełnić dane rozkazy. Jeńców znaleźli leżących tak kupą na ziemi i powiązanych jak przybyli. Włast sam podbiegł porozcinać sznury staremu ojcu Gabryelowi i opończą go przyniesioną okrył...
Posadziwszy go pod szopką, począł potém obchodzić wszystkich, pytać i rozdzielać. Wnet część jedną dano na chaty do miasteczka, do rzemiosł różnych, innych rozebrała starszyzna, dzieci téż rozdzielono różnie... często osobno od matek. Dwa czy trzy trupy, i kilka dogorywających zostało na placu, około których Psiajucha się kręcił, bo ci do niego należeli.
Wieczór był późny, gdy rękę podawszy osłabłemu starcowi, Włast, który sam liche miał pomieszczenie w ciasnéj izdebce ciemnéj bez okna, gdzie tylko posłanie się mieściło, poprowadził do niéj ojca Gabryela, sam wybierając się do Srokichy, aby dlań dostał posiłek jaki, i czémby wycieńczonego mógł pokrzepić. Ciepła noc letnia, jemu dozwalała i u drzwi téj ciupki na twardéj ziemi położyć się na spoczynek.
Ocalony kapłan, jak posłuszne dziecię, poszedł za swym oswobodzicielem, czyniąc co mu było rozkazano. Włast sam go nakarmił, układł, poobwięzywał rany od sznurów, i okrywszy na noc, ucałowawszy ręce starca, cofnął się, aby na straży pozostać u progu.







VII.



Upłynęło dni kilkanaście podobnych do pierwszych, które Włast spędził na dworze książęcym. Nie zmieniło się nic. Kilka razy prosił, aby go do Krasnéjgóry do ojca kneź raczył odpuścić, ale na to nie otrzymał zezwolenia. Razem z oswobodzonym O. Gabrielem, który leżał chory i ruszyć się nie mógł, pilnując go i karmiąc z pomocą staréj Srokichy, niebardzo chętnéj dla niemca, Włast pozostać musiał wpośród nieprzyjaznego dosyć dworu. Patrzano nań zawsze niechętnie.
Kilka razy w wolniejszych godzinach kneź kazał go pozywać do siebie, zawsze zwracając rozmowę to na wiarę nową i ostrość jéj, to na niemców i ich cesarza a jego siły. Włast ośmielił się nieco i czuł się w obowiązku jeśli nie nawracania knezia, to przynajmniéj do oswajania go z chrześciaństwem i jego potęgą. Pomagało mu do tego wiele, iż najpotężniejszy naówczas władzca ziemi czeskiéj, Bolesław, którego państwo rozciągało się od Wełtawy do Styru, obejmując Chrobacyę, Ruś, Szlązko, kraje niezmiernie rozległe, pomimo wstrętu, jaki czuł on i matka jego ku chrześciaństwu, mimo popełnionego na pobożnym a świętym bracie morderstwa, sam wreszcie musiał przyjąć tę wiarę i ocalił Czechy, wchodząc w przymierze z cesarstwem.
Mieszko tłumaczył to sobie grozą najazdów węgierskich, przeciw którym Czechy się obronić nie mogły; lecz nowa wiara płynęła z zachodu z siłą tak nieprzepartą, iż nie pozostawało i jemu nic nad to, by albo ją przyjąć dla ocalenia lub paść w walce daremnéj.
Kilka razy w ciągu tych dni kneź posyłał i pytał niecierpliwie o Dobrosława, wyprawionego do Pragi, przychodziły mu na myśl posądzenia nawet, iż mógł go zdradzić i nie chcieć powracać, gdy jednego rana zjawił się pożądany poseł.
A chociaż dnia tego znowu wyprawiano ludzi na Pomorze, których Sydbór wiódł dla pomszczenia jakiegoś napadu, choć byli posłowie od Łużyczan i Dulebów, Mieszko natychmiast powołać do siebie kazał Dobrosława i sam na sam się z nim zamknął.
— Mów — rzekł — mów mi wszystko co widziałeś, coś słyszał, co mi przynosisz.
Czarne oczy knezia, pałające ogniem niespokojnym, nagliły Dobrosława do jak najspieszniejszéj odpowiedzi. A człek, co miał tak niecierpliwie oczekiwane przynieść wiadomości, był powolny, rozmyślny i ważący mowę swą a wyraz każdy; niepewny siebie, jeśli nie bojaźliwy, to do zbytku rozważny. Zbierał więc myśli, gdy Mieszko posądzający go, że się ociągał tak, bo nic mu dobrego nie przynosił, płonął już gniewem przedwczesnym. Pierwsza myśl, jaka mu się nastręczyła, była, że Bolesław teraz gorliwy chrześcianin, mógł mu tak wzgardliwie odpowiedzieć, jak Świętopełk Morawski ochrzczony poganinowi Borzywojowi, przybyłemu doń w gościnę, gdy do stołu zasiąść mieli.
— Niegodzieneś siąść przy mnie... ze psami usiądź i jedz na ziemi...
Spostrzegłszy Dobrosław ognistą twarz pana, strwożył się wielce.
— Miłościwy panie, pozwólcie mi powiedzieć jako umiem, to com widział i co słyszałem, złego nie przynoszę nic, ani słowa wzgardy, ani niechęci, owszem pokój, zgodę i przyjaźń od knezia Bolesława...
Twarz Mieszka się rozchmurzyła, odetchnął.
— Strasznyż ten Bolko Luty, ten zwierz okrutny?.. — zapytał.
— Czasy te minęły, gdy Bolko był tak okrutnym — mówił Dobrosław. — Ze śmiercią i ucieczką Drahomiry, dawno zmieniło się wszystko. Bolesław zestarzał, osłabł... pokutuje dobrowolnie za przelaną krew... on i jego dzieci... Strachkwas, ten syn co się narodził w dzień zabicia Wacesława, jest duchownym chrześciańskim, Młada, córka jego, zamknięta w klasztorze u św. Jerzego... zabity brat za świętego jest poczytywany i po śmierci czyni cuda.
Mieszko się rzucił z dziwnym śmiechem. Dobrosław zamilkł.
— Co uczynił z bratem — rzekł kneź — wiedział dlaczego... państwo podzielone być nie mogło... Ale mógł mu oczy kazać wyłupić, niechby żył... A że książątek nieposłusznych nabił dużo... dobrze uczynił — dodał — inaczéjby nie panował i nie obronił się. Srogi jest, ale rozumny... przebiegły...
Dobrosław milczał.
— Mów, silny on jest? — zapytał.
— Siły jego nie znam, lecz wiem to — począł Dobrosław — iż go i cesarz szanuje, a ma za sprzymierzeńca... i niemcy się go boją, i Ugrowie siedzą cicho...
— Rozumny jest! i ja szanuję go — odezwał się Mieszko — i dlatego chcę jechać do niego, rękę mu podać, a powiedzieć, bądźmy jako dwaj bracia... a nie zapotrzebujemy cesarza ani niemców, ni ty ni ja... i będziemy silniejsi od nich... Ziemie to nasze, język nasz... nie damy ich... Panujmy we dwu...
Zamilkł chwilę i cicho mruknął do siebie.
— Potém, gdy bezpieczni będziemy od Ugrów i niemca, zobaczymy, między nami komu dane ma być panowanie... Ziemie nasze ciągną się szeroko... a to co nam wydarł cesarz, odbierzemy... Co on mówi? — spytał Mieszko — co myśli o mnie?
— Miłościwy panie — odparł Dobrosław — kneź Bolko Luty mógłby równie nazwać się Milczącym jak Sierdzistym... nie mówi on nic, a głosu dobędzie wówczas chyba, kiedy miecz chowa... Rzekł mi tylko: Zechce przybyć Mieszko, rad mu będę. Chce bym go uczcił jak brata, uczynię to... zapragnie, abym go wrzekomo nie znał, udam, jakobym nie wiedział kto jest...
Kneziowi oczy zajaśniały.
— Dobrześ sprawił twe poselstwo — rzekł — a powiedzie się li podróż moja, do któréj wnet gotować się każę, otrzymasz nagrodę i łaskę moją mieć będziesz...
Nie skończyło się na tém badanie, ponieważ Dobrosław nie po raz pierwszy na dworze pragskim przebywał, a dzieje tamtejszych książąt znał; pytał o nie Mieszko i o wszystko, co zasłyszał... o krwawych przygodach rodu tego, dziś pokutującego za krew przelaną, pytał o stolicę i gród, i o kraj, czyli ochrzczony był cały, i jak lud nową wiarę przyjmował, a jak go do porzucenia dawnéj skłonić umiano.
Wreszcie o całym rodzie Wratysławiczów dopytując Mieszko, jął badać, czyliby dziewki kneziowskie niepoślubione były i dlaczego mężów nie znalazły?
Jął tedy Dobrosław opowiadać, iż jedna z nich Bogu życie swe poświęciła, zkąd dziewice za mąż nie wychodzą; a druga, dojrzała już, Dubrawka, wolną była.
— Widziałeś Dubrawkę tę? — zapytał kneź ciekawie.
— Obyczaj chrześciański nie zakazuje się pokazywać niewiastom i zamykać ich nie zmusza, przychodzą one i obcują wraz z mężczyznami... Na dworze więc Bolka Lutego — mówił Dobrosław — widziałem Dubrawkę. Dziewica jest urodziwa, dorosła i dojrzała, wesoła i śmiała jak na kniehinię przystało... Śpiew i pląsy lubi... odwagę ma męzką prawie, a rozum téż jak niewiele niewiast miewa...
Zamilkł zamyślony Mieszko, lecz nie odpuścił jeszcze Dobrosława, pytał znowu, jaki był na dworze porządek i dostatek, jak tam jechać przystało i okazać się, skromnie czy pańsko. Wielkiego pocztu z sobą prowadzić wskroś przez Łużyce i czeską ziemię nie było podobna, w kilku się przekradać dla knezia nie przystało. Dobrosław w kilkadziesiąt koni radził wyruszyć i obiecał prowadzić tak lasami, wymijając gródki łużyckie i czeskie osady, idąc za biegiem Łaby i Wełtawy, iż niepostrzeżeni prawie do Pragi saméj przybyć mogli, jakby na łowy się wybrawszy.
Nie chciał téż Mieszko, aby u niego w domu ktokolwiek wiedział o celu podróży, ani było we zwyczaju oznajmywać o tém. Zaraz nazajutrz do drogi sposobić się miano, wybierając do orszaku zaufanych ludzi, najlepszą zbroję, najpiękniejsze konie, najświetniejsze szaty, a dla knezia Bolka wspaniałe dary. Stogniew, który nigdy nie odstępował Mieszka, Dobrosław i Włast, dlatego że oba chrześcianami byli i za tłumaczów służyć mogli, oprócz tego komornicy najulubieńsi, którym nie mówiono dokąd kneź jechał, wyznaczeni zostali. Włast, przypomniawszy starego O. Gabriela, którego chciał uwolnić, odważył się prosić za nim, by i on mógł kneziowi towarzyszyć. Zmarszczył się na to kneź, ale zezwolił, nakazując tylko, aby starego jeńca ludzie między siebie wzięli. Nie chciał aby widocznym był i dał odgadywać drogę, którą się udać mieli... Włast miał potajemną nadzieję, iż raz między chrześcian się dostawszy, uwolnić go potrafi.
Gdy Mieszko, wydawszy Stogniewowi rozkazy, obu ich nareszcie odpuścił, Dobrosław i Włast wyszli razem. Na grodzie z sobą mówić nie mogli, lękając się, by ich nie podsłuchano, wyszli więc za wały, w pole nad rzekę i tam sam na sam siedli.
Dobrosław nie mógł się powstrzymać, by z radości nie uściskał Własta.
— Rozradowane serce moje! — zawołał w uniesieniu — stało się o co prosiłem Boga... Mieszko nasz jedzie do Bolka... a rozumny pan, ujrzy tam, że nic mu nie pozostało ino wiarę tę przyjąć, bez któréj my ocaleni być nie możemy. Z nią do nas przyjdzie wszystko... i ziemia nasza zakwitnie, a niemcom odjęty będzie pozór prześladowania... Jeśli się nie mylę, Mieszko chce być chrześcianinem, ale się lęka...
— On? a kogóż lub czegóżby się miał trwożyć?.. — zapytał Włast.
— Dwanaście lat nie byliście z nami — począł Dobrosław — nie znacie co się u nas dzieje... Starą wiarę, którą lud żyje i oddycha, w któréj się narodził, urósł, niełatwo wytępić... Policzmy, ile nas tu jest chrześcian, a ilu nieprzyjaciół?.. W chwili, gdy przyjmie chrzest pan nasz, wszystko co mu służy dziś, obróci się przeciwko niemu...
— Lecz siłę ma? — rzekł Włast.
— I ta siła stanie po stronie ludu... Mruczą już teraz i odgrażają się... Patrzą na nas groźnie, choć tylko posądzają...
— Nie przetoż — rzekł Włast — ulęknąć się potrzeba i w błędzie pozostać... Bóg pomoże...
— Tak — dokończył Dobrosław — ale krwi wiele się przeleje...
I westchnął smutnie.
Gwarzyli tak długo jeszcze, gdy wreszcie Włast, który kneziowi nazajutrz miał towarzyszyć i potrzebował nad to od ojca pozwolenia i wyprawy, pożegnawszy Dobrosława, na koń siadł, aby jechać do Krasnogóry, zkąd nocą mu powrócić było potrzeba.
Droga była mu dosyć dobrze dawniéj znaną, oddalenie niewielkie, sam jeden więc, konia wziąwszy puścił się, aby przed wieczorem stanąć u ojca. Więcéj niż on sam, koń go do domu i żłobu prowadził. W Krasnéjgórze znalazł ten spokój, jaki tam zostawił, wybiegła przeciw niemu Hoża, szczebiotaniem go witając, ukazała się z za węgła z nieodstępną kądzielą stara prządka, twarzą pochmurną dosyć zwracając się do wnuka, naostatek wyszedł Luboń stary, ucieszony syna powrotem, i Jarmierz, który wraz z nim sądził, że Własta kneź puścił do domu.
Skłonił się ojcu do nóg syn i oznajmił, że po wyprawę tylko przybył i dla opowiedzenia się, bo kneź nazajutrz jechał w drogę (zakazano mówić dokąd) i kazał mu być w swym orszaku. Nachmurzyła się twarz Lubonia, ale wola książęca musiała się spełnić. Jarmierzowi kazano wydać co potrzebował Włast, aby wstydu ojcu nie uczynił.
Wszystko co żyło w domu, zbiegło się do przybyłego, który o dworze opowiadać musiał, co widział tam i słyszał. Stara Dobrogniewa milcząc przysłuchiwała się także, ale z twarzą posępną. Wolałaby była mieć na oku wnuka, zwłaszcza że podejrzenia jéj co do chrześciaństwa nabrały teraz większéj jeszcze wagi. Po odjeździe Własta, stara potajemnie rozwiązała zostawione przez niego sakwy i znalazła w nich kielich srebrny, patynę, ampułki, wyszywane przybory do odprawiania mszy św. służące, co wszystko za czarodziejskie jakieś narzędzia chrześciańskich wieszczków mając, wnuka już zgubionym sądziła. Ona jak Luboń nie widzieli innego ratunku, tylko ożenienie go i trzymanie na oku. Pobyt na dworze nie był im na rękę. Gdy oprócz innych rzeczy Włast i swojego zostawionego węzełka zażądał, stara wydała go wprawdzie mrucząc, ale zasępiła się więcéj jeszcze.
Tymczasem dobywano szaty i uzbrojenie, wyprowadzono innego konia i Jarmierz się krzątał pilno około wyprawy syna pańskiego. Luboń napróżno dopytywał, dokąd jechali i na jak długo, i nie zdziwił się, gdy syn mu odpowiedzieć nie umiał, gdyż nie było w obyczaju knezia, naprzód oznajmywać o sobie. Stary ojciec tém się pocieszał, że wyprawa cel musiała mieć wojenny i że syn się zaprawi do oręża.
Zciemniało już nieco, gdy się przygotowania skończyły i na koniu objuczonym, Włast, pożegnawszy swoich, nazad ku Cybinie wyruszył. W pierwszéj swéj jeździe z Poznania miał za przewodnika konia, teraz choć drogę mu rozpowiedziano i on sam ją sobie przypominał, gdy w las wjechał, niebardzo jednak sobie umiał poradzić. Dróg wielkich nie było, gdzieniegdzie lasem i zaroślami prowadziła mało wybita ścieżka. O zmierzchu niedobrze ją było można rozeznać. Puścił się więc kierując mniéj więcéj w stronę, w któréj gród, jak mu się zdało, leżeć musiał.
Noc nadchodziła szybko, pusto było dokoła. Włast niecierpliwy zwracając się raźnie podług swéj myśli, w końcu się zupełnie obłąkał. Las coraz był gęstszy, zarośla niedostępniejsze, a mrok we wnętrzu jego trudno rozpoznać dawał drogę i kierunek.
W gęstwinie żadnego głosu i znaku życia nie było, wreszcie z koniem się przez nią przedzierać coraz stawało trudniéj. Zsiadłszy więc z niego, dla lepszego rozpoznania ścieżek i prowadząc go w ręku, szedł Włast, nie wiedząc dobrze co pocznie.
Dosyć już długo błądził tak, coraz mniéj mogąc zmiarkować, w którą się miał kierować stronę, gdy w głębi lasu zdala postrzegł światełko.
W miejscu tém podnosiło się nieco wzgórze lasem zarosłe i ogień rozpalony był na jego wierzchołku; kłęby czerwonego dymu wiły się wpośród drzew i płomienie oświecały wysokie pnie starych dębów. Włast zbliżając się dostrzegł jakby gromadę ludzi, z których jedni stali, drudzy siedzieli dokoła ogniska. Uszu jego dochodziły stłumione i zmięszane głosy.
Niepewien będąc na kogo trafił, i lękając się, aby go samotnie jadącego nie odarto, przywiązawszy u dołu konia do pnia sosny, sam pieszo poszedł pocichu na zwiady. Ostrożnie się przedzierając przez krzaki zwolna zbliżył ku wierzchołkowi wzgórza, tak że mógł już ukryty za kłodą obaloną dojrzeć i słyszeć, co się tu działo.
Płaszczyznę wzgórza okrywały rzadko rozsadzone drzewa olbrzymie. W pośrodku najogromniejszy z nich stał dąb rozłożysty, którego gałęzie wielką przestrzeń ziemi osłaniały. U pnia jego głaz mchem obrosły, napół w ziemię wpadły, widać było przy ognisku. Kilkunastu ludzi z brodami długiemi, z dzidami i kijmi w ręku, stało nieopodal, kilku siedziało. Naczynia gliniane na kamieniu rozstawione były.
Z kolei starcy ci głos zabierali.
Niektórzy mówili tak cicho, że ich posłyszeć nie było można, inni podnosili głos. Włast, który w ciągu pobytu na grodzie zbliżał się przez ciekawość nieraz do świątyni, postrzegł tu też same twarze, które tam widywał.
Byli to wieszczkowie i gęślarze od kontyny, a z niemi i inni jacyś ludzie. Miejsce musiało być ofiarne, co kamień zdawał się oznaczać. Rozpoznawszy nieco ludzi i twarze, Włast przysunął się bliżéj. Tu mógł już słyszeć co mówili i wyraźniéj widzieć starych, co ołtarz otaczali.
— Z niemcami — mówił jeden — i z ludźmi co u nich żyli, obcuje ciągle, nami on gardzi..! Pieśni posłuchać nie chce, a trafi na nią, to się śmieje i ramionami rusza. Ponawracali na swą wiarę Lutyków i Obotrytów wielu, wzięli Czechów... przyszła koléj na nas... Biada nam... ten nas zgubi... ten, nie kto... z oczów mu to widać...
— U niego na dworze — rzekł drugi — najlepsi ci, co zdradę od nich czuć... Do kontyny po wróżbę nie pośle, gdy idzie na wyprawę, nas nie pyta... wieszczby żadnéj nie chce... niewolnika jak nie zabito na ofiarę, lat już wiele...
— Bojan niech powie — przerwał inny — czy kiedy on albo siostra poszli się pokłonić do gaju, albo złożyli obiatę... nigdy...
Szemrano coś niewyraźnie.
— Czuć u nas to co było w Czechach... kontyny obalą... drzewa wytną... — krzyknął jeden, a niemców zaprowadzą...
— Niedoczekanie ich! — ozwał się potężny głos z ziemi — nie da się lud... obroni bogów swoich... Pilne na niego mamy oko... Stogniew, który ucho jego ma i od boku nie odstępuje nigdy, pierwszy wstanie przeciw niemu... wstaną kneziowie inni, kmiecie wszyscy... uczynią mu co zrobili z Leszkami... Znajdziem wodza innego...
— Lud zbrojny ma w ręku...
— Nie pójdzie z nim na nas... — rzekł siedzący — nie pójdzie...
Gwar powstał znowu.
— Gdy tylko zdrady znak da, ubiją go... — mówił jeden.
— A Sydbór? — zapytał ktoś z tłumu.
— O! ten mu służy jak niewolnik, i uczyni co każe...
— Na co nam Sydbora... mamy innych...
Zaczęli po imieniu liczyć nieznanych Włastowi władyków i kmieci. Niektóre tylko w pamięci utkwić mu mogły.
Na ziemi u kamienia siedzący wywoływał tych, którym ufano.
— Zawist, Nadek, Sulin, Stanieć, Radosz, Besior, Sulenta...
W tém z boku krzyknął ktoś imię ojca jego, Luboń...
— Nie — zaprzeczył drugi — Luboń mu nogi liże...
Gwar i sprzeczka powstała, a ktoś Stogniewa o zdradę zaczął obwiniać. Inni go bronili mówiąc, że pewni byli, iż wiary dotrzyma i swoją ręką gotów ubić pana, gdyby chciał z niemcami trzymać i ich wiarą.
Dość długo trwała rozmowa coraz gwarniejsza, przerywana cichemi szeptami, aż pieśń jakąś starą zawodzić poczęto.
Przerwała ona radę i spory.
Włast już dłużéj słuchać nie mógł i nie chciał, dosyć mu było tego co pochwycił, nazad więc zszedł do konia, którego znalazł z zaplątanemi cuglami u drzewa, siadł nań i na los już puścił się, nie kierując wcale. Noc była nadeszła, gwiaździsta, pogodna ale ciemna, koń instynktem szukając drogi łatwiejszéj, wyprowadził go na łąkę. Zrozpaczywszy by na noc mógł się dostać do grodu, chciał na niéj obozować do dnia Włast, gdy cień idącego człowieka dostrzegł nieopodal się przesuwający. Ozwał się doń nawołując. Człek stanął. Zbliżywszy się ujrzał zbłąkany starca o kiju, znać jednego z tych, którzy na wzgórzu byli na radzie, powracającego do chaty. Zawołał nań o drogę do grodu pytając.
Przypatrzywszy mu się bacznie, stary wskazał ręką kierunek, dodając.
— I ja tam idę. Z boru prędko wydostaniemy się, a za borem widać gród, traficie doń sami.
Na zapytanie, zkądby jechał, odparł Włast, że z Krasnéjgóry, nie znając drogi się zbłąkał, a do grodu mu było pilno.
— A wyście tu obcy? — spytał stary idąc powoli koło konia.
— Obcy nie jestem — rzekł Włast — alem tu nie bywał dawno.
— Wojowaliście?
— Nie — począł spytany — w niewoli byłem u niemców.
— Psie syny — mruknął stary — wszystkich nas oni pobiorą i wprzęgną do pługa... pobrali już braci naszych nad Łabą, nad Odrą, poburzyli kontyny, powycinali gaje... Zdradzili nas knezie nasze i sami do nich poprzystawali... starszyzna nas sprzedała... ale przyjdzie czas i na starszyznę i na nich... Dosyć my się łez napili, drudzy krew pić będą musieli...
Umilkł chwilę stary, ale idąc mruczał jakby przeklinał, a że Włast mu nie wtórował i nie odzywał się, umilkł wkrótce.
Z tych słów i z tego co podsłuchał na wzgórzu, mógł się przekonać Włast, jakie było usposobienie między Polany.
Z lasu wyjechawszy, już widać było zdala rozrzucone światła i ogniska nad Cybiną.
— Jedź — odezwał się stary — wam pilno... ja pójdę pieszo powoli... ze starym się wlec młodemu nudno...
I spuściwszy głowę na piersi, pokazał mu ścieżkę wiodącą do grodu. Włast konia popędził i wprędce stanął u okopów, gdzie straż przy ogniskach leżała.
Nie wstrzymał go nikt, wjechał więc do uśpionego zamku i zabrawszy sakwy swoje, postawiwszy konia, pospieszył do O. Gabriela.





VIII.



Piękny był wieczór kończącego się lata, poza którém już nieco nadchodzącą jesień czuć było. Przeszły lipcowe skwary, noce zaczynały być orzeźwiające i chłodne, drzewa wprzód powarzone upałami zdawały się odżywać nanowo.
W blaskach popołudniowych, w świeżéj téj zieleni drzew zwieszonych koronami nad Wełtawą, jak gdyby wody jéj pić chciały; cudnie wydawała się okolica Pragi, ze wzgórzem Hradszyna, którego mury widać było sterczące wysoko.
Gromadka z kilkudziesięciu ludzi złożona, zbrojnych i dostatnio poprzybieranych, zatrzymywała się właśnie w gaju nad rzeką, dla spoczynku i narady o dalszym pochodzie.
Miasto już ztąd widać było.
Podróżni przybyli z dalekiego znać kraju, konie mieli zdrożone i suknie pyłem okryte. Niektórzy ocierali pot z czoła i zsiadali z wierzchowców, aby się po męczącéj wyprostować jeździe.
Wybrano na to ustronny, cienisty kąt nad rzeką, aby ludzie i konie przed wjazdem do obcego miasta, oczyszczone i przybrane, lepiéj wydać się mogły.
Orszak, mimo że ucierpiał w podróży, okazale się wydawał, składająca go młodzież była urodziwa i silna, konie piękne i pokaźne, opony na nich z sukna cienkiego, broń jednakowa u wszystkich doborna i droga. Sama liczba ludzi towarzyszących panu, który właśnie pod drzewem spoczywał, mówiła o jego znaczeniu, kneziem po drodze mianowali go i ci co go nie znali, czołem mu bijąc nizko.
Z juk na luźnych koniach zdejmowano właśnie co było potrzeba włożyć na konie i ludzi, aby nie ladajako się pokazać u obcych.
Tymczasem gromadka wojaków wesoło się rozpierzchła po okolicy, szukając cienia, pragnąc wody.
Orszak ten stojący chwilowo obozem pod Pragą należał do Mieszka, Ziemomysłowego syna.
Widać było w pośród niego Dobrosława, Wiotkiego, Własta syna Lubonia i starego jeńca O. Gabriela, którzy razem na uboczu się trzymali. Oprócz nich nikt, gdy wyjeżdżali z grodu nad Cybiną, nie wiedział dokąd jadą i po co. Domyślał się może bystrzejszy Stogniew z tego, co wieźli z sobą, że nie na wojnę się wyprawili. Prowadzeni przez Dobrosława drogami mu znajomemi, na pozór bez żadnego drogi śladu, górami i lasami gęstemi, przedzierali się podróżni, idąc za biegiem Łaby i Wełtawy, aż do stolicy czeskiéj, do Pragi. Zręcznie musieli unikać i wymijać gródki nad rzekami, osady w parowach i kupki włóczących się za łupieżą Serbów, niemców i różnych rabusiów zbrojnych. Ale w tém przedzieraniu się cichém, do którego wdrożeni byli, na męztwie i przebiegłości nie zbywało ludziom Mieszkowym. Dobrze zbrojni, silni, byliby się i dwakroć większéj nie ulękli gromady. Na czeską ziemię wszedłszy już śmieléj posuwać się mogli, bo Dobrosław miał słowo książęce... Bolko Luty wiedział o odwiedzinach Mieszka i rad mu był bardzo, różne rachuby wiązały się z tém zbliżeniem dwu kneziów sąsiadujących z sobą. Polański pan i czeski oba pono liczyli na siebie; obu się marzyło może, Bolkowi szczególniéj, który potężniejszym się czuł i o cesarstwo opierał, że pobratyma hołdownikiem, podległym sobie uczynić potrafi.
Zwycięztwo nad Ugrami odniesione wzbijało Bolka w dumę, a podległość cesarstwu czasowa nie upokarzała. Z téj mógł się on wyzwolić, kiedy chciał, a do tego wszak i Mieszko mógł mu być pomocnym.
Przodem wysłany Dobrosław wyrozumiał dobrze, iż tu zdrady nie knują, bo z niéjby nie mieli korzyści.
Mieszko jechał téż w głowie coś obmyślając, przez całą podróż zadumany i chmurny. Raz z noclegu chciał zawrócić nad Cybinę — potém Dobrosława badał znowu, a gdy stanęli na ziemi już ochrzczonéj, niepokój zwiększył się jeszcze. Kneź się wszystkiemu przypatrywał z ciekawością chciwą — czasem z trwogą prawie.
Tu już panował wszędzie ten Bóg wielki, jedyny, potężny, któremu on jeden — poganin nie kłaniał się jeszcze.
Gdzieniegdzie spotykali po drodze, ślady świeżego jeszcze nawrócenia, powycinane gaje święte, obalone ołtarze stare, u krynic pozatykane niedawno krzyże drewniane, ściany rozwalonych kontyn, zielskiem porosłe, wśród których téż stérczały już znaki nowéj wiary.
Na widok tego zniszczenia, wydającego mu się świętokradztwem, Mieszkowi twarz płonęła gniewem, niedowierzająco spoglądał na spokój, który te miejsca otaczał, dziwiąc się, iż starzy bogowie krzywdy swéj nie mścili. Mimowolnie rodziła się wątpliwość o ich sile?
Każdy krzyż obawą go napełniał. Spoglądał nań z zabobonną trwogą ażali nie pozna on w nim obcego i wroga. Z temi w duszy wrażeniami niepokojącemi, Mieszko przybył aż pod Bolesławową Pragę.
Dobrosław, jakby odgadując myśli jego, dodawał mu ducha, ręczył i zapewniał o gościnném przyjęciu.
Kneź słuchał i milczał.
Komornicy przynosili mu właśnie bogate ubranie i płaszcz czerwony złotem szyty, który miał wdziać na siebie, Włast podawał kołpak, drugi miecz przypasywał, gdy zdala nadbiegł Stogniew z twarzą dziwnie rozpromienioną i wesołą.
— Miłościwy panie — zawołał — zanim na hrad pana Bolesławowy przybędziemy, zaprawdę warto się przyjrzeć tutejszym niewiastom — ja się im już niepostrzeżony tu przypatrywałem! Krasne stworzenia! oto tu, nieopodal nad rzeką, przybiło ich kilkanaście czółnami, czy dla kąpieli, czy dla zabawy. Usadowiły się na łące w gaju i śmieją się, pląsają a śpiewają i pieśni zawodzą. Muszą być chyba z pańskiego dworu, bo pięknie strojne i wyglądają jak królewny.
To mówiąc na zarośla ukazywał.
A chociaż mówił dosyć cicho, komornicy pańscy coś o dziewczętach posłyszeć musieli i kilku z nich zaraz biedz poczęło w stronę ukazaną — ale Stogniew pogroził im, wstrzymał i cofnął, aby nie spłoszyli pierzchliwych.
Mieszko porwał się spiesznie i począł iść za Stogniewem, który go poprzedzał, na Dobrosława téż skinąwszy, aby mu towarzyszył.
Za łąką na któréj odpoczywali, gaj się w téj stronie poczynał podszyty, i gęstwiną można się było podkraść do miejsca, ku któremu Stogniew prowadził. Do koła osłaniały kawał zielonéj murawy u brzega, stare drzewa z pospuszczanemi w dół gałęźmi. Cicho było w téj ustroni i chłodno od oczów ludzkich zakryto, a Wełtawa mrucząc, myła zwieszone nad nią trawy i kwiaty. Na falach jéj, tuż u brzega kołysało się czółen kilka, okrytych suknami, z tych właśnie reszta gromadki postrojonych, kraśnych dziewcząt wysiadała poskakując, wiosła rzuciwszy na nie.
Temu co znał czeskie podania wydać się mogło, że Własta z grobu wstała ze swojemi towarzyszkami, i jakaś Lumirowa pieśń ze słowa w widmo się zmieniła.
Dziewczęta wszystkie prawie jednako były poubierane, w wianuszkach dziewiczych na głowach, z kosami w krasne wstęgi wplecionemi, w białych cienkich gzłach, szytych wzorzysto i malowanych zapaskach. Niektóre z nich były bose, inne stąpały w chodaczkach wyszywanych z czerwonemi około nóg pooplatanemi sznurkami. Biegały po łączce, jakby sposobiąc się do jakiéjś zabawy.
Śmieszki rozlegały się wesołe, ale tłumione jakby poszanowaniem i trwogą, którego pobudkę odgadnąć było łatwo.
Wśród tego wieńca dziewczątek, od lat piętnastu do osiemnastu, dobranych jakby do wieku i miary, stała urodziwa dziewica, którą po stroju i twarzy poznać było można za panią.
Głową całą, wzrostem bujnym przechodziła towarzyszki swe, a postawą poważną i dumną wszystkie je gasiła. Z wianku i kos znać w niéj było dziewicę — nie dopiero rozkwitłą, ale w pełnym młodości kwiecie. Starszą była znacznie od swych towarzyszek, zdawała się téż mieć zwierzchnią władzę nad niemi.
Dziecko pańskie, krew rycerską, potomstwo jakiejś Libuszy czuć było w pięknéj pani. Silna jéj dłoń biała nieulękłaby się znać miecza, ani cugli szalonego konia, na twarzy nieco smagłéj, w czarnych oczach ognistych, pałało nieustraszone męztwo, ale razem z niém swobodna panowała wesołość. Nie zbywało jéj na wdzięku niewieścim w ruchach zręcznych, ale męzka śmiałość z nim się łączyła.
Taką niewiastę — panią nie łatwo było spotkać i zobaczyć, gdy one wszystkie sługami były — i Mieszko, ujrzawszy ją, wlepił oczy ciekawe, oderwać ich niemogąc od tego zjawiska, wydającego mu się czémś czarodziejskiem, wyższém i doskonalszém nad to co widywał w życiu. Wśród kilkunastu młodszych i piękniejszych, ona ciągnęła oczy jak królowa.
Na pierwszy rzut oka otaczające ją dziewczęce twarzyczki, gasiły, ale po tamtych oko przebiegało, a od téj wzrok oderwać się nie mógł.
Rysy twarzy ostro się znaczyły i dobitnie — coś męzkiego miały w sobie, ale niewieści urok okraszał je uśmiechem, białe zęby, wśród ciemnych ust różowych, jak dwa sznury pereł jaśniały.
Siłą, wzrostem, urodą wśród téj gromadki, nieznajoma pani zajmowała pierwsze miejsce.
Wszystkie dziewczęta patrzały jéj w oczy, czekały skinienia, zdawały się chcieć zgadnąć myśli.
Dziewica mianując je po imionach: Młada, Hodka, Swatawa, Radka, Wratka, Czastawa, jakby z pieśni pożyczonych, wyznaczała im miejsca na łące, stawiła kołem przy sobie, kazała się brać za ręce, i plasnąwszy w dłonie białe, dała znak.
Razem ze wszystkich ust odezwała się piosnka rzewna jakaś na pół, na pół wesoła, dziewczęta w takt jéj się poruszyły i śpiewając poczęły pląs obracając się około pani.
Ona stojąc w pośrodku ich, słuchała z widoczną rozkoszą, nucąc z cicha, pochylając głowę, niekiedy przyklaskując w dłonie, lubując się skokom i pieśni.
Widok téj zabawy dziewiczéj poruszył knezia i zajął niewymownie, oczy mu zabłysły i usta się śmiać poczęły. Ukryty w zaroślach wpatrzył się tak, że o wszystkiem co go otaczało i czekało zapomniał, gdy, Dobrosław zlekka potrąciwszy go, szepnął mu do ucha.
— Kniehini Dubrawka.
Była to w istocie córka Bolesławowa, jedyna po wnijściu Mładéj do klasztoru. Dubrawka, która dotąd nieznalazłszy sobie małżonka, i nie szukając go, pędziła życie swobodne przy ojcu, nie bardzo o przyszłość się troszcząc.
W jéj pięknych rysach na pół męzkich, widać było bujną krew tego rodu Przemysławów, który we złém i dobrém nie znał miary, córkę Drahomiry Lutyckiéj, co nad miłość własnego dziecka przeniosła chęć panowania; córkę Bolka Lutego, co nad sobą starszemu nie chciał dać przewodzić, synowicę Wacława, co pobożnością stał się niemal kapłanem, cnotą doszedł świętości, pogardą życia męczeństwa — krew rodu pańskiego, wojowniczego, stworzonego do królowania i dowództwa.
Ojciec jéj był jednym z kneziów czeskich — a został jedynym...
Co mu nie ulegało — pościnał.
Takiej niewiasty mężnéj i silnéj wśród ówczesnych pokornych i bojaźliwych — bo ją do tego z dzieciństwa wdrażano — Mieszko nawet nie marzył. Znał je trwożliwemi tylko, zuchwałemi w gniewie, a rozpływającemi się we łzy na skinienie, płochemi i płochliwemi. Ta niewiasta jakby stworzona dla wojaka zachwyciła go.
Zapomniawszy się czy umyślnie, Mieszko gąszcz, która go zakrywała przebił i — stanął na widoku, aby się swobodnie przyjrzeć téj królewnie i pięknym jéj towarzyszkom.
Lecz zaledwie się ukazał, kilka dziewcząt spostrzegło tę strojną postać mężczyzny nieznanego, obcego, nagle zjawiającą się, jakby czarem z ziemi wyrosłą — i pieśń zmieniła się w okrzyk przestrachu. Zakrywając oczy, rzuciły się strwożone i pobiegły do czółen, szukając w nich schronienia.
Jedna Dubrawka, nie ulękła się wcale, choć niewiedziała jeszcze co ten strach wzbudziło i odwróciła się śmiało a groźno spoglądając w tę stronę, gdzie stał Mieszko.
Zadziwił i ją téż zapewne człowiek nieznany, który śmiał tak podejść na zabawie — i podpatrzeć.
Z brwią namarszczoną spojrzała groźno na Mieszka, który stał uśmiechając się.
Groźna twarz dziewicy wcale go nie przeraziła, dopiero wpatrzywszy się w nią, gdy postrzegł na szyi wiszący krzyżyk — pochmurniał. Znak ten spotykał wszędzie — nawet... na téj pięknéj kniehini.
— Kto wy jesteście? co tu robicie? — donośnym głosem zawołała Dubrawka.
— Piękna kniehini — rzekł ośmielając się Mieszko — jestem wojak podróżny... szukam służby do wojny, może wy mnie przyjmiecie?
Dubrawka popatrzała nań długo, z dźwięku mowy do czeskiéj tak podobnéj, a trochę różnie brzmiącéj, starając się odgadnąć, zkądby ten przybysz pochodził — suknia bogata świadczyła o nieprostego stanu człowieku. Płaszcz miał na sobie książęcy.
Żartobliwie jakoś zaczęły się jéj uśmiechać usta.
— Hej! — rzekła biorąc się w boki — nie proście wy się na służbę do mnie, służba ciężka, spokoju nigdy nie ma, nie wydołalibyście u mnie! Wojaków moich głodem morzę, a gdy się popsują, policzkami naprawiam. Nie zdrowo służyć u mnie!
— Jednak mi jakoś nie strach téj grozy — odparł swobodnie przybliżając się ku niéj Mieszko — a cóż wy sługom płacicie piękna pani?
— Ho! różnie! — poczęła wesoło Dubrawka — czasem kijami, czasem rózgami, niekiedy ciemnicą o chlebie i wodzie. Jabym was téż do służby nie przyjęła, boście już musieli wielu takim panom sługiwać! — a no — choć nie mój sługa, ukaraniaście godni. Kto wam tu się wkraść pozwolił? Radzę wam uchodźcie, bo moim dziewczynom każę na was uderzyć, a to wszystko Własty wnuczki i wojaczki z Dziewina!
Mieszko rozśmiał się głośno.
— A no! piękna kniehini — wydawajcie do wojny rozkazy — kiedy wojna, to wojna... Gdy mi ją wypowiecie, na was pierwszą uderzę.
Słysząc to wyzwanie, dziewczęta na pół w czółnach pochowane, ośmielone żartobliwą rozmową, głośno się śmiać poczynały i chichotać. Niektóre groźnie wiosła podniosły.
— Jam tu téż może nie sam i nie bez obrony — rzekł Mieszko — a jak klasnę w ręce i moich zawołam, weźmiemy wszystkie do niewoli.
Dubrawce żarty te podobać się musiały, patrzała na nieznajomego z coraz większém zajęciem.
— Wieluż tam was jest na wojsko moje? — macie tam choć dwie sotnie? — odezwała się śmiejąc.
Wtém wiszący na sznurku rożek wzięła w rękę i pokazała go kneziowi.
— W tym rożku u mnie więcéj żołnierzy na obronę, niż wy mieć możecie do napaści.
I wskazała ręką ku Hradszynowi.
— No, to zawrzyjmy pokój z sobą, piękna kniehini — odezwał się Mieszko — dajcie mi jeno okup — choćby wianuszek wasz — to was puszczę całą.
— Kto? ja? wam? okup? Wianuszka wam się zachciało? Chyba wy mi się wykupicie, gdy was życiem daruję.
— No — zgoda — okup! przyjmiecie okup odemnie? — zapytał kneź.
Milcząc popatrzyła Dubrawka na mówiącego, jakby odgadnąć pragnęła, kto był, uśmiechała mu się bez gniewu.
Mieszko miał na palcu pierścień stary, który z domu wiózł, aby go komu dał jako zapłatę lub podarek.
Siedział w nim spory kamień czerwony, grubo złotem w plecionkę okuty... nie mówiąc nic, zdjął go z palca i podał Dubrawce.
Kniehini spojrzawszy nań, zarumieniła się mocno, ale nie gniewnie, nie wiedziała sama czy go ma przyjąć lub odtrącić. Milczała.
— Chcieliście odemnie okupu — rzekł Mieszko — oto go macie, nie wielki on jest, ale i wina nie straszna.
To mówiąc zbliżył się o krok jeszcze do kniehini i gdy się najmniéj spodziewała, w twarz ją zuchwale pocałował... Właśnie w téj chwili, jakby na próbę przez ciekawość, pierścień na palec kładła.
Z krzykiem i gniewem popchnęła knezia od siebie Dubrawka, tak silnie, że Mieszko się zachwiał, i pierścień zostawując w jéj rękach, natychmiast w gąszcze uszedł śmiejąc się wesoło.
Tu, czekającym nań Stogniewowi i Dobrosławowi dał znak, aby za nim spieszyli do koni. Stały one już w gotowości na łące i na dany znak, wszyscy posiadali na nie. Naówczas Stogniew orszak podzielił i ustawił w porządku...
Dobrosław samoszóst jechać miał na zamek przodem z oznajmieniem i pokłonem do Bolesława, z prośbą, aby w gościnę był przyjęty, nie jako pan polańskiego kraju, ale jako kneź z nad granicy.
Wysłaniec miał poprzedzić orszak pański, który wolnym krokiem zwrócił na drogę ku Hradszynowi.
Jeszcze się wszyscy ustawiali na łące, w środek biorąc konie juczne i niepokaźną czeladź, Stogniew ludzi dobierał i szykował, gdy śmiała Dubrawka, puściła się sama w pogoń za uciekającym nieznajomym, i z gąszczy miała czas się przypatrzeć Mieszkowi gdy na koń siadał, z całym swoim orszakiem.
Chciała zrazu zawołać nań, aby sobie pierścień wziął nazad, nie będąc rada zuchwałemu podarkowi, lecz zobaczywszy, że Mieszek otoczony był znacznym orszakiem, zawstydziła się i zachowała go na palcu, nie wątpiąc, że ktobykolwiek był ów nieznajomy, musi się zjawić na zamku, nie gdzie indziéj jak tam zmierzając. Zgadnąć ktoby to był, trudno jéj było, jednakże z rysów twarzy szlachetnych, z butnéj postawy, z wielkiéj téj śmiałości człowieka, domyślała się kniehini równego sobie stanu jakiegoś pogranicznego pana... Mowa świadczyła, że nie należał do niemieckiego plemienia.
Zadumana stała tak dosyć długo spoglądając za odjeżdżającymi, aż dopóki jéj z oczów nie znikli. Kierunek, w którym odjechali upewnił ją, że do Pragi dążyli. Zabawa była już przerwana i popsuta, wnet więc dziewczęta na czółna siadły i Dubrawka z niemi popłynęła do stóp wzgórza, na którym Hradszyn się wznosił.
Od wjazdu na czeską ziemię, spotykając ciągle krzyże i oznaki chrześciaństwa, Mieszko nękany był tą myślą jak on, poganin, przyjęty zostanie przez pobożnych teraz i surowych Przemysławiczów. Owo podanie o Borzywoju, któremu ze psy na ziemi jeść dano, przychodziło na myśl nieustannie, i burzył się na przypuszczenie podobnéj obelgi, któréjby był nie ścierpiał, choćby tam miał życie położyć. Jadącemu więc przodem Dobrosławowi — powiedział raz jeszcze.
— Oznajmijcie bratu Bolkowi, że poganinem jestem, żem nie chrzczony, ale przez to zniewagi sobie uczynić żadnéj nie dopuszczę.
Jeśli jako brata dla pogaństwa mego znać mnie nie chcę, od wrót jego precz wolę odjechać.
Ani téż myślał Bolesław dać poznać Mieszkowi, iż go przez to niższym od siebie czuł — pragnął go zyskać nie narazić... Oba byli wzajem potrzebni sobie.
Zwolna drapiąc się po przykréj i stroméj drodze na górę, orszak Mieszków zbliżał się ku wałom opasującym gród Bolesława.
Zdala już widać tu było inny kraj i obyczaj, większą potęgę i umiejętność, przyniesioną z zachodu. Kamienne ściany otaczały do koła warownię, po nad niemi widać było dachy malowane, a wyżéj nad nie sterczał krzyż wielki, na kościele św. Wita, którego widok przejął znowu Mieszka trwogą i niepokojem.
Był tu pod panowaniem krzyża. Nad głowy wszystkich, nad dwór książęcy, nad góry i lasy, w obłoki wzniesiony królował ten znak tajemniczy, który już całym prawie władał światem i jednoczył świat cały.
Wlepiwszy weń oczy jechał Mieszko. Nie trwożyło go tu nic, oprócz tego wysoko wyniesionego krzyża, któremu królowie i kneziowie co żyło podlegało — krzyż ten już stał nad polańską granicą — uznać tego Boga poganinowi, zdało się przejściem ze swobody i bezkarności do niewoli i posłuszeństwa. Wydał mu się nieprzyjacielem ten znak wysoko, dumnie świecący ostatniemi zachodzącego słońca promieniami na niebiosach.
Dobrosław pospieszywszy przodem, znacznie prędzéj stanął na zamku w Hradszynie, opowiedział się u bramy, poznany został i wpuszczony, a starszy od dworu Bolesława, poprowadził go do knezia.
Spoczywał Luty Bolko, gdy mu o gościu znać dano, ale wstał wnet, choć ociężały był już i osłabły wiekiem.
Twarz jego nasępiona, blada, od zmarszczek poorana, oczy niespokojne biegające pod nawisłemi brwiami, zaciśnięte usta, czyniły oblicze jego groźném, choć lata i wspomnienia przeszłości znacznie srogość dawną złagodziły. Dzikiego coś zawsze pozostało w rysach tego władzcy, na którego ramionach ciężyło niezmyte znamię kaimowskiéj zbrodni, i niezliczona moc krwawych zapasów, któremi się dobijać musiał panowania nad zjednoczoném państwem swojém. Długa pokuta, ofiara dwojga dzieci nie zgładziła jeszcze tego piętna bratobójczego, którego pamięć odżywiały cuda grobu Wacesława. Krwawy ów poranek dnia św. Kuźmy i Damjana, w przedsieniu kościoła w Bolesławiu, po wielu latach stał w oczach starca do dziś dnia.
Gdy Dobrosław stanął przed nim, schylając się do kolan i oznajmując przybycie pana swojego, starzec poruszył się żywo z widoczną radością przyjmując nowinę.
Wnet kazał podać sobie suknię wierzchnią bogatą, kołpak książęcy, przypasał miecz i ująwszy w dłoń laskę zawołał na dwór i komorników, na starszyznę by mu towarzyszyła. Posłano po młodego Bolka, syna książęcego, dorodnego i dojrzałego już męża i na jego ramieniu spierając się, otoczony mnogim dworem, zszedł stary kneź w podwórzec zamkowy.
Ale tu jeszcze dobrą chwilę stać musieli, nim we wrotach ukazał się na siwym koniu jadący Mieszko. Ujrzawszy gospodarza i orszak jego, wnet z konia skoczył przybywający i stała się w nim zmiana, na którą ci co go znali, patrzyli ze zdumieniem, nie sądząc by do niéj był zdolnym.
Dumny kneź, stał się na widok Bolesława, niemal pokornym, z uśmiechniętą i łagodną twarzą przybliżył się ku niemu i pochylił nizko głowę, kołpak zdejmując.
— Sąsiad do sąsiada, pobratym do pobratymca — rzekł — przybywam do was, miłościwy panie z braterstwem i pokojem.
— A ja wam jako bratu rad jestem! — zawołał Bolko obejmując za szyję.
W téj chwili, wśród tego uścisku — Mieszko mimowolnie wspomniał brata Wacława i kneź sam drgnął przypomniawszy dzień Kuźmy i Damjana. Po chwili milczenia wskazał na syna.
— Dziecko to moje, bądźcie mu téż druhem, ozwał się głosem cichym. Nie rzekłszy więcéj, pod ręce się wziąwszy, weszli do obszernego gmachu murowanego, który Mieszkowi nawykłemu do drewnianych dworów, wydał się okazałym nad miarę i prawdziwie królewskim.
Inaczéj téż wyglądały budowy na Hradszynie, niż u Polan na ich grodach. Tu już prawie zupełnie, stare owe rzezane i kraszone słupy, ozdoby z drzewa misterne i ciesielska robota, wedle starego słowian obyczaju znikły. Kamień je zastępował i stropy tylko ozdobne z drzewa przypominały dawniejsze czasy. Gruby mur z ciasnemi oknami otaczał izby nie wesołe, ciemne, prawie więzienne. Wszędzie pełno było wśród tego mroku świecących, pozawieszanych zbroi, rynsztunków różnych, a na stołach naczyń kruszcowych i kunsztownych wyrobów.
Ściany gdzieniegdzie osłaniały szyte opony kwieciste i kobierce. Oznaki nowéj wiary wszędzie uderzały w oczy. Duchowieństwo, które otaczało Bolesława, którego wychowańcem był syn jego, starało się o to, aby nowo nawróceni mieli na oczach ciągle obrazy przypominające im ich obowiązki. Nie było jednéj izby bez wizerunku Zbawiciela na krzyżu, ze straszliwym realizmem wyrzeźbionego wyraziście i nieforemnie. U każdych drzwi wisiało naczynie z wodą święconą, na ścianach obrazki w tłach złocistych, których Byzancium dostarczało.
Przedmioty te, których znaczenia Mieszko się tylko mógł domyślać, równie go niespokojnym czyniły jak ów krzyż, który ujrzał w obłokach nad Hradszynem. Na pamięć przychodziły cuda o których słyszał i których się lękał.
Gospodarz i gość po chwili siedli razem na ustroniu, we wgłębieniu muru, z którego okno wychodziło ku Pradze. Dwie ławy kamienne, okryte wezgłowiami bogatemi, jakby dla ustronnéj rozmowy przeznaczone się zdawały. Stary Bolko ręką wskazał Mieszkowi na stolicę, która u stóp jego się rozciągała.
Nigdy równie pięknego obrazu nie widziały oczy Mieszka, do równin polańskich i lasów nawykłe. Z okna tego widać było wesoło płynącą wśród zielonych drzew i zarośli rzekę. Z głębin téj zieleni sterczały wybijając się do góry dachy domostw licznych, rozsypane szeroko i krzyże kilku kościołów.
Zielona wyspa zarosła także drzewami, jak kosz kwiatów pełny, śmiała się zdając kołysać na srebrnych wodach Wełtawy.
W milczeniu patrzali czas jakiś oba na ten widok — w oczach starego Bolka, jakby łza się zakręciła, choć one do niéj nie były nawykłe. Może niedaleki zgon przeczuwał i rozstanie z tym pięknym krajem, okupionym tak drogo.
W owych wiekach i w spotkaniu podobném, rozmowa wcale inną być musiała, niż dwu panujących późniejszych wieków. Oba ci ludzie nie umieli słowem obracać, byli mężami czynu nie języka, oba całéj myśli swéj wypowiedzieć ani chcieli, ani mogli, a wybadać się pragnęli. Skierowali ku sobie oczy. Instynkt uczył ich, że wejrzenie mówi w jednym błysku więcéj, niż na dnie przeciągniona rozmowa.
Mieszko w oczach starca znalazł co przeczuwał, żelazną wolę i nieugiętą siłę, Bolko ze wzroku knezia polańskiego, o którym mało słyszał, niedobadał się nic. Pierwszy z nich wiedział, że pokornym być musiał, aby go sobie pozyskać, drugi wcale nie był pewien tego, co gość przynosił z sobą — słabość czy siłę, ale poczuł jedno, że z przebiegłym miał do czynienia. Patrzali tak na siebie, wzajem się uśmiechając sobie, jak dwaj zapaśnicy, co walkę rozpocząć mają.
Mieszko krótkim miał tu być gościem, nie miał czasu do trawienia na długich rozmowach. Czeski pan wiedział téż o tém. Położył mu pomarszczoną dłoń na kolanie.
— Zapóźno — rzekł — przychodzisz do mnie, Bolko już nie ten co był. Patrz, czoło mi się zmarszczyło, dłoń drży, oczy świata mało widzą, głos osłabł. Do grobu idę, o śmierci myślę.
— Będziecie żyli długo i panowali — odrzekł Mieszko. Macie spokój w domu i siłę, a syna który wam stoi u boku i sprzymierzeńców potężnych.
Bolko ręką rzucił.
— Sprzymierzeńcy we wrogów się mieniają, — mruknął. — A czemuż wy ich tam, gdzie ja nie szukacie?
Mieszko spojrzał bystro, ale nic nie odpowiedział.
— Niemców nam nie pożyć — dodał stary — trzeba mir z niemi robić, aby w domu się zagospodarzyć. Do tego miru, bracie mój, wy wiecie co trzeba.
Mieszko zadumał się.
— Lud przy swoich bogach stoi twardo — rzekł.
— Macie waszych wojaków i siłę... zmusić trzeba.
Nic nie odpowiedział Mieszko i Bolesław, popatrzywszy nań bacznie, przestał nalegać zrazu.
Z kolei polański pan rozmowę począł.
— Miłościwy panie — rzekł — nie darmom przybył do was, jeden u nas język, jedna krew, chcemy niemca pożyć, dajmy sobie ręce.
Bolko pomyślał.
— Jakże to może być, jeśli przy swoich bogach stać będziecie? — odezwał się.
— Wszakci niemce się nieraz z Wilkami, Obodryty i Lutykami łączyli, choć ci poganami byli jeszcze — rzekł Mieszko.
— Niemcom wszystko wolno! — westchnął kneź — siła przy nich. Cesarz i papież rzymski władną dziś światem. Ten, co króluje w Byzancjum, nie wiele już znaczy.
Uczyńmy przymierze Mieszku, uczyńmy, ale chrzest przyjąć trzeba.
Spuścił głowę kneź i umilkł.
Bolko uderzył go znowu po kolanie, jakby obudzić chciał.
— Myślcie ino o tém, wszystko zatém pójdzie.
Wyrazów tych domawiał stary, gdy Wok, który nadedworem po kneziu miał pierwszą władzę, starzec poważny, z łańcuchem złotym na szyi, przyszedł z pokłonem oznajmując, że chléb i sól czekały. Wieczerza już oddawna była gotową, bo kneź wydał rozkazy i polecił, aby wspaniałą była...
Cały więc liczny dwór, cały niemal skarbiec stołowy ściągnięto do wielkiéj izby, w któréj się już paliły pochodnie. Ogromne stoły dla panów i dworów ich, ponakrywane czekały. Pod ścianami rzędem stali pachołkowie, jedni trzymający światło, drudzy misy, nalewki srebrne i ręczniki szyte. Dla dwu kneziów zgotowane były przy osobnym stole, dwa obok siedzenia, pąsowém suknem okryte.
Tu Bolko powiódł, po umyciu rąk gościa swego i po prawéj ręce go posadził. Osobne misy postawiono przed niemi.
U drugiego téż stołu za ojcem siadł młody Bolesław, za nim kilku duchownych z krzyżami na piersiach. Tych oczy zwróciły się ciekawie na Mieszka, który spojrzeć na nich nie śmiał. Za niemi siedzieli dostojnicy dworu, Wok, Sławnik z Libic i wielu innych w kaftanach bogatych, łańcuchach i sukniach paradnych.
U osobnego stołu, przyjmowano dwór Mieszków i starszyznę jego.
Gdy u słowian w pogaństwie jeszcze żyjących, niewiasty tylko jako sługi i gospodynie przy biesiadach się ukazywały, tu już obyczaj chrześciański i rycerski zaprowadzonym był i przedniejsze niewiasty a panie, wespół z rodziną zasiadały. Prawo to, choć nie wszędzie zaprowadzoném było, po dworach książęcych już ze czcią dla niewiast wchodziło razem.
Gdy z jednéj strony Bolko wiódł polańskiego księcia do stołu, z drugiéj wchodziła gromadka niewiast skromna, wśród których znalazł Mieszko tę, któréj szukał.
Nie myślał jednak wcale dać poznać Dubrawce, iż pamiętał o niedawném spotkaniu nad Wełtawą, udał jakby ją pierwszy raz zobaczył. Kniahini mniéj trwożliwa, uśmiechała się patrząc na gościa i mierząc go śmiałemi oczyma, poniżéj miejsce swe zajęła.
Ojciec wskazał gościowi córkę, któréj dwie starsze panie towarzyszyły. Oczyma tylko jednak rozmawiać mogli kneź i Dubrawka, gdyż stary Bolko, zajmował się gościem mocno. Miód i wino podawano obficie, pić było potrzeba, a starzec po pierwszym kubku, rozgrzany poweselał widocznie. Cicho się plotła rozmowa otwarta i raźna a rubaszna, obyczajem wieku.
Bolko spytał gościa o żonę.
Zmilczał zagadnięty.
— Mnie już wszystkie razem ile ich jest niewiasty zobojętniały — rzekł — patrzę na nie, jak na wodę kozioł, gdy się napije.
Mieszko w téj chwili spoglądał na Dubrawkę, która mu się bardzo jawnie wdzięczyła.
— Wam się ożenić potrzeba z chrześcianką — dodał Bolko — najlepiéj ona i wiary nauczy i zachęci do niéj.
Mieszko spojrzał w oczy staremu, trzymali kubki w ręku. Któż wie, może Dobrosław potajemnym był swatem.
— Dajcie mi córkę! — odezwał się Mieszko — śmiejąc się — wezmę ją.
Zmarszczył się trochę stary.
— Nie radbym ją dać mimo jéj woli, a gdyby chciała, któż wie? Jest tam u was ich kilka, teć by trzeba precz wygnać chyba.
— Nie będzie mi ich żal — rzekł Mieszko.
Zamilkli nieco, kneź czeski nie opierał się, Mieszko otuchy nabrał. Tymczasem kubki się napełniały i gwar podnosił wesoły.
Młodzież mówiła o łowach i wojnie, o strzelaniu i o koniach, wyzywając się i przechwalając. — Czesi polanów na próbę jutrzejszą powoływali, Stogniew ze swemi nie wzdragał się.
Biesiada przeciągała się długo, ale już o swatach mowy nie było. Rzucone słowa zdawały się zapomniane, choć i Bolko i Mieszko dumali nad niemi...
W końcu gdy misy były powypróżniane, a niewiasty znikły niepostrzeżone, po ostatnich kubkach stary Bolko synowi kazał gościa do przeznaczonych mu izb odprowadzić.







IX.



Niczém było przyjęcie dnia pierwszego obok tego, co nazajutrz zgotowaném było. Trzeciego potém rana Mieszko się nazad wybierać począł, stary kneź więc niewiele miał czasu na pochwalenie się ze swém bogactwem, mocą i gościnnością. Gościowi téż niewiele godzin zostawało, by zamiar powzięty doprowadzić do skutku. Myśl zaślubienia Dubrawki, z którą z domu wyjechał, musiała lub być porzuconą, albo stanowczo objawioną. Dobrosław wieczorem jeszcze wysłany został z prośbą o rękę kniehini.
Przeczuwał ją, albo raczéj wiedział o niéj zawczasu Bolesław, ale zbył posła odraczając do jutra.
Jak świt powołał kneź do siebie ojca duchownego, świątobliwego kapłana Prokopa. Nie zajmował on żadnego widocznego w hierarchii duchownéj i wyższego stanowiska, bo go nie pragnął. Apostołował, modlił się i wiódł życie ascety, zamknięty w ciasnéj celce na zamku. Resztki dawnéj wiary po całych jeszcze Czechach, pod rozmaitemi postaciami się kryjące, trzebił kapłan niezmordowany, nauczał, nawracał, gromił, a miał tę apostolską odwagę, iż potędze ziemskiéj z prawdą wiekuistą odważnie stawał w oczy. — Sam Bolko, któremu nieraz inni ulegali duchowni, a któremu ks. Prokop mówił prawdę śmiało, szanować go musiał i upokarzać się przed nim. Grubą suknią z prostego sukna odziany, w obuwiu wieśniaczém, z twarzą wychudłą i ogorzałą, z głową przedwcześnie osiwioną i wypełzłą, mąż boży stanął przed starym księciem ze spokojem ducha, który go nigdy nie opuszczał.
— Ojcze mój — odezwał się kneź żywo — rady twéj potrzebuję.
Starzec skłonił głowę w milczeniu, mówił zwykle mało.
— Wiecie kogo mam gościem?
— Poganina upartego i żyjącego w grzechu —[12]
— Tak jest... ażaliż nie byłoby zasługą dla mnie i rodu mojego, gdyby przezeń on i naród jego na wiarę świętą Chrystusową się nawrócił...
— Dałby to miłościwy Bóg! — zawołał Prokop ręce podnosząc do góry i oczy wlepił w starca.
— Mieszko prosi o Dubrawkę za żonę...
— Ze chrztem razem... — dodał ksiądz.
— Nie odmawia go on... lecz z pogany swemi musi się wprzódy zabezpieczyć... Mam mu ją dać?
— Jeżeli przez nią światło i zbawienie wnijdzie na te kraje... a! dlaczegóżbyście dziecka dla Boga poświęcić nie mieli? Daliście mu już jednego syna i córkę... dajcie drugą, a przebłagacie gniew i pomstę Bożą...
— Dziecka nie chciałbym zmuszać — odezwał się kneź — jedno mi pozostało! jedno tylko!.. Idźcie ojcze mój, przygotujcie ją, ośmielcie, a gdy to uczynicie, ślijcie ją do mnie.
Ksiądz Prokop wyszedł natychmiast. Kneź pozostał sam, w oknie sypialni siedząc. Ztąd widok był na obszerny podwórzec, a na nim już młodzież się uganiała z oszczepami, wśród któréj Bolko i Mieszko téż zabawiali się.
Lat niemal trzydzieści ubiegło od pamiętnego poranku dnia śś. Kuzmy[13] i Damjana, gdy pobożny Wacesław także o świcie gonitwy sprawiał przedśmiertne... Widok téj zabawy przypomniał Bolkowi brata, teraz, znowu i drgnął!.. Pokuta, ofiary, żal, wszystko to jeszcze zatrzeć nie mogło pamięci tego strasznego poranka. Łzy mu popłynęły z oczów i dłonie zwarły boleśnie. Drżącemi wargami począł odmawiać modlitwę, a wlepione w podwórzec oczy nie widziały już nic.
I nie czuł ani wiedział, ile czasu upłynęło od wyjścia ks. Prokopa, gdy drzwi się otworzyły i Dubrawka, już strojna, cała we wstęgach, łańcuchach i kolcach, z twarzą rozpromienioną, weszła do izby ojcowskiéj, przypadając do ręki starego, która się ku niéj wyciągnęła.
Zdziwił się widząc ją tak wesołą, a uląkł niemal, że Prokop powiedzieć chyba jéj nie śmiał, z czém go posłał.
Kniehini się uśmiechając patrzała nań śmiało.
— Dubrawka — rzekł kneź — a widzieliście Prokopa?
— Idę od niego miłościwy ojcze i panie.
— Mówił on z wami?..
Dubrawka pokraśniała spuszczając zrazu oczy, potém nagle je na ojca podniosła.
— Mówił...
— Cóż wy na to? czy chętnie pójdziecie niosąc krzyż między pogany?..
— Chętnie... z ochotą! tak! — zawołała Dubrawka — czuję w tém rozkaz Boży...
— I nie masz obawy?
— O! nie! — śmiejąc się zawołała Dubrawka — mam odwagi dosyć. Kneź Mieszko strasznym mi się nie wydaje...
Bolko widząc, z jaką łatwością córka wybierała się go porzucić, rozstać z rodzeństwem, iść w nieznany kraj, na losy niepewne, uląkł się niemal i posmutniał.
— A nie żal ci będzie Hradszyna i Pragi? — zawołał — i mnie ojca starego i siostry i braci?..
— O! żal, okrutny żal!.. — przerwała Dubrawka — ale nie mówionoż nam, iż przeznaczeniem niewiasty iść za mężem?.. Jam jak Młada nie stworzona do klasztoru... ja wolę inne życie... mnie cisza cięży...
Mówiąc jakby zawstydzona spuściła trochę oczy, ale półuśmiech krążył jéj po ustach.
Podeszła do ojca, w rękę go całując, stary milcząc w głowę ją pocałował i westchnął.
— Idź — rzekł — niech Bóg cię błogosławi... idź... i mnie czas do gościa...
Jeszcze raz ucałowawszy rękę ojca Dubrawka, żywo z izby wybiegła.
Stary kneź klasnął na sługi.
I on także szedł w podwórze przypatrywać się zapasom młodzieży.
Tak się ten dzień rozpoczął od igrzysk w podwórzu, przy których i Mieszko mógł popisać się z niepospolitą siłą i zręcznością. Trzaskano włócznie, rzucano oszczepy, biegano pieszo i konno.
Uznojeni i gwarząc wesoło siedli potém wszyscy do uczty, bo obiad naówczas w rannéj dawano godzinie. Znowu tedy dwaj kneziowie siedli razem, ale weselszą wiedli i poufalszą rozmowę. Bolko niemal już jak syna gościa uważał.
Dubrawka przybyła do stołu ubrana wytworniéj jak wczora z twarzą figlarnie rozweseloną. Spojrzał Mieszko na nią.
— Miłościwy panie — odezwał się pocichu — gdybym się wam naprawdę do kolan o córkę pokłonił... cobyście rzekli...
Stary pochylił mu się do ucha.
— Weźcie ją sobie... i niech Bóg wam błogosławi... Chrzest przyjąć musicie.
— Gdy będę mógł... wierzcie mi i ufajcie, zostanę chrześcianinem...
— Mówcie z nią sami.
Zaledwie od stołu wstawać poczęto, już się Mieszko nie wahał wprost przystąpić do Dubrawki.
Wszyscy jeszcze byli w izbie i patrzali, jak się zbliżył do niéj i odwiódł ją, lekko za rękę wziąwszy ku oknu, wszystkich téż oczy ciekawe zwrócone na nich były. Dubrawka szła śmiało i nie udając wstydliwości niewieściéj, która kniehini, wedle jéj przekonań, nie przystała.
— Piękna kniehini — rzekł Mieszko — my poganie wierzymy w dolę i losy. Od wczorajszego wieczora wierzę i ja, że mnie was dola i los przeznaczyły za małżonkę... Kłaniałem się ojcu waszemu, chceli mnie za syna... odesłał do waszéj miłości. Cóż mam rzec... Chcecie mnie za męża?..
Dubrawka mu w oczy spojrzała uśmiechając się.
— Choćbym was i nie chciała, toć muszę wziąć, kiedyście mi jeszcze wczora wasz pierścień narzucili, a u nas pierścień zaślubiny znaczy... Cóż mam czynić nieszczęśliwa? wyszłabym z niesławą, gdybym przyjąwszy pierścień, nie dała zań wianka?.. A no... czekajcie, nie dziękujcie — dodała widząc, że kneź się zabiera znowu ją w twarz całować, nie zważając na oczów tyle — a no, czekajcie. Mówiłam wam wczoraj, że u mnie służba ciężka. Myślicie że ja na gród pojadę, gdzie niewiast pełno i że siódma czy dziesiąta siądę z niemi?.. Jam przecie Bolesławowa córka i chrześcianka, a u nas obyczaj jednę żonę daje mężowi, jednego męża żonie...
— Nie będzie na grodzie nikogo, miłościwa kniehini... oprócz was a służby waszéj.
— Pierw chrzest... potém wesele... — dodała Dubrawka.
Mieszko się schmurzył.
— Weźcie mie poganinem — rzekł — i nawróćcie na wiarę waszą. Nie wzdragam się jéj, przyjąć ją ślubuję, ale moich ludzi i naród muszę w garść wziąć, abym i ja i wy nie nałożyli głową... Jeżeli ufacie mi, pójdziecie za mną...
Spojrzał jéj w oczy, westchnęła i kładnąc rękę w jego dłoni, odezwała się.
— Wierzę wam... i pójdę za wami!
Gdy tych słów domawiała, popędliwy Mieszko w pół ją pochwycił i w czoło pocałował.
Na widok tego zuchwalstwa cała izba zatrzęsła się oklaskami i okrzyki, Dubrawka wyrwała się i uciekła. Mieszko poszedł w ramię starego ojca pocałować, a w twarz brata.
Podano miód stary i wesołość się wzięła taka, że nawet smutny kneź Bolko rozruszał się i oczy mu zapałały wesoło. Na całym grodzie téjże godziny wiedziano, że Dubrawka kneziowi polańskiemu przyrzeczona. Śpiewy, uczta, okrzyki rozległy się na Hradszynie, a z niego popłynęły na miasto.
Wśród téj wesołości i zajęcia nikt nie dostrzegł, co się działo z gromadką ludzi przybyłych z Mieszkiem, nikt nie widział, jak wszyscy oni niemal posmutnieli i pomięszani stali na boku, jakby zawstydzeni czy strwożeni. Stogniew, najzręczniejszy z nich, najlepiéj w sobie ukryć umiał co czuł, ale w nim się poganina starego krew zburzyła cała i musiał na chwilę wynijść z izby, aby ochłonąć z gniewu. Za nim pociągnął Wojsław koniuszy książęcy, druh jego i jednéj z nim myśli człek. Oba wybiegli niepostrzeżeni w podwórce i spojrzawszy w oczy, ręce tylko sobie podali milczący.
— Jam się tego spodziewał — zawołał Stogniew odwodząc Wojsława na stronę — jam jechał tu wiedząc co nas czeka... ale... wiem téż, co jego czeka... — dodał pięść ściskając.
— Gdy te Dobrosławy i Własty zaczęły nam się kręcić u dworu, czułem, co z niemi idzie... niewola niemiecka... Bóg niemiecki...
Rozśmiał się Stogniew.
— Niedoczekanie ich — rzekł — wracajmy... nie trzeba po sobie dać znać nic... naradzim się w drodze, a w domu wiedzieć będziem co robić...
Wojsław i on, jak zwierz w klatce zamknięty, przeszli się w ciasném kółku kilka razy, rzucani myślami gniewnemi; spojrzeli sobie w oczy, podali znowu ręce, Stogniew twarz ułożył i wrócili napowrót do izby, gdzie téż Mieszko oczyma ich szukał.
Jak skoro zobaczył wchodzących, szepnął Stogniewowi, by przygotowane dary przyniesiono. Były one bądź co bądź przeznaczone dla Bolesława, inne na wypadek dla Dubrawki. Posłuszny Stogniew skinął na komorników i wyszedł.
Nie upłynęło pół godziny, gdy we drzwiach gwar się zrobił, szli Mieszkowi ludzie, ze Stogniewem na czele szeregiem, każdy z nich niósł naczynie, zbroję, kosztowny klejnot jakiś. Postrzegłszy ich kneź wystąpił przed Bolka, pokłonił mu się nizko i przemówił prosząc, aby miłościwie dary od niego przyjąć raczył. Szli potém z kolei wszyscy, przyklękając i u nóg knezia składając co który niósł.
Kołem stał dwór, na którego twarzach malowało się niemałe zdumienie. Nie wyobrażano sobie, ażeby w pogańskim kraju mogło się znaleść bogactw tyle, które tylko z zachodu zwykle przychodziły. Kupcy od wschodu przywozili naówczas do Polan wyroby, które mało nawet na zachodzie Europy były znane. Niektóre z nich z wielkim kunsztem wykonane obudzały podziwienie, inne nieznane wcale osobliwością swą zastanawiały. Kobierce, opony, srebrne ozdoby, bronzowe sprzęty, emalie wschodnie... wszystko to na kupę u nóg Bolka złożone zostało. Ludzie do rąk biorąc dary te oglądali je ciekawie.
Prosił zatém Mieszko, aby mu wolno było dary złożyć Dubrawce, i powtórnie wysłał komorników ze Stogniewem po nie. Pobiegł brat po siostrę, aby ją samą do przyjęcia ich przyprowadził, i przyszła Dubrawka zasiąść przy ojcu.
Ten sam obrzęd odbył się powtóre z tą tylko różnicą, że dla kniehini niewieście przybory, futra, tkaniny i ozdoby do stroju przyniesiono, niemniéj bogate i piękne.
W ten sposób niemal uroczyście odbyły się zrękowiny, wobec dworu całego, gdy ich inaczéj i z obrzędem kościelnym nie można było odprawić z powodu, iż Mieszko ochrzczonym nie był.
Ku wieczorowi uczta i śpiewy przedłużały się jeszcze, przy których już Dubrawka swobodnie z narzeczonym swym mówić mogła.
Gdybyśmy te rozmowy żartobliwe, rubaszne, w duchu owych wieków powtórzyć śmieli, nadtoby się one dziwne wydały. W obcowaniu z niewiastami ton ten wesoły był niemal obowiązkowym.
Mieszko zajęty tém co się z nim działo, radosny z powodzenia, ledwie miał czas zobaczywszy Dobrosława uderzyć go po ramieniu i powiedzieć, że mu daje szeroką ziemię i lasy, dla niego i potomków.
Włast przez cały ten dzień się nie okazywał, a nie był téż potrzebny. Jako kapłan z wieczora zaraz zapukał do księży przy kościele św. Wita, ich prosząc o gościnę. Ze zdumieniem i radością go tu przyjęto, wraz ze starym ojcem Gabrielem, który złamany drogą legł zaraz do spoczynku.
Włast a raczéj ojciec Matja, bo tak się tu syn Lubonia nazywał, z niecierpliwością wyglądał następnego poranka, w którym po tak długiém od ołtarza oddzieleniu, miał znowu niekrwawą odprawić ofiarę.
Wieczór cały spędził na modlitwie, wstrzymując się od pokarmu, legł spać z myślą pełną tego jutra i wcześniéj nim się igrzyska poczęły na podwórcu, on już stał drżący przed ołtarzem i zapłakany. Przy drugim mszę świętą odprawiał O. Gabriel, dziękując Bogu za cudowne niemal ocalenie.
Dobrosław klęczał zdala.
O. Matja tę ofiarę tak upragnioną poświęcił w duchu za nawrócenie rodziny swéj i narodu. Lecz myśląc nad trudném dziełem tém, nad ofiarami, jakie kosztować miało, płakał.
Przypomniało mu się co słyszał nocą na wzgórzu, wracając z Krasnéjgóry, co znalazł we własnym domu. O. Prokop przyniósł mu tu spędzającemu cały dzień przy kościele i z braćmi, wiadomość o zaswataniu Dubrawki. Była to wieść radości wielkiéj i nadziei. Padł na kolana O. Matja, modlił się i płakał znowu.
Imię Stogniewa słyszane w nocy na myśl mu przyszło. Czuł się w obowiązku kneziowi stać na straży, a w razie najmniejszéj oznaki zdrady, w oczy Stogniewowi zadać ją i wyzwać, by się oczyścił lub usuniętym został. Z Mieszkiem wszakże, gwałtownym i porywczym, trudna była sprawa, a i z rodziną własną nie wiedział, co pocznie nawrócony. Wszystko jednak co go spotkać miało ofiarując Bogu, gotował się młody kapłan, choćby na męczeństwo.
Dobrosław był daleko lepszéj myśli, ufając, że Mieszko poczynać sobie będzie tak, aby się na niebezpieczeństwo nie narażać. Lecz napróżno starał się dodawać otuchy Włastowi, który milczał zasępiony, spoglądając na radość powszechną, lękając się, aby ona zawcześnie w krew i łzy się nie zmieniła. Twarz Stogniewa, chociaż ją układać się starał, mieniła się dziwnie i strasznie, oczy mu pobłyskiwały. Włast odgadywał a raczéj przeczuwał, co się działo w jego duszy. Trwoga go ogarniała. Odwiódł na stronę Dobrosława nieznacznie i pokazał mu tych ludzi.
Mogli tu niepostrzegani przez nikogo pocichu rozmówić się z sobą i Włast wyznał Dobrosławowi, co słyszał w lesie, jak się tam odgrażano i imię Stogniewa wymieniono. Z narady to tylko wyszło, iż należało mieć się od niego na baczności, nie donosząc o niczém kneziowi, boć dowodów żadnych winy nie było, a z posądzeń Stogniew łatwo się oczyściwszy, na przyszłość tylko mógł się stać baczniejszym.
Jak wprzódy już czasu podróży, tak i tu Wojsław, Stogniew i większa część ludzi z orszaku Mieszka, okazywała dwom chrześcianom niechęć i pogardę. Nie mówiono do nich chyba gdy to było konieczném, odwracano się i rzucano ich samych. Dobrosław napróżno się starał zbliżyć do Stogniewa, który go unikał milczący.
Gdy się tak wieczór wśród śpiewów i ucztowania zbliżał do końca, a Mieszko to przy starym księciu siadał, to z Dubrawką żartobliwie rozmawiał, dwór téż częstowany podochocił sobie. Pomimo to starszyzna Mieszkowa pozostała niewesołą i do Czechów mało się zbliżała. Zapito jeszcze zrękowiny, kneź zapowiedział, iż nazajutrz powracać musi do kraju swego i przed północą wszyscy się rozchodzić poczęli.
Młody Bolko znowu przyszłego brata odprowadził do jego izby i tu go w twarz pocałowawszy, odszedł.
Mieszko pozostał sam ze Stogniewem i kilką komornikami.
Teraz dopiero spojrzawszy na twarz swojego ulubieńca, dostrzegł w niéj ponury wyraz zamiast radości. Stogniew jednak odzywać się nie śmiał.
— Kniehinię mieć będziecie! — odezwał się do niego Mieszek — wielkiego rodu i możną panią... Podaliśmy sobie z Bolkiem ręce, abyśmy oba silniejsi byli...
Stogniew spuścił głowę.
— Nie radujecie się? — zapytał kneź.
Zmilczał zapytany. Mieszko téż nie odzywał się doń więcéj. Wydał rozkazy i odprawił. Po odejściu jego Dobrosława przywołano. Kneź pachołków odprawiwszy dziękować mu znowu począł.
— Miłościwy Panie — rzekł przybyły cicho — cieszę się ja, żem panu memu mógł usłużyć, ale się drudzy pono burzą i nie wszystkim to sprawia radość...
Nie wymienił nikogo. Kneź téż unikał pytania.
Zmarszczyła mu się brew, błysnęły oczy, ale ze słowem nie zwykł był spieszyć. Nierychło dopiero poszedł ku Dobrosławowi rękę mu kładnąc na ramieniu.
— Ty i Włast, i co was jest chrześcian, gotujcie mi drogę i pomagajcie — odezwał się cicho. — Wielki jest Bóg ich... ale niełatwo od swoich odstać... i nową odziać skórę, gdy ta, z którą człek na świat przyszedł, do ciała przyrosła... Tych co się opierać będą, zmogę... ale gromadkę wierną mieć muszę, by przy mnie stanęła... Mów — dodał — mów Dobrosławie, jako wiesz... wielu chrześcian naliczysz w ziemiach naszych?.. Wiem, iż byli oni już za ojca i dziada mojego... ale się kryli z wiarą swoją...
— Miłościwy kneziu — odezwał się Dobrosław — jest nas rozsianych po wielkiéj przestrzeni niewielu... Strach niejednego odwiódł już od krzyża... kapłanów trzeba jak Włast... aby szli między lud i nauczali... a pilnego oka na to, aby starszyzna, wieszczkowie i gęślarze nie burzyli go... Co kneź Bolko uczynił u siebie, czemużby się téż u nas dokonać nie miało?..
Kneź się zadumał nieco i z tém Dobrosława odprawił, by Czechów nawróconych, jacy się znaleźć mogli do Polan zaciągnął.
Nazajutrz rano już konie stały w podwórcu, gdy w izbie jeszcze obiad podawano na pożegnanie. Wyszła i kniehini do narzeczonego, aby mu dobre słowo dać na odjezdném, cały dwór Bolesławów dla uczczenia gościa był na nogach i dziesięciu jezdnych dodano do orszaku, by przeprowadzali Mieszka do granicy łużyckiéj.
Tak się w drużbie i weselu rozstali, z miłością wielką, i cały poczet ruszył z Hradszyna uroczyście, przy okrzykach, które się jeszcze z murów grodu długo słyszeć dawały.
Ani Dobrosław, ani Włast nie śmieli potém już rzec słowa kneziowi, aby w podróży bacznym był na tych, co go otaczali. Do granicy téż czeskiéj, dopóki dodani Bolesławowscy ludzie im towarzyszyli, nie było niebezpieczeństwa.
Gdy ich obdarzonych odprawiono z pozdrowieniem do Pragi, a kneź sam z orszakiem swoim pozostał, przypadł spoczynek w lesie dla skwaru, który tego dnia panował, i wszyscy się do snu pokładli.
Włast téż szukając cienia, odszedł opodal od gwaru i w zaroślach się gęstych położył. Leżał tu już czas jakiś, nie mogąc zasnąć jeszcze, gdy szelest się dał słyszeć w pobliżu i szepty. Pomimo iż go dostrzedz trudno było w trawie i krzakach, z miejsca swego mógł widzieć, że Stogniew z Wojsławem stali, potajemnie się naradzając z sobą. Zrazu słów ich usłyszeć nie mógł, lecz natężywszy ucha i podpełznąwszy ostrożnie, pochwycił wyrazy Stogniewa.
— Dziś na noclegu... czego więcéj czekać mamy? Jawna rzecz, że nas niemcom zaprzedają...
— Czekajmy do domu — mówił Wojsław — Sydbora namówim z nami.
— Aby zdradził? — rzekł Stogniew. — Nie potrzeba nikogo. Śpiącemu oszczep w piersi wrażę i nim się przebudzi, ducha wyzionie. We dwu im trzem po kolei radę damy. Dobrosław go prowadził... Lubonia syn jawnym chrześcianinem jest, widziałem go do ich kontyny idącego i obcującego z czarnemi wróżbitami.
Sprzeczali się jeszcze pocichu czas jakiś, lecz Stogniew na swém postawił i z zarośli wyszli umówiwszy się, iż spać nie będą, a gdy wszyscy zasną, wstaną, aby ich wymordować z kolei. Stogniew miał pewnych ludzi kilku do pomocy.
Zaledwie się oddalili, zimnym potem okryty wstał Włast i pobiegł szukać Dobrosława, aby mu o niebezpieczeństwie oznajmić.
Unikać musiał oczów i tak to dopełnić, aby żadnego nie obudził podejrzenia. Księciu téż potrzeba było powiedzieć o tém, co się gotowało, aby obmyślił co miał czynić.
Dobrosław chodził około konia swojego w miejscu, gdzie nikogo nie było, łatwo więc przyszło Włastowi natychmiast mu rozmowę podchwyconą cudem, powtórzyć.
Mieszko na wysłaném suknie pod dębem zasypiał bezpiecznie, budzić go nie śmiał Dobrosław, ale stanął na straży, by się zbliżyć natychmiast, gdy ze snu wstanie.
Włast poszedł krążyć zdala, aby innych przed czasem nie dopuścić.
Znużony drogą kneź spał prawie do wieczora, szczęściem rżenie koni sen ten głęboki przerwało, a gdy oczy przecierać zaczął, znalazł się przy nim pierwszy Dobrosław i nie tracąc chwili, rzekł mu:
— Miłościwy panie, Włast podsłuchał rozmowę, zmówili się Stogniew z Wojsławem, aby cię w pierwszym śnie zamordowali...
Słysząc to Mieszko, wcale nie okazał poruszenia. Kazał sobie powtórzyć prędko wszystko, co Włast usłyszał, i wstał ręką odprawiając precz Dobrosława, słowa więcéj nie rzekłszy.
Wnet dano znak, aby na konie siadać. Stogniew się zbliżył po rozkazy. Mieszko nie dał poznać po sobie, iżby go miał w podejrzeniu. W zwykły sposób zagadał doń i szykować ludzi rozkazawszy, sam siadł na koń z twarzą pogodną. Zdumiał się Dobrosław sądząc, że mu chyba wiary nie dawał, lecz przystąpić już nie mogąc, trzymał się w pobliżu wraz z Włastem.
W drodze aż do nocy przez gęste przedzierając się bory, Mieszko nie okazał téż najmniejszéj po sobie trwogi. Późnym już wieczorem, w lesie na polanie, między skałami, które nad niemi ścianę wysoką tworzyły, na nocleg kneź zatrzymać się kazał. Tuż z drugiéj strony stromo ścięty brzeg wprost do Łaby spadał. Przez stojące tu rzadko drzewa widać było łąkami w dali płynącą rzekę i lasy piętrzące się ławami jedne nad drugiemi, z pośrodka których gdzieniegdzie szare ściany kamienne wyglądały.
Kazano ognie rozpalić, zwierzynę w drodze ubitą piec i konie na paszę wypuścić. Kneź pod starą sosną, na czystém miejscu posłanie sobie przygotować kazał, głośno zapowiadając Stogniewowi, ażeby wcześnie wszyscy do snu się kładli, gdyż z pierwszym brzaskiem ruszyć miano. Dobrosław z niepokojem przypatrujący się Mieszkowi, najmniejszéj w obejściu się jego nie dostrzegł zmiany. Stogniew chodził widocznie niespokojny i chmurny.
Po rozdaniu jedzenia wprędce ludzie się pokładać zaczęli, straż opodal postawiwszy; ognisku dano wygasnąć i czarna noc z milczeniem posępném osłoniła obozowisko. Dobrosław i Włast z miejsc swoich podpełzli bliżéj, aby być panu z pomocą na skinienie. Cisza panowała długo, gdy Mieszko silnie chrapać zaczął.
W chwilę potém usłyszeli w krzakach zaczajeni, jak niedaleko śpiący Stogniew i Wojsław wstali pocichu i skradać się poczęli ku miejscu, w którém kneź spoczywał, chrapiąc coraz mocniéj. Noc była tak ciemna, iż zaledwie poruszające i skradające zcicha postacie dwu morderców dostrzedz było można.
Stanęli oni oba już przy Mieszku, gdy nagle stłumiony krzyk się dał słyszeć. Dobrosław, który się zerwał i nadbieżał, spostrzegł jak kneź uchwyciwszy Stogniewa, gdy się ten najmniéj spodziewał, obalił go, przygniótł, oburącz za gardło ścisnął i — udusił. Wojsław, który stał zrazu przelękły, umknął natychmiast i biegł w las naoślep.
Nim Włast i Dobrosław przybiegli, Stogniew już ducha wyzionął, w rękach knezia, który wnet krzyknął, aby ognia rozpalono. Gorzały jeszcze węgle pod popiołem, od których łatwo było suche zażedz gałęzie. Pobiegli pachołkowie, Mieszko tymczasem stał spokojnie nad trupem, oglądając się, czy drugiego napastnika nie zobaczy.
Gdy ogień błysnął, a służba w pierwospy zbudzona nadbiegła, strach ogarnął wszystkich, słowa nikt nie śmiał rzec...
Mieszko skinął na ludzi, aby trupa ściągnęli i z góry go rzucili do rzeki. Stało się w jednéj chwili jak przykazał, nikt pytać nie śmiał ani spojrzeć panu w zagniewane oczy. Posłano szukać Wojsława, lecz nigdzie go nie znaleziono... Ucieczka sama o winie świadczyła.
Gdy Stogniewa ciało z hałasem toczyło się po skałach, Mieszko ognia kazawszy naniecić, słowa nie mówiąc legł nazad na posłanie, sparł się na ręku i drzymać począł. Ludzie przerażeni wrócili na miejsca swoje. Tak doczekano ranka.
O świcie dowództwo nad ludźmi objął Dobrosław, siedli wszyscy na konie i w milczeniu jechali w dalszą drogę ku domowi.
Z pocztu kneziowskiego nikt o Stogniewie wspomnieć nie śmiał, a wjeżdżając na gród nad Cybiną, towarzysze pańscy na pytania odpowiadali milczeniem.






X.



Już w podróży przez Dobrosława miał sobie oznajmioném Włast, że mógł się udać do Krasnéjgóry do ojca — z tém tylko, by na każde zawołanie się stawił. Przybywszy więc na zamek natychmiast się wybierał, gdy stara Srokicha dowiedziała się o powrocie i do swojego dziecięcia przybiegła.
Zaledwie godzina upłynęła jak na zamek wjechali, służba zdawała się nie mówić słowa oglądając się bojaźliwie — przecież cały niemal już dwór wiedział i zkąd i z czém powracano...
Śmierć Stogniewa przeraziła wszystkich. Na twarzach widać było postrach i smutek. Jawnie nikt się do nikogo nie zbliżał, ale po kątkach, za węgłami szeptali ci co wracali, z temi co pozostali.
W niewieścim dworze już płacz słychać było i narzekanie; popłoch panował wszędzie, kniehini Górka czekała wyglądając na brata, nie mogąc się go doczekać.
Mieszko natychmiast wysłał gońca po Sydbóra do Gniezna, aby nie tracąc chwili, do niego przybywał.
Sześć mil miał konny ubiedz tak, aby przed nocą wezwany, był nad Cybiną.
Dobrosław wydawał rozkazy i nad dworem miał zwierzchnią władzę... Srokicha pochwyciwszy Własta, pieszczoty macierzyńskiemi, wnet rozpłakała się i wypytywać natarczywie zaczęła, niedając mu odetchnąć. Po dworze chodziły już wieści straszne.
Strwożeni byli wszyscy. Włast, któremu nakazano milczenie, nic powiedzieć jéj nie mógł. Nie było już tajném, że do Pragi jeździli, lecz nadto nie wiedział nic. Srokicha niedowierzająco potrząsała głową.
— Gołąbku mój — mówiła płacząc — straszne dni na nas przyszły. Nie darmo wy do Pragi téj, do Czech jeździli. Groza idzie na nas i niewola, zginiemy wszyscy... Nasi starzy przyszłość wróżą krwawą.
Próżno Włast się jéj wyrywał — Srokicha ściskała go, jakby się lękała utracić i zalewała się łzami...
Chciała go zaprowadzić do swéj pani, ale Włast się wyprosił. Wycałowawszy go i wygłaskawszy, puściła wreście staruszka, tém niespokojniejsza, iż nic od niego dowiedzieć się nie mogła.
Unikając pytań podobnych Włast poszedł po konia swojego, aby za dnia jeszcze zdążyć do Krasnej-góry... Pociechą dlań było, że z Pragi wiózł dane mu do mszy świętéj wino i opłatki, których w domu upiec nie miał sposobu.
Wino naówczas było w kraju rzadkością prawie nie do nabycia, a duchowieństwo chleb téż do mszy świętéj używany, chciało mieć z nadzwyczajną pieczony troskliwością. Ś. Wacław sam zżynał kłosy pszenicy, sam wybierał i wyciskał grona, z których wino i chleb do świętéj ofiary użyte być miały.
Z równém poszanowaniem i inni kapłani przygotowywali się do niéj. Włast długo pozbawiony téj kapłańskiéj pociechy, sposobił się teraz, choć potajemnie, gdzieś na ustroniu w lesie odprawiać mszę, aby w niéj zaczerpnąć siły i znaleść pociechę. Gorliwym był jak człowiek, długim głodem zmorzony — a gdy o rodzinie swéj myślał, zalewał się łzami, rozpaczając prawie, aby mógł ją nawrócić. Nie wiedział sam jak ma to wielkie rozpocząć dzieło, lecz czuł święty obowiązek. Ze wszystkich dusz jakie chciał ocalić, los tych najbliższych, najmocniéj go obchodził.
W tych myślach zbliżył się do Krasnéj-góry, i już widział dwór zdaleka, a serce mu biło niespokojnie gdy wracając konno z pola nadjechał Jarmierz, witając go serdecznie.
— Pan nasz ucieszy się wam wielce — rzekł — bo niecierpliwie czeka powrotu...
— Jam téż spieszył jak mógł, alem był pod rozkazami. Zdrowi wszyscy? — spytał Włast.
— Dobrogniewa zaniemogła trochę, przecie się włóczy o kiju.
Luboń dla was już Mładę zaswatał, ani dnia wam nie da spocząć i jechać będziecie musieli z nim a do wesela się gotować.
Włast zbladł i zadrżał, nieodpowiadając nic, jechał daléj. Ani na chwilę nie zawahał się nad tém, co miał począć. Jeśliby go ojciec przymuszać chciał, postanowił paść mu do kolan, wyznać wszystko i znieść cokolwiekby go spotkać mogło.
Rozmawiając zbliżyli się ku dworowi, a tentent koni wywołał sługi, które o nadjeżdżającym wnet w domu oznajmiły...
Pierwsza wybiegła Hoża na spotkanie, za nią szedł stary Luboń z brwią namarszczoną. Na widok syna rozchmurzył się wnet. Gdy ten mu do nóg przypadł, uderzył go ręką po ramieniu i zamruczał.
— Przecie kneź się ulitował nademną[14] — Gdzieście byli? Jeździłem do grodu, mówiono mi, że kneź wziął was z sobą? Czy polował na wilków.
— Do Czech jeździliśmy — odparł Włast.
— Do Czech? — chmurno się odezwał stary — a po co? łup przywieźliście?
— Myślę, że chyba przymierze lepsze od niego.
Stary się trząsł i nie pytał więcéj.
Wyszła i babka, chmurném okiem, jak zawsze mierząc chłopaka.
Nie pytano go więcéj. Luboń téż nie oznajmił mu o niczém, tylko, że jutro bierze go z sobą, że jechać muszą.
Włast wiedział już co zamierzał, lecz dopytywać nie było wolno, czekać musiał, aż mu oznajmi ojciec swą wolę.
Jedna Hoża swą wesołością cały dom ożywiała, krzątając się, śmiejąc się i śpiewając. Stara mruczała przy kądzieli. Po wieczerzy zwołano i inne dziewczęta do śpiewu, bo stary Luboń rad słuchał pieśni i do późnéj nocy, przesiedzieli tak u ognia przy łuczywie.
Dobrogniewa drzemała nad swą kądzielą, wrzeciono wypadło jéj z rąk — ale do snu nie szła.
Późno już było, gdy Luboń z ławy wstawszy, naprzeciw syna stanął i odezwał się.
— Jarmierz ci na jutro odzież da nową i ogarnąć się trzeba czysto, jedziemy w swaty. Dobrałem ci dziewczynę piękną, młodą i posażną, czas życie zaczynać i do gospodarstwa się nałożyć.
Włast westchnął — zbliżył się do ręki ojca i ucałowawszy ją, rzekł cicho, ale śmiałym głosem...
— Ojcze a panie miłościwy, nie mogę tego uczynić, abym niewiastę brał... Przyszedł czas, gdy ci całą prawdę objawić muszę, oto ślubowałem chrześciańskiemu Bogu i przyjąłem wiarę nową, a poprzysiągłem, że nigdy niewiasty znać nie będę.
Wyznanie to, wśród głuchego milczenia wyrzeczone, przerwał krzyk staréj Dobrogniewy, która kądziel rzucając na ziemię, przypadła do wnuka z pięściami zaciśnionemi. Luboń zuchwalstwem syna osłupiały, jakiś czas przemówić nawet nie mógł.
Z ust jego wyrwało się coś jakby ryk dziki i rękę podniósłszy do góry, z całéj siły uderzył syna, który padł na ziemię.
Skroń jego uderzyła o twardą nogę stołu i krew trysnęła z niéj. Ból, przestrach, znużenie sprawiły że omdlał.
Hoża, którą krzyk ojca zwabił, widząc obalonego i skrwawionego brata, klękła na ziemi, chwytając bladą jego głowę i zaszła się wielkim płaczem.
Luboń stał wcale nieporuszony tém co uczynił.
Zwolna otwarły się oczy Własta, poruszył się, usiłował powstać, i z pomocą siostry, ocierając skroń, na nogi się podniósł, oparłszy o stół.
— Psie ty niewierny — krzyknął Luboń — myślisz, że ja ci dam czynić co zechcesz przeciwko méj woli?
Nad dzieckiem mojém mam prawo życia i śmierci, słuchać musisz i uczynić co każę...
Dobrogniewa oczyma i ruchem rąk potwierdzała mowę ojca — Włast milczał.
— Kajaj mi się zaraz, a bądź posłusznym — chrześcianinem ci nie być... Szczenię wolę przybrać za dziecko.
— Ojcze a panie — odezwał się Włast — usłucham rozkazu twojego we wszystkiem, lecz wiary się nie wyrzekę, a co mi mój Bóg każe, uczynię choćbym miał życie dać.
Luboń w krwawą twarz dał mu bezlitośny policzek... W téjże chwili poczuł na dłoni ciepłą tę krew własnego dziecięcia, i wzdrygnął się. Hoża obejmując brata rękami płakała... Stary z gniewu drżał i rzucał się, babka pięściami ciągle wnukowi groziła i powtarzała:
— Sobaka!
Włast stał na nogach się chwiejąc — milczący, z głową spuszczoną.
— Będziesz posłusznym — wołał Luboń — lub zginiesz psie niewierny.
— Czyń co ci się podoba ze mną — odparł Włast — jestem w mocy twojéj...
W pierwszéj chwili Luboń z gniewu chciał zawołać na pachołków i siec nieszczęśliwego, już bełkocząc poczynał dawać rozkazy, gdy Hoża do nóg mu się rzuciła. Popchnął ją zrazu, ale mu się uczepiła mocno. Krzyk i płacz rozlegał się po dworze, ludzie pobudzeni zbiegli pod okna, do sieni i stali patrząc a nie rozumiejąc co to znaczyło. Niewiasty łamały ręce i płakały. Jarmierz stał w progu.
Opamiętał się stary w gniewie.
— Związać go!.. — krzyknął — na strych w swirniu posadzić i nie puszczać... suchy dać chleb i wodę... niech mrze głodem...
Jarmierz chcąc ocalić Własta, odezwał się, że w swirniu strych był zajęty.
— Do jamy z nim! do jamy! — zawołał Luboń — łyka mi daj... związać go... sprzedam jak niewolnika, ubiję jak psa...
Napróżno córka błagała jeszcze, zwracając się to do ojca to do Własta, aby uległ woli jego. Włast milczał, ojciec zapalał się gniewem coraz większym. Jarmierz wreszcie lękając się, aby stary nie porwał się znowu do dziecka, wolał już spełnić polecenie i przyniósł łyka.
— Do jamy z nim... — powtórzył Luboń.
Jama ta była wygrzebaną w ziemi i służyła na schowanie w zimie, często za więzienie w lecie. Spuszczano do niéj winowajców, a wnijście zawalano drzwiami, na których kładziono kamienie.
Włast szedł posłuszny. Hoża zakrywszy sobie oczy, upadła na ziemię. Milczenie było w izbie, tylko oddech wzburzonéj piersi Lubonia i mruczenie staréj je przerywało.
— Będziesz posłusznym?.. — krzyknął stary, widząc już syna w progu.
— Ojcze... nie mogę... Bogu posłusznym być muszę...
To mówiąc zwrócił się do Jarmierza i rzekł mu spokojnie.
— Prowadź mnie.
Ta odwaga i stałość słabego na pozór chłopaka, któremu się urągano, iż męztwa nie miał, dziwne uczyniła wrażenie na wszystkich. Stara Dobrogniewa wściekała się, Hoża płakała. Luboń stał drżący z gniewu. Jarmierz był przerażony.
— Prowadź do jamy! — krzyknął stary.
Włast ruszył się posłuszny nie mówiąc słowa i przestąpił próg, przeszli sień, znaleźli się w podwórku.
— Poddajcie się ojcu... jamy wy nie wytrzymacie długo... — szepnął Jarmierz — poddajcie się! co czynicie!..
— Prowadź mnie — rzekł Włast — niech się stanie wola jego, śmierci się nie lękam...
W progu jeszcze zjawił się rozjuszony ojciec, krzycząc na Jarmierza.
— Do jamy!
Nie było już ratunku.
W głębi dziedzińca znajdowała się ta studzienka wilgotna. Jarmierz odwalił drzwi i litość chwyciła go za serce; puścił sznur, który trzymał w ręku.
— Uciekaj! — szepnął.
— Dokąd? — odparł Włast — czyń co ci kazano... Uciekać nie mogę i nie chcę...
Trzeba więc było spełnić nakaz surowego ojca. Jarmierz wskazał jamę i pomógł Włastowi się w nią spuścić. Sam siadł nad nią i podparty na rękach został tak na straży, nie wiedząc co począć z sobą. Luboń tymczasem rozpędzał czeladź, która się była zgromadziła, rozkazując jéj iść precz na barłogi... W trwodze rozpierzchło się wszystko i znikło.
Głuche milczenie nastało we dworze. W świetlicy stara stała ręce założywszy przed ogniem, a Hoża płakała leżąc na ziemi.
Noc była późna, pierwsze kury piać zaczynały. Stary ojciec zamiast iść na posłanie, siadł na przyzbie przed dworem, sparł głowę na rękach i pozostał tak dysząc gniewem do rana.
Brzask dnia znalazł go tam siedzącym jeszcze. Jarmierz na ziemi legł nad jamą i tam go sen ujął nad ranem. We dworze było cicho i ciemno. U zgasłego ogniska stara Dobrogniewa drzémała mrucząc, snem niespokojnym. Hoża zwlókłszy się na ławę, z głową na stole usnęła.
Dzień się robić zaczynał i parobcy wstawali do pojenia koni, gdy Luboń ruszył się z przyźby, poszedł nad jamę, nogą budząc śpiącego Jarmierza, kazał mu drzwiami otwór przyrzucić i poszedł.
Gdy zakładając drzwi spojrzał w dół Jarmierz, chcąc słowo pociechy rzucić biednemu, w głębi zobaczył go klęczącego i modlącego się spokojnie. Powoli zasunął ciężkie wrota i odszedł zadumany.
Dzień cały upłynął bez zmiany, spuszczono tylko chleb i wodę Włastowi. Jarmierz chciał przemówić do niego, ale zdala stojąca z kądzielą Dobrogniewa pogroziła mu.
Luboń nie wyjechał ani na łowy, ani wyszedł w pole, w chacie przesiedział dzień nieruchomy prawie, a gdy mu jedzenie przyniesiono, popchnął je od siebie. Wodę pił tylko.
Nad wieczór przywlókł się do wrót starzec z gęślą na plecach.
Był to gość częsty we dworze Luboniów, znany całéj okolicy śpiewak, wróżbit i znachor, który przez rok cały zwykł był obchodzić dwory i chaty, karmić się, spoczywać i płacić za gościnność śpiewem i wieszczbą. Zwano go Wargą. Z siwą rozczochraną brodą, z rozwianym włosem, w szaréj opończy, z kijem białym w ręku, z sakwami na plecach, stary Warga wchodził jak pan do każdego domu, siadał na najlepszém miejscu, kazał sobie podawać co mu się podobało, łajał czasem najmożniejszych i słuchano go z pokorą, a niemal trwogą. Uchodził za strasznego czarownika. Nawet podobni dziadowie wróżbici cześć mu jak głowie swéj oddawali. Słowo jego ważyło wiele.
To téż gdy na wyprawę iść trzeba było z ludem, a wojakom dodać serca, nikogo do wróżenia z ziemi, patyków i ognia nie wołano, tylko jego. Śmiały i silny choć stary, nocami chodził jak we dnie nie obawiając się niczego, ani zwierza, ani człowieka.
Wedle obyczaju swojego Warga wejrzawszy w podwórze, wrota sobie otworzył śmiało, oczyma poszukał kogoś, do kogoby się odezwał i nie postrzegłszy żywéj duszy, prosto kroczył ku dworowi. Tu znalazł Lubonia jak odrętwiałego na ławie.
— Co tobie stary? — zawołał — choroba?
Gospodarz głowę podniósł, popatrzył oczyma obłąkanemi i nic nie odpowiadając, podparł się znowu na dłoni. U drzwi Warga kij postawił, sakwy zrzucił na ławę i postąpił bliżéj do niego, biorąc go za ramię.
— Co tobie stary? mów!
— Nie mogę mówić! — szepnął Luboń.
Bystre oczy długo w niego wlepiając gęślarz, głową potrząsał, nareszcie na ławie naprzeciw niego przysiadł.
— Powiesz ty mi, co tobie jest? — mruknął.
W tém Dobrogniewa wyszła z kądzielą z komory.
Co wam? co się w waszym domu stało?..
Dobrogniewa rzucać głową poczęła.
— Syna miał, wnuka miałam... straciliśmy go... wrócił po dwunastu latach niewoli... psem niemcem... niewiarą... trzeba go było zamknąć wczoraj do jamy jak wściekłego.
Warga uderzył ręką po stole.
— Dwanaście lat go nie było! opłakaliście... zapomnieli... a co gorszego dziś?
— Niechby nie żył!.. — krzyknął Luboń.
— To go zamórz głodem... — rzekł Warga. — Z chrześcianina ty pociechy mieć nie będziesz... darmo... Umieją oni człowieka przerobić, że się zaprze rodzonéj matki i ojca... czarowniki te!.. Skosztował on ich chleba, naszego nie będzie jadł więcéj...
Tu Warga zniżył głos.
— Co twoje dziecko jedno — rzekł — nam wszystkim oni nóż prędko przyłożą do gardła... Już kneź wącha się z chrześciany i jak inni pójdzie z niemcami, aby nam na kark jarzmo włożyć. Co im!.. Jeździli do Czecha... tam mu żonę swatają... biada nam!.. biada nam!..
Luboń głowę podniósł.
— Stogniewa w drodze Mieszko udusił, że mu się sprzeciwił! wydusi nas, jeśli o sobie nie pomyślimy... wydusi...
Warga westchnął, śmiały jego głos płaczliwym począł się stawać.
— A wy! baby bezsilne... ścierpicie to!.. — zawołała nagle Dobrogniewa.
Głową począł Warga potrząsać.
— Do kądzieli, stara — mruknął gniewnie — do kądzieli... precz... co wam do naszéj sprawy?
Dobrogniewa spuściwszy głowę, powoli, posłuszna, nie śmiejąc odpowiedzieć nic, odsunęła się do kąta, siadła na kądzieli i poczęła nić wyciągać. Warga sparł się oburącz na stole i patrząc w oczy Luboniowi potrząsał głową smutnie.
— Prawda to, że do Czech jeździli po kniehinię? — spytał Luboń — Mieszkoby nas miał sprzedać za jednę dziewkę?..
— Za dziewkę nie — odezwał się Warga — ale za to, by nas mógł z niemi gnębić... obróci w niewolniki, jak niemcy swoich... pójdzie reszta kmiecych swobód z bogami naszemi... pójdzie...
— Jeśli my się mu damy — mruknął Luboń.
Warga przysunął się ku niemu, popatrzył na siedzącą zdala Dobrogniewę i zaczął mu coś szeptać do ucha. Z twarzy i oczów widać było, że to co mówił, gorącém było i poruszało go mocno. Oczy mu to się świeciły, to pod zmarszczone chowały czoło, zaciskał dłonie, targał Lubonia za ramię, podnosił ręce, bił o stół niemi, rzucał się, śmiał i krzywił, a gdy wreszcie umilkł, Luboń wstał jakby w niego nowe życie wstąpiło.
Była to pora wieczerzy; wniesiono misy, chleb, strawę i piwo, a Warga zgłodniały rzucił się na nie chciwie. Luboń pił tylko a szeptali ciągle. Noc już była, gdy tentent się dał słyszeć, głosy u bramy, a wkrótce potém wszedł do izby opończą osłonięty mężczyzna, od progu naprzód wpatrując się, kogo zastanie. Dopiero upewniwszy się, że Luboń sam był z Wargą, wsunął się i twarz odsłonił.
Był to Wojsław koniuszy Mieszka, który zbiegł w las, gdy Stogniewa kneź pochwycił. Dawny Lubonia znajomy i powinowaty, przychodził widać żądać u niego przytułku.
Gospodarz, który o niczém nie wiedział, nawet o losie Stogniewa zasłyszał ledwie i sądził przybyłego zawsze Mieszkowym sługą, przyjął go po staréj drużbie.
— Cóż mi tam niesiecie? — spytał — pewno was kneź posyła? byle nie po syna...
Wojsław strząsnął się nie odpowiadając i usiadł na ławie milczący, popatrzył na Wargę.
Stary włóczęga myśl jego zdawał się odgadywać.
— Co wy patrzycie mi w oczy, jakbyście Wargi nie znali? Przy mnie śmiało mówić możecie, co serce poda do gęby...
Luboń ciekawie wpatrywał się w wybladłego i na twarzy zmienionego krewniaka.
— Coś ty nie swój jesteś? — rzekł.
— Nic nie wiecie? — zapytał Wojsław schrypłym głosem.
— Cóż mam wiedzieć, siedzę w domu...
— Gdzie syn twój? — zapytał Wojsław.
Na to pytanie zmarszczył się Luboń, od rana już postanowił był nie przyznawać się przed ludźmi do tego sromu, że dziecko mu nie chciało być posłuszném, do téj doli, że mu chrześcianie je odebrali, cicho więc odparł.
— Synam wyprawił w swaty... żenię go...
— Doprawdy? — zapytał Wojsław. — Toście go zmusili chyba... Przecie go widziałem w Pradze, że z chrześciańskimi wróżbitami w ich kontynie odprawiał tam jakieś obrzędy... a tym, co do nich należą, żenić się nie wolno...
— Tak jest — dodał porywczo Luboń — zmusiłem go do porzucenia téj wiary niemieckiéj... zagroziłem mu... musiał być posłusznym.
— Nic wam nie mówił o naszéj podróży? — pytał daléj Wojsław.
— Nie pytałem go wiele... — odezwał się Luboń jakby zbyć się chciał rozmowy — co tam z gołowąsem takim rozhowory prowadzić?!
Machnął ręką.
— Nie będziecie wy z syna mieli pociechy... — rzekł Wojsław — nie... Dobrze żem ja z jego przyczyny nie nałożył głową... a Stogniewa śmierci nikt nie winien ino on. Widzieli go pachołkowie, jak w krzakach leżąc podsłuchiwał nas na rozmowie i wydał przed kneziem...
— A cóżeście mówili? — spytał Luboń zdziwiony.
Wojsław z ławy powstał poruszony mocno.
— Co mam kłamać! Mieszko nas niemcom sprzedaje. Do Pragi jeździł się o naszą skórę targować. Jawna to rzecz. Starą dziewkę mu daje Bolko i dobre wiano... swoją przyjaźń i cesarską łaskę... Myśmy to ze Stogniewem widzieli, a mieliśmy czekać, aż nam na kark włożą obręcz?..
Reszty można się było domyślać. Wojsław jéj nie dopowiedział, i po chwili kończył.
— Gdyśmy nocą przyszli do niego, już nas, przez twojego syna ostrzeżony, czekał... Stogniewa zdusił jak chrząszcza!.. Jam życie uniósł... tułam się.
Milczenie nastąpiło długie. Wojsław przeszedł się po izbie, Warga pilno nań patrzył, Luboń stał zamyślony.
— Dacie mi przytułek? — zapytał Wojsław.
— Właśnie to go tu szukać!.. — krzyknął Warga — człowiecze... pod bokiem knezia, gdzie cię każdéj godziny może zajrzéć i ludzie cię znają!.. Pójdziesz ze mną... ja ci dam schronienie, w którém będziesz bezpieczny... Schowam cię do chramu, gdzie nikomu dostąpić niewolno... Takich ludzi jak ty nam trzeba...
Odwrócony ku starcowi Wojsław słuchał.
— Pójdziesz ze mną! — powtórzył Warga.
— Ja ci téż w lesie na pasieczysku chatę dać mogę — rzekł Luboń.
— Bylem gdzie tego twojego syna psią wiarę nie spotkał — odezwał się Wojsław — bo choć on was posłuchał i dziewkę bierze, a ja mu nie ufam... Zdradzi on ją, i was, i mnie, gdy będzie mógł... a wiary téj nie puści, co gdy raz przylepnie do człowieka, trzyma się jak smoła...
Zamyślony, z okiem wlepioném w ziemię, stary Luboń powtarzał ciągle pocichu.
— Stogniewa udusił!..
— Własnemi rękami — rzekł Wojsław popijając chciwie z kubka, który stał na stole. — Czekał na niego... schwycił za gardło... i krzyku mu nawet wydać nie dopuścił... Ciało potém zrzucić kazał z góry do Łaby i położył się znowu, jakby mysz nogą rozcisnął... Nikomu słowa nie rzekł... Dobrosławowi oddał po Stogniewie władzę, wrócił nad Cybinę, posłał po Sydbóra i już się pewnie do wesela sposobi... Taki on jest!.. Co jednemu uczynił, tak samo stu zrobi nie zmarszczywszy się... Na Sydbóra my rachowali, on ma dużą siłę w ręku... ale to pies téż, co się nawykł łasić i nogi mu lizać będzie... z nim gadać nie ma po co...
— Albo innych nie ma? — podchwycił Warga — czy to wam kneziów zabraknie?..
— Kneziów nie! — zaczął Wojsław — a no... ludzi... Dawne męztwo wytępiły te Piasty... porobili z nas niewolników... serc nie ma... trwoga we wszystkich... pójdą gdzie im każą, zrobią co im powiedzą, choćby na ojców rodzonych!..
— Nieprawda! — zawołał Warga poruszając się za stołem — źle ty sądzisz o narodzie... jeszcze on nie cały w pętach i kagańcach... jeszcze po lasach stary obyczaj i stara swoboda... miry wiecują jak dawniéj i pędzić się nie dadzą jak trzody...
Poczęli tedy rozprawiać o swéj doli i o tém, co groziło, Luboń tylko najmniéj się odzywał. Noc ich tak zaszła, aż Warga wstał z za stoła.
— Noc ciemna, ale ja drogi znam... nocą wam i mnie najlepiéj iść... chodźmy ztąd... nocleg sobie znajdziemy...
Ruszyli się więc oba, gdy Luboń im u drzwi drogę zaszedł.
— Znacie starego Lubonia — rzekł — ja z wami! Nie zważajcie na to, że mnie Mieszko zechce ciągnąć ku sobie, że mu się pokłonię... Trzeba będzie dłoni do roboty, ja i moi ludzie z wami będą...
I dłoń podał Wojsławowi.
— Syna miéj na oku! — mruknął wychodzący.
— Nie bójcie się... bezpiecznym o niego...
Wywiódł ich w podwórze, do wrót, siadł na koń Wojsław, Warga poszedł przodując, i znikli oba w ciemnościach.




XI.



Gdy z pola znikły kopy i żniwa zostały skończone, obchodzono zwykle uroczystość jesienną, weseląc się i dziękując bogom, a składając im obiaty. Nie było na to oznaczonego dnia, a w każdym mirze i osadzie, po dworach dobierano sobie wedle upodobania i możności, porę do obchodu wesołego, gdy dostatek zawitał do chaty. Warzono piwa, sycono miody, młodzież często przy téj zręczności wypatrywała sobie dziewczęta, bo i wesela zwykle na jesieni się odprawiały, gdy roboty pilnéj około roli nie było, a zasiew téż został skończony.
Obyczaj ten i na kneziowskim dworze zachowywano, sprawiając pod ten czas dla czeladzi i młodzieży ucztę połączoną z wróżbami przy kontynie i obiatami bogom.
I w tym téż roku, wcześniéj niż zwykle. Mieszko, który po sobie nic poznać nie dawał, co zamyślał, choć po całéj już ziemi mówiono o przyszłych jego zaślubinach, przez Sydbóra i dietskich swych, wcześnie zwoływał na dwór starszyznę z ziemian znaczniejszych.
Nie było we zwyczaju na to święto ją powoływać, lecz Mieszko zapowiedział, że na niemców i przeciw margrafowi Geronowi może ciągnąć przyjdzie, więcby rad ze starszyzną o tém pomówił. Dzień naznaczono przed pełnią i komorników rozesłano po dworach, po kmieciach i Leszkach co możniejszych, aby na gród nad Cybinę ciągnęli.
Zwołano co przedniejszych z Jaksów, Leliwów, Porajów, Grzymałów, Godziembów, Kaniowów i innych starych rodów.
Na grodzie od przybycia Mieszka z Pragi, nie wiele się lub nic prawie nie zmieniło. Nie odprawił kneź żon swoich, owszem siódmą sobie wziął jeszcze, dla niepoznaki i Lilja ustąpić musiała ślicznéj Lubaszce, córce zamożnego kmiecia, ledwie wyszłéj z dzieciństwa, rozkwitłéj jak na pół otwarty pączek różany. Stogniewa miejsce zajmował Dobrosław, dużo się jakichś obcych ludzi plątało po dworze, ale w pocztach straży i w wojsku nie zmieniło się nic — kneź jeszcze dla swoich wojaków szczodrzejszym był i widocznie ich sobie jednał. Parę razy zajrzał do kontyny i pogadał ze stróżami przy niéj siedzącymi. Obiaty do chramu, jak zdawna było, posyłano ze dworu, po obyczaju odwiecznym. To téż ci co z nich korzystali, nie dozwalali mówić ani posądzać Mieszka, ażeby miał wiarę odmienić. Lecz były téż oznaki inne, mniéj widoczne, że się coś knuło po cichu. — Z Czech kilku ludzi jakichś niewojennego rzemiosła na dwór przybyło i siadło. Ci często do knezia się przekradali.
Nim na owe Dożynki zwołano starszyznę, Mieszko czy z naprawy Dobrosława czy sam, jednego dnia o Własta się upomniał i wysłał za nim do Krasnéjgóry.
Trzymano go ciągle w jamie, ale o tém w domu nie wolno było mówić, przed obcemi Luboń kłamał, że syna osadził z młodą żoną, na ziemi którą miał w lasach, o mil dziesiątek. Gdy komornik przybył od Mieszka, upominając się o Własta, stary mu téż odparł, że syn gospodarzy na nowosiedlinach i że go ściągnąć nie łatwo. Namyślił się jednak po daniu téj odpowiedzi i przybrawszy się zaraz sam z komornikiem na dwór pański pojechał.
Gdy przybywszy pokornie do nóg się kłaniał Mieszkowi chytry starzec — spytał go wnet kneź:
— A Włast wasz kędy?
Stał przy tém Dobrosław i słuchał.
— Miłościwy panie — odezwał się Luboń, nie dobrze udając wesołego, Włastam ożenił i na gospodarstwo wyprawił, bom stary i pomocy potrzebuję.
Mieszko zdumiał się bardzo i popatrzał na Dobrosława, który znać musiał wprzód opowiedzieć o powołaniu jego i kapłaństwie. Wprawdzie naówczas żenienie się duchownym wzbronioném nie było, ale Włast wdział był suknię mniszą, o czém Dobrosław wiedział dobrze, a zakony zawsze ślubowały bezżeństwo.
Zdumienie na chwilę usta zamknęło wszystkim. Luboń poczuł, że mu nie bardzo wierzą.
— Miłościwy panie — rzekł — przed wami nie godzi się nic ukrywać. Syn mi powrócił przez niemców zepsuty i na ich przeklętą wiarę przeciągnięty — nie chciał ani żony, ani gospodarstwa. Lecz zmusiłem go, aby mi był posłuszny, a dałem młodycę śliczną, przy któréj zapomni o czém inném.
— I ożeniliście go? — podchwycił Dobrosław widocznie zdumiony razem i przelękły, ożenił się dobrowolnie?
— Trochę mi się opierał — odezwał się Luboń — ale przeciem ojciec i mam władzę, zresztą niewiastka go do rozumu przywiedzie. Stary się rozśmiał dziwnie — Dobrosław zmilczał, Mieszko téż nie odezwał się zaraz — ale chmurno na starego Lubonia popatrzał.
— Dawnoż się to stało? — spytał.
— Zaraz po powrocie, gdyście go miłościwy panie odesłali do mnie. Nie dałem mu długo się rozmyślać.
Mieszko który zwykle dla Lubonia był łaskaw bardzo, tym razem nie okazał mu wcale życzliwości swéj, posępnie zbył go kilką słowy — i odprawił.
Co kneź myślał, z tego się nikomu nie zwykł był zwierzać, ale Dobrosław, któremu się zdało, że na wiarę i gorliwość Własta mógł rachować, rażony był, zasmucony razem i przybity. Nie mógł pojąć, by pobożny młodzian, co zdawał się na męczeństwo gotowym, tak łacno uległ pokusie.
Chciałby go był zobaczyć — lecz na to nie widział sposobu.
Mieszko, który chciał starego Lubonia wraz z innymi na zjazd do grodu wezwać, po krótkiéj rozmowie z nim, nie rzekł mu już nic. Luboń, wiedząc że innych powołano, poczuł to mocno, lecz zmilczał i do domu odjechał.
Dzień naznaczony do zjazdu nadszedł wreście. W wigilją już Sydbór był z ludźmi swemi na grodzie i wojska zebrano dosyć. Przygotowania na przyjęcie kilkudziesięciu znaczniejszych kmieciów, Leszków, władyków, ziemian, wcześnie były uczynione. Umiał Mieszko przyjmować po królewsku i pokazać moc swoją. Dnia tego od rana podwórce, miasteczko, pole pod wałami pełne było pocztów Sydbóra i innych dowódzców. Ludu liczono na kilka tysięcy, jakby się na wyprawę zbierano. Dla tych woły zarzynano i pieczono, i kadzie z piwem stały od rana.
Na kneziowskim dworze występowano téż jakby najdostojniejszych spodziewano się gości. Izba wielka na dole przyrządzona była na przyjęcie wspaniale, wszystkie ławy suknem szkarłatném pookrywane, na stołach dzbany srebrne, na ścianach zbroje i tarcze odpolerowane świeżo. Zapach smółki rozchodził się wszędzie. W podwórcu pieczono zwierzynę i barany, niewiasty warzyły kasze różne z miodem i mlekiem, beczki z napojami stały pogotowiu, by z nich stągwie napełniać było łatwo. Sam kneź od rana suknie włożył paradne i miecz przypasał złocisty, a czapkę wdział czarnym połyskującą włosem z północy przywiezionego zwierzęcia, za którą dał niewolnika. Twarz téż na ten dzień rad był włożyć wesołą, ale mimo starania, marszczki na niéj widać było.
Zawczasu się panowie ściągać poczęli, z pocztami pięknemi, bo każdy był rad przed kneziem wystąpić możnie i schludnie.
Więc Jaksy, Kaniowy, Grzymałowie, Rolici, Godziembowie, każdy w kilkanaście lub kilkadziesiąt koni, kołpaki piękne, suknie zawiesiste, miecze kowane, na niektórych zbroje niemieckie, stawili się u progów dworu, gdzie ich dwór i służba witała, a do izby wiodła.
Kneź siedział na podwyższeniu i łaskawie wszystkich przyjmował twarzą, jak mógł wesołą.
A był to pan, który gdy chciał umiał się srogim, ale i łaskawym okazać, więc dnia tego z kolei witając ziemiany, każdego wiedział o co spytać, czém mu pochlebić, aby dobréj myśli był. Tuż téż cześnicy stali i stolnik, z kubkami i dzbany, a na stole jadło dymiło. Sadzał kneź podle i wesoło rozmawiał. Gdy około południa zjechali się wszyscy wezwani, izba niemal była pełną i panował w niéj gwar a ochota wielka. Miód coraz rozwiązywał języki.
I Dobrosław i brat pański Sydbór i inna mnoga starszyzna, urzędnicy dworscy nalewali a przymuszali pić i jeść, bo taki był zawsze obyczaj gościnności słowiańskiéj, iż przymusem ujmowano wstrzemięźliwych przez grzeczność gości.
Gdy więc tu zawzięło się mocno na ochotę i wesele, Mieszko wstał, jako dobry pan mięszając się między swych ziemian. Czy z umysłu, czy trafunkiem, kilku do siebie najstarszych ściągnąwszy, o wojnie począł mówić naprzód, i rozmawiając z niemi wywiódł ich do blizkiéj komory, któréj okna w podwórze wychodziły.
Tu téż ławy były do koła i stolica dla knezia. Sama się jakoś zebrała starszyzna, sędziwe głowy, dwóch braci Jaksów, Czarny i Biały, Rolita z obciętą ręką bez palców, bo mu je w potyczce niemiec odsiekł, Kaniowczyk, którego zwano Leszczycem, Grzymała Laskonogi i Godziemba zwan Krzywogębą, choć pod wąsami mu nic widać nie było. Byli to najmożniejsi Leszkowie i kmiecie polańscy.
— Wojnie końca nie ma — mówił kneź do nich — niemcy się zmagają, z Czechami przymierze uczynili, Ugrów przepędzili do ich łożysk, teraz nam całą siłą na karki siędą.
— Słyszeliśmy, miłościwy panie — odezwał się Jaksa Czarny — żeście do czeskich kneziów jeździli — azaliż i my z niemi pokoju mieć nie będziemy?
Milczenie się stało wielkie.
— Byłby pokój i przymierze — odezwał się głos zniżywszy Mieszko — ale cóż? chrześcianami są i z nami trzymać nie mogą.
Wszyscy posępnie usta zamknęli.
— Dziś, czy jutro — odezwał się wolno, cedząc wyrazy kneź — nowa wiara wnijdzie i do nas. Weszła ona już, wchodzi codzień, opierać się jéj trudno — pokój by nam przyniosła.
— Przebaczcie miłościwy kneziu — począł Krzywogęba, z dalekiego końca, na którym usiadł, przebaczcie. Pokój by może ona przyniosła od margrafów, gdybyśmy im nogami dali się deptać, ale doma by nie było pokoju. Nasze serca przyrosły do bogów naszych i obyczaju, lud prosty i władycy zarówno, jedno wierzą i trzymają. — Gdyby starszyzna poszła w jedną, a lud w drugą stronę, mielibyśmy wojnę nie tylko w domu, ale w izbie i na ławie i na posłaniu naszém.
Szmer cichy zdawał się potwierdzać te słowa.
— A nie także samo było w Czechach, gdy ratując się, wiarę nową przyjmowali? — rzekł Mieszko. — Dziś przecie już nie czuć i nie widać tam, aby się kto burzył i opierał. Ludowi po lasach zostawić trzeba czas, a starszym poczynać, od nich poszło tam coraz głębiéj, i...
Spojrzał Mieszko po starszyznie zasępionéj mocno i posmutniałéj.
— Nikomu, dodał zmieniając mowę, nie wesoło się ze skóry odzierać, rozstawać z tém, co ojcom i dziadom służyło, ale nóż na gardle mamy. Niemcy coraz głębiéj idą i zawojują nasze ziemie. Od ujścia Łaby po Odrę, wszystkoć to nasze, codzień kawałek wydrą nam, jakby żywego mięsa, damyż sobie najlepsze ziemie i lud zabierać? Po dobréj woli nie poddali się Lutyki, Obodryty, Wilki, Pomorcy, to im chramy popalono i połamano i poszli w niewolę.
— Bić się trzeba! bić się, wtrącił Laskonogi, bić dzień i noc, napadać i mścić.
— Siła stokroć od naszéj większa, nie zmożemy ich — przerwał Mieszko — a i swoi z niemi idą. Co począć?
Na to pytanie długo nie było odpowiedzi, Jaksa Biały który dotąd milczał, ruszył się, po nad głowę rękę podnosząc.
— Siedzę od serbskiéj granicy — odezwał się — patrzę na niemieckie roboty, zdrajcą nie byłem i nie będę — ale niemca złego nie zmożemy siłą ino chytrością. Ściga nas jako pogan, udajmy że chrześcianami być chcemy, abyśmy wypoczęli i stali z nim na równi. Nie ma co czynić, ino to, nie ma co poczynać tylko Czecha chytrego naśladować. Wówczas wilk ten krwi naszéj chciwy Gero i Wigmany i wszystkie złe duchy ich, odstąpić będą musieli, przymierze uczynić aby ich w nie jak w matnię zaplątać...
Śmiało i żywo to wypowiedziawszy, spuścił głowę Biały i zamilkł... Mieszko po kolanach swych dłoniami uderzył...
— Jakso mój — zawołał — złote mówisz słowa... Złote słowa twoje!
Rozumu się u ludzi i z cudzego doświadczenia uczyć trzeba... Nie wszystko żelazo robi i siła... chytry zwycięża... a Obry pijane od Krasnopanków giną!
Inni coś mruczeli, ale nie oburzając się.
— Jedno powiem wam — odezwał się Mieszko — choć mnie o słowo trudno, języka nie mam jako drudzy — jedno rzeknę — co bądź poczynać będę, co zrobię i gdzie pójdę niechaj was serce nie boli — nie gwoli złemu uczynię — ale gwoli temu, aby nam i plemieniowi było dobrze... Szerokie ziemie nam należą... Czech? Czech nam Chrobaty wziął, Czech nam Szlązko zajął... hen! daléj po Wisłę, za Wisłę, nasz to język, ziemia nasza, po morze do Łaby... za Odrę... wszystko to nasze... wszystko wezmiemy rozumem wprzód ważąc, a potém miecza i krwi nie żałując...
Cesarz na zachodzie... na wschodzie my być powinni Cesarstwem. Nie ja — syn — wnuk może... ale to musi być!! to będzie.
Wstał mówiąc — słowa zdawały mu się mimowoli rwać z ust, aż nagle, jakby się opamiętał, że za dużo rzekł, zamilkł.
Jaksa Biały a za nim drudzy wstali z ław, ręce popodnosili do góry i — mimowoli wyrwało się im z ust...
— Tak będzie! tak będzie!!
I Jaksa dodał — Miłościwy panie! nie pytaj — czyń! — Tyś pan, tyś Kneź[15], masz siłę, masz wolę — niech gawiedź mruczy! ty idź i czyń...
— Idźcież ze mną i za mną!
Uderzył się w piersi.
— Pójdziemy! zawołali głośno wszyscy...
We drzwiach komory na okrzyk ten zjawiło się kilku z pierwszéj izby, ci niewiedząc nawet dlaczego wołano i co chciano, okrzyk powtórzyli w progu, od progu dostał się za stół... Powstawali ziemianie wołając... Mieszko żyw i zdrów niech będzie! na długie lata! na długie lata...
Czarne oczy knezia zapałały, stał drżący jakimś zapałem, odwagą, nadzieją — trwało to chwilę — pokłonił się ręką od ust dziękując — i siadł...
Tak krótka ale stanowcza skończyła się narada, nastąpiło ucztowanie...
Znowu Stolnicy i Cześnicy szli nalewać i zachęcać — i, mimo przytomności knezia, wrzawa i śmiechy rozległy się w izbie. Toż samo działo się w dziedzińcu, i na całym grodzie. Młodzież biegała z oszczepami, ścigała się końmi, pasowała na gołe dłonie... Strzelała z łuków i rzucała kamienie... Podochoceni wojacy, komornicy, dwór, pachołkowie, dokazywali pod oczyma starszyzny, która téż podweselona, nie myślała powszechnego zakłócać wesela...
Około gaju świętego dopiero panowała cisza i spokój, bo do tego nikt się zbliżać nie śmiał. Na skraju jego pod drzewy widać było kilku starców stojących gromadą w milczeniu, i zdala przypatrujących się ciekawie temu co około dworu się działo. Zwykła straż chodziła u ścian kontyny... W progu jéj siedział znajomy nam Warga z rozwianą brodą na ręku podparty, słuchając dolatujących doń okrzyków i dumał. Kilku podobnych mu dziadów z białemi kijami przechadzało się po gaju.
Warga zdawał się tu czekać na kogoś. Obracał się czasem ku dworowi napróżno, podglądał pod gałęzie... nikt nie przychodził...
Nad wieczór, goście się zwolna rozjeżdżać zaczęli, ludzie znużeni kładli się po szopach, na grodzie uspokajało się, kiedy niekiedy tylko okrzyk lub śmiech doleciał z daleka... Zmierzchało już gdy około gaju ukazał się niepewnym krokiem, bojaźliwie krążący człowieczek, niepocześnie odziany. Poznać w nim jednak było można kogoś ze sług mniejszych dworu, tego dnia w barwę jednostajną przybranych... Ostrożnie wsunął się między drzewa, obejrzał i podbiegł ku kontynie... Na widok jego Warga wstał z progu, zbliżył się doń, odciągnął w drugą stronę, i u pnia starego dębu się zatrzymał.
— Słyszałeś co? mów? rzekł.
— Wszyscy ziemianie z nim zajedno trzymają, odezwał się zadychany sługa. Co tylko zechce, to zrobi...
— Kto był? licz? spytał Warga pochylając się ku małemu człowiekowi, aby odpowiedź lepiéj usłyszéć.
Sługa wyliczać począł, przypominając sobie, pomagając na palcach i powtarzając...
Warga pytał pomagając mu... odbierając to przeczące, to potwierdzające odpowiedzi; lecz gdy przyszło do powtórzenia tego co mówiono i nad czém obradowano... sługa nie umiał zdać sprawy z podsłuchów. Jedno wiedział na pewno, iż Mieszkowi wszyscy posłuszeństwo ślepe ślubowali. Warga głowę na piersi spuścił, na kiju się sparł i milczał... Ręką odprawił sługę i przywołał nazad...
— Był Luboń? spytał.
— Nie było go... Parę dni temu słano za nim — Kneź[16] mówił krótko i odprawił.
Odszedł nareście donosiciel, a Warga podniósłszy oponę, wsunął się do ciemnéj kontyny... Na ławie u wnijścia siedziało dwóch na pozór uśpionych ludzi. Spostrzegłszy Wargę, ruszyli się.
— Teraz idźcie — rzekł — wiecie dokąd i po których dworach... nie zapomnijcie o Luboniu... pojutrze na uroczysku Lelowém... jak świt...
— Pojutrze na uroczysku Lelowém jak świt! powtórzyli machinalnie dwaj starzy... a Warga jeszcze raz toż samo im wtórował.
— Pojutrze na uroczysku Lelowém jak świt...
Podniosła się opona świątyni ostrożnie, Warga wyszedł oglądając się, a za nim dwaj jego posłowie... Każdy w inną kierując się stronę...
Uroczysko Lelowe, położone było wśród lasów, na pół drogi do Gniezna... Odwieczny dąb spruchniały, omszony, przyschły już, zajmował środek łąki, która wierzch wzgórza okrywała, nizką a gęstą trawą leśną porosła... Tu i owdzie jakby kołem, wsiadłe w ziemię leżały głazy szare, opasując go wieńcem... Niektóre z nich ukryły się już prawie w niéj, inne sterczały jeszcze nad powierzchnią. Pomiędzy niemi a olbrzymim dębem mnóstwo glinianych małych miseczek stało w nieładzie, przypruszonych gałęźmi, poprzysypywanych ziemią. Między niemi gdzie niegdzie wywrócony dzbanuszek leżał i potłuczone małe bliźniaki...
Z jednéj strony popiół zgasłego ogniska szerokiém kołem znaczył miejsce w którém spoczywano. Na dębie wisiały płachty deszczem wymyte, zczerniałe od wilgoci... Okrywały one część pnia i gałęzi... Te które wiatr pozrzucał walały się na ziemi. Sam dąb miał, rzec można jakąś postawę własną, która go od innych różniła... Niezmiernéj grubości od dołu, okryty szczerby i garbami, dziwacznie poorany spływającą wodą i piorunami co weń biły, podnosił się do góry jakby w męczarniach wijąc i dzieląc na kilka potwornie grubych konarów... Te także nie rosły prosto i bujno, i one łamały się dziwnie to strzelając do góry, to spadając ku dołowi, to podnosząc znowu zwycięzko... niby pasując z jakąś niewidzialną siłą. Całe drzewo zdawało wiekami wyrosłe w niewysłowionych, powolnych, tajemnych męczarniach... Czyniło ono wrażenie potęgi wiekowéj stworzonéj na walkę, zwycięzkiéj, lecz noszącéj na sobie widome znamiona, przebytych bojów i męki... Majestatycznie daléj dźwigały się wysoko po nad stary las gałęzie, jedne zielone i gęsto liśćmi okryte, drugie obnażone, strupieszałe, zjedzone przez mchy, rozpadające się próchnem... Spojrzawszy na tego milczącego, nieruchomego wkutego w ziemię szeroko, jak szponami niezmiernemi olbrzyma, mimowolnie przejmowało poszanowanie jakieś i groza. Był on świadkiem tysiącletnich może dziejów, burz, ciszy... przemian na ziemi... Cały świat swój miał stary pan puszczy, z jego soków żywiły się mchy, na ich trupach rosły trawy, w dziuplach kwitły leśne kwiatki schronione od zimna i słoty. Grzyby i pleśnie ssały mu nogi, na jednéj gałęzi wił się chmiel dziki oplatając ją z rozpaczliwą jakąś chciwością. Wyżéj pomiędzy gałęźmi słały gniazda ptaki w wiecznym boju z sobą. Na każdéj z nich tulił się inny lasu mieszkaniec...
Dąb, jak uroczysko, zwał się Lelowym dębem. Miejsce było poświęcone, tajemne, cudowne, tu szli chorzy zawieszać chusty, z którémi zdejmowali bole swoje, niewiasty, prosząc Lela o potomstwo, chciwi wróżby, przemiany pociechy...
O brzasku trzeciego dnia, jeszcze dąb okryty był poranną rosą jesienną, lśniącą jakby już mróz niosła z sobą, gdy z głębi lasu przywlókł się pierwszy Warga. Obejrzał się dokoła, rozsłuchał i siadł na jednym z kamieni. W lesie słychać było dzięcioła, który kuł drzewo i zdala krakanie wron ulatujących nad lasem.
Głos ich nieprzyjemnie rozbudził starca, któremu się usta krzywiły; podniósł głowę, po nad nią leciało stado czarne zniżając się, jakby chciało usiąść na starym dębie, zakręciło się nad nim i puściło daléj krzycząc długo.
Z krzewów wyszedł stary Luboń, odziany w prostą sukmanę, z twarzą posępną. Pozdrowili się pocichu. Nim mieli czas zacząć rozmowę, ze wszech stron zjawiać się zaczęli, jakby z ziemi wyrastający starzy ludzie, w tak prostéj odzieży ubogiéj jak oni.
Szli milczący i stawali kołem u kamieni pod dębem, na swych kijach pospierani. Luboń ich naliczył wkrótce kilkunastu. Starsi zaczęli siadać na ziemi, niektórzy z zanadrza wyjąwszy mieszki, przed sobą je stawili. Milczenie panowało uroczyste. Na wszystkich tych powiędłych twarzach jeden wyraz smutku i gniewu się piętnował.
Gdy starcy zajmowali miejsca obok Wargi, innych kilku butniejszych twarzy, choć odzianych w sukmany, przysunęło się do Lubonia. Widoczném już było, że z dwu jakichś żywiołów miało się składać to zebranie.
Dzień był mglisty, ale słońce zaczynało z za gęstych opon wyzierać, promień jego zaświecił na górnych dębu gałęziach. Wietrzyk je poruszył i drzewo jakby obudzone zaszumiało poważnie. Nie drgnęła jednak żadna z jego gałęzi, liście tylko drżały i kołysały się. Kilka ptaków wypędzonych z gniazd uleciało w powietrze.
W tém siedzący za dębem starcy pieśń cichą nucić zaczęli. Wyrazy jéj nie dochodziły do uszów tych, co stali na przedzie, nuta była tęskna, żałosna, a głosy szły jakby z piersi rozbitych, ponure i stłumione. Po każdéj zwrotce pojedynczy głos powtarzał coś o Lelu i zdawał wzywać bóstwa pomocy.
Warga nie śpiewał, słuchał zadumany, czoło marszczył. Śpiew téż trwał bardzo krótko i obumarł z ostatnim wykrzyknikiem. Westchnienia słychać tylko było. Około Lubonia gromadzili się ziemianie, za niemi kołem stali i siedzieli wróżbici, gęślarze i ludzie od kontyn i chramów; jedni spoglądali na drugich, jakby się pytali: Co począć? — W tém z gąszczy Wojsław się zjawił, spojrzał na zgromadzonych i wystąpił przed nich.
— Co będziecie czynili? — spytał półgłosem. — Na naszą starą wiarę idzie zguba z góry... wytępią ją... Żadna się kontyna nie ostanie... żaden kamień święty... żadnéj uroczystości postaremu obchodzić nie będzie wolno... żadnemu gęślarzowi śpiewać, żadnemu staremu powróżyć, popędzą nas jak bydło w niewolę... Co czynić! co czynić!..
Warga nań patrzał.
— Jak jeden człowiek może tyla narodu zmusić? — zapytał. — Jak nagniem karku, jarzmo włożą...
— Nie jeden — odparł Wojsław — jest ich wielu... a broń mają w ręku i siłę... porywać się na nich? wyginiemy i z nami wiara nasza.
— Głupi się tylko rwie, gdy nie pora — odezwał się Warga. — Milczeć trzeba, przypaść, czekać... Znajdzie się chwila, gdy albo knezie się z sobą zajedzą, albo wróg ich przydusi... Czekać trzeba!..
— A tymczasem kontyny wywrócą! — rzekł Wojsław.
— Albo drzewa nie ma, by drugie wystawić? — począł Warga — niech lepiéj ściany giną niż ludzie. Przyjdzie pora, gdy będzie siła... Pójdziemy w lasy na uroczyska, będziemy po nocach obchodzili święta i ofiary składali... Puszcze nas nie zdradzą... Czekać trzeba...
— Inaczéj mówiliście niedawno... — odezwał się Luboń.
— Bom nie wiedział co się dzieje... Kneź ma dużo zbrojnego ludu... Czechy mu w pomoc przyjdą, ba i niemcy... na co ma się krew przelewać, kiedy wiarę potajemnie chować można!..
Wojsław ręką zamachnął w powietru[17].
— Tak tchórze gadają — rzekł — ulegniemy dziś, jutro nie pora będzie... Za rok, za dwa w każdéj chacie się znajdzie chrześcianin... Dosyć ich jest i tak... ale dziś oni się tają przed nami, jutro my będziemy musieli przed niemi... Zguba i zatracenie...
Warga wstał z ziemi z oczyma zaognionemi.
— Wyście mnie nazwali tchórzem, a ja was nazwę gębaczem... — rzekł. — Słowa nie kupić... a o ręce trudno...
— A po osadach, po chałupach, po dworach nie możecie iść i ludzi ściągać? — zawołał Wojsław — nie możecie zebrać tysiąców i z niemi wprost na gród iść a śmiało rzec: nie chcemy nowéj wiary! nie chcemy odstać od ojców i obyczaju!..
— Pójdziecie z nami? — spytał Warga.
— O jednego człowieka nie idzie — przerwał Wojsław — jak tysiące będą, znajdę się i ja...
Starzy poglądali po sobie.
Odezwał się któryś mrukliwie.
— Nie te to czasy, gdy na wiece ojcowie zwoływali i ogniste palono wici! Popatrzcie u chramów, mało kto idzie, mało kto pyta... Nowa wiara ciśnie się wszędzie, a my ze starą... w puszcze i lasy chyba!..
— Wojaki kneziowskie żadnéj wiary nie mają — wtrącił inny. — Na święto idą dla piwa, dla miodu i dziewcząt, a żaden staréj pieśni nie umie!
— Nie, nie... — przerwał drugi — nie Drohoto, nie! Wy koło grodów się kręcicie i nad granicą, gdzie śmiecie spływa... Pójdźcieno w lasy, w głąb, hen, daléj, za Wartą ku Wiśle... tam nasze Bogi stoją całe i lud czołem im bije, ofiary niesie, pieśni nie zabył, obyczaj chowa... A trzeba będzie stać zań, pójdzie wszystek...
Rozśmiał się Drohota i niedowierzająco ramionami ruszył Warga. Pomiędzy starcami jedni trzymali z niemi, drudzy z Czarnym Buranem.
Wojsław podniósł głos.
— Niech ino kneź zobaczy, że lud stoi przy swych Bogach, niech głos posłyszy, nie będzie śmiał...
— Co, nie będzie śmiał? — przerwał Warga — silniejszy on od was i chytrzejszy... Inna moja rada... zmilczeć i ugiąć się... a wiernie swego trzymać i czekać... przyjdzie pora. Albo to czas teraz?
— A kiedy będzie czas? — zapytał Wojsław.
— Gdy my wam powiemy!.. — odezwał się Warga. — Co wy znacie dworacy? co wy wiecie Wojsławie? Schowaliście się na dworze, nie znacie narodu. Mocny on może być, gdy przecierpi, gdy zaboleje, gdy mu do serca ściągną dłoń. Dziś my jéj jeszcze nie poczuli... darmo wołać... Zbierze się kupa pijanych, zahuczy, rozpędzą ją i strach padnie na wieki na wszystkich... Tegoby jemu trzeba, żeby mocniejszym się stał, ale my tego uczynić nie damy!..
Drahota powtórzył.
— Nie damy!..
Inni starcy nie sprzeciwiając się zamilki[18], Warga widocznie ich zmógł i przekonał.
— Wywrócą kontyny? jest w lasach miejsca dosyć! Każą się kłaniać nowemu Bogu? pokłonim się... Było ich dosyć... jeden więcéj?.. Dlatego naszych starych nie opuścim... Nasza dola czaić się, cierpieć i czekać... przyjdzie nasz czas, przyjdzie nasza godzina... wybiją na wojnie starszyznę, dwory zostaną puste...
Warga nie dokończył. Luboń ze swemi poglądali po sobie nie mówiąc nic.
— Po cóż nas i wołać było? — odezwał się gniewnie Wojsław — nie mamy tu czego słuchać. Że cierpieć trzeba, tośmy wiedzieli i bez was...
Uśmiechnął się Warga.
— Jeszcze my się bojemy stracha, co nie przyszedł... nie trzebaż go uprzedzać, zobaczemy, gdy on się zjawi... zobaczemy. A zebrać się i radzić było trzeba, bo niech tu dziś wiedzą, że groza idzie i od zimy nagotują kożuchy... Po tośmy się zeszli...
Usiadł stary na swoim kamieniu, a inni mruczeniem dawali poznać, że z nim trzymali.
W tém Czarny Buran podniósł rękę i rzekł.
— Ja jedno powiem... O kim wiadomo nam, że chrześcianinem jest, choć tajnie... zabić go... pójdzie groza po drugich... Niech jeden ginie, aby my nie poginęli wszyscy...
— Dwory im podpalić! — dodał inny — Dobrosława naprzód...
— A Ligoń? i ten nie lepszy...
— A Zreba?..
Inni wymieniać poczęli różne nazwiska. Warga się nie przeciwił i milczał.
— Czyńcie z tém jak chcecie! — dodał obojętnie.
Niektórzy starcy uśmiechali się już jakby im ta zemsta smakowała. Luboń zbladł wspomniawszy na syna i milczał.
Gwar się wszczął między gromadą i rzucanie słowami bezładne, gdy dziwnie zaszumiała dąbrowa i zdala słychać było jakby łomot gałęzi, a konia chód. Wszyscy zamilkli przysłuchując się, chociaż myśleli, iż spóźniony może jeden z ziemian przybywa. Wojsław stał za Luboniem wpatrując się w tę stronę lasu, z któréj szedł głos, przechylił się ku ziemi, aby po pod gałęźmi dojrzeć coś lepiéj i nagle, jakby przerażony, skuliwszy się w pół, rzucił w krzaki. Ucieczka ta przestraszyła i drugich, ale uchodzić nie była pora, bo za starym Lelem już konia i jeźdźca widać było.
Luboń, który stał na widoku, pierwszy zobaczył i poznał Mieszka.
Kneź jechał sam jeden, z twarzą dumną i spokojną; ubrany jak do łowów, z rogiem na sznurze uwieszonym przez ramię, z sulicą w ręku, łukiem na plecach.
Zobaczywszy starców i ziemian zebranych u dębu, nie okazał wcale zdumienia, konia trochę strzymał, stał i patrzał.
Wróżbici i gęślarze osłupieli z trwogi i przerażenia. Niektórzy z ziemian cofali się w las, inni stali jak w ziemię wryci. Ze starych niektórzy, nawykli do poszanowania, zwolna podnosić się zaczęli.
Mieszko stał i oczyma mierzył wszystkich, dostrzegł zdala Lubonia, poznawał i innych wróżbitów, których przy grodzie widywał. Po chwili namysłu, zwolna z konia zsiadł, wziął cugle i do oniemiałych zbliżył się z twarzą wcale niegniewną, ze wzrokiem jasnym. Ci, ku którym podchodził, zapomniawszy o odgróżkach, chylili mu się do kolan i pokłony bili.
— Cóż to za wiec u was, gęślarze? — zapytał — i czemuście się to tak głęboko w lasy z nim skryli?.. albo to gajów świętych nie ma przy chramach?
— Miłościwy panie — odezwał się chytrzejszy od innych Warga, nisko się kłaniając — u nas to obyczaj stary, u dębu za urodzaje Bogom dziękować i wróżyć, co zboże da i co zima przyniesie. My tu na tém uroczysku schodzili się co roku...
— A no! wróżcież i śpiewajcie... niech i ja posłucham a popatrzę, a z mądrości się waszéj co nauczę... — rzekł Mieszko spokojnie rozglądając się po starcach.
I słowa te kończąc obejrzał się aby siąść. Kłoda omszona leżała poza kołem wróżbitów, przysiadł na niéj. Milczenie panowało między staremi. Warga, który się tak zręcznie wytłumaczył, szepnął Drahocie.
— Wróżcie...
— No... co nam ta zima obiecuje? — rzekł kneź — mówcie...
Drahota zawezwany, musiał wedle zwyczaju postąpić; przywołał Wargę i Burana, usiedli na ziemię i końcami kijów swych białych w milczeniu ziemię odgartywać zaczęli, szukając jakieby w niéj znalazły się znaki.
Ziemia leśna, wilgotna, nie miała w sobie nic zrazu, oprócz przegniłych liści. Drahota kopał głębiéj i dobył — kostkę jakiegoś zwierzęcia.
Warga, on i wszyscy głowami potrzęśli znacząco.
— Kość... — rzekł Drahota — kość znaczy śmierć i zczeźnięcie.
— Komu? — zapytał kneź.
Milczeli obracając głowami. Drahota począł kopać daléj; dobyli węgla kawałek. Węgiel znaczy stos i zgliszcze — śmierć!
— Śmierć! — rzekł Warga.
— Komu? — powtórzył Mieszko.
Mówić nie śmieli, poglądali po sobie.
— Śmierć wrogom naszym! niemcowi!.. — zawołał kneź.
Warga pokręciwszy głową, począł grzebać głębiéj jeszcze... czarny robak okazał się wśród poruszonéj ziemi i zwolna w szczelinę jéj wsunąwszy zniknął.
— Wróżcie śmiało! — odezwał się Mieszko — jeśli znacie przyszłość.
— Śmierć i zniszczenie złemu — począł Warga.
— Wrogowi — szepnął Mieszko.
— I tym, co z wrogiem trzymać będą — rzekł Buran ponuro. — Robak co pełznie znaczy nieprzyjaciela co się skrada... Uszedł nam w jamę, zły to znak.
Warga grzebał kijem po swéj stronie.
— Wróżcie — odezwał się wśród milczenia Mieszko — wkrótce nam na Wigmana iść będzie trzeba, przeciw Geronowi... dobrze wiedzieć, co nas czeka...
— Rzućmy losy! — rzekł Drahota.
— Rzućcie — potwierdził wstając i zbliżając się Mieszko.
Drahota z torby dobył siedem kawałków drzewa, rozłupanych na poły, tak że wierzchnia ich część czarną korą była okryta, a wewnętrzna bielała, zebrał je w garść, począł coś mruczeć i cisnął na ziemię.
Wszyscy się pochylili spoglądając ciekawie, drzewo padło tak, że sześć kawałków czarnych było, a jeden tylko biały.
Milczeli starcy.
— Czarno nam jutro wróży!.. — odezwał się Warga.
— Rzucimy raz drugi — zawołał Drahota, zbierając patyki po ziemi i wznosząc je powtóre z szeptem jakimś i zaklęciem.
W milczeniu oczy wszystkich się zwróciły na padające drzewa, wszystkie czarnym bokiem leżały...
Spojrzeli po sobie starcy i nic nie rzekli, Drahota na trzecią i poślednią wróżbę zbierał kawałki.
Mieszko stojąc z twarzą spokojną, spoglądał na nich z góry.
Po raz ostatni ciśnięte patyki tak jak pierwszym razem, ledwie jednym białym upadły.
— Czarne jutro nasze! czarne! miłościwy panie... — westchnął Drahota.
— Czarne... — wtórował Warga.
— Czarne!.. — chórem szeptali wszyscy — trzeba ofiary Bogom nieść, aby odwrócili gniew i groźbę... Krwi Bogowie pragną!..
— Pójdziemy jéj niemcom utoczyć — odezwał się kneź głośno — ta im smaczniejszą będzie, niż gdybyśmy kozła zarznęli... Niech tylko idą za mną wszyscy, gdzie im wskażę, niech się biją raźno, a mężnie, a wróżba się na wrogów obróci...
To rzekłszy i spojrzawszy naokół po milczących dziadach, dodał.
— Niech każdy sprawia co do niego należy, ja się będę bił, wy obiaty nieście i śpiewajcie... A nauczcie młodych, aby za wodzem szli posłuszni... Tém niemcy silni, że słuchać umieją! tém my słabi, że zgody u nas i posłuchu nie ma... Ale tych i ja nauczę!..
Rzekł i zwolna koniowi cugle ściągnąwszy, skoczył nań, popatrzywszy jeszcze na wylękłych wróżbitów, ujął róg w rękę, trzy razy zatrąbił i w gąszcz wjechał napowrót.
Luboń i wszyscy w głuchém milczeniu nieruchomi pozostali długo i odetchnęli dopiero, gdy kneź zniknął im z oczów.




Koniec tomu 1go.



TOM II





I.



Włast, już drugi miesiąc na dnie jamy wilgotnéj modlił się i cierpiał. Jarmierz i siostra, mimo wiedzy ojca i jego najsurowszego zakazu, mimo oka pilnego nielitościwéj babki, przynosili mu jedzenie, skradali się na rozmowę, prosili go i błagali, aby ojcu był posłusznym. Odpowiadał im, że tego uczynić nie może. Im dłużéj pozostawał w tym dole, zamiast słabnąć na duchu, dziwnym sposobem rozgrzewał się i stawał silniejszym. Nie mając już nic do stracenia, cichym głosem, klęcząc nucił pieśni kościelne, które mu z dawnych czasów na pamięć przychodziły i łzy mu płynęły z oczów. W téj ciemnéj jamie, na ścianie, z dwóch kawałków drewna łykiem związanych, zrobiwszy sobie krzyż i umocowawszy go, większą część dnia Włast spędzał przed nim na rozmyślaniu i modłach.
Hoża i Jarmierz, ciekawie nieraz uchyliwszy wrota, wpatrywali się w niego, przejęci trwogą jakąś na widok téj wytrwałości i męztwa.
Parę razy przyszedł Luboń stary i kazawszy sobie odwalić wrota, łajał syna, zmuszał aby wolę jego spełnił. Z pokorą wielką Włast podnosił oczy i ręce ku niemu i odpowiadał, że uczynić tego nie może. Z przekleństwem na ustach odchodził stary Luboń i gniewem długim wrzał często godziny całe, tak, że się doń nikt zbliżyć nie śmiał, ni przemówić.
Nawykły do posłuszeństwa, nie chciał ustąpić, a jednak wspomnienie tego dziecka, straconego, opłakanego, odzyskanego cudownie i dziś skazanego jak niewolnik na kaźnię okrutną, łamało mu serce. Po nocach łzy zalewały oczy, ale gniew je osuszał.
Ustąpiłby był może wreszcie i syna precz odegnał, lecz z jednéj strony obawiał się, aby go nie skarżył przed Mieszkiem; z drugiéj podżegała go stara Dobrogniewa, upierając się przy tém, iż w końcu Włast wycieńczony, poddać się musi.
Tymczasem biegły dni i tygodnie napróżno, a Włast w téj ciemnicy na modlitwie trwając i w samotności, nawykł niemal do życia pustelniczego i zgadzał się z wolą Bożą. Odzież zbrukana i przejęta wilgocią mało go już od chłodu broniła, padała się nawet kawałami; barłóg, na który słomy garść litościwa ręka siostry rzuciła, starł się na proch i stęchł przejęty wodą, która się ze ścian sączyła. Włast się nie skarżył, a gdy Jarmierz ubolewał nad nim, odpowiadał mu łagodnie, że miło mu jest cierpieć dla Boga, którego wyznawał, i że ten Bóg zsyłał mu pociechę do serca.
Słysząc to Jarmierz, stawał zdumiony i przelękły, nie mógł pojąć téj siły, która się takim bolem nie wyczerpywała.
Hoża po kilkakroć do nóg padała ojcu prosząc za bratem daremnie, zawsze podejrzliwa stara, która ją szpiegowała, nadbiegła w porę ze swą kądzielą, aby ją oderwać od nóg ojcowskich, a Lubonia nowym gniewem zapalić.
Ten więzień w domu, choć do niego nikomu się zbliżyć nie było wolno, choć wspomnieć się nie godziło, truł jednak spokój i szczęście całe rodziny. Hoża chodziła zapłakana, Jarmierz chmurny, Luboń był chwilami wściekły, a stara Dobrogniewa nikomu pokoju nie dawała.
Przyjechał kto obcy, kłamać było potrzeba i udawać swobodę, a lękać się zawsze, aby ten upór sromotny, ojca upokarzający, się nie wydał.
Jarmierz myślał o jakimś ratunku i nie widział żadnego. Chciał dopomódz do uwolnienia Włastowi, lecz zdradaby się wydała i stary Luboń nigdyby mu jéj nie przebaczył, a on w oczy tylko patrzał Hożéj i myślał, że mu ją w końcu dadzą.
Złożyło się jednak inaczéj wcale niż rachował. Ukrywający się ciągle Wojsław, często do Lubonia zaglądał i narady z nim miewał. Chłop był urodziwy i na dworze pańskim wychowany. On i Hoża spoglądali na siebie mile; czy przemówili kiedy, czy się ułożyli, czy Hożéj naprzykrzyło się w domu ze starą Dobrogniewą, która ją kochając męczyła, z ojcem, którego lękała się przemocy, któż to zgadnie?.. jednego poranku wszakże Hożéj nie stało.
W domu zawrzało straszliwie, pogoń poszła na wsze strony, tyle się tylko dopytano, że Wojsław ją porwał i w lasy z nią uszedł. Jarmierz się zaklinał, że go ubije.
Straszniejszą jeszcze pustką stał się dwór w Krasnéjgórze. Dobrogniewa położyła się trzeciego dnia i zapowiedziała, że jéj życie obrzydło. Na pół z gniewu, w pół z dobrowolnego głodu, w gorączce jakiéjś, majacząc, otoczona babami, co ją napróżno ratować usiłowały, w kilka dni skonała stara...
Luboń pozostał sam, zdala spoglądając na tę jamę, w którą syna wrzucił i nie chcąc nawet zbliżyć się do niéj.
Na parobków i służbę wywierał złość coraz wzrastającą.
Jarmierz niemający już nic do zyskania, nic do stracenia, co dnia się więcéj litował nad Włastem. Jednéj nocy poszedł tajemnie odchylić wrota, zbudził go i począł naglić, aby uciekał.
— Weźmiemy dwa konie... ubieżym w lasy... mnie tu już nic nie trzyma...
Włast mu dziękował.
— Jarmierzu, druhu mój — mówił doń — nie godzi mi się uchodzić od męczeństwa, którém Bóg mój mnie dotknął... Mam zasługę cierpiąc, stracę ją uciekając...
Jarmierz tego zrozumieć nie mógł. Chwilami zdawało mu się, że biedny Włast chyba oszaleć musiał. Drugiéj nocy i następnéj nalegał nań nie przestając. Tymczasem Włast, choć mocen na duchu, coraz upadać począł na ciele. Zimnica od wilgoci go napadała i co drugi dzień leżał trzęsąc się, a potém nieprzytomny w gorączce, w któréj zwykle naprzemiany śpiewał i płakał.
W takim stanie Jarmierz go nareszcie wychudłego, osłabłego, wyniósł z jamy na ramionach, złożył w szopie, okrył, napoił ciepłym miodem, i gdy sen go pokrzepił, zmusił niemal tém, że ojciec na nim mścić się będzie — do ucieczki.
Włast był jednak tak osłabły, że choć go Jarmierz przytrzymywał, na koniu długo usiedzieć nie mógł i po godzinie jazdy, gdy już dzień był jasny, musieli w gąszczach stanąć, bo biednego więźnia znowu położyć było potrzeba. Zaledwie ległszy, Włast zasnął.
Nie wiedział daléj co z nim poczynać Jarmierz, lecz domyślał się, że na dworze pańskim znaleść może jakiś ratunek.
Nie widząc w tém żadnego niebezpieczeństwa, na losy się zresztą zdając, porzucił chorego uśpionego, a sam przez las popędził do grodu nad Cybinę.
Za stróża przy Właście został stary pies, który poszedł za Jarmierzem, zwano go Kudłą. Temu kazał siedzieć przy koniu i chorym, pan — i pies zrozumiawszy to pozostał. Położył się w nogach Włastowi.
Jarmierz nie zważając już na to, że pochwyconym być mógł, jechał na gród. Pierwszą co mu się tu nastręczyła, była Srokicha. Była ona téż w tém przekonaniu, że Włast z młodą żoną mieszkał na nowosiedlinach, załamała ręce i padła na ziemię, gdy jéj chłopak powiedział co się stało... i jak go w lesie zostawił. Widywała ona tego gołąbka swojego z Dobrosławem, doradziła do niego iść. Sama przodem poszła się dobijać.
Zrazu nie mógł zrozumieć nic, wierzył bowiem w to, że Luboń zmusił go do odstępstwa. Stara zwołała Jarmierza, odkryło się wszystko i Dobrosław pobiegł naprzód do knezia, a wprędce potém siadł na konia i popędził w las.
Zastali Własta uśpionego jeszcze, osłabłym tak, że mowę był utracił, psa u nóg jego i ciszę wśród lasu. Kląkł Dobrosław nad nim, obejmując biednego i docuciwszy się, inaczéj go do grodu wieźć nie mógł, jak między końmi na rozwieszonych opończach.
Teraz dopiero długie męczarnie, które wytrwał nieszczęśliwy, wywarły swój skutek. Wprawdzie życia iskierka tlała w nim i blada twarz męczennika uśmiechała się łagodnie, lecz siły były wyczerpane.
Gdy na Krasnéjgórze Luboń swą czeladź, posądzoną o wspólnictwo siec kazał i sam w pogoń potém leciał naoślep, w stronę zupełnie przeciwną, Dobrosław z Jarmierzem bezpiecznie dojechali na zamek i złożyli w izdebce u wrót na dworcu kniehini Górki chorego, którego Srokicha pilnować i leczyć się obowiązywała. Jarmierz téż został przy nim. Stara znała się na ziołach i szczęściem z opisu domyśliwszy się zimnicy, gorzkich mu nagotowała.
Gdy Dobrosław przyszedł oznajmić Mieszkowi o tém co się stało, kneź wysłuchał go, jak zwykle, nie dając żadnéj oznaki, ani zdumienia, ani oburzenia. Kazał Własta wziąć na gród i wieczorem namyśliwszy się, komornika wysłał po Lubonia.
Ale tego w domu nie było, biegał po okolicy, szukając śladów, nie przyznając się do niczego więcéj, tylko do ucieczki Jarmierza.
Trzeciego dnia dopiero wrócił stary złamany i zrozpaczony. Na progu spotkał go rozkaz, żeby się do knezia stawił natychmiast. Sił miał niewiele, lecz rad nie rad, jechać musiał.
Dano znać Mieszkowi o przybyciu Lubonia, wyszedł doń z twarzą pogodną i pozdrowił na pozór łaskawie.
— Coście to pewnie na szczęście syna waszego patrzéć jeździli? — spytał. — A no? jak mu się tam dzieje?
Stary zabełkotał.
— Miłościwy panie — odparł głosem ochrypłym — wiele mnie nędzy spotkało... Zmarła matka, córkę mi porwano... bez wieści, a oto sługa, pies niewierny, uszedł okradłszy mnie, pewno kędyś do niemców...
— Czasby ci z nowosiedlin syna do domu z niewiastką sprowadzić — odparł Mieszko — mielibyście pociechę.
Luboń zmilkł, dławił go gniew.
— Ja waszego Własta polubiłem, choć do wojny się on nie zdał, ale rozumny człek do rady... i milczeć umie... Żoną się on już nacieszył, poszlijcie poń... bo mi go trzeba... do Czech go wyprawię...
Luboń się zmięszał, spuścił głowę, opadły mu ręce. Szukał w myśli sposobu, jakimby wyszedł z kłamstwa.
Mieszko stał, ze swym zwykłym dumnym uśmiechem.
— Co, wam to nie po myśli? — spytał.
— Miłościwy panie — co mam kłamać dłużéj. — Nieszczęście się stało — niemam syna.
Zakrył sobie twarz rękami stary, ale w prędce odsłoniwszy ją, dodał.
— Choćbym go miał — zgubiony on dla mnie... niemcy go ochrzciły... na swoją wiarę. — Znać go nie chcę...
— Wyrzekacie go się! spytał Mieszko.
— Niech, jeśli żyje, do tych idzie, których więcéj słucha niż ojca. — Bodaj zczezł...
Kniaź popatrzał nań z uwagą...
— Luboń, rzekł — z dzieckiem macie prawo czynić co chcecie — a to u nas teraz chrześciany się mnożą co dzień... trzeba nam to cierpieć — nie damy rady... Boga mają znać silnego, bo nasze mu się obronić nie mogą...
Wymówiwszy te słowa kneź... głową skinął i wyszedł...
Luboń, który dłużéj tu nie myślał pozostać, wysunął się ze dworu, nie wiedząc jak na koń wsiadł i pojechał do krasnego dworu.
Nigdy pono niewiasta do dziecka przywiązana nie była w przykrzejszém położeniu z niém, nad starą, prostą, poczciwą, ale — do swojéj wiary przywiązaną Srokichę.
Jarmierz, który patrzał na męczeństwo, cierpliwość i stałość Własta, był już na wpół jego przykładem nawrócony. Zaczynał czuć, że ten Bóg co dawał taką siłę, musiał być potężnym... Przed starą więc piastunką nie utaił powodu dla którego Włast uległ takiemu prześladowaniu. Srokicha przeraziła się tém... nie straciła serca dla swojego gołąbka, ale myślała téż jak ojciec, że go należało do dawnych Bogów nawrócić... Pomiędzy ludem straszliwe chodziły wieści o téj wierze nowéj, pełnéj surowości, umartwień, poddającéj człowieka najstraszniejszéj niewoli...
Srokicha płakała rzewnie nad swym wychowankiem, ale krzątała się około niego skutecznie...
Napój, jadło, powietrze, spoczynek... może dzielniéj od jéj leków poskutkowały. Włast trzeciego dnia mógł już uklęknąć i modlić się, a pierwszym jego ruchem było dziękczynienie Bogu i rzewna modlitwa.
Jarmierz i stara mamka ujrzawszy go zatopionego w tym zachwycie łzawym, od którego oderwać go nie mogli, przerażeni zostali... Srokicha utrzymywała, że niemcy urok na chłopca rzucili i że go odczynić potrzeba. W duchu postanowiła, sama się nie czując tak bardzo biegłą w téj sztuce, postarać się o najmądrzejszą babę, aby czar i uroki odegnała...
Gdy Włast powoli do zdrowia przychodzić zaczął, i ciągle będąc z Jarmierzem wszystek swój czas obracał na nauczanie go i nawracanie, Luboń wróciwszy do domu z gniewem i bolem, zaniemógł i legł złożony chorobą. I tu natychmiast po baby posłano, aby mu radziły...
Lecz stary i nic przyjmować nie chciał i życie miał już w obrzydzeniu. Przystępu prawie nikomu nie dając do siebie, leżał to senny, to nieprzytomny... W domu tymczasem działo się co się zwykle wśród grozą trzymanéj służby dzieje, gdy swobodę uzyska... Parobcy się rozbiegli, rozchwytywano co kto mógł... szalała czeladź puściwszy sobie cugle... Rozeszła się wieść po sąsiedztwie o chorobie starego, ale nikt się nie chciał wdawać w nieswoje. Stary dogorywał otoczony babami, które rozpędzić się nie dając, nakadzały go, kropiły, zamawiały chorobę napróżno... Wreście ktoś z sąsiadów dał znać na gród, że w Krasnéjgórze, na bezpańskim dworze, parobcy rwą całe mienie i dwór niemal roznoszą...
Włast już wstawać zaczynał... gdy Srokicha z tém wpadła...
Nie o mienie szło synowi, ale o obowiązki dziecięcia. Czuł się niemal winnym tego nieszczęścia, które rodzica spotkało i zerwał się na gwałt powracać do Lubonia. Napróżno i Dobrosław i Jarmierz błagali go i strzymywali, chciał wyrwawszy się iść pieszo, dano mu nareście konie. Jarmierz zrazu nie śmiał mu towarzyszyć, potém zawstydzony męztwem jego, powiedział, że go nie opuści. Siedli więc na konie i pospieszyli do Krasnéjgóry...
Już z dala dojeżdżając do dworu można mieć było wyobrażenie co się tam dziać musiało... Stary leżał dogorywając, a czeladź z dziewczętami w lasku podedworem pląsy wyprawiała, i śmiechy a śpiewy pijane rozlegały się do koła... W podwórzu poroztwierane wrota, ślady spustoszenia i łupieży, we drzwiach kupa starych bab gwarzących nad kadzią piwa i miskami kaszy a klusek...
Wszyscy niemal na pół pijani... spotykali przybywających... Jarmierz został w podwórku, aby natychmiast ład jakiś starać się zaprowadzić, a Włast wszedł do izby...
Na nizkiém posłaniu leżał stary, wychudły, z osłupiałemi oczyma, z obnażoną piersią, dysząc z trudnością... Chrapliwy oddech ten, ciężki, słychać było z daleka... Gdy Włast wszedł zdawał się już niewidzieć nic i nie poznawać go, leżał jęcząc nieruchomy... Syn przykląkł przy nim, zlekka ujął rękę i pocałował... Luboń drgnął, oczy stojące nieruchomie poruszyły się, usta otwarły, spojrzał, i pierwszym znakiem oprzytomnienia było, że dłoń wyrwać usiłował...
Słabym głosem, zawołał — pić — Włast znalazł kubek i z troskliwością dziecięcia, przychylił napój do spiekłych ust chorego, który chciwie pić zaczął.
Orzeźwiło go to na chwilę... oczyma powiódł po ścianach i zatrzymał je na synu długo. Zdawał się zdumiony. Zamknął powieki, otwarł je powtórnie, i przymrużył jeszcze...
— Włast! — rzekł pocichu — upior!
— Syn twój, ojcze mój. —
Luboń nie odpowiedział nic... oczy się przymknęły... usypiał...
Całą noc Włast przesiedział tak u łoża służąc ojcu, który tylko wody żądał i więcéj nie mówił nic... Usypiał, przebudzał się i znowu sen go morzył.
Nadedniem sił mu trochę przybyło, dojrzał siedzącego u nóg syna i mruknął — Włast. —
— Jestem — ojcze mój...
Starzec niedowierzająco powtórzył raz jeszcze pytanie, usłyszał tę samą odpowiedź i począł się w niego wpatrywać.
— Gdzie byłeś? — zapytał Luboń...
— Leżałem chory, na grodzie...
— I wróciłeś tu?
Włast ukląkł. — Aby cię prosić o przebaczenie za nieposłuszeństwo... ojcze mój — jam musiał posłusznym być Bogu...
— Bogu! Bogu! zamruczał Luboń, jakby myśli zbierał... po chwili rzekł osłabłym głosem.
— Mocny Bóg! wielki Bóg!
— Ojcze mój i dobry to jest Bóg — i łaskawy...
Starzec się zadumał, widać było, że pokora i łagodność syna złamały go wreście... Łzy mu się z powiek potoczyły i oschły na spalonych policzkach...
Długo znowu trwało milczenie, Włast choć słaby sam, służył z troskliwością niezmierną ojcu... Duma poganina nie dozwalała mu powiedzieć dziecku własnemu, ani że czuł się winnym, ni że mu przebaczał, lecz nie okazywał gniewu, gdy Włast po cichu mówiąc starał się go pokrzepiać i natchnąć nadzieją, słuchał go z chciwą ciekawością. Słowo miłością natchnione działało.
Włast jako chrześcianin nie mógł się zbliżyć do chorego ojca nie myśląc o jego nawróceniu. Zdało się to niepodobieństwem, lecz Luboń o tym, dawniéj nienawistnym Bogu chrześcian, słuchał teraz cierpliwie. Pogodził go z nim ten syn pokorny i miłosierny. Tymczasem uchodziło życie ze złamanego starca... myśl się stawała jaśniejszą, odzyskiwał przytomność, ale siły tracił. Napoju przyjmować już nie mógł, oddech się stawał cięższym, usta zaniemiały, oczy tylko świadczyły, że duch pozostał w ciele... W tych godzinach ostatnich Włast o Bogu swym mówić mu zaczął, malując żywemi wyrazy jego potęgę i łaskawość, i cuda jakie czynił, i życie wieczne, które dawał...
Starzec nie spuszczał z niego oczów, a gdy Włast zebrawszy się na odwagę, zapytał go, czy chciałby wiarę przyjąć — odpowiedział mu skinieniem głowy.
Z niewysłowioną radością Włast wodą pokropił chorego, chrzcząc go w imie Boga jedynego... któremu dziękował za to, że pierwszym owocem apostolstwa był najbliższy mu krwią, rodzic jego. Odmówił potém modlitwę, któréj konający słuchał z wytężoną uwagą, był to Ojcze nasz słowiański... Z ostatnim Amen, jak do snu zamknęły się powieki Lubonia i ręka, którą syn trzymał w dłoniach, stygnąć zaczęła...
Włast z piersi własnéj zdjął krzyżyk i położył go umarłemu w rękach, które stężały objąwszy ten znak zbawienia... klęknął potém i modlić się zaczął.
Na modlitwie zastał go Jarmierz, który w ciągu tego czasu ład na nowo zaprowadzał w zburzonym domu i czeladź grozą do posłuszeństwa przymusił.
Szło teraz o pogrzebanie zwłok starca chrześciańskim obrzędem. Naówczas już obyczaj palenia zwłok, chociaż się utrzymywał, nie był obowiązującym. Wielu przykładem sąsiednich chrześcian, woleli mniéj kosztownie grzebać zwłoki. Składano je wszakże na uroczyskach, zgliszczach i polach wśród lasów, gdzie dawniéj były żalniki... Włast nie mógł pogrzebu uczynić uroczystym, boby musiał zachować przy nim stare obrzędy pogańskie; poświęcił więc część lasku za domem jako „rolę Bożą“ dla przyszłych chrześcian, i tam w cichości jednego Dobrosława tylko uprosiwszy, przy modlitwie, którą sam odprawił, pogrzebał zwłoki ojca. Działo się to potajemnie, z obawą, i nie bez przeczucia następstw jakie ściągnąć miało to postępowanie, które ludzie sobie inaczéj tłumaczyć mogli.
W istocie wszystek tłum, który rachował na stypę, ucztę i przyjęcie, zawiedziony w nadziei, począł szemrać, że syn mszcząc się na ojcu, jak psa go po cichu rzucił gdzieś w dół, nie uczyniwszy ofiary i nie sprawiwszy tryzny.
Od czeladzi dworskiéj począwszy szemrali wszyscy, na Własta patrząc mściwie, a przyjaciele starego Lubonia odwracali się od niego, znać go niechcąc i odgrażając się.
Część téj niechęci spadła nawet na Jarmierza, który Włastowi był posłusznym i okazywał mu uszanowanie.
Nazajutrz po cichym pogrzebie tym, pusto i smutno było na dworze w Krasnéjgórze... Jarmierz chodził z głową zwieszoną i źle jakoś wróżył o przyszłości... Czeladź wprawdzie musiała być posłuszną, lecz posępnemi oczyma patrzała na nowego pana, którego między sobą palcami jako zdrajcę i odstępcę wskazywali. Nie strwożyło to Własta, który postanowił w miejscu pozostać, i nie bardzo się tając z wiarą nową, starać się o jéj rozszerzenie.






II.



Niepokój szerzył się po kraju, chociaż nic go jeszcze nie usprawiedliwiało. Po lasach i osadach powtarzano sobie cicho, że Mieszko starą wiarę chce zagubić — ale kneź nie czynił nic przeciwko niéj jawnie.
Wszystko po dawnemu zostało, kontyny, chramy, kamienie, słupy z głowami bożyszcz, ofiarne ołtarze, stały nienaruszone. Gęślarze z pieśniami jak przedtém chodzili, i uroczystości odbywały się, jak lud odprawiać je nawykł był od wieków. Nie zagrażano nikomu, nie zakazywano — a jednak strach jakiś owładnął wszystkiemi. Spoglądano na gród nad Cybiną z trwogą i niepokojem.
Na dworze zjawili się ludzie jacyś nieznani, podejrzani, którzy się z kneziem zamykali, naradzali, przychodzili i znikali znowu... Mieszko zaczynał się swoich ulubienic pozbywać, kilka z nich naprzód wyswatano wojskowym, którzy je z dobrém wianem pozabierali, reszcie pozostałéj kneź dozwolił szukać sobie mężów lub odejść do rodziny.
Stara Różana, która nie miała tego co dawniéj kłopotu z podwładnémi, stękała teraz widząc, że się niepotrzebną stanie. Lilia płakała w kątku, inne chodziły strwożone, niewiedząc co począć z sobą. Dwór tymczasem na nowo a wspaniale urządzać kazano i rzemieślnicy w nim pracowali. Choć nie mówił nikt i nie tłumaczył co to oznaczać miało, domyślali się wszyscy. Mówiono półgłosem o prędkiém przybyciu czeskiéj kniehini.
Sydbór tymczasem z polecenia Mieszka ludzi ściągał, zbroił i siłę gotował jakby do wojny, choć na granicy dosyć było spokojnie. Starzy głowami potrząsali rozumiejąc może, iż ta siła wielka nie przeciw nieprzyjacielowi się sposobiła, ale dla bezpieczeństwa w domu.
Warga téż i inni wróżbici radzili pokorę i czajenie się, aby nadaremnie co lepszego z ludu nie ginęło. Po lasach nocami trwały ciągle narady, wiedziano co się na zamku działo, lecz nikt nie mógł z pewnością powiedzieć co i kiedy tam czynić zamierzano — bo Mieszko się nikomu nie zwierzał i nie zmieniał postępowania swojego.
Jednego dnia tylko z chramu Jessego na grodzie, wszystek skarb wojenny, który tam był złożony i stanice z bóstwami, sam Mieszko poszedłszy do gaju świętego, przy sobie zabrać kazał do dworu i zanieść do swojego skarbca. W chramie pozostał tylko stary posąg, i to co przy nim zawieszone było.
Dla czego to uczyniono, nikt nie wiedział... Starzy stróże świątyni stali patrząc, mówić nic nie śmieli. Koszami ogromnemi wynoszono naczynia, sztaby, blachy, kruszec wszelki i oręże. Gdy na rozkaz knezia komornicy jego wzięli stojące za posągiem stanice święte, gdy i te na dworzec poniesiono, oczy starych wróżbitów zaszły łzami, ścigali je wzrokiem aż póki pod dach wniesione nie znikły.
Z tych co byli na straży u chramu żaden się odezwać nie śmiał — żaden zapytać? Obawiano się Mieszka. Lecz stłumiony gniew gorszym był może od jawnego. Gdyby wybuchnął, kneźby go w pierwszéj chwili poskromił — wolałby był widzieć płomię i zalewać je, niż czuć pożar podziemny, który niewiedzieć gdzie i kiedy mógł nagle zaświecić łuną.
Pomiędzy narodem wrzenie było wielkie, Warga i inni uśmierzali je i czekać kazali — mówili — nie czas... ludzi ma nadto, gotowych na wszystko — przyjdzie godzina...
Zwolna co było potajemnie chrześciańskiém w kraju, co się dawniéj z tém kryło, teraz poczynało coraz jawniéj występować. Ochrzczeni śmieléj podnosili głowy — omijano ich, lecz nikt nie śmiał się przeciw nim porywać.
Wiedzieli wszyscy, że Włast na Krasnéjgórze, w komorze téj, w któréj zmarł ojciec jego, urządził był ołtarz i rodzaj kaplicy. Była ona zamkniętą i niedopuszczano do niéj tylko tych, co już chrzest przyjęli, a do progu tych, co się do niego przysposabiali — lecz służba ciekawa przez szpary zbadała, że tam stał nakryty stół z krzyżem, dwoma świecznikami i kielichem w pośrodku... naczynie miedziane z wodą i rozmaite przybory, których użytku nie rozumiano. Złocistą deskę na ołtarzu pokazywano jako Boga, do którego się chrześcianie modlili.
W pewne dnie, zjeżdżali się różni ludzie z daleka i odprawiało się tu coś tajemniczego, bo choć Jarmierz stał na straży i zbliżyć się nie dozwalał czeladzi — podsłuchano śpiewy zdala...
Ukryci w krzakach starzy dziadowie wróżbici, zapamiętywali twarze i nazwiska tych, co tu przychodzili i przyjeżdżali, na przyszłą zemstę ich znacząc...
Nie porywano się jeszcze na nich jawnie, lecz wszyscy ci nowi chrześcianie na śmierć skazani byli, a dwory na spalenie.
Jedna z rodzin najdawniéj nawróconych, Pomianów straciła już była najstarszego, głowę domu, którego w lesie niewiadoma ręka dościgła. Znaleziono go z włócznią w piersi martwego na rozdrożu, a włócznia w pierś krzyżyk mu wbiła. Dwa razy pod dwór podłożony ogień, ledwie zawczasu ugasić zdołano.
Dobrosławowi zgorzały jego stodoły i szopy, a nikt nie umiał powiedzieć, zkąd w nich ogień powstał... Jarmierz nocy niedosypiał, lękając się o Krasną-górę.
Widocznie złośliwe ręce jakieś podrzucały płomień, poiły bydło wodą zatrutą, wyrządzano szkody w polach... Lecz winowajcy znaleść było niepodobna.
Tak z jednéj strony Mieszko wydał potajemnie wojnę staréj wierze, a ona z pokorą pozorną broniła się nie podnosząc głowy.
Na grodzie nad Cybiną, w Gnieźnie i po innych zamkach lud orężny zbierano, a po uroczyskach, w puszczach, na osamotnionych horodyszczach schodzili się nocami wróżbici i gęślarze na ciche narady... Nikt jawnie nikomu nie wypowiadał jeszcze wojny, a wszyscy czuli ją i sposobili się do niéj.
Jednego dnia komornik wezwał Własta do knezia... Porzuciwszy dwór swój na opiece Jarmierza, pojechał posłuszny. Na wstępie Dobrosław go powitał i poprowadził do swéj komory, z twarzą wesołą prawie.
— Mój ojcze — rzekł — cieszcie się — nadchodzi i dla nas godzina wyzwolenia. Mieszko — walczy jeszcze z sobą i ze starém w sobie pogaństwem, ale nareszcie ulegnie. Dubrawka przybywa wkrótce.
Tu wskazał ręką ku gajowi świętemu i chramowi.
— Tam gdzie dziś bałwanom jeszcze się lud kłania — stanie świątynia prawdziwego Boga — Mieszko zwleka, skłania się sercem i żal mu starego nałogu, wyuzdania i swobody, w jakiéj żył, jednego dnia naszym już jest, drugiego poganinem znowu — przecie zwycięża w nim dobra wola. Reszty wpływ kniehini dokona.
Nie chce on jawnie wystąpić przeciwko starym błędom, lecz daje nam swobodę nawracania.
Was jednego mało... więcéj duchownych nam potrzeba... zkąd ich weźmiemy? Niemców naród nie cierpi, choćby mu zbawienie przynosili — to z ich rąk je odepchnie. Czesi w domu mają dosyć do czynienia...
Trzeba nam męża, coby powagą, wiekiem, nauką, świętobliwością i kneziowi i nam przodował, a wiódł; męża doświadczenia i ducha wielkiego.
Dobrosław złożył ręce, jakby w zwątpieniu... Włast, a raczéj ojciec Matia, milczał pokornie.
— Byliście długo między niemcami, którzy ze słowiany graniczą, są tam kapłani naszego języka świadomi?
Kneź, który was wezwał, nic wam nie powie, tylko byście na zwiady nad granicę jechali, i języka się starali dostać — a ja mówię wam, przyprowadźcie z sobą kapłana, któryby owczarni przyszłéj mógł być pasterzem.
— Ciężkie brzemię wkładacie na moje słabe ramiona — odezwał się Ojciec Matja — pocieszam się tém tylko, że nie ja, niegodny sługa Boży, ale Duch święty wybierać będzie tego, którego zechce postawić na świeczniku. Gdybym do ziemi latyńskiéj mógł iść, a! ztamtąd z Rawenny lub Rzymu, przywiódłbym apostoła, lecz za długo nań czekaćbyście musieli.
Szeptali jeszcze, gdy Dobrosława pozwano do knezia, a ten z sobą Własta poprowadził, Mieszko się go znać spodziewał i łaskawie mu się uśmiechnął.
— Potrzebny nam jesteś — odezwał się — od granicy coś się rusza... Gero czy jego zastępca gotuje się na nas. Trzeba wypatrzeć co oni tam sposobią, abyśmy w gotowości byli. Jedźcie, patrzcie i wracajcie. Język i obyczaj ich znacie.
Włast się do kolan mu skłonił.
— Miłościwy panie — rzekł — spełnię rozkazanie wasze — ile sił starczy.
— A w podróż ludzi i co potrzeba Dobrosław wam dostarczy ze skarbcu mojego — dodał Mieszko.
Nie dano Włastowi czasu tyle, by do domu mógł powrócić — ludzi i konie, szaty i zapasy, kazano wydać skarbowe. Tak niespodzianie znalazł się młody kapłan przed podróżą, która niebezpieczeństwy groziła — choć kilką godzinami wprzódy, wcale o niéj nie myślał. Lecz, że sprawa wiary się z nią łączyła, nie zawahał się na chwilę. Nazajutrz dodnia musiał wyruszyć.
Wieczorem Srokicha, dowiedziawszy się o jego przybyciu, pospieszyła do swojego gołąbka — chociaż od czasu, jak się w nim domyślała chrześcianina, mniéj dlań była czułą i z pewną doń przystępywała obawą. Miłość dla dziecka walczyła z odrazą do chrześciaństwa. Stara spłakała się mówiąc o losach Hoży, Lubonia, a nawet Dobrogniewy, któréj teraz żałowała, choć za życia niegdyś ciężką dla niéj była.
Włast pytany nie przyznał się jéj dokąd jedzie, nie mogąc zdradzać tajemnicy — ale we dworze wiedzieli wszyscy, iż się w jakąś podróż wybiera.
Ani zbyt licznym, ni zbyt szczupłym pocztem, nie mógł wyruszyć nad Łabę, czterech ludzi, którzy z niemcami nieraz się już widzieli i u nich byli w niewoli lub na szpiegach, dobrano mu do orszaku. Na czele ich stał Rudy Sulin, najprzebieglejszy z ludzi na usługach dworu — umiejący być w razie potrzeby niemcem, serbem, wilkiem, pomorcem, czechem, bo wszystkiemi mowy jakby własną władał, a obyczaj wszelaki znał, jakby się w nim zrodził i chował.
Sulina postawa nawet mieniła się jak mu było potrzeba, i jak zwierz co na zimę wdziewa futro białe, aby go nie zdradziła szerść w śniegu, tak on umiał przybierać pozór, jakiego mu było potrzeba. Nie trwożyło go téż nic i wesoła myśl trzymała się, choć miecz wisiał nieraz nad karkiem. U niemców w niewoli umiał się z pęt rozplątać, z jamy wyleść, z murów spuścić, stróżów złudzić, i z rąk im wyśliznąć; z pomorców i wilków najgrawał się jawnie. Snu niepotrzebował, jadło mu byle jakie starczyło... i drogi człowiek był na te czasy. Dobrosław mu téż drogiego sobie Własta powierzył.
Rudy Sulin zarówno jak Włast znał ścieżki wszystkie, przejścia i przesmyki, brody na rzekach — niebezpieczne kąty, gdzie się rabusie zasiadali i chody, któremi przemknąć się było najłatwiéj.
Trzej inni ludzie mający towarzyszyć im, byli jak potrzeba: niemi, posłuszni, silni i czujni. Z innemi téż się przedzierać na pogranicze nie byłoby podobna, bo i od słowian i od niemców groziło niebezpieczeństwo.
W czasie niewoli swéj Włast przebywał dosyć długo u niemieckiego wojaka, który tu z Frankonii przywędrowawszy, osiadł na zameczku nad Łabą i rycerstwem, a raczéj łupieztwem na słowianach się zabawiał. Była to prawa ręka Gerona, owego strasznego Serbom i Polanom markgrafa, który tyle krwi przelał niewinnéj — a zwano go Gozbertem.
Takich jak Gero i Gozbert ludzi potrzebowali cesarze niemieccy do téj walki zjadłéj z pogany, którą wiedli, chcąc zawładnąć ich ziemią, do czego im nawracanie za pozór dobry służyło.
Starym już dziś był ów Gozbert, ale rzemiosła nie rzucał, i wiódł życie, do którego nawykł, na przemiany w swoim burgu ucztując i używając lub na łowy przeciw dziczy wyjeżdżając, z garścią swych ludzi. Ten to Gozbert niegdy Własta był cesarzowi wraz z sokołem darował, a gdy późniéj ochrzczony i uwolniony wracał do domu, kapłanem, zajechał mu się pokłonić i przypomnieć, a był jako duchowny dosyć miłościwie przyjęty. Teraz téż zamyślał znowu udać się do niego, zkąd łatwiéjby mu już było do Quedlinburga jechać, szukając kapłana a pasterza...
Zameczek Gozberta sterczał na saméj granicy. Było to gniazdo, z którego drapieżna garść wypadała za Łabę, łupy doń znosząc i jeńców. Jeżeli stary rabuś i żołnierz nie był w pochodzie, wesołe życie pędził na swym gródku. Wybaczano mu wiele, bo pogańskiéj krwi na obmycie swoich grzechów nie szczędził. On i jego pachołkowie dokazywali straszliwie, znęcali się okrutnie, rozpustowali ohydnie, lecz zwało się to nawracaniem, człowiek dziczał w takich zapasach, a codzień narażając życie, płacił sobie za to używając go bez miary.
Dla tych wojaków wyuzdanych duchowieństwo téż było powolném i musiało ich rozgrzeszać, bo powstrzymać od grzechu nie było podobna. Stary Gozbert był dwa razy żonatym, ale mu obie jego małżonki pomarły, miał dwu synów, wychowanych na następców tego rzemiosła, dwór liczny płci obojéj i skarbiec dobrze naładowany. Na zameczku téż, gdy był w domu niczego sobie nie żałowano... Z postrzyżonemi głowy, wychudły i wynędzniały niewolnik słowiański, służył téj butnéj czeredzie, która go na równi niemal ze zwierzęty stawiła.
Choć posiwiały w ciągłych bojach, Gozbert trzymał się jeszcze prosto i siłę zachował dawniejszą, ociężał tylko nieco od otyłości, którą obżarstwo i opilstwo sprawiło.
Burg Gozbertów na cyplu między dwiema rzekami wystawiony, szczupły dosyć, ale uchodzący za niezdobyty, zwał się po słowiańsku Uściem, niemiec go przerobił na Adlerburg. Do koła tego Gródka[19], wyjąwszy osadę u stóp wzgórza rozciągniętą, z samych niemców złożoną, pustynia była szeroka. Niktby w sąsiedztwie Gozberta i jego hałastry nie wytrwał, nie mogąc ani mienia, ani życia, ani dzieci, ni sług być pewnym.
Pachołkom pańskim czasu pokoju tak wszystko było wolno, jak czasu wojny. Nie poszanowali własności niczyjéj, ani żadnego prawa... Sam stary pan i jego synowie Dodo i Berto, z trudnością mogli ich w karbach utrzymać.
Bywały wypadki, że dla przykładu i wieszać i ścinać musiano, dawszy się tylko wyspowiadać, aby na tamtym świecie rachunek znaleźli skończony. Trafiało się, że ci apostołowie po drodze rabowali przez omyłkę kościoły, i w klasztorach zakonnic nie szanowali klauzury. Gdy publiczna pokuta w kościele, i bosy pochód ze stryczkiem na szyi nie pomógł raz i drugi, musiano w końcu uciec się do miecza... Gozbertowi ludzie sławni byli na okolicę, a w bitwach, dobrze zbrojni i wdrożeni okrutną rzeź sprawiali, jednakże woleli zawsze napadać na bezbronne osady, w których swobodniéj mogli dokazywać.
Pomimo rodzaju życia jaki wiódł sam pan i jego słudzy, on i oni nadzwyczaj byli pobożni. W tych czasach im kto więcéj grzeszył, tém czuł się do większéj obowiązany gorliwości i surowości względem drugich i siebie. Gozbert téż dla duchownych był z poszanowaniem wielkiém, a święta, posty i kościelne uroczystości z nadzwyczajną surowością obchodził sam i dopilnowywał by je wszyscy szanowali. Nieraz w wigilją dnia najstraszniejszéj rzezi i rozpusty, rano wszyscy spowiadali się pobożnie, słuchali mszy, i dopiero wziąwszy błogosławieństwo, szli na łupieże i morderstwa...
Wierząc w to poszanowanie Gozberta dla duchownych, Włast jechał wprost do niego, ubezpieczała go znajomość, kapłańska szata, a wreście to, że konie i ludzie jakich miał z sobą, niepozorni byli, i chciwości obudzać nie mogli...
Podróż do Adlerburga nużącą była i długą, bo musieli wymijać osady, często kryć się, aby dać przejść oddziałom kraj przebiegającym, wléc się więcéj nocami i rankami niż dniami. Jesień téż zaczynała być słotna, strumienie wzbierały, drogi się stawały błotniste, a na brody nie wiele rachować było można.
O kilka mil od burgu, zbliżając się ku Łabie, znaleźli się wśród kraju opuszczonego, w którym tylko stare zgliszcza wiosek, porosłe chwastami, o dawném ich istnieniu świadczyły. Gdzieniegdzie mogiła zielona, i pogańskie cmentarzysko pamiątką lepszych czasów pozostały. Teraz ludzi tu już widać nie było.
Zdala gniazdo Gozbertowe, nie bardzo było pokaźne, dwie małe wieżyczki, przysadziste i nieforemne sterczały nad nim, a wyżéj jeszcze za niemi gruby stołb odwieczny bez dachu. Wzgórze było łyse, w murach téż zieloności żadnéj niedostrzegło oko... ściany do koła obejmowały i zasłaniały budowy, tak, że dachów ich nawet nie widać prawie było nad niemi.
Rankiem wyjechawszy z lasów, przed południem zbliżyli się ku burgowi, u którego stóp pokazała się nędzna mieścina, prawie cała z drewnianych domków złożona. Po nad nią wyżéj nieco wznosił się kościelny dach spiczasty z krzyżykiem. Na drodze krytéj wiodącéj do zamku, widać było zwijających się ludzi konnych i pieszych, co Włastowi czyniło nadzieję, że Gozberta zastanie spoczywającego w gnieździe. Byli jeszcze o staji kilkoro od wzgórza, gdy trzech konnych puściło się ku nim ze psami. Byli to Dodo i Berto synowie pańscy, swawolący sobie i dokazujący z końmi, których ciekawość wzięła dotrzéć do przybywającego orszaku nieznanych ludzi.
Dodo, który był jednego wieku z Włastem i pamiętał go jeszcze z tych czasów, gdy się nad nim jak nad niewolnikiem znęcał, poznał zaraz dawnego towarzysza i wielkim go przywitał okrzykiem. Zsiadł z konia Włast, chcąc go sobie ująć grzecznością, lecz Dodo przypomniał w nim duchownego i z poszanowaniem pewném sam zbliżył się do niego...
— Jakżeś ty tu się u zabłąkał, ojcze Matjo? — zapytał zawsze śmiejący się, gruby już i otyły niemal jak ojciec młody Dodo... Czy cię twoi poganie precz wygnali?
— Jeszcze nie, miłościwy grafie — odparł Włast — przybyłem z dobréj woli, wam i miłościwemu ojcu waszemu, grafowi Gozbertowi się pokłonić...
— Jedźcież ze mną, rad wam pewnie będzie. Właśnie u nas dnia jutrzejszego w kościele nabożeństwo, duchownych kilku sprowadzono na nie, zdacie się i wy ze mszą świętą — dodał Dodo... Ojciec teraz z panami duchownymi obiaduje wesoło, chociaż to dzień postny — ale przy rybach miód i wino potrzebne...
Dodo i Berto konie swe powściągnąwszy, jechali tak rozmawiając na zamek, razem z Włastem, ale na stromą drogę wiodącą do bramy dostawszy się, nie wytrzymali wolnego kroku i rzuciwszy podróżnych, na zmęczonych wierzchowcach, sami w czwał, na wyprzódki puścili się na górę... Nie rychło po nich, gdy już pozsiadali, Włast wdrapał się do pierwszych wrót, które na podwórzec, stajniami i szopami otoczony prowadziły.
Zewnętrzny ten dziedziniec, pełen koni, wozów, stosów drzewa i wszelkiego łomu, kup gnoju, trzody chlewnéj i ptastwa, pastuchów i posługaczy, nie bardzo dobrze o zamku uprzedzał. Wśród téj ciasnoty i wrzawy, ryku i krzyku, przedarłszy się z trudnością, dostali się do bramy i mostu zwodzonego, który do właściwego wnętrza burgu prowadził. Tu stała straż zbrojna, więcéj dla zwyczaju niż z potrzeby, a w pobocznych sieniach, leżeli pachołkowie porozdziewani spoczywając... Drugi podwórzec lepiéj wyglądał, otoczony budowlami murowanemi do koła i zakończony w głębi wysokim stołbem, który staonwił[20] w razie oblężenia, ostatnią obronę i schronienie. I tu jednak gospodarstwo Gozbertowe widać było, bo około studni w pośrodku pachołków téż, swobodnie się wylegających, rozlegały się śmiechy i głosy...
Na prawo i lewo wązkie drzwi, wiodły do komnat pańskich, których rozporządzenie z dawniejszych czasów dobrze Włastowi znaném było. Tu on zsiadłszy z konią[21] i kilka słów Sulinowi szepnąwszy, udał się w prawo, aby starego grafa pozdrowić...
Poprzedzili go już z oznajmieniem dwaj synowie... Na pierwszém piętrze, na które wiodły wązkie i ciemne wschody, w nie zbyt obszernéj salce, któréj strop z olbrzymich poczerniałych, rzeźbionych belek był złożony, za stołem zastawionym cynowemi kubkami i dzbanami, siedział właśnie stary graf, otoczony gośćmi swojemi. Obiad był już skończony, a kości od ryb pozostałe na miskach świadczyły, iż post ściśle zachowano... po twarzy Gozberta zarumienionéj poznać téż było można, iż do dzbanka zaglądał.
Z prawéj strony siedział w czarnéj sukni duchowny z włosem siwym i twarzą poważną a surową, za nim drugi młodszy od niego, w którego oczach rozum i życie połyskiwało, jeszcze walką niewyczerpane... Oba na łańcuchach krzyże złociste mieli na piersi... Opodal nieco młodziuchny w sukni także kapłańskiéj, z twarzyczką jeszcze zaledwie rozkwitłą, z oczyma spuszczonemi skromnie, pokornie małe miejsce zajmował, jakby jak najmniéj chciał być widocznym...
Po lewéj ręce Gozberta, rozparty butnie, na pół leżąc na stole, w kaftanie skórzanym, z ogromnym wąsem, z włosem czarnym najeżonym, z dumą na czole i w oczach, siedział rycerz, jakby tylko co ze zbroi rozdziany, spoglądając po towarzyszach swych z lekceważeniem. Za nim jeszcze podobna mu ale pokorniejsza postać wojaka, tuliła się w cieniu pod ścianą... Dwaj synowie grafa, stali, tylko co powróciwszy, przy ojcu...
Przez ciasne okna z zabudowanego podwórza światło mało co wpadało do izby, która wyglądała smutnie. W głębi jéj niezgrabny, szeroki, nadzwyczajnych rozmiarów komin, od jesiennego chłodu nałożonym ogniem obraniał. Pod jego kapturem kilku rycerzy takich pomieścić się mogło wygodnie... para kłód suchych dogorywała w jego głębi... Na jednéj ze ścian komnaty widać było olbrzymi krucyfiks drewniany, odziany do kolan białą koszulą, którego włosy rzeźbiarz zwątpiwszy o dłucie, zastąpił ludzkiemi... Straszna ta postać nieforemnie wycięta, w istocie bolesne czyniła wrażenie. Na innych ścianach pomalowane były, z niewielkim kunsztem jaskrawe kwiaty i liście, wśród których zaledwie dostrzedz się dawały ludzkie jakieś postacie... Pod ścianami stały ciężkie ławy stare, z dębu wyciosane i skrzynie do siedzenia zamczyste. Na nich porzucone płaszcze, pozdejmowane świeżo stroje, odpasane miecze się walały... Kilka psów leżało i chodziło szukając napróżno po podłodze, zwykle im rzucanych kości.
Przez otwarte drzwi do drugiéj izby dostrzedz było można, na czterech słupkach z podniebieniem drewnianém, stojące łoże, i sypialnię znać grafa Gozberta... Ciężkie powietrze przesycone wonią piwa, wina korzeniami zaprawnego i jadła stanowiło atmosferę izby téj, na zamku najobszerniéjszéj i najozdobniejszéj pono. Mieszkańcy zamkowi więcéj téż w polu niż tu przebywali, a gdy się chronili dla spoczynku, wszystko im było dobrém...
Gdy Włast przystąpił z pokornym ukłonem do grafa, stary zwrócił się ku niemu swą czerwoną twarzą i uśmiechnął, potém miejscé około duchownych wskazując mu na ławie, zawołał.
— Będziesz O. Matja, między swojemi... siadaj, a jeżeliś głodny, każ cobie[22] co dać — boć się jeszcze może znajdzie, a nim co będzie — napij się... Na czczo to zdrowo... po jedzeniu zdrowo, wśród jedzenia zdrowo... i nigdy nie szkodzi.
To mówiąc, nalał w kubek ze dzbana i prawie gwałtem wcisnął go Włastowi, który szepnąwszy cicho, że pije za zdrowie i pomyślność grafa, poszedł z nim zabrać najniższe miejsce za młodym duchownym...
Oczy dwóch dostojników siedzących wyżéj u stołu, ciekawie się ku niemu zwróciły... Pokornie siadłszy, miał czas spocząć i rozpatrzeć się, gdyż rozparty na stole wojak, który na chwilę przerwał był jakieś opowiadanie, natychmiast począł ciągnąć je daléj. Głos jego z głębi szerokich piersi jak z więzienia wychodzący, brzmiał dziwnie ostro i zdawał się przejęty goryczą jakąś i boleścią. Twarz téż wyrażała i dumę i zniechęcenie razem...







III.



Rozmowa między gośćmi grafa Gozbert’a, gospodarzem, duchownymi toczyła się daléj, nieprzerwana przybyciem Własta, który ustronne miejsce zająwszy, cicho się jéj przysłuchiwał.
Odbijało się w niéj co podówczas najmocniéj niemców zajmowało, szczęście i wielkie wyniesienie się Sasów, losy Ottona i wspomnienie ojca jego Henryka.
Rozparty ów rycerz z twarzą dumną zdawał się lepiéj od innych uwiadomiony o wszystkich przygodach cesarskiego domu, do którego krwią i powinowactwem należał, choć wnosząc z mowy i szyderskich przycinków, niebardzo mu był życzliwym.
— Wy może i nie słyszeliście — mówił sparty na stole — o pierwszéj żonie króla Henryka, bo świątobliwa Matylda pamięć tamtéj zatarła, ale ludzie wiedzą i pamiętają piękną Hateburgę! Niezawsze nasz cesarski ród tak był kościołowi posłuszny i świątobliwy, jak teraz. Było to wówczas, gdy się Henryk wsławił podbiciem Głomaczów i zawojowaniem ich ziemi nad Łabą... W Merseburgu na starém mieście żył niejaki Erwin, do którego prawie ono całe należało... Miał tylko dwie córki, z których jedna Hateburga, słynna z piękności, owdowiawszy młodo... zakonną zasłoną się przyodziała... Przecież gdy urodziwy Henryk się do niéj zgłosił, wolała go za męża wziąć niż ślubu dotrzymać. Gdy się o tém przewielebny Zygmunt biskup halbersztadzki dowiedział, zwłaszcza że Hateburgi wiano znaczne klasztorowi odpadało, pozwał nieprawych małżonków przed synod i klątwą im zagroził... Ledwie się Henryk wyprosił u cesarza, że sprawę do jego przybycia odłożono. Zwlekła się ona, a tymczasem Henrykowi się Tammo narodził... Żyli z piękną Hateburgą, póki Henryk młodszéj i ponętniejszéj Matyldy nie poznał... Dopiero gdy go ta ujęła za serce, równie wdziękami jak bogactwy, przypomniał sobie pan, że ono pierwsze jego małżeństwo grzeszném było i nieprawém, więc starszą Hateburgę rzuciwszy, ku młodéj przystał Matyldzie, która jest matką dziś panującego Ottona.
— Nie jest to żadną tajemnicą — odezwał się starszy z duchownych poważnie — boć ludzka rzecz błądzić... a gdy się kto choć późno poprawi, zawsze lepiéj, niżby w grzechu pozostał... Świątobliwéj zaś pani Matyldy...
— Skłaniam i ja przed tą panią głowę — odparł Wigman — ale gdy sławią cnoty Henryka, czemubym i lekkości jego nie miał przypomnieć?
— Lekkości ludzkie lepiéj — rzekł duchowny — milczeniem przysłaniać, aby drugich do popełniania ich nie ośmielały.
— Dostojny ojcze — odezwał się Wigman — ani milczenie pomoże, ni gadanie zaszkodzi, ludzie ludźmi będą i krewkiemi... A nasz dzisiejszy cesarz jest li wolen także od wszelkiego zarzutu?..
Na to ze śmiechem rzucone pytanie zamilkli wszyscy, gospodarz spojrzał na cesarskiego powinowatego i mruknął.
— A cóż mu zarzucicie?
— Alboż wdowy po Longobardzkim Ludwiku, którą sobie Berengary przeznaczał, nie zachciało mu się na sam odgłos o jéj piękności?.. albo mu jéj skrycie i podstępnie nie odmówił?..
— Jakto odmówił?.. — przerwał Gozbert. — Berengary Adelaidę posadził do więzienia, głodem i musem męczył ją, chcąc sobie pozyskać. Litością zdjęty pan nasz... po drodze do Rzymu wstąpił, by ją oswobodzić... a gdy mu sprzyjała, czemu się z nią nie miał połączyć?..
— Jak ojciec tak syn — zawołał Wigman szydersko — szczególny do wdów pięknych a bogatych smak mieli... O mało potém nie przypłacił za piękną Adelajdę drogo, boć mu się syn własny zbuntował, bojąc, aby z nowego małżeństwa dzieci mu nie odebrały części dziedzictwa...
— Czemuż o tém nie mówicie raczéj — odezwał się duchowny — jako ten pan nasz wielki, bohaterski, mężny, jakiemu równego cnotą i odwagą nie mieliśmy, potrafił zmódz zbuntowanego syna, zwyciężyć Berengarego i złamać wszystkich nieprzyjaciół swych, a precz odżedz Ugrów i państwa granice rozszerzyć i nad Rzymem, stolicą świata, zapanowawszy, cesarską uwieńczyć się koroną...
— Mój ojcze — zawołał Wigman — póki człek żyje, sprawa to nieskończona... Miłościwy cesarz dwa razy do Rzymu chodzić musiał robić porządek, jednych ze stolicy apostolskiéj zrzucać, a drugich na niéj sadzać... Kto wie, co jeszcze będzie?
— Niech nas Bóg uchowa, by gorzéj lub inaczéj być miało! — zawołał graf Gozbert.
Wigman się uśmiechnął chytrze.
— Tu jeszcze na wschodniéj granicy dużo do roboty zostało — rzekł. — Czeski Bolko wprawdzie nam na Ugrów pomógł, ale to jego była sprawa tak dobrze jak nasza, a kto wie, z kim jutro trzymać może?.. Nie przysiągłbym, że z Ugrami na nas pójdzie... Ze Słowiany téż, ile ich jest, roboty dosyć i na długo...
Gozbert się uśmiechnął.
— Nie bojemy się ich! nie bojemy!.. Jakeśmy Bolka czeskiego wzięli, tak z pomocą Bożą i Mieszka polańskiego zmożemy...
Wigman się rozśmiał.
— Cny grafie, gospodarzu mój — rzekł — nie godzi się to, abym ja chleb wasz jedząc, wam ościami oczy wykalał... ale ci Słowianie, Polanie, Wilki, Milżyńcy i jak oni się tam zowią, to dla nas dobra rzecz... Są oni jak staw, w którym się ryba rodzi. Gdy Geronowi lub wam szczupaka na stół potrzeba, siędziecie na konie i jedziecie na rybołówkę na pewno... Trzeba wam niewiast, nabierzecie ich sobie do wyboru, trzeba parobków, i tych dostarczą lasy i osady... tak samo jak bydła i owiec i miodu i wszelkiego łupu...
Gozbert się nieznacznie uśmiechał, a Wigman mówił daléj.
— Mnie się widzi, miłościwy grafie, że gdyby ze Słowiany i Polanami pokój nastał, gdyby się oni pochrzcili i przyszli z pokojem, uczyniliby wam krzywdę niemałą...
— Dałby to Bóg — przerwał starszy z duchownych — aby wiarę świętą przyjęli!..
— Ale cóżby naówczas robił Gero na wschodniéj granicy, coby poczynał cny Gozbert, nie mając nic do roboty?.. a naostatek może i takiemu jak ja, odtrąconemu od pańskiego oblicza Wigmanowi, oni Słowianie na co się przydali...
Gozbert popił z kubka, wąsa pokręcając zadumany.
— Co się tyczy Słowian wszystkich — rzekł — nie troskajcie się, do przyjęcia wiary przez nich daleko... W Czechach, gdzie na gwałt kościoły budują, po lasach tak ofiary sprawiają jak dawniéj, lud stoi przy swoich drewnianych bożyszczach i niełacno je porzuci...
Włast, który milczał dotąd, nie mógł się powstrzymać, by nie rzec cicho.
— Da Bóg, że się to odmieni...
Spojrzeli nań duchowni i Gozbert, a z pogardą zdala oczyma zmierzył Wigman, lekce go sobie ważąc widocznie.
— A jakże się to ma zmienić?.. — zapytał Gozbert.
— Nie jest to już tajemnicą żadną, że kneź Mieszko żeni się z córką Bolka czeskiego Dubrawką, która chrześcianką jest... Z nią, przy pomocy Bożéj, wiara Chrystusowa do nas zawita i rozkrzewi się.
Gdy Włast wyrzekł te słowa — do nas — z uwagą większą poczęli nań spoglądać wszyscy. Wigman w niego wlepił oczy.
— Kapłanów nam tylko mężnych a gorliwych potrzeba... — dodał Włast — szczególniéj coby język ludu rozumieli i przemawiać doń mogli.
— Sto lat upłynie, sta kapłanów zginą... — począł Wigman — a wy, z waszą dziczą ślepą nie przejrzycie... Słowianin jak szczenię ślepo się rodzi, ale pies prędko przeziera, a on nazawsze ślepym zostaje!..
Na te uwłaczające narodowi wyrazy, Włast zarumieniwszy się zrazu odpowiedzieć nie umiał cesarskiemu powinowatemu, który z własnego porównania śmiał się sam, bo mu jakoś nie wtórowali drudzy.
— Duchownym jestem — odezwał się Włast w końcu — nie przystoi mi nic innego, tylko obelgę znieść i przebaczyć... Miłościwy panie — dodał jakby natchniony — jako od duchownego przyjmijcie to życzenie, aby was Bóg nie pokarał i nie upokorzył, a oręża wam przed owymi ślepcami składać nie zmusił...
Słysząc tę odpowiedź dumny Wigman, z oczyma zaiskrzonemi i pięścią zaciśniętą zwrócił się do Własta.
— Milcz ty klecho jakiś — zawołał — a dziękuj swéj sukni i gościnie téj, że ci na wieki pyska wszetecznego za to życzenie zamknąć nie każę... Wigman ani przed cesarzem, bratem swym nie upokorzy się nigdy... cóż dopiero przed parszywymi jak wy poganami...
Mowa ta gwałtowna, nieprzystojna, a niezasłużona, znać się nikomu z przytomnych nie podobała, bo wszyscy umilkli, duchowni zaś na Własta spojrzeli, jakby chcąc się przekonać, co uczyni i jak się znajdzie.
— Dziękuję wam, miłościwy panie — odezwał się Włast, iż mnie cierpliwości uczyć raczycie, a przypominacie naukę Zbawiciela, która uderzonemu w policzek drugi nastawiać każe. Najnędzniejszy i niegodny sługa Boży szczęśliwy jestem, gdy cierpieć mogę...
Wigman już prawie odpowiedzi téj nie słuchał, ze dzbana nalał sobie miodu i pić go zaczął chciwie, plecami się potém zwróciwszy do Własta, sparł tak na ręku, by na niego nie patrzał i mógł nawet o przytomności jego zapomnieć.
Czas jakiś panowało milczenie, duchowni wszyscy z pewną ciekawością i poszanowaniem spoglądali na Własta, który już zupełnie ochłonąwszy i pobladłszy, spokojnie na swém miejscu siedział. Gozbert parę razy nań spojrzał tak, jakby téż z odpowiedzi, którą za zuchwałą uważał, nie bardzo rad był.
Wigman zaś unikając nowéj zaczepki i przedmiot rozmowy chcąc zwrócić ku czemu innemu, począł mrucząc opowiadać, wedle powszechnéj w owym czasie wiary, iż mu ojca jego duch często się nocami okazywał, co on miał za sprawę jakąś i pokusę szatańską.
Starszy z duchownych na te słowa odezwał się.
— A dlaczegóżby w istocie duch ojca waszego nie miał przybyć do syna żądając od niego pomocy?
— Boć — zawołał Wigman — włóczyć się duchom umarłym po ziemi, na któréj już nic do czynienia nie mają, pewnie pan Bóg nie dopuszcza...
Mówił to szydersko, gdy starszy z duchownych wysłuchawszy go, począł:
— Jest rzeczą jednak pewną i mnogiemi przykładami wiarogodnych osób stwierdzoną, iż duchom zmarłych częstokroć bywa dozwoloném ukazywać się na ziemi. [23]
Gdy świętéj pamięci król Henryk, ojciec miłościwego pana cesarza naszego Ottona, wielką mocą podbił Czechów, Dalemilców, Obodrytów, Wilków, Hawłów i Redarów, a przywiódł ich do posłuszeństwa, dzikie te plemiona udając uległość i pokorę zrazu dań składały i siedziały spokojnie. Lecz nie potrwało to długo, gdyż ze zwykłym sobie uporem wnet potém, korzystając z tego, iż król Henryk gdzieindziéj był zajęty, powstały nagle i wielkiemi tłumami napadły miasto nasze Walislewo, szturmem je opanowały i rzeź sprawiwszy straszliwą, z dymem je puściły. Aliści nie dał im się Henryk długo cieszyć owocem zdrady i pomścił na ich grodzie Łenczynie krzywdę swoją. Walislewo zaś nanowo odbudowano. Tu nowo ustanowiony pleban, pobożny człek, zwykł był zawsze o pierwszym brzasku zorzy iść do kościoła na jutrznię.
Raz gdy doń tak zmierzał i wszedł na cmentarz, zdumiał się mocno i osłupiał widząc zgromadzony ogromny tłum ludzi, cisnących się do nieznajomego kapłana stojącego we drzwiach kościoła i przynoszących mu ofiary... Zrazu tak był widokiem tym przerażony, iż naprzód kroku postąpić nie śmiał... Nabrawszy jednak męztwa, począł się przez tłum ów przeciskać z podziwieniem nie widząc między ludźmi ani jednéj znajoméj twarzy. Szedł tak ku drzwiom kościelnym, gdy na drodze spostrzegł niewiastę przed tygodniem zmarłą, która go spytała, czegoby on tu żądał?.. A gdy jéj opowiedział, iż modlić się szedł, odparła mu, że już modlitwy i bez niego odprawione zostały, dodając — a ty téż niedługo na tym świecie żyć będziesz.
Zamilkli wszyscy i Wigman téż, który cierpliwie słuchał, gdy drugi kapłan dodał, iż w Magdeburgu nocą w kościele kupców coś podobnego widywano, że się tam dusze zmarłe nocą, zapaliwszy świece na ołtarzu, zbierały i odprawiały psalm 99, jutrznię i laudes, a gdy brzask dnia nastawał, wszystko to znikało...
Zaczém i najmłodszy kleryk, nieśmiałym głosem, zapytawszy ojca duchownego o pozwolenie, dodał ku temu, jako z ust szanownego starca słyszał, iż za biskupstwa czcigodnego Baldryka, który na Utrechtskiéj siedział stolicy, w mieście Doventer, kościół bardzo stary i napół rozwalony, podniesiono i nanowo poświęcono. Ustanowiony pleban, jednego dnia rano bardzo przybywszy cicho do kościoła, ujrzał go pełnym nieboszczyków, przy światłach zapalonych, odśpiewujących pieśni kościelne.
Natychmiast o tém doniósłszy biskupowi, otrzymał rozkaz od niego, aby następnéj nocy sam się w kościele na straży spać położył... Tak się téż stało... aliści ledwie usnął, gdy go zbudził hałas i porwany przez zmarłych wraz z pościelą precz z kościoła wyrzuconym został. Biskup ścierpieć tego nie mogąc, surowo mu polecił, wziąwszy z sobą relikwie święte i pokropiwszy wodą święconą, stać na straży kościoła... Spełnił rozkaz jego pleban, lecz oka zmrużyć nie mógł i modlił się... Aliści o godzinie zwykłéj tłum nieboszczyków znowu wtargnął do kościoła i z miejsca pochwyciwszy kapłana, złożyli go przed wielkim ołtarzem, tu go na wolnym ogniu paląc, aż zgorzał... Poczém biskup post trzydniowy i nabożeństwo za dusze zmarłych nakazał.
Gdy młody duchowny skończył, najstarszy z nich potwierdził to opowiadanie i wszyscy zamilkli. Średni zaś siedzący za nim, dodał:
— Nie godzi się nam śmiertelnym wiedzieć więcéj, a jak św. Paweł upomina: „Każdy ma rozumieć wedle swéj miary, jaką mu Bóg wydzielił.“
— Moja zaś miara tak jest maluczka — dodał Wigman — iż ja niewiele z tego wszystkiego rozumiem.
Zgorszono się tém powiedzeniem wielce, ale krewniakowi cesarskiemu zmilczano.
Już téż i on i Gozbert, zmęczeni tą rozmową i kuflami, ziewali, wyciągali się i szukali innego przedmiotu, a że nieszpornego nabożeństwa nadchodziła godzina, starszy z kapłanów wstał, prosząc, aby ich do zamkowéj prowadzono kaplicy.
Syn grafa Gozberta Dodo, ze ściany wziąwszy klucze, począł iść wiodąc ich za sobą.
Włast téż im towarzyszył. Zeszli z pierwszego piętra znowu w podwórze zamkowe i aż do końca jego pod stołb się dostawszy, tu gdy drzwi mocne dębowe Dodo otworzył, znaleźli się w niskiéj i ciemnéj izdebce za kaplicę służącéj. Jedno okno oświecało ją z głębi, naprzeciw którego ołtarz stał skromny, a przy ścianach ławy i siedzenia dębowe. Taż sama prostota jak w mieszkaniu, panowała w domku Bożym, który świeczniki miał drewniane tylko i wszystek niemal sprzęt takiż. Chrystus téż podobny wiszący na krzyżu, okryty koszulką, z włosami na głowie, ścianę jednę zajmował. Najstarszy z duchownych rozpoczął nieszpory, a inni mu wszyscy odpowiadali. Nabożeństwu temu jednak z zamkowéj gawiedzi nikt nie był przytomnym, nawet młody graf Dodo do ojca powrócił.
Już słońce było nad zachodem, gdy wszyscy czterej kapłani z kaplicy wyszedłszy, a przykrząc sobie znać towarzystwem dumnego Wigmana i zaduszném izby powietrzem, na ławie kamiennéj w podwórcu naprzeciw studni usiedli dla rozmowy.
Włast szczególniéj obudzał ciekawość ich i radzi byli dowiedzieć się o losach jego a przygodach.
On téż tajenia się z niemi przyczyny nie miał i na zapytania odpowiadając, całą im swojego żywota historię opowiedział. Naostatek gdy do podróży téj przyszło i jéj celu, rozgrzany nadzieją uczynienia czegoś dla kraju, powstał Włast z ławy i złożywszy ręce, jął mówić do starszych kapłanów.
— Ojcowie i panowie moi, do was zwracam teraz mowę moją serdeczną. Ażali nie lepiéj i nie zgodniéj z nauką Zbawiciela kraj nasz nawrócić niż burzyć go i niszczyć... Pragniemy wiary i wołamy apostołów...
Z niebezpieczeństwem życia dostałem się tu ufając, iż dla nowéj owczarni, dziś szczupłéj jeszcze i maluczkiéj, pasterza tu znajdę. Dajcie mi go...
Wysłuchawszy téj mowy starszy mu odparł, że sam podobne apostolstwo między świeżo ledwie nawróconemi pogany mając w Mysznach, choćby pragnął, oddalić się nie może. Zarazem jednak ku towarzyszowi średnich lat, śmiałego oblicza i pogodnéj twarzy się obrócił.
— Ojcze Jordanie — rzekł — językaście Słowian i obyczaju a zabobonów ich świadomi... ażali wam, miasto spokojnéj plebanii, wojownicze pasterstwo, gdzie nieustannie wilki odganiać trzeba, się nie uśmiecha?
Zamilkł ks. Jordan i zadumał się.
— Więcbym miał moje owieczki opuścić na polu, a szukać obcych i nieznanych? — zapytał z uśmiechem po chwili.
— Mój ojcze — odparł Włast — owieczki te wasze już drogę z pola do owczarni znają i pasterz dla nich się rychléj znajdzie, niż dla tych naszych zdziczałych, które wilcy chwytają na pustyni...
Wprawdzie kneź nasz Mieszko ani sam chrztu jeszcze nie przyjął, ani mógł ludowi wiarę nową ogłosić. Cierpliwy to jest pan i rozumny, a choć w nim stary poganin się odzywa... i walczy z rodzącym się neofitą, w Bogu nadzieję mamy, iż zwycięży ostatni... Przez niewiastę przyszedł grzech na świat — dodał Włast — ale téż przez niewiastę przyszło na świat odkupienie i przez niewiasty wszędzie, jak owe co balsam niosły, wchodzić będzie wiara między narody... I nam ją przyniesie Dubrawka, pani wielkiego męztwa, która się nie lęka nieochrzczonemu rękę podać kneziowi, aby go do chrztu przywiodła.
Ks. Jordan wysłuchawszy mówiącego Własta, ujął go rękami obiema i pocałunek dał mu braterski, wołając.
— A wieluż was tam jest takich jak wy... ojcze Matja?
Wstydem zapłonęło oblicze młodego duchownego, spuścił oczy i dodał.
— Ojcze mój, takich jak ja znajdzie się pewnie wielu, a lepszych życzę i spodziewam się... Nabierzcie tylko ochoty do apostolstwa i jedźcie ze mną... jedźcie ze mną.
To mówiąc ukląkł i za nogi go uścisnął, a powstawszy mówił daléj.
— Ojcze mój! niewymowną miłością kocham tych moich braci zostających w ciemnościach, ten kraj mój odcięty od świata, który wy dzikim zowiecie i pogańskim. Tak... czci on bałwany i światła nie zna, bo mu go nie ukazano... ale, wierzcie mi, żadne plemię może tak usposobioném nie było do poznania i umiłowania prawdziwego Boga... Pradziadowie nasi nie znali téż tylko jedno Bóztwo najwyższe, wszechmogące, zabobon natworzył duchy pomniejsze, ojcowie nie znali wielożeństwa... niewiasty nasze niepokalaną sławiły się czystością, mężowie gościnnością dla swoich zarówno i obcych... Gdy słowo Boże padnie na tę rolę żyzną, wierzajcie mi, zrodzi ono owoce złote...
— Tak, mój synu — odparł starszy duchowny — chcę wierzyć, że cię nie zaślepia miłość ku swoim, lecz rola ta żyzna chwastem od wieków zarosła i krwią ją polewać trzeba...
— A cóż czynili apostołowie, po odejściu Chrystusa pana? ażali im nie polecono nawracać narody i nieść światło w najodleglejsze świata końce? rzekł Włast.
Tak rozmawiając a ożywiając się nieznacznie wyszli z podwórca i przeszedłszy bramę, w któréj straż stała, znaleźli się prawie sami niewiedząc jak, w pierwszém podwórcu zewnętrzném, w którém większy jeszcze ruch i wrzawa panowała niż zrana. Tłum zamkowy do bramy pierwszéj się cisnął, w którą właśnie kupa ludzi zbrojnych, wracając znać z wyprawy jakiejś, wjeżdżała... Okrzykami witano tych bohaterów licho zbrojnych w ladajakie blachy kawałki, oszarpanych, obłoconych, pokrwawionych i pijanych...
Konie na których jechali ludzie grafa Gozberta, ledwie się na nogach trzymały i robiły bokami, obciążone przez jeźdźców i sakwy łupami wyładowane. Na czele gromadki jechał wielce do pana swego podobny, otyły brzuchacz osiwiały w tych wyprawach i rozbestwiony niemi, z brodą szarą, umazany na rękach krwią, z wargami sinemi i oczyma czerwonemi... Ująwszy się w bok spoglądał dumnie po za siebie na jadących pachołków. Ci do koła opasywali razem z trzodą pomięszanych ludzi, po większéj części rannych, sińcami okrytych, z głowy odkrytemi, z rękami w tył powiązanemi. Pomiędzy niemi szły i kobiety młode, prawie nagie, z włosami rozpuszczonemi, zapłakane, niosące dzieci na rękach lub tulące twarz i piersi ze wstydu...
Mało było starców — niewiele dzieci... Te których płacz im dokuczał, niemcy po drodze o drzewa im głowy roztrzaskując, poporzucali... okropny widok wystawiała ta gromada jeńców, a jednak serca chrześcian tych nie poruszały się litością, śmiano się i radowano dziko z téj niewoli pogan... których nie wyżéj od bydła ceniono...
Rycerze grafa Gozberta stojący na zamku, zbiegli się wszyscy przypatrzeć niewolnikom, szukając między niemi nad kimby się zwierzęco znęcać mogli. Oprócz ludzi prowadził ów Moryc dowódzca oddziału, stado owiec tłustych i kilkadziesiąt bydła sztuk... witanych okrzykami przez załogę...
Hałas i wrzawa w dziedzińcu i wesele było tak wielkie, że siedzący dotąd z Wigmanem u stołu Gozbert, któremu syn doniósł o powrocie Moryca, wyszedł się téż pocieszyć widokiem łowów szczęśliwych.
Były one w istocie pomyślniejsze jeszcze niż się na oko zdawało... W liczbie jeńców, których Moryc wiódł za sobą, był skrępowany dwakroć powrozami sławny wódz słowian Samo, który napadał od dawna niemieckie osady i nielitościwie je plądrował. Nie miał on litości nad niemcami i od nich się téż jéj nie spodziewał... Nie ujęli by oni Samona, gdyby nie zdrada. Inny Wend imieniém Zmiej, który się z nim zadarł, naprowadził nań niemców, i śpiącego dał im w ręce. Samo się bronił wściekle, ale jeden cóż mógł przeciw dwudziestu... — Przeszyty kilką strzałami, z głową roztrzaskaną, pokaleczony, związany nareście, wlókł się tu milczący, wiedząc, iż na śmierć idzie... W sercach innych ludzi byłby obudził politowanie, tak mężnie i dumnie niósł niedolę swoją.
Człowiek był żubrzéj siły i rozrostu, ogromny, ponurego wejrzenia i twarzy spalonéj. W téj chwili spływająca po niéj krew nie dozwalała rysów dopatrzéć, białka oczów tylko świeciły na twarzy oblanéj zczerniałą posoką. Ani jęk, ani słowo nie wyrwało się z ust jego... oczu prawie nie raczył zwrócić na katów. Patrzał w ziemię i na tych co szli razem z nim w niewolę pędzeni. Smagano go biczem, rzucały dzieci kamieniami, nie drgnął nawet... Urągano mu się, nie słuchał...
Włast, któremu ten człowiek przypomniał tylu podobnych braci, spojrzał nań z politowaniem. Towarzysze jego duchowni patrzali ze zgrozą. W tłumie opowiadano o tém co Samo wyrządzał niemcom...
W téj chwili wyszedł graf Gozbert, a Moryc zsiadłszy z konia, do nóg mu się pokłonił wskazując zdobycz, którą był dumny...
Graf poklepał go po ramieniu.
— Samona waszéj miłości przywiodłem! zawołał dowódzca — mogę się pochwalić tą zdobyczą. Dziewcząt młodych jest ze sześć, niewiast kilka niczego, ludzi do roboty zdatnych tylko braliśmy, starców pozabijano. Dzieci kilkoro dla księdza przyprowadziłem, aby je pochrzcił. Małych bardzo nie było co żywić, bo ktoby tam je chował te gadziny...
Graf Gozbert opatrywał łupy... rad był widocznie...
— Cóż z Samonem, wasza miłość uczynić każe? — zapytał Moryc...
— Powiesić! i to zaraz! — odparł graf krótko — jutro święto jest... nie warto go psuć taką robotą.
— Powiesić pod ręce, aby się męczył dłużéj — dodał Moryc — bo jużci tak krótką, łagodną śmiercią tego zwierza się pozbyć nie godzi... zasłużył na to, aby się z nim pobawiono... Naszym wydzierał wnętrzności...
— Zróbcie z nim co chcecie — mruknął graf, byle do jutra było skończoném...
Jutrzejszy dzień chcę poświęcić nabożeństwu cały...
Obszedłszy do koła owo stado ludzi i zwierząt, z którego widoku się radował, tu Gozbert jeszcze raz oświadczył swe zadowolenie dowódzcy, obiecał mu nagrodę i poszepnął coś do ucha... a sam ku pierwszemu podwórzu się zawrócił.
We wrotach stali duchowni, oprócz może ks. Jordana i Własta, spoglądający zimném okiem na męczarnie nieszczęśliwych jeńców, którzy już na ziemię padli odrętwieli znużeniem... Depcząc po nich, chodzili pachołkowie, i wybierali a dzielili ich, gdzie który miał być zapędzony... Jęków ni skarg słychać nie było... dzieci tylko płakały...
Uprzedzając noc i spełniając rozkazy grafa, Moryc kazał wywlec Samona za mury, opatrzywszy miejsce, gdzie być miał powieszony... Samo spędzony wstał i wleczony sznurami, wyszedł znikając z oczów przytomnym...
Mrok padał gdy duchownych wezwano na wieczerzę do grafa... Zastali tu zastawiony stół rybami i mleczywem, ponalewane dzbany, a Wigmana przed ogniem wyciągnionego na ławie... Wszyscy jak zrana pozajmowali miejsca swoje. Starszy kapłan odmówił Benedicite... i biesiada poczęła się zrazu milcząca... Pierwsi do misy sięgnęli Wigman i grafowie, potém duchowni, naostatek szary koniec, Włast i młody kleryk przy nim siedzący...
Rozmowa nie była jak zrana poważną, Gozbert unikając tego, nastroił ją wesoło, a choć miał u stołu kapłanów, nie wahał się dopuszczać żartów cynicznych. Wigman wszakże nie dał się niemi rozbudzić z odrętwienia, jakie go napadło, mówił mało, zdawał się drzemiącym i pogrążonym. Zamknął się cały w sobie, jak gdyby osnuwał coś potajemnie...
Gdy Gozbert doń mówił, zdawał się nie słuchać.
Tak, mimo usiłowań gospodarza wieczerza dosyć upłynęła smutnie... Wigman tylko, gdy się psy pod stołem gryźć zaczęły o skorupy od jaj, ości od ryby i resztki jadła, które im rzucano... ozwał się, jak sam do siebie.
— I pies ma pamięć krzywdy, a pragnienie zemsty... jakżeby człowiek miał ją zapomnieć?
A gdy na mówiącego patrzano, dodał.
— Byłem raz u krewniaka mojego Arnolfa, który nad Bawarją miał władzę, siedzieliśmy u stołu z wielu innymi, gdy do człowieka jednego nagle poskoczył pies, ugryzł go i uciekł.
A że nikomu innemu nic złego nie uczynił, zdziwiło to nad miarę wszystkich... I postrzegliśmy, że człowiek ów drżał cały pomięszany, którego gdy naglić poczęto, ozwał się głośno. Pies ten wiedział co uczynił — pana jego spotkawszy śpiącego w lesie ubiłem...
Naówczas on próżno obronić się go starał, dziś mnie obwinia i zemstę wywiera... i widzę to, że lub tu, lub na przyszłym sądzie, wszelki winowajca nie uniknie kary. [24]
Skończywszy opowiadanie, Wigman dodał głośno...
— Chociażby był cesarzem!!
Wychylił potém kubek i dodał jeszcze — a Wigman, choćby psem miał zostać, pomści się i ukąsi...
Nierad téj mowie, Gozbert popatrzał groźno na Wigmana, ale dumny krewniak cesarski, nie zważając na to bynajmniéj, zamyślił się znowu i tak do końca wieczerzy, na gospodarza już ani patrząc, ani doń mówiąc słowa, pozostał...
W milczeniu pijących porzucili duchowni, i przed północą, dla jutrzejszych mszy, udali się na spoczynek... Gdy Włast izby swéj górnéj, w któréj mu posłano wraz z klerykiem, okno otworzył, ujrzał w świetle księżyca, na belce z muru wystającéj, zawieszone ciało Samona, którego głowa opadła na piersi, koniec męczarni zdawała się zwiastować... Okropny ten widok łzy mu na powieki wycisnął...
Na jedno oka mgnienie, błysnęła mu wątpliwość — czy chrześcianie ci prawdziwemi są synami Bożemi, i wnet, jako grzech odpychając ją, padł na kolana, aby się modlić.





IV.



W kilka dni późniéj Włast już ze swéj wycieczki powracał — uspokojony tém, że nie jechał sam.
Obok niego po prawéj ręce, w milczeniu odmawiając pacierze kapłańskie, ks. Jordan rozpatrywał się po kraju, w którego granice już wkroczyli...
Ten sam to był kapłan, którego opatrzność mu nastręczyła na Adlerburgu, u grafa Gozberta. Z niemałą trudnością udało mu się go nakłonić.
Nie miał nic, czemby go mógł pociągnąć i zachęcić, nie ofiarował mu nic oprócz apostolstwa, widoku walki a może męczeństwa.
Lecz obok poczwarnych istot, które wieki te rodziły — religia chrześciańska ile kroć padła na serca czyste, na umysły wielkie, na wybranych — tworzyła z nich ludzi poświęcenia i świętych.
Ks. Jordan był kapłanem już z apostolstwem obeznanym, od młodości w téj pracy zahartowanym. Opowiadał on ewangelię i po dzikich zakątkach, kędy się promień światła nie wcisnął nigdy jeszcze, i tym możnym na wpół nawróconym, co światło czyste obracali na swój użytek, czyniąc z niego przewrotnego sługę... Wiedział już jak mówić było potrzeba do tych, co nigdy nie słyszeli, i do tych co słyszane źle zrozumieli.
Mąż był cierpliwości niezmordowanéj i niewyczerpanéj, mocy ducha niezmożonéj — wesela przytém wewnętrznego pełen i spokoju...
Wielka prostota i dobroć łączyły się w nim z rozumem jasnym... Wiedział on, że oddając się na usługi Mieszkowi i krajowi do dawnéj wiary przywiązanemu, będzie miał wiele trudności do zwyciężenia, nie nagłych a przechodzących, ale powracających i upartych. Uśmiechało mu się to jednak być pasterzem trzody nowéj i przez siebie samego stworzonéj. A po drodze nim na gród przybyć mieli, starał się zawczasu objaśnić o ludziach i zawiązku tego, co go tam oczekiwało.
Mieszka rad był odgadnąć, a o tém właśnie i Włast mu najmniéj umiał powiedzieć. Domyślali się go ci, co żyli z nim, nikt powiedzieć nie mógł, by go znał.
Od granicy już Włast, któremu jego kraj najpiękniejszym się w świecie wydawał, ukazywał go ks. Jordanowi wychwalając.
Kapłan znajdował go smutnym...
Przerażała go niezmierna ilość kamieni słupów Trygłowowi i Światowidowi poświęconych, źródeł, miejsc ofiarnych, dębów i gajów, w których ślady objat i obrzędów pogańskich napotykali. Świadczyły one o przywiązaniu ludu do swéj wiary, przepowiadały niezmierną pracę, jaka tu apostołów czekała.
Lecz Włast szeptał, że gdy wszystkie te miejsca jak w Czechach, poznaczone zostaną krzyżami i niejako ochrzczone, będą służyć téż ku opamiętaniu i nawracaniu...
Ks. Jordan musiał zrzucić swą suknię duchowną, wdziać odzież używaną w kraju, a że języka był świadom, mógł uchodzić prawie za krajowca. Już w drodze rozmawiając z Włastem i Sulinem starał się swoją serbszczyznę nałamywać na język polański, mniéj naówczas daleko od niéj różny, niż późniéj się wyrobił...
Powierzchowność nawet przyszłego pasterza, choć wojskową i rycerską nie była, nie raziła niczém nadzwyczajném, a odznaczała się powagą, dozwalającą go brać za zamożnego władykę.
W ciągu drogi im dłużéj obcował z nim Włast, im poznawał go bliżéj, tém się więcéj rozmiłował w nim, a przekonywał, iż go nie traf ślepy, ale opatrzność wybrała sama, na trudny obowiązek pierwszego apostoła — i pasterza.
Ponieważ oba drogą znużeni byli, a mało zbaczając mogli się wprzód dostać do Krasnéj-góry, niż nad Cybinę, Włast postanowił naprzód do siebie zawieść ks. Jordana, dać mu tam spocząć, i dopiero drugiego albo trzeciego dnia wybrać się z nim na dwór książęcy.
Przyjął tę myśl podróżny, rad będąc, że lepiéj pozna kraj, i już zdążali ku Krasnéjgórze, o któréj Włast myślał nie bez tęsknoty i miłości. Wyrzucał sobie nawet to przywiązanie zbyteczne do miejsc, w których przebył dzieciństwo, prawie je grzeszném uważając.
Droga wiodła lasami, już po trosze z liści jesienią ogołoconemi. Z niecierpliwością pewną Włast wyglądał dworu i cieszył się, że poczciwego Jarmierza zobaczy... Wjechali wreście w ten gaj, który dwór z boku osłaniał. Włast nie mógł pojąć już dla czego dworu widać nie było... gdy nagle pobladł i konia wstrzymał, takie go opanowało wzruszenie. Całéj siły ducha użyć musiał, aby się zdobyć na wyrazy.
— Bądź wola twoja!
Stary dwór w Krasnejgórze był zgliszczem tylko. Sterczały z niego pozostałe niedopalone belki... ogniska kamienne, obalone ściany. Z budowli nie pozostało nic.
Pogorzelisko straszny widok przedstawiało... Kilku ludzi błąkało się około niego, a Jarmierza teraz dopiero ujrzał Włast leżącego na ziemi w opalonéj odzieży..
Pożar nie musiał być dawny, gdyż, choć wygasło wszystko, gdzieniegdzie dymiły węgle jeszcze. Za dworem, ze spalonych szop wypędzone stały trzody, a przy nich siedzieli ludzie spoglądając ku miejscu, przez które przeszło zniszczenie.
Włast skoczył z konia, a Jarmierz podniósł się z ziemi powoli, podchodząc ku niemu z załamanemi rękami. Zbliżył się téż i ks. Jordan...
— Mój Jarmierzu — zawołał Włast — jakże się to stało? Co było przyczyną? odezwał się Włast widząc niemego chłopaka, któremu rozpacz niedozwalała ust otworzyć.
Jarmierz obejrzał się ostrożnie.
— Nie wiem... nic nie wiem — rzekł trwożliwie — w nocy ogień się wziął ze czterech rogów zagrody — i nie było ratunku. Ocaliliśmy co się wynieść dało.
Włast nie śmiał spytać o kaplicę... Jarmierz wskazał mu tylko leżące na kupie sprzęty, zapasy, odzieże i broń, między któremi i najdroższy kielich ofiarny się znajdował.
W lasku na prędce sklecony szałas, dozwolił spocząć przynajmniéj, bo noc nadchodząca do grodu przybycie utrudniała. Resztka zapasów starczyła dla niewymagającego ks. Jordana i gospodarza. Siedzieli milczący spoglądając na spalony dom rodzicielski, którego ruina Włastowi z oczów łzy wyciskała. Jarmierz upokorzony był i znękany tém, że pod jego opieką zostawione domostwo taki los spotkał. Pocichu zaczął opowiadać, że przed wieczorem dnia tego widziano kilku w okolicy kręcących się dziadów, Wargę i dwóch jego towarzyszów, że przed parobkami od kilku dni odgrażano się puścić z dymem dwór, w którym chrześcianie się schadzali i swoje składali ofiary. Nie ulegało najmniejszéj wątpliwości, iż mściwa ręka podłożyła ogień, a parobcy podmówieni ratować nie chcieli, wcześnie jakoś swoje mienie wyniosłszy.
Włast wprędce opłakał swą stratę, i złożył ją jako jednę więcéj ofiarę dla wiary, którą przyjął... Należało myśleć o odbudowaniu.
Jarmierz już nie czekając przybycia pana, wysłał z siekierami do lasu... Lecz, taż sama ręka nie mogłaż zrzucić żagwi, i zniszczyć nowego domostwa?
Na to nie zważając Włast budować rozkazał, postanowiwszy w duchu pierwszą izbę dokończoną poświęcić jako kaplicę Bogu — i uczynić ją domem modlitwy...
Smutny był nocleg ten pod szałasem, na modlitwie w części i na cichéj rozmowie z Jarmierzem spędzony. Od niego dowiedział się Włast, że gdy płomię buchnęło, i łuna od niego nad całą okolicą rozgorzała, którą i nad Cybiną widać było, przypadli komornicy wysłani od Mieszka na zwiady, i pomagali do ratunku. Kneź więc zawiadomionym był o stracie jaka spotkała Własta.
Nad rankiem odprawiwszy pacierze, dwaj duchowni ruszyli z tych zgliszczów ku Poznaniowi, i stanęli na grodzie właśnie, gdy Sydbór i Mieszko ludzi nowo zaciężnych opatrywali i liczyli. Wszystko się tu zdawało przysposabiać jakby do wojny...
Ruch był na zamku wielki.
Oddziały jedne nie uzbrojone jeszcze przyciągały, drugie z dowódzcami odchodziły. Broń dobywano ze skarbców, liczono się z jéj zapasami w Gnieźnie, nad Cybiną, po innych gródkach Mieszkowych.
Zdala już bystre oko pańskie poznało przybywającego Własta, i mały orszak jego, policzyło znać ludzi i postrzegło nieznajomego w téj kupce. Zaledwie z koni zsiąść czas mieli, gdy Mieszko nadszedł z twarzą, jak zawsze spokojną i wesołą. Nie spojrzał nawet na ks. Jordana, jak gdyby go widzieć nie chciał, i ozwał się zdala do syna Lubonia.
— Dobrze się stało, że starego dworu pozbyliście się — na pół był już spruchniały. Musicie już wiedzieć o tém.
— Tak, miłościwy panie.
— Nie frasujcież się, stanie nowy... idźcie do Dobrosława...
Skinął ręką, a sam do Sydbora powrócił. Ks. Jordan pilno mu się przypatrujący, nie rzekł słowa i poszedł za swym przewodnikiem. Dobrosław téż najrzawszy ich, spieszył naprzeciw i zabrał z sobą do izby, gdzie się swobodniéj rozmówić mogli.
Gdy weszli do niéj, a drzwi się za nimi zamknęły, Dobrosław rękę ks. Jordana ucałował i posadził na pierwszém miejscu, a sam zwrócił się do Własta z ubolewaniem.
— Kneziowscy ludzie — rzekł cicho — wysłani ztąd na łunę, w powrocie z Krasnéjgóry pochwycili w lesie dwu dziadów, którzy się podłożeniem ognia przechwalali. Przyciągnięto ich tu na gród i posadzono do ciemnicy... a kneź choć się waha i wzdraga, pono dla przykładu da ich obwiesić obu... Lecz że lud ich szanuje, a narodu drażnić nie chce... nie wie sam jeszcze, jak postąpi...
Obawiając się, aby z jego przyczyny krew się nie lała, Włast posłyszawszy to, natychmiast pobiegł do Mieszka i spotkawszy go wracającego do dworu, do nóg mu padł, prosząc o przebaczenie dla dziadów.
Mieszko zdziwił się mocno.
— Oni ci przecie szkodę wyrządzili... i zemsta ci należy!
— Miłościwy panie — odezwał się Włast — chrześcianie zemsty nie znają... nauka nasza nieprzyjaciołom nakazuje przebaczać i kochać ich... Błagam was...
Mieszko rad był może, iż się od narażenia narodowi w chwili téj uwolni, więc gdy Włast prośby powtarzał, ręką skinął i rzekł mu.
— Czyńże z niemi co sam chcesz...
Nie tracąc chwili, Włast poszedł do ciemnicy, w któréj Wargę i towarzysza jego zamknięto. Gdy mu wrota do tego lochu w wałach wygrzebanego otworzono, ujrzał dwu dziadów leżących na ziemi, którzy go wzrokiem dzikim powitali milczący. Warga go poznał i nie wątpił, że wydany na pomstę Włastowi dozna strasznego losu. Nie ruszył się więc nawet, na wszystko będąc gotowym.
Włast się zbliżył.
— Za cóżeście pod moje domostwo ogień podłożyli? — zapytał.
Starcy dwaj popatrzyli długo na siebie, jakby się oczyma radzili, co odpowiedzieć mają. Po chwili Warga zamruczał.
— Co się pytasz? rób swoje...
— Nic wam złego nie uczyniłem — odezwał się Włast — ślepi jesteście i nie wiecie, co robicie, ani za co mnie prześladujecie... Wy uczyniliście mi krzywdę — dodał — ja wam za nią płacę dobrém i wyprosiłem u knezia, że mam prawo wypuścić was na wolę... Idźcie i uchodźcie... a pomnijcie, że ta wiara co uczy dobrém płacić za złe, lepszą jest...
Warga słuchając z pewnym rodzajem wzgardy, uśmiechał się, a gdy Włast dokończył, ruszył się wnet biorąc za kij i dając znaki towarzyszowi, by za nim pospieszał.
— Wasza wiara — mruknął — głupia jest... bo ty mnie puszczasz wolno, a ja z ciebie się śmieję i co w sercu mam, to zachowam...
Nie spojrzawszy na Własta wychodził już z lochu, potém zwrócił się ode drzwi.
— Nie śmiecie Wardze nic uczynić — zawołał — nie śmiecie! wiecie że on silny... i że za niego mścić się będą, dlatego puszczacie wolno... Nie bójcie się, drugi raz w ręce wam nie popadniemy, a dostaniecie się wy w nasze...
Dokończył śmiechem dzikim i poszedł.
Włast stał, zawrzał w nim gniew na chwilę, ale nowy chrześcianin był wiernym nauce swojéj i kłamu jéj zadać nie chciał, zniósł więc to urągowisko i pogróżki, zwyciężył się i dał ujść obu dziadom, którzy natychmiast pobiegli ukryć się mu z przed oczów, znajomemi sobie drożynami przemykając się ku gajowi i świątyni.
Nauka, jaką im Włast dać chciał, była straconą, ale on w sumieniu swojém spokojnym pozostał.
Gdy Dobrosław oznajmił Mieszkowi o towarzyszu, którego z sobą Włast przywiózł, kneź nic mu nie odpowiedział. Zdało się, jakby znowu ulegając jakiemuś wpływowi czy obawie, cofnął swe postanowienie wcześniejsze, nie zapytał więcéj o niego i zostawił Dobrosławowi wolę rozporządzenia się i działania jak chciał.
Ks. Jordan więc za poradą jego został z nim razem, oczekując zręczności, by mógł przemawiać, nauczać i kierować. Na oko nic żadnéj nie zwiastowało zmiany, z Czech tylko zapowiadano przybycie kniehini Dubrawki, ale i to pokryte było jakąś tajemnicą. Kneź małomówny na zapytania odpowiadał niejasno. Na zamku wszystko było w gotowości.
Jednego poranka Włastowi kazano jechać do Pragi, dodano mu tych samych ludzi, którzy towarzyszyli w pierwszéj wycieczce, a gdy o cel podróży zapytał, Mieszko mu rzekł.
— Pokłońcie się odemnie...
Rad że się do chrześciańskiego kraju dostanie, Włast był posłusznym, pożegnał ks. Jordana i pojechał.
Na zamku znowu to samo stare życie się wiodło bez zmiany, tylko nowy apostoł, któremu jego bezczynność dolegała, nie pytając nikogo, z kijem w ręku, począł szukać owieczek. Często po całych dniach go na grodzie nie było, a gdy Dobrosław już miał wysyłać szukać go niespokojny, wracał nagle, wesół i rozpromieniony, zapewniając go, że Opatrzność bozka nad nim czuwa i nic mu się złego stać nie może. Niezmiernie prędko rozpatrzył się ks. Jordan w kraju i jego stosunkach, a zetknąwszy się z kilku ochrzczonymi dawniéj, przez nich, jak po nici, trafił do innych, lub tam gdzie siane ziarno zejść mogło.
Około niego potajemnie skupiać się zaczęli wszyscy dotąd rozpierzchli, nabierając otuchy.
Mieszko widywał go i o nic nigdy nie pytał, udając, iż o niczém nie wie. Jednego dnia z nim i Dobrosławem poszedł wiodąc ich do gaju i świątyni, jakby to miejsce chciał im ukazać, ale nie rzekł nic. W kilka dni radził obu z Sydbórem jechać do Gniezna i obejrzéć Lechową górę a ostrów na jeziorze, gdzie stały świątynie pogańskie.
Wśród tego spokoju, który usypiał pogan, tłumaczących go sobie jak Warga, obawą; nagle, jednego dnia, Mieszko nadzwyczajne począł czynić przygotowania.
Dwóchset ludzi dobrano z przybocznego orszaku co najdorodniejszych i wydano dla nich odzież paradną, oręż drogi, i konie ze stad najpiękniejsze. Ze skarbca podobywano naczynia najdroższe i przeniesiono do izb na dole, gdzie biesiady się odbywały. Mieszko ostatnią swą ulubienicę z wianem bogatém odprawił do rodziny, stara Różana została w niewieścim dworcu sama jedna, i płakała z obawy, aby i jéj, niemającéj już tu co czynić, nie oddalono. Mieszko kazał ją przywołać do siebie, weszła smutna, choć zawsze strojna i niżéj niż zwykle do nóg mu się skłoniła.
— Masz wiedzieć — rzekł kneź — że żonę biorę z wielkiego domu, kniehinię sławną... Jak strzegłaś tamtych, tak i téj służyć będziesz, nad jéj dworem mając dozór... Pilnujże, byś na jéj łaski zasłużyła... a rozkazy spełniała...
Różana pokłoniła się raz jeszcze, chcąc coś pomówić, bo do mówienia zawsze niepomierną miała ochotę, lecz Mieszko nakazał milczenie i poszedł niewieści dwór i izby oglądać. Stały komnaty puste, smutne, ale z przepychem pańskim przygotowane na przyjęcie gościa wielkiego, aby czego tylko kniehini zapragnąć mogła, znalazło się pod ręką. Cienkie tkaniny, kobierce wschodnie, złote i srebrne naczynia, misy, nalewki, dzbany, świeczniki świeciły porozstawiane wszędzie. Śpiżarnie pełne były łakoci, piwnice napojów, a kwiaty, na jakie się jesień zdobyć mogła i wonne zioła porozrzucano wszędzie.
Gdzie dawniéj wrzawa niespokojnych niewiast po całych dniach się rozlegała, teraz cicho już było jak w grobie. Jednę z najpokaźniejszych izb w głębi dworca kneź kazał zostawić pustą, nie mówiąc o jéj przeznaczeniu.
Tegoż wieczora Mieszko poszedł do siostry.
Domyślano się tam zawczasu, co się na zamku gotowało, a Górka nie bardzo była może rada nowéj pani i nowemu porządkowi, nie wiedząc, jak się zgodzi z nieznaną bratową. Podejrzliwém okiem spoglądała na brata i przyjęła go z należném poszanowaniem, ale milcząco.
Kneź usiadł zadumany i począł się jéj przypatrywać.
— Nie jużci téż, Górka... zamążpójście na myśl nie przychodzi? — zapytał nagle.
Siostra się zarumieniła mocno, bo po wiek wieków żadna niezamężna dziewica nigdy się przyznawać nie zwykła, by sobie stan zmienić życzyła. Zawsze się to uważa za nieprzyzwoite pożądać czepca. I Górka téż z dumą pańską odpowiedziała bratu, po chwili namysłu.
— Miłościwy panie, być może, iż wam się mnie pozbyć chce z domu, alem ja nie zatęskniła w nim nigdy...
— A przecie — odezwał się kneź — tak tu wiecznie nie możesz pozostać. Szkodaby krasy i młodości... Ale to moja rzecz męża wyszukać, wiano dać i sprawić wesele...
Górka się zarumieniła mocniéj jeszcze, kneź spojrzał z ukosa.
— Nie bój się — rzekł — znajdę ci takiego, co będzie godnym pięknéj jak ty kniehini... Ty wiesz, że ja Bolkową córkę biorę, abym jedną nogą w Czechach stał, czekając, póki dwoma nie będę mógł stąpić... Ona chrześcianka idzie za mnie... ty téż chrześcianką zostać musisz, a poniesiesz z sobą tę wiarę do Ugrów, którym rękę podamy, aby Czechów trzymać zawsze grozą i nie dać sie[25] im uciskać... Dziki to naród, wojowniczy, ale straszny... Musieli się na nich wszyscy niemcy zebrać do kupy nad Lechą, aby zwyciężyć... a w domu oni niezwyciężeni... Tobie tam panować przystało i królować...
Górka nie odpowiedziała nic, bo niewieście naówczas, choćby rodu pańskiego, swojéj woli mieć się nie godziło. Mieszko mówił napół do niéj wpół do siebie, uśmiechając się myśli swéj.
— Nie obawiaj się, brat ci krzywdy uczynić nie da, a jeśli z domu jego wyjdziesz, nie pożałujesz zamiany... Od téj wiary nowéj, którą niemcy swoją zowią, nie obronimy się już. Zewsząd nas ogarnia... panuje wszędzie... wojować z nią nie można... ale przyjąwszy ją, nią wojować będziemy choćby z cesarzem...
W sprawie wiary Górka nie miała pono tak samo woli, jak w sprawie własnego losu; słuchała wiedząc, że uczynić będzie musiała co każą. Westchnęła tylko, bo ją straszono surowością chrześciaństwa.
— Wiara to straszna!.. — wymówiła pocichu.
Brat nie odpowiedział długo.
— Gdyby w istocie taką była, czyżby ją tylu ludzi mogło wyznawać?.. — rzekł po namyśle.
Zamyślił się i westchnął, może mu na pamięć przyszły dawne gody i swoboda, lecz nie rzekł nic.
Siostrę pogłaskał po twarzy i zwolna wysunął się z dworu.




V.



Nazajutrz rano świetnie przybrany dwór, starszyzna, stolnicy, cześnicy, służba, pachołkowie, rycerstwo, Sydbór, który przywdział zbroję świecącą, naostatek Mieszko sam w płaszczu bramowanym złotem, wyjeżdżali z grodu nad Cybiną. Nikt nie wiedział dokąd i na jak długo. Na zamku gotowano się na przyjęcie mnogich gości. Kogo? domyślać się tylko było można. Mieszko nie miał zwyczaju tłumaczyć się nikomu.
Dobrosław został w grodzie mając dozór nad przygotowaniami.
Tegoż samego dnia ks. Jordan potajemnie wyszedł zamknąć się w izbie przy dworcu przyszłéj kniehini zostawionéj. On i Dobrosław przez cały dzień znosili tam naczynia i szaty, nie wzywając nikogo do pomocy i nie biorąc z sobą ludzi.
W izbie téj, któréj okno zewnątrz napół przysłonięte było, tak że zajrzéć do niéj nikt nie mógł, ks. Jordan urządzał kaplicę, z tą radością i przejęciem, jakiego może doznawać kapłan, pierwszy ołtarz stawiąc w kraju pozbawionym prawdziwéj wiary. Lice jego promieniało, trzęsły się ręce, gdy sam zaścielał ten stół ofiarny białemi ręczniki, ustawiał na nim świeczniki, ubierał go i przyozdabiał, gdy błogosławił modląc się i krzyż na nim wzniósł, przed którym on i Dobrosław odmówili przejętą modlitwę.
Pierwsza kaplica zamkowa nie wyglądała wspaniale, był to ołtarz jakby obozowy tego wojska, które tu za wiarę walczyć miało. Gromadka, co się u stóp jego zbierać mogła, szczupłą jeszcze była i izba ta aż nadto dla niéj starczyła.
Tu w obecności jednego Dobrosława pierwszą mszę odprawił przyszły pasterz owczarni rozpierzchłéj i zmuszonéj ukrywać się długo jeszcze.
Mieszko o swojém nawróceniu nie mówił nic; Dobrosław kilka razy rzucał pytania i nie otrzymał odpowiedzi.
Orszak, który z kneziem na czele wyruszył z zamku nad Cybinę[26], pociągnął ku granicy zwykłą drogą. Jesienna pogoda powolnemu pochodowi sprzyjała. Dni wyrachowane być musiały.
Wieczorem położono się w lesie u saméj rubieży na uroczysku, które się zwało Zawite. Rozbito namioty, postawiono szałasy, rozpalono ognie, wysłano dokoła straże i noc upłynęła cała niemal na czuwaniu.
Nazajutrz kazał kneź obóz zwinąć, lecz z miejsca nie ruszył.
Słońce ku południowi wybiło się po nad mgły i świeciło letnim blaskiem, gdy rogi słyszeć się dały zdala i straż nadbiegła oznajmując o zbliżającym się orszaku czeskim.
Siadł Mieszko na koń, a dwór jego cały ustawił się w porządku.
Zdala już widać było okazały orszak, który kniehinię prowadził. Towarzyszył jéj wedle obyczaju brat, mnoga liczba panów i dworu ojcowskiego, poczet wojskowy i nieporachowany sznur wozów, które szły jedne za drugiemi, strzeżone przez zbrojnych ludzi. Oddział pancernych zamykał w końcu wspaniały ten pochód, któremu przygrywali na trąbach i rogach gędźbiarze.
Kniehini jechała na pięknym koniu obok brata, w suknię złocistą przybrana, w płaszczu na ramiona zarzuconym, złotemi blaszkami naszywanym. Na widok Mieszka zarumieniła się męzka jéj twarz i oczy śmiało nań spojrzały.
Nie było to trwożliwe dziewczę, ale towarzyszka pańska i niewiasta czująca się królową.
Bolko młodszy o kilka kroków ją wyprzedził, witając Mieszka, poczém oba z koni zsiadłszy, szli do Dubrawki, która téż z wierzchowca się spuściwszy, lekkim ukłonem pozdrowiła męża swojego. Ale Mieszko inaczéj ją chciał witać... i śmiejąc się objąwszy w pół, cale pogańskim obyczajem, zarumienioną w twarz pocałował. Podano sobie ręce. Wesele malowało się na licach.
— Jesteście miłościwa pani — zawołał Mieszko — już na mojéj, a razem na swéj ziemi, gdzie ja gospodarzem... Przystało tę dobrą godzinę uczcić dobrą myślą...
To mówiąc skinął na stolników swych i rękę jedną Dubrawce, drugą podawszy Bolkowi, powiódł ich pod dęby nade drogą, gdzie rozesłane było sukno i naczynia stały z jadłem i napojami. Dla obu téż orszaków beczki były pogotowiu. Tymczasem gędźbiarze grali wesoło na trąbach i rogach i lica się śmiały wszystkim. Dwa dwory czeski i polski po raz pierwszy zbliżały się ku sobie przyjacielsko podając sobie dłonie i próbując języka, który obu posługiwał zarówno, prawie będąc jednakim.
Z kniehinią mnogi lud jechał, niewiasty, usługa, dworacy, duchowni, panowie... lecz na przyjęcie było pogotowiu wszystko na drodze i starczyłoby dla liczniejszéj jeszcze drużyny.
Wmięszany w ten dwór stał Włast w towarzystwie kilku duchownych, między którymi surowa twarz i uboga suknia O. Prokopa zwracały oczy Mieszkowego orszaku. Dziwnie wydawał się im ten człowiek stary, w odzieży prostéj, w obuwiu wyszarzaném, z głową postrzyżoną, podobny do żebraka, a śmiało obracający się wśród świetnego orszaku panów, który mu okazywał uszanowanie.
Nie biesiadowano tu długo, gdy oba kneziowie powstawszy dali znak dalszego pochodu. Przyprowadzono konie i Mieszko stanął na swoim obok Dubrawki, któréj lice nie zdradzało najmniejszéj obawy, uśmiechając się owszem weselem i ciekawością.
Od granicy poczynał się ten kraj nieochrzczony jeszcze, pełen jawnych oznak pogańskiego bałwochwalstwa, na którego widok lica duchownych pochmurniały. Dubrawka jednak nie ulękła się stojących na rozdrożach bałwanów i zdawała na nie uwagi nie zwracać. Wesołemi żarty skracano podróż, którą z nadzwyczajnym odbywano pospiechem.
Gdy na drugim przystanku spocząć koniom było potrzeba, Mieszko ujrzawszy Własta, zawołał go ku sobie i łaskawie pozdrowił.
— Weź kilku ludzi i lepsze konie — rzekł — pojedźcie przodem o nas oznajmić, aby wszystko było pogotowiu.
Tak więc choć znużony drogą, Włast musiał natychmiast, nie spoczywając, przodować orszakowi. Ostrożność ta była zbyteczna, gdyż na grodzie dzień i noc stał lud mnogi, gotów na przyjęcie kniehini, i starszyzna, żupanowie, władycy, kmiecie już byli zgromadzeni. Oni i orszaki ich napełniały nietylko gród, ale zalegały pola nad Cybiną i Wartą. Mnogie téż tłumy ciekawych z uczuciami różnemi zbiegły się patrzyć na przybywającą panię.
Roiło się dokoła ludem, nad drogą wszędzie stały szeregami ciżby niezliczone w oczekiwaniu na to widowisko, którego następstwa napełniały trwogą...
Z tą panią nową jechała wiara nowa, rozpoczynało się życie jakieś nowe, którego przeczucia niepokoiły. Niewiasty płakały, mężowie stali sparci na kijach, zadumani... Starcy przebiegali tłumy z pieśnią żałosną. Czuli wszyscy, iż dzień ten zapowiadał życie odmienne. Jakie? nikt nie śnił naówczas, wiedzieli tylko, że ze starém rozbrat wziąć było potrzeba, a z niém zrosło się wszystko, co najdroższém było.
Pośrodkiem tych gromad milczących, które mogły mniéj śmiałą niż Dubrawka niewiastę przejąć trwogą, przesuwał się orszak Mieszków i czescy rycerze a panowie. Już o mil kilka od Poznania drogi były nabite ludem, ale zarazem poczty wojenne stały na nich, siłę Mieszkową ukazując obcym.
Nie ustępowały one pokaźnością Czechom, ani urodą, ani orężem. Minęły te czasy, gdy Polanie nasiekiwanemi pałkami i smolonemi oszczepami walczyć musieli, mało mając kruszcu i oręża. Za Ziemomysła już zdobyto i zakupiono dosyć zbroi i mieczów téż nie brakło... Żelaza miano obficie i łatwiéj nabywać je było, w nadworskich[27] miastach handlowych. Wojny z niemcami dostarczały go także...
Skarbiec Mieszków nieustępował najzasobniejszym, i niewyczerpywał się ale powiększał... Na Czechach widać wprawdzie było ogładę jaką im ściślejsze z cesarstwem i zachodem stosunki przyniosły, ale w wojsku Mieszka więcéj było starego słowiańskiego ducha i resztek tego tajemniczego świata, który téż w sobie miał wyrobione długiemi wiekami życie...
Wśród wrzawy trąb, rogów, okrzyków i śpiewów, wjeżdżała na nową swoją stolicę Dubrawka, tak niewzruszonym umysłem i ciekawemi oczyma mierząc ją, jak owego wieczora nad Wełtawą nieznajomego jéj jeszcze przybysza, który za męża był dla niéj przeznaczony.
Z okna swojego dworca, oczyma zazdrosnemi może i załzawionemi przypatrywała się Górka téj nowéj pani... przeciw któréj wyjść nie śmiała... U drzwi dworu zsiadłszy Mieszko podał rękę żonie i wprowadził ją do wielkiéj izby biesiadnéj. Tu stali panowie jego, poważne starce z siwemi brody i dorodni mężowie pokłonami witając panią, z góry spoglądającą na nowych poddanych swoich...
Skromny dworzec drewniany ubogo się musiał wydać kniehini, do murowanych ścian nawykłéj, nie było tu nic coby chrześciaństwo przypominało, lecz drewniana chata Mieszka świeciła nagromadzonemi bogactwy, które nawet panów czeskich zdziwiły... Stoły się uginały pod ciężarem kowanych sreber... wystawionych więcéj na pokaz i zdumienie niż z potrzeby... Przyjąwszy cześć i powitanie dworu, który wykrzykiwał wesoło, Dubrawka zwróciła się do Mieszka.
— Panie miłościwy, rzekła — nie uczuję się ja tu ani żoną twą, ani gospodynią, dopóki nas duchowny nie pobłogosławi...
Mieszko trochę się zmarszczył...
— Kniehini moja — rzekł — obejrzyjcie się po komnatach i podwórzach — policzcie tych ludzi co nas otaczają... to są, jak ja, poganie wszyscy.. Gdybym ja dziś waszemu się Bogu pokłonił, kto wie coby mnie czekało jutro... Dajcie mi czas... a pracujcie ze mną.
— Lecz żyć z wami nie mogę inaczéj — odpowiedziała Dubrawka.
Niech ślub zostanie potajemnym, a przecie on dopełnić się musi.
Przystąpił Bolko z naleganiem. Mieszko stał jakby w niepewności co miał począć. Nie położono mu wprzódy warunku tego, ani się spodziewał by uledz musiał, a dnia tego zasmucać nie chciał waśnią. Nie rzekł nic — obrócił się patrzając po przytomnych, czy oczyma znak dał komu, czy szepnął słowo... nikt nie dopatrzył, lecz wnet odezwał się do Bolka i Dubrawki — iż im dworce swe i izby wszystkie i komnaty dla żony zgotowane chce okazać... Szli więc zwolna... Mieszko wiodąc kniehinię, Bolko jeszcze jako stał we zbroi i rynsztunku podróżnym, Dobrosław jako przełożony nad dworem.
Czescy i polscy panowie zostali stojąc w biesiadnéj izbie i czekając na powrót pana. Trzy złotogłowem okryte krzesła u osobnego stołu, zgotowane dla nich były...
Przez izby i podsienia Mieszko z pierwszego dworu, skierował się ku mieszkaniom królowéj. Tu już niewieście towarzyszki, służbę pani i jéj dworaków przyjmowała Różana, która się bogaciéj i wykwintniéj niż kiedykolwiek przybrała.
Dubrawka przeszła szereg izb, komór, składów pełnych bogactw... nie spoglądając prawie na nie... ostatnie drzwi stały zamknięte przed niemi... W chwili, gdy się do nich zbliżyli, jakby czarodziejską siłą, otwarły się ze wnętrza i za niemi dała się widzieć światłami płonąca kaplica... U ołtarza bogato obwieszonego stał ks. Jordan, mając przy sobie O. Matję i O. Prokopa...
Mieszko szedł widocznie chmurny i prawie gniewny, lecz milczący i posłuszny...
Dubrawce oczy się śmiały...
Za niemi wnet zatrzasły się drzwi i w obliczu kilku tylko świadków, ks. Jordan pokropił naprzód wodą chrztu knezia milczącego... a potém szybko obrzęd ślubu dopełnił... W tych obrządkach musiano ze względu na szczególne położenie, na ważność ich, odstąpić od wielu warunków, zapomnieć o wielu ceremonjach, dopuścić się umyślnie zaniedbań... Szło o to, aby chrześciańska przysięga związała przyszłych małżonków... Drżącym głosem pobłogosławił im ks. Jordan... i związał dłonie...
Dubrawka dopomagała małżonkowi, aby wykonał to, co dla ważności obrzędu konieczném było. Na twarzy Mieszka malował się niepokój ciągły i zniecierpliwienie, które trwało dopóki nie wyszli z kaplicy i nie wrócili do oglądania komnat z drugiéj strony dworca położonych.
Z twarzą weselszą jeszcze Dubrawka z mężem i bratem wróciła do biesiadnéj izby... aby zasiąść w wianku dziewiczym, którego, jak mówiła, nigdy zrzucać nie chciała na przygotowaném siedzeniu obok męża i brata...
Polańscy panowie mogli się teraz przypatrzeć kniehini, którą każdy ciekaw był nietylko zobaczyć, lecz odgadnąć. Nie zdawało się to trudném. Na pierwsze wejrzenie Dubrawka, nadto będąc dumną by się ukrywała z czémkolwiek, wydawała się z wesołem usposobieniem, z odwagą i męzkim niemal charakterem. Mieszko przy niéj zdał się daleko do odgadnięcia trudniejszym... Śmiała się ochoczo i głośno, wyzywała żarty i oświadczała wręcz, że zabawy i pląsy lubiła bardzo...
Polańskim panom nawykłym do bojaźliwych niewolnic zahukanych, kniehini wydała się jakby nową cale istotą. Dla dzikich nieco ludzi miała urok ta śmiałość czeskiéj niewiasty... stającéj od razu niemal na równi z mężczyznami, okiem, mową i odwagą...
Mieszko śmiał się z nią razem, łagodnie i dobrotliwie, zdawał niemal uległym, przecież kniehini czuła w duszy, że nie łacno go pokonać i podbić potrafi.
Instynkt mógł ją tego nauczyć.
Śmiałość i samowola z jaką się Dubrawka ciągle okazywała jawnie, słabego człowieka byłyby uczyniły niepewnym siebie i chmurnym. Mieszko brał to lekko, wtórował śmiechowi i wesołości, jakby je w dziecku spotykał.
Pod koniec uczty, przeciągającéj się długo, goście, wedle zwyczaju, zaczęli nowo zaślubionym, składać podarki... i u nóg młodéj pani zebrała się góra cała osobliwszych rzeczy, które o zamożności starych rodów świadczyły...
Dziękował Mieszko; śmiało i wymownie, jakby stara znajoma, dziękowała młoda pani. Dziwowali się jéj wszyscy, że tak od razu przystała do ludzi, do domu, do nowéj ziemi i nowych poddanych. Mieszko téż poglądał niekiedy z ciekawością na ożywioną jéj twarz i jasne oczy, w których najmniejszego wahania się i niepewności widać nie było...
Po uczcie, która się przeciągnęła, nastąpiły pląsy i tany, ale kniehini, choć im poklaskiwała, okazując, że nie są obojętne, tego dnia nie chciała iść z drugiemi, i pozostała przy mężu. Wkrótce téż Bolko ją odprowadził do dworca, a Mieszko znikł także, zostawując Sydbóra w zastępstwie swém, by gości uraczał, nie dając im się oddalić.
Weselne ucztowanie musiało trwać dni kilka bez przerwy w każdym domu, tém bardziéj w książęcym...
Nazajutrz téż od rana stoły były pozastawiane wewnątrz dworca, i w podwórcach karmiono poczty wojenne polskie i czeskie, które się zabawiały wyścigami, rzucaniem pocisków i strzelaniem... Jak poprzedzającego dnia tak tego tłumy ludu okrywały wały przypatrując się widowisku i biesiadzie...
Szczęściem surowy dozór zapobiegł by wśród tego rozochocenia, chrześcianie z poganami, polacy z czechami nie powaśnili się o lada co. Czeski dwór czując wyższość swoją, lekce czasem sobie cenił i prześmiewał polan, a w tych niecierpliwa krew wrzała, i hamować było trzeba nieustannie, aby z małéj sprzeczki duża bójka nie urosła. Chodziła téż starszyzna naglądając i ładząc natychmiast, gdziekolwiek głośniejszy krzyk usłyszała lub zaognione postrzegła lica.
Ludzie z pocztów kneziowskich i do dworu należący, już przygotowani i oswojeni z wielą nawyknieniami chrześciańskiemi, godzili się z niemi, słuchali opowiadań i poufale przestawali. Wewnątrz grodu wesoło szło i ochoczo, lecz gromady, które stały zdala na wałach wpatrując się w igrzyska te, i kupa starców, wyglądających ze świętego gaju groźną i smutną miała postawę.
O. Prokop nawykły do swobodnego obracania się w Czechach, wiedząc, że i tu już wiara miała opiekę i obronę, wcale nie czuł potrzeby zachowywania pewnych ostrożności i ukrywania się z sobą. Zaraz téż drugiego dnia, z innym duchownym, wybrał się, zasłyszawszy coś widać o zakładaniu kościoła, aby miejsce nań przeznaczone obejrzeć. Jak wszędzie tak i tu duchowieństwo na poświęconych czci bałwanów uroczyskach, na posadach świątyń i słupów, stawiało kościoły i krzyże, i tu więc, gaj i świątynia zdała się przyszłéj pierwszéj katedry polańskiéj miejscem koniecznem. O. Prokop ze spokojem i odwagą, niepostrzeżony wyszedłszy ze dworca, przesunął się przez tłumy na podwórcach zebrane i posunął ku gajowi...
Przystęp do niego dla obcych był wzbronionym, jakby na straży stała tu kupka dziadów i wróżbitów, którą kapłan pominąwszy wszedł pod drzewa, kierując się wprost do kontyny.
Lecz zaledwie kilkanaście postąpił kroków, gdy straż na znak jakiś dany jéj przez jednego ze starszych, pobiegła za nim. Zdala patrzący na to Dobrosław, ujrzawszy ją z podniesionemi kijami, lecących z wściekłością za O. Prokopem, miotających przekleństwa i rozjadłych, natychmiast pobiegł na ratunek. Nim miał czas dojść na miejsce, już starcy pochwycili byli kapłana i targając go, bijąc, ciągnęli z sobą ku chramowi... O. Prokop ani mógł się bronić przeciw rozjuszonéj zgrai, podarto na nim suknie... niesiono go niemal na rękach, gdy krzyk naprzód Dobrosława dał się słyszeć, a wnet on sam napadł na zuchwałych wróżbitów. Wściekłość ich była tak wielka, że nawet Dobrosławowi z trudnością przyszło wyrwać im z rąk czeskiego księdza...
Nie śmiał zaś wołać na pomoc ludzi, ani zajścia tego czynić widoczniejszém, bo łatwo i lud z wałów i pijani wojacy mogli się wmięszać a powszechny zamęt i bójkę wywołać. Ulękli się wreście i uspokoili owi stróże świątyni, i O. Prokop, choć oszarpany i potłuczony mógł się z pomocą obrońcy ze szpon zajadłych starców oswobodzić.
Co najprędzéj wyciągnął go z sobą z gaju Dobrosław, tłumacząc mu, że jeszcze tu żadnych środków do wprowadzenia publicznego wiary przedsięwziąć nie było czasu i że póki sam kneź ich nie obmyśli, dawne zwyczaje pozostać muszą w swéj sile...
Tak szczęśliwie wypadek, który mógł grozić zamięszaniem, przeszedł prawie niepostrzeżony i O. Prokop wrócił do dworca, mało co wzruszony niebezpieczeństwem własném, lecz niespokojny o przyszłość swéj kniehini i kraju, tak nieprzygotowanego do nawrócenia.
Na dworcu tymczasem i sama kniehini i towarzyszki jéj wyprawiały wesołe pląsy, nuciły śpiewy... a polańscy panowie podziwiali te niewiasty, jakim podobnych nie widzieli. Dubrawka zyskiwała sobie serca uprzejmością swą i niecierpliwa równie jak O. Prokop, nie wahała się coraz rzucić słowo o nowéj wierze.
Dziwnie się to apostołowanie mogło wydawać wśród zabawy, lecz młoda pani przejęta była swém posłannictwem i w środkach spełnienia nie przebierała; panowie téż czescy naśladowali ją w tém porywczém apostołowaniu, i pod koniec dnia pochmurniały twarze, między czechami a Polanami zaczynało się dawać czuć oziębienie, rozdział jakiś, coraz widoczniejszy. Mieszko zdala patrzał, milczał, nie mówił nic, ale chmurniejszym był...
Trzeciego dnia nie ustawały stoły pańskie i zabawa, lecz nie szła ona jak z razu. Poprzedzającego dnia bójek na grodzie było kilka, lud warczał jakoś na przybyszów...
Czwartego rana sam na sam naradzał się kneź z Sydbórem i Dobrosławem, gdy śpiewając, z wesołą swą twarzą i pańskiém wejrzeniem weszła Dubrawka. Na widok jéj pogodniejsze téż oblicze przybrał Mieszko, a oczyma swoim towarzyszom wskazał, aby ich samych zostawili.
— Mieszku, ozwała się widząc ich ustępujących Dubrawka — weseliliśmy się ochoczo trzy dni całe, czas przystępować do dzieła!
Mieszko popatrzył trochę zdumiony...
— Duchowni czekają... nie ma co zwlekać i nawracanie o chrzest rozpoczynać należy.
— Piękna kniehini moja — rzekł Mieszko — ieśli[28] niewiasty twojego dworu zechcecie nawracać — czyńcie, proszę, ale co do mojego narodu — zostawcie mnie staranie. Jedyny to sposób byłby, żeby nic nie uczynić lub głową nałożyć — gdybyśmy się porwali nagle i nie przygotowawszy...
To mówiąc wstał, pocałował żonę śmiejąc się i rzekł do niéj...
— To moja sprawa...
Stała jeszcze zdumiona i trochę zmięszana Dubrawka, gdy kneź dodał.
— Jeden z tych, których wyście z sobą przywieźli, wczoraj o mało życiem nie przypłacił nieopatrzności... bo go ledwie z rąk zajadłych ludzi wyrwano. Twoi Czesi nie zdali się do nawracania bo nas nie znają. Miłościwa pani, damy im podarki bogate, ale ich ztąd odprawim do domu...
Dubrawka, która najwięcéj liczyła na swój dwór, zasmuciła się bardzo, lecz Mieszkowi się przeciwić nie było sposobu... Z twarzy mu patrzało, że choć śmiał się, ale żelazną miał wolę...
— Nie zlękniecież się zostać tu wśród nas pogan, saméj? — dodał Mieszko. Dubrawka, choć może w istocie czuła trwogę, okazać się jéj wstydziła. Męzka jéj dusza brzydziła się nią.
— Z wami przecież zostanę — obawiać się nie mam czego...
Mieszko się jéj dziękczynnie uśmiechnął.
— Ja, rzekł, znajdę duchownych, wyszukam ludzi — godzinę naznaczę, a gdy ta przyjdzie i powiem, że chrzest muszą przyjmować — przyjmą... Kto się oprze — zginie. Lecz nim się to stanie, mój dwór i moje wojsko, mojém być musi, aby mi naród nie był groźnym... W jednym dniu odmieni się twarz téj ziemi... a no, dzień ten ja jeden wiem...
Miłościwa moja — ja sam poganinem jeszcze jestem... nawróćcie wprzódy mnie i nauczcie... słucham was często i nie rozumiem. Co u nas cnotą było, u was jest występkiem; co u was się zowie pięknem, nam się wydawało złem.
Ruszył ramionami.
— Mięsa mi zakazują jeść... a zkądże ja wezmę siłę?
Zemsta zbroniona, a któż się mnie będzie lękał?
Dubrawka słuchała go... i zwolna może przekonała się, że to nawrócenie, które się jéj tak łatwém wydawało... było dziełem nie jednego słowa...
Musiała spuścić głowę i zamilknąć. Mieszko ujął ją pod rękę.
— Tymczasem chodźmy a weselmy się, a wy, kniehini moja, zabawiajcie się ze swojemi, których pożegnać musicie.
Czechów odprawić trzeba i dlatego, aby naród nie rzekł, żem ja ich dla wprowadzenia nowéj wiary potrzebował...
Wyszli milczący i skierowali się ku dworowi, w którym pomięszane głosy gędźby, śpiewy, wrzawę i śmiechy słychać było...
Grali czesi na rogach i piszczałkach, kilku gęślarzy u drzwi śpiewało, za stołami piła starszyzna i pokrzykiwała... inni nucili pieśni razem aż się rozlegało. Wszystko to umilkło, gdy kneź się ukazał z żoną, ale natychmiast skinął, aby byli myśli... wesołéj...
I znowu huczało a brzmiało do koła...
Tego wieczora Włast, wyprosił się u knezia, aby mu było wolno do Krasnéjgóry zbiedz na godzinę. Skinął mu głową przyzwalająco, i O. Matja, któremu wrzawa weselna przykrą była, natychmiast dosiadł konia, biegnąc na swoje zgorzelisko...
Mrok już padał, gdy się znowu znalazł na skraju lasu, i jak za pierwszym razem, zastawszy tu spalony dwór, teraz znowu uląkł się i stanął osłupiały.
Nie mniéj go zdziwiło to co tu ujrzał... bo mu się téż cudem niemal wydało. W miejscu zgliszcza stał już nowy dworzec, daleko obszerniejszy od pierwszego, gotowy, dokończony, pokryty, ogrodzony tynami... odbudowany cały do najmniejszéj szopki...
Oczom zrazu wierzyć nie chcąc, Włast podjechał pod wrota, i miał zsiadać, gdy z drugiéj strony nadbiegł Jarmierz, a za nim kilku parobków. Ze zdumienia niewiedząc co mówić, Włast wprost poszedł do dworu... Jarmierz mu towarzyszył. Gdy się sami znaleźli w progu, odwrócił się ku niemu Włast i spytał.
— Jak to być mogło, ażeby dwór stanął tak rychło?
— Z rozkazu knezia, ludzi gromada naszła wielka, odezwał się Jarmierz. Jam z mojemi patrzał tylko z założonemi rękami...
Dworzec nowy pobudowany był podobnie do starego, lecz wyższy od niego, pokaźniejszy i obszerniejszy... W miejscu komory, w któréj zmarł Luboń i gdzie była kaplica... staraniem Dobrosława nowy ołtarz stanął ze wszelkim do służby Bożéj przyborem.
Tu naprzód, na kolana padłszy Włast, zalany łzami, modlił się długo...
Wstawał jeszcze poruszony i przejęty cały, gdy w progu ujrzał postać niewieścią... Nie mógł on poznać jéj zrazu, osłonioną miała twarz i głowę czepcem zamężnych niewiast... dopiero zbliżywszy się do niéj... gdy mu się do kolan kłaniała, ujrzał w niéj siostrę swą Hożę...
— A zkądże ty tutaj?— zapytał... jakim sposobem?
Hoża poczęła od rzewnego płaczu... zaszła się, tuląc twarz w chustach i nie mogła mówić długo...
— Gdzie mąż twój? — zapytał Włast...
Po nowych łzach i płaczu domyśleć się mógł brat, iż jakiś los nieszczęśliwy spotkać musiał Wojsława; nie chciał już naglić o odpowiedź... bo Hoża coraz nowemi zalewała się łzami.
Jarmierz, który za nią stał, szepnął mu na ucho, że dziesiętnicy Mieszkowi długo się za nim z jego rozkazu uganiali, nocą go napadli w chacie leśnéj, związanego wzięli na gród, a tam nazajutrz Mieszko obwiesić go kazał...
Hoża opłakując męża, niewiedząc co począć ze swém sieroctwem, i wdowieństwem, pieszo przywlokła się do rodzicielskiego domu... w którym musiała szukać przytułku.
Upewnił ją Włast, że pozostać może, i mieszkać jak u rodzica, pocieszając zasmuconą. Zdziwiło go tylko, że kneź, który go widywał ciągle i mawiał z nim prawie co dnia, ani o odbudowaniu dworu, ani o sprawiedliwości domierzonéj nad Wojsławem, nie wspomniał nigdy.
Pan był milczący i zamknięty.
Tak, w nowo odbudowanym dworze, pierwszy wieczór spędził Włast, któremu siostra po staremu usługiwać chciała... Nie dopuścił jednak tego, rozkazując jéj usiąść razem do stołu, przy którym i Jarmierz zajął miejsce... Radowało się serce jego myślą tą, że opatrzność zesłała mu siostrę, aby jak ojciec, nawróconą została. Zdało mu się téż, że i Jarmierza, już przygotowanego, łatwo do przyjęcia nowéj wiary skłonić potrafi...
Ale pierwszego tego wieczora zaraz, gdy z niecierpliwych ust wyrywały mu się już wyrazy natchnione, przekonać się mógł, jak daleko stały pojęcia tych biednych ludzi w nieświadomości wychowanych, wykarmionych życiem inném, od chrześciańskich wyobrażeń...
Hoża wprawdzie słuchała go chętnie, lecz więcéj ją zdumiewało to co mówił, niż przekonywało...
Włast postanowił, cierpliwie, powolnie, wytrwale poświęcić się zyskaniu tych dusz... W myśli jego było połączenie siostry z Jarmierzem i oddanie im po ojcu majętności. Sam on dla siebie nie potrzebował nic, chciał wymówić tylko kaplicę i w tym domu pierwszych chrześcian gromadzić. Blizkość zamku, położenie w lesie i na ustroni czyniło miejsce dogodném... Zdawało mu się, że ci, co z dymem raz dwór puścili, drugi już raz ważyć się nań i porwać nie będą śmieli. Najpiękniejszemi marzeniami kołysany, po długiéj wieczornéj u domowego ołtarza modlitwie, Włast legł spocząć... nazajutrz do dnia chcąc powrócić do zamku, w którym spodziewał się zastać więcéj ciszy i spokoju... Rano przy drzwiach zamkniętych odprawiwszy tu pierwszą ofiarę za duszę ojca, pomodliwszy się na grobie jego, pożegnawszy czule siostrę, przeprowadzany długo przez Jarmierza, Włast na duchu spokojny i szczęśliwy, na zamek nad Cybiną powracał...
Zawiódł się tylko, sądząc, iż tu już pokój panował, teraz bowiem po przyjęciu Czechów, następowało huczne ich pożegnanie.







VI.



Po odprawieniu poczestném czechów, których Mieszko obdarzonych sowicie, wkrótce do granicy odesłał — cisza znowu na zamek wróciła, i na pozór nic się w nim nie zmieniło.
Nie poruszono ani chramu w Gnieźnie na górze Lecha, ani staréj na grodzie nad Cybiną świątyni — kapłani chrześciańscy nie odprawiali jawnie nowéj wiary obrządków, żadnemi oznakami nie objawiała się ona na zewnątrz.
Ks. Jordan odprawiał pocichu mszę świętą w zamkowéj kaplicy, ale na nią Dubrawka z trudnością mogła męża przyciągnąć — nowo i dawniéj nawróceni gromadzili się po cichu na Krasnéjgórze. Gdy następowały dnie, które kościół zwykł uroczyście obchodzić — drogami różnemi zewsząd ściągali się ludzie do dworu Luboniów, i zbierali się w małéj kapliczce. Częstokroć przebywali tu po dwa i trzy dni, przyjmowani przez Własta spędzając większą część godzin na nabożeństwie.
Śpiewy dawały się słyszeć coraz śmieléj, i choć się na pozór jeszcze ukrywano, z każdym dniem odwaga rosła w wyznawcach Chrystusowych. Dodawało jéj to co się działo na zamku kneziowskim, a nikomu to tajném nie było.
Jarmierz, z obawy napaści jakiéj pilno około dworu stróżował, nie wpuszczano do zagrody tylko znajomych ludzi. Zdawało się téż, iż wróżbici i gorliwsi obrońcy bałwochwalstwa, choć się uparcie przy niém trzymali, cofali się w głąb lasów i ukrywać starali. Można było sądzić, że stracili odwagę do dalszych wystąpień.
Około dworu, choć się czasem niepostrzeżeni snuli różni ludzie, na tych nie zwracano uwagi, gdy się zdala trzymali — parobcy i czeladź mająca stosunki podejrzane, zręcznie się ukrywała z niemi.
Jarmierz był już ochrzczony, gorliwie uczył się swych obowiązków chrześcianina; Hoża téż nieopierając się woli brata, słuchała go i zdawała nauki brać do serca.
Na zamku, choć Mieszko na pozór nie czynił nic, robiło się bardzo wiele. Ks. Jordan był duszą wszystkiego, choć niemiec pochodzeniem, był prawdziwym chrześcianinem i przywiązał się dawno do słowian, teraz do polan, których stał się bratem serdecznym. Pan Bóg go stworzył do tego posłannictwa, dając mu anielską cierpliwość, wesele a przytomność ducha, nieopuszczające go nigdy.
Na grodzie zbierały się ciągle kupy wojska, wśród którego ks. Jordan prawie nieustannie się krzątał. Dawał się spoufalać z sobą, zyskiwał ludzi przysługami i datkami, a potém, na proste umysły, umiał działać bardzo téż prostemi środkami. Toż samo, na inny sposób Dobrosław robił u dworu.
Nie upłynął tydzień, ażeby w kaplicy książęcéj nie ochrzczono kogoś potajemnie — a każdy neofita stawał się natychmiast narzędziem do nawracania towarzyszów.
Z władyków i żupanów kilkunastu już dało się skłonić do przyjęcia chrztu, ci w domach swych tygodniami ugaszczali ks. Jordana. Wiara chrześciańska miała dla nich, oprócz tego uroku, jaki jéj tylko jest właściwym — potęgę jakąś wyższości, siły, która[29] z sobą niosła, mającéj kraj podnieść i odrodzić, postawić go na stopniu równym innym. Możniejsi wiedzieli jak stały naówczas chrześciańskie narody, zamożnością, obfitością wszystkiego, umiejętnością życia w pokoju i wojnie. Przykład Mieszka połączonego z żoną chrześcianką, gotowego do przyjęcia uroczystego téj wiary (z czego nie czyniono tajemnicy), skłaniał możniejszych do naśladowania.
Dubrawka otwarcie ich do tego namawiała i nagliła o pospiech. Chociaż wszystko na pozór niby jakaś osłaniała tajemnica — lud, który stał przy swych starych bogach, wróżbici i gęślarze — starszyzna, ofiarnicy — wiedzieli dobrze co się po dworach działo, co na zamku gotowano w milczeniu. Obawiając się jawny stawić opór, zbiegali starowiercy w głębie lasów, knowali i przemyślali nad zemstą, grozili nią, ale na nic się porywać nie śmieli. Starszyzna czekać kazała pomyślniejszéj doby, wojny lub zawikłania. Szukano wodza i znaleść go było trudno.
Mieszko choć milczący i nieczynny — znali go — był im strasznym. Wiedziano, że to co go otacza, dwór, wojsko, urzędnicy będą mu ślepo posłuszni. Nie było zresztą pozoru do poruszenia ludu, bo jawnie kneź nic nie czynił przeciwko staremu obyczajowi.
Z każdym dniem tymczasem rosło a mnożyło się chrześciaństwo — najmniéj jednak między ludem, który trzymał się tego, do czego nawykł od wieków.
Na oko więc spokój był największy, ale kneź wiedział przez swych ludzi, że po lasach wrzało i opór się przysposabiał. Dlatego może, chcąc być pewniejszym zwycięztwa, zwlekał kroki stanowcze... W ciszy uroczystéj przyspasabiało się to dzieło, które o przyszłości narodu stanowić miało.
Wśród tego niewidomego trudu, ucierano się na granicy z Geronem i jego namiestnikami, Mieszko wychodził sam, wysyłał Sydbóra — walczył ze szczęściem różném.
Nadchodziły wielkanocne święta.
Ks. Jordan wielkie ponosił utrapienie z kneziem, do postu go nie mogąc nałamać, w czém i Dubrawka mało pomogła. Mieszko wcale ich słuchać nie chciał, mięso na stół przynosić kazał, żonę do jedzenia go zmuszał i lekce to sobie ważył. Miał się już ów czterdziestodniowy post ku końcowi, gdy jednego dnia, nagle, zapowiedziano podróż jakąś.
Śmiejąc się Dubrawka, spytała go, czyliby od téj nakazanéj wstrzemięźliwości uciekał? Rozciągała się ona bowiem, jak widziemy z opowiadań Dytmara, nietylko do użycia mięsa, ale do wszelkich innych przyjemności cielesnych, od których się czasu postu powściągać musiano.
Mieszko jakoś na te przestrogi i namowy był głuchym dotąd — i pytanie Dubrawki, zbył dwuznaczném głowy ruszeniem.
Badała go więc dokąd jechał — ale śmiechem i milczeniem odpowiedział — probowała się dowiedzieć czy zabawi długo — rzekł obojętnie, że tego naprzód obrachować nie może.
Coś tajemniczego, niezwyczajnego podróż ta zapowiadała. Książę wyruszał zwykle w licznym poczcie, teraz zaledwie kilkunastu wyznaczył ludzi. Między innymi, co było najdziwniejsza, i ks. Jordan miał mu towarzyszyć. Suknie i konie, z których baczna Dubrawka odgadnąć coś chciała, wybrane były tak, jakby kneź się ze swém dostojeństwem nie bardzo chciał objawiać. Orszak téż ani zbyt lichym być miał, ani nadto pokaźnym...
Trwoga jakaś ogarnęła żonę.
Znając męztwo męża, mogła się obawiać, że się zuchwale z garścią tą gdzieś rzucić może. Probowała ks. Jordana o cel wycieczki, kapłan jéj słowem swém zaręczył, że nie zna go, nie wie o niczém, a wezwany posłusznym być musi.
Jednéj nocy, dobrze przed ranem, nim się reszta dworu przebudziła, kneź siadł na koń i z tą szczupłą garstką zniknął z grodu. Nie wiedziano nawet w którą się udał stronę.
Stara Różana, która usiłowała sobie zaskarbić łaski nowéj pani, tegoż dnia szepnęła jéj po cichu, iż od szatnego się dowiedziała, jakoby Mieszko w podróż szaty i stroje pobrał na krój niemiecki — a ludzi téż kazał tak poodziewać, aby ich nie łatwo poznać można, do kogo należeli. Zdawało się więc to dowodzić że się udać musiał do Niemiec, co i towarzystwo ks. Jordana potwierdzało. Wiedziała Dubrawka o tém, że sąsiadując, a nieustannie mając do czynienia z niemcami, Mieszko od dzieciństwa, języka ich dobrze się wyuczył. Mógł więc przekraść się niepostrzeżony, ale trwogą myśl téj wyprawy, napełniała serce Dubrawki — bo z twarzy mógł go łatwo poznać niejeden nieprzyjaciel, co go widział z blizka na polu bitwy, lub przy zjazdach i umowach na granicy.
W istocie — Mieszko, nikomu się nie zwierzywszy z tego, dążył ku granicy niemieckiéj do Sasów.
Na pół drogi, zjechał się z nim Chotek nawrócony dawniéj wódz Lutyków, z którym stosunki były częste, choć tajemne. Mieszko połączył się z nim, przybrał imię Wrotka knezia, krewniaka jego, i w podwojonym orszaku wkroczyli na niemieckie ziemie.
Nie lękał się od nikogo zdrady, gdyż najmniejszéj po sobie nie okazując obawy — jechał jako sprzymierzeniec cesarski — przerzynając się ku Quedlinburgowi, gdzie zwykłym swym obyczajem, cesarz Otto, święta miał przepędzać.
Znając dotąd tylko z posłuchów kraje niemieckie, Mieszko po raz pierwszy mógł się im przypatrzeć z bliska, a przekonać o wielkiéj różnicy między niemi a ziemiami słowiańskiemi.
Przejeżdżali miasta, osady, mijali zamki, świadczące o urządzeniu kraju zupełnie różném, i na pozór silném — tak, że wojna nigdy go całkiem spustoszyć nie mogła... Ludzie tu trzymali się spójnie i karnie, wszędzie nad sobą mając władzę surową.
Podróż szła powoli — a w drodze było się czemu przypatrywać. Kościoły i klasztory stojące po wszystkich znaczniejszych osadach, wyglądały wspaniale; dwa razy ks. Jordan zapukał do wrót gościnnych opactw i monasterów, i zgromadzeniom tym, a kunsztom, które one uprawiały, Mieszko się przyglądał ze zdumieniem. W owéj epoce przepisywanie ozdobne rękopismów, malowanie, rzeźba, złotnictwo, szczególniéj dla potrzeb kościoła i klasztorów, były w rękach zakonników. Oni kuli sprzęty ze srebra, złota i bronzu, i okrywali je świetnemi barwami.
Duchowieństwo świeckie i zakonne, nietylko w tém, we wszystkiém przodowało. Tryb życia i porządek był tu cale inny. Siła, która wcale nie istniała u słowian — bo tam kapłanami byli naczelnicy rodzin, starszyzna, kneziowie, wróżbici; siła osobnego stanu kapłańskiego — występująca obok i na równi z władzą świecką, podpierająca ją, kierująca nią zarazem — tu się objawiała Mieszkowi, jako nowa i nieznana.
W obecnéj chwili cesarska potęga Ottona była tak wielką, że sobie przywłaszczała zwierzchnictwo i nad duchowieństwem, właśnie był cesarz zrzucił Jana XII, a Leona VIII na stolicy osadził, zapewniając dla swych następców prawo ustanawiania głowy kościoła — a jednak cesarz ten sam, ulegać musiał duchowieństwu, i w niczém sprzeciwić mu się nie mógł. Otaczało go ono czcią — ale stało na straży prawa i sumienia, wskazywało drogi, broniło fałszywych, groziło karami, rzucało anathemy...
Była to siła nieznana słowiańskiemu panu — a téj poddać się i on musiał. Stała ona ponad wszystkiém, cesarz kłonił przed nią głową.
Po drodze ustępować musieli z drogi orszakom biskupów, świetniejszym niż świeckich hrabiów i książąt, potężnie zbrojnym, ciągnącym z bogatemi dwory, okazałością i powagą — a choć edykta zakazywały zbroi i hełmu duchownym (wyrzucano ich używanie Janowi XIII), wielu prałatów jechało przy mieczach i w zbroi.
Ks. Jordan opowiadał ciągle, ile to ziem i osad należało do kościołów, ile szlachty wpisało się w ich opiekę i poddaństwo... On mu był tłumaczem wielu zagadkowych rzeczy, które poganinowi, na pierwszy rzut oka, zrozumieć było trudno. Uderzały one silnie człowieka nieobeznanego z tym światem nowym, z jego hierarchią i porządkami, ale Mieszko umiał tak pokrywać swe zdziwienie, iż się z niém nie wydał wcale...
Nie unikali spotkań i znajomości, Chotek towarzyszący Mieszkowi znał tu wodzów i grafów wielu, przed któremi pokornym był sługą, choć w duszy ich nie nawidził — wdawano się więc w rozmowy, i ciekawych spraw nasłuchać się było można. Kneź, z którego twarzy biła buta nieposkromiona, jak mógł pokornego Lutyka udawał... Ten i ów pytał ich, po co i z czém jechali — Mieszko mruczał, że z pokłonem i ciekawością jedzie, aby tak możnego władzcę jak cesarz Otto zobaczyć. Nikogo to nie dziwiło, ciągnęli również, jak wiedziano, posłowie od Ugrów, Bułgarów, od Duńczyków i Greków.
Było to w wielkim tygodniu, wiosna acz wczesna, niestała była i przemienna, deszcz i śnieg ze słońcem walczyły, drogi kałużami stały, rzeki były wezbrane, i podróż uprzykrzona szła powoli. A tuż ku Quedlinburgowi się zbliżając, coraz było tłumniéj na gościńcach.
Wzgórzystsza coraz okolica, piękna dla oka, jeszcze się w zieloną trawę nie była całkiem przybrała, łąki tylko już młodą trawą się okryły... Tu oczów od najrozmaitszych widowisk oderwać było trudno.
Tłumami płynęły ku miastu poczty książąt, grafów, markgrafów, biskupów i wszelkiego ludu. Wśród nich i słowiańskie książątka zawojowane, spotykały się ciągnące z żalami i prośbami do cesarza. Konne te poczty, zbrojne różnie, każdy odziany inaczéj, mówiące językami najrozmaitszemi, spoglądały na siebie ciekawie, często nie bardzo przyjaźnie, szydersko nawet i wzgardliwie. Grekom śmiesznie wydawały się obcisłe frankijskie stroje, bulgarom saskie okrycia głów słomiane, a tym co z odkrytemi włosami jechali, czapki włochów zdały się próżnym ciężarem. Mieszko choć pańsko wyglądał z lica, z małym swym, niepokaźnym orszakiem, ginął w téj powodzi. Było mu to może na rękę, gdyż więcéj widzieć pragnął, niżeli być widzianym.
Wiodło mu się też bardzo szczęśliwie, i nie zwracał oczów na siebie, aż o pół dnia drogi do miejsca, ku któremu dążyli — gdy tu — cale niespodzianie, o mało bez niczyjéj winy, zdradzonym nie został... Z rana spuszczając się z góry, natrafili na liczny i okazały poczet, który zdala ciekawość knezia obudził. Dla dognania go konie puszczono kłusem i, w chwili gdy się mijać mieli, obróciwszy się Mieszko poznał na przedzie jadącego, szwagra swojego, młodego Bolka czeskiego.
On téż przez niego postrzeżonym został i poznanym, nie pozostało mu więc nic, jeno zatrzymawszy konia, przyznać się do potajemnéj wycieczki pod cudzém imieniem.
— Spodziewam się — rzekł Mieszko — że ani wy, ani ludzie wasi, nie zechcecie wydać mnie, kim jestem. Jadę, abym się przypatrzył oczyma własnemi temu, o czém mi ludzie opowiadali — ale nie chcę, aby o mnie wiedziano.
Bolko nietylko zgodził się na to chętnie, ale dla bezpieczeństwa większego zaprosił, aby się Mieszko z nim połączył, by jadąc w jego orszaku, mniéj jeszcze oczów zwracał na siebie. Tak się téż stało i skromnie w poczet czechów się wmięszawszy z ludźmi swojémi, chętnie zgodził się kneź na podrzędne stanowisko, Bolkowi dając pierwszeństwo.
Chociaż w tym roku, napływ na dwór cesarski mniejszym był może, niż w innych latach, zawsze jeszcze był dość znacznym, aby dać pojęcie o potędze cesarza Ottona. W murach miasta, na zamku, cesarz zaledwie i najbliżsi go z rodziny i dworu, a najdostojeńjsi z duchowieństwa, arcybiskupi książęta Kolonii, Krewiru, Moguncyi, pomieścić się mogli — reszta gospody sobie pod namiotami w polu szukać musiała nad obu ramionami Body.
Poczty pańskie, niemal wszystkie do koła, na równinie i stokach wzgórzów otaczających, rozkładały się obozami, a namioty różnobarwne, szałasy i budy, wielką już przestrzeń zajmowały... Gdzieniegdzie po nad niemi powiewały małe chorągiewki z przeróżnemi znaki. Wśród ciżby wojskowych i ciurów, tłum najróżnorodniejszych handlarzy, kupców, kuglarzy i posługaczy roił się wykrzykując i nawołując. Bliżéj bramy miasta, przy wozach okrytych, kupcy z Wenecyi i Amalfi dobijali się wnijścia dla sprzedaży... Na tysiące liczyć było można poczty panów, które już Bolka i Mieszka poprzedziły, tak, że chcąc sobie dogodne i niezbyt odległe znaleść miejsce na obozowisko, musieli szukać długo, dobierać, a potém się o nie prawie z orężem w ręku dobijać jeszcze.
Z samego miasta, mocnemi mury i wieżami obwarowanego, widoczniejszemi były niż pałac cesarski, klasztory i kościoły, niedawno jeszcze z wielką wspaniałością wzniesione i obdarowane. Cesarskiéj krwi niewiasty pobożne pierwszemi tu były opactwa przeoryszami; w zamkowym kościele grób sascy panowie wystawili dla siebie, tu spoczął Henryk ojciec Ottona i matka jego. Kopuły i krzyże kościelne wysoko panowały nad grodem.
Zaledwie spocząwszy na wytkniętém obozowisku, które Bolko znamieniem swém na włóczni osadzoném naznaczyć kazał, wdziawszy suknie i przypasawszy miecze, Bolko i Mieszko razem poszli do kościoła. Na nieszporném nabożeństwie najłatwiéj mogli ujrzeć zdala pobożnego pana, którego oba oglądać byli ciekawi.
Z niemi i za niemi szedł tłum mnogi z obozu ku kościołom, wśród którego różne narodowości rozpoznać lub domyślać się ich mogli.
Frankijskich strojów prostota mięszała się już z grecką, ze wschodu przywiezioną wykwintnością, krótkie opończe niemieckie ocierały o płaszcze dalmackie fałdziste; szli giermkowie dwubarwni, których odzież napoły była żółta i niebieska, obok rycerzy zbrojnych jakby do wojny z dzidami w ręku, tarczami, nożami u pasa i mieczami. Jedni z długiemi włosy i odkrytemi głowy, drudzy w skórzanych, blachami obciąganych hełmach, inni w słomianych kapeluszach i czapkach futrzanych... Wprawniejsze oko mogło rozeznać sasów, bawarczyków, franków i szwabów, włochów i duńczyków, greków i ugrów w dziwnych strojach przybranych bogato. Fryzyjskie płaszcze, greckie okrycia, jedwab i wełna, składały się na ubiory pstre i jaskrawe, a błyskotkami nawieszane. Dawna prostota franków już ustępowała obyczajowi nowemu. Przepych dworu saskiego i byzanckiego odbijał się w hołdownikach Ottona, który Rzym i Włochy zagarnąwszy, z nich miłość do wystawności i błyskotek przyniósł z sobą.
Do kościoła zaledwie się już mogli docisnąć. Mieszko po raz pierwszy oglądał zbliska budowę z takim kunsztem i okazałością, jakby nie ludzką ręką wzniesioną. Kamienne jéj ściany wyniosłe, sklepienia wiszące w powietrzu, ozdoby, oświecenie, bogactwo ołtarzów, choć teraz na wpół zasłonami żałobnemi okrytych, szaty duchownych, naczynia ofiarne, postacie ukrzyżowanego, gołąb złocisty nad ołtarzem zdający się ulatywać w powietrzu, skrzydlate anioły, olbrzymie posągi przejmujące grozą, surowe i straszne, odgłos śpiewów pełnych boleści, uroczysty spokój świątyni i pokora wszystkich w niéj znajdujących się, uczyniły wrażenie jakiejś trwogi i niepokoju na mieszkańcach i panu krajów, żyjących w pierwotnych wieków prostocie.
Trony — cesarski i biskupi, stojące naprzeciw siebie, zwróciły naprzód jego oczy. Na jednym z nich siedział w czapce ze złocistém kołem i przepaską kamieniami sadzoną, mąż surowéj twarzy, z brodą ciemną, niestrzyżoną, z pochyloném czołem, zamyślony i smutny. Twarz to była rycerza, pana, człowieka nawykłego walczyć z losem i przełamywać co stało na drodze, poorana marszczkami, fałdami porznięta, ogorzała, zmęczona... Domyśleć się było można w nim ojca, co musiał walczyć z synem, z bratem, z papieżem, z cesarzem byzantyńskim, z saraceny i ugrami, ze słowiany i własnym narodem, który zwyciężył wszystkich i teraz spoczywał w swéj sile, marząc o połączeniu może dwóch koron cesarskich na jednéj skroni, przez Teofanię dla syna wyswataną. Odziany płaszczem purpurowym, obszytym klejnotami, spiętym klamrą iskrzącą na piersi, w przepasanéj kosztownym pasem od miecza tunice, w szkarłatném obuwiu, Otto siedział na tronie złotym, którego dwie lwie paszczęki z pod fałdów płaszcza wyglądały. Zamyślony słuchał pieśni, która się lała powoli jak krew z rany. Nie rozumiejąc słów jéj, czuć było jęk, jakby konających z rozpaczy...
Tuż przy tronie, na stopniach aż do dołu i posadzki, ustawieni byli, jak posągi nieruchome, cesarscy urzędnicy, wedle dostojeństwa, dzierżący miecze, laski, tarcze pańskie i godła władzy... Z odkrytemi głowy, ze wzrokiem spuszczonym, obwieszeni łańcuchami, okryci płaszczami bogatemi... czuwali na straży przy panu.
Naprzeciw na drugim tronie, niższym, ale wspaniałym jak cesarki[30], pod baldachymem także, siedział starzec z brodą siwą, z głową okrytą czapką dwurożną złocistą, od któréj dwa końce szyte spadały, w płaszczu bogatym, ze złotą laską pasterską w ręku. Otaczał go równie prawie liczny orszak duchowieństwa, przyklękającego przed nim, przynoszącego mu światło i kadzidło... podtrzymującego księgi w złotych okładzinach, rękami ich gołemi dotknąć nie śmiejąc.
Przed nimi obu i nad nimi wznosił się ołtarz, a wśród niego na prostym krzyżu z ledwie ociosanego drzewa umęczony Zbawiciel, ranami okryty, konający, odarty, w cierniowéj koronie, królował wyżéj purpury i złota, w majestacie boleści.
Mieszko, duchem poganin jeszcze, nie rozumiał tego Boga, ale drżał przed nim...
Niżéj stał tłum ogromny, w żelazo okuci rycerze, cali w łuskowych kaftanach, niektórzy z tarczami krągłemi, po których duńczyków poznać było można, inni z owalnemi rzymskiemi, inni z ogromnemi puklerzami gockiemi, z mieczami u nasadzonych pasów złotych, w blachach, w okryciach jasnych, w strojach najrozmaitszych, longobardowie, włochy, skandynawy, grecy, dalmaci, bulgarowie, francuzi...
Na każdéj z tych twarzy czarnych, bladych, śniadych, czerwonych, żółtych, napiętnowanéj pochodzeniem odmienném, inny charakter, inne ludzkie tryskało uczucie i myśl, to rozbudzona, to na pół uśpiona, to w pieluchach dziecięcych drzémiąca...
Wszystkie te sprzeczności, niesworności, zapaśnictwa, w milczącéj czci łączyła jedność wiary i jedna karna władzy podległość.
Potęga tego Boga i pana chrześcian, który w jego imieniu sprawiał rządy nad światem, nigdzie się wyraźniéj odmalować nie mogła, jak tu i w téj chwili. Na skinienie z tych dwu tronów, w najodleglejsze krańce ziemi gotowe były biedz te hufce i ćmy zbrojne.
Mógłże Mieszko walczyć z tą siłą, jak fale wezbranego morza wylewającą się na ziemię?
Stał on wpatrzony, zamyślony, a w głowie jego zarazem przesuwało się wspomnienie o wszystkich ziemiach jednéj mowy, rozdzielonych, rozproszonych, rozbitych, które on mógł w imię téj saméj Bożéj potęgi zjednoczyć.
Mieszko czy Bolko, ktokolwiekby miał rozum i siłę, nie miałżeby państwa od granic Byzancyum aż po rubieże Ottona?
Upokorzenie, uczucie słabości, jakiego doznał na chwilę, ustąpiło dumie pewnéj i nadziei.
Sascy książęta w swém gnieździe nad Łabą byliż dawniéj potężniejsi od niego?..
Ażeby dorosnąć do téj potęgi, potrzeba było tylko tych dwu tronów siłę uśpić, sprzymierzyć się z nią, pokłonić jéj, cierpieć, milczeć, uniżyć się, by podnieść — może dopiero w spadku pokoleniom zostawić owoc tego upokorzenia i ofiary.
Gdy w chórze brzmiały żałobne pieśni kościelne, Mieszko stał myśląc o sobie, o przyszłości rodu i narodu swojego, okiem trwożliwém badał tę twarz cesarską, niepojętą dlań, bo widział na niéj teraz pokorę tylko i smutek.
Tak pokornym musiał on być, aby pozyskać siłę...
Ściśnięci wśród mnóztwa napełniającego świątynię stali aż do końca długich modłów i śpiewów. Umilkły wreszcie i cesarz przyklęknąwszy, ruszył ze swojego tronu, przeprowadzany przez biskupa i duchowieństwo. Niesiono przed nim światło i kadzono mu jak bóztwu. Szeregiem przed nim postępowali dostojnicy dzierżący miecze, tarcze, laski, rozgarniający tłum, strzegący, aby się suknia pańska nie otarła o ciżbę poślednią. W tym orszaku szedł Billung saski i Otto król syn cesarski i Luitgarda i książęta bawarscy i mnodzy inni. We drzwiach świątyni znikało powoli widzenie, kościół ciemniał, mrok i cisza zalegała go, lampy płonęły tylko u grobu Chrystusa...
Bolko i Mieszko stali długo przypatrując się się[31] odpływającym tłumom, które po ulicach miasta, w podwórcach pałacu i drzwiach domostw znikały.
I im wreszcie pora była odchodzić do obozu, gdyż do oblicza cesarskiego nie przystępował nawet z daleka, kto chciał. Poszli więc w milczeniu, nie mówiąc nawet do siebie, i dostawszy się do bramy, znaleźli się na obozowisku. Tu paliły się latarnie, gdzieniegdzie pobrzękiwała muzyka i mimo żałoby odzywały się śpiewki, rżały konie, a okolica przypominała przeddzień bitwy, gdy się wojsko położy napół, wpół czuwa, aby nazajutrz do boju gotowém było.
Mieszko ścisnąwszy szwagra, nie mówiąc słowa o tém, co widział, pod swoim namiotem legł na spoczynek.







VII.



Pierwszego dnia Wielkiéj Nocy cesarz Otto, po nabożeństwie dawał posłuchanie zdala przybyłym posłom, panom i książętom.
Bolkowi téż czeskiemu dzień ten do złożenia hołdu był wyznaczony. Każdy z książąt szedł z pocztem swoim, który w pierwszéj izbie zwykle pozostawał. Przystęp do cesarza nie był łatwym, otaczał go dwór wielki, ogarniali proszący, skarżący się, domagający posiłków i pomocy, przybyli zdaleka. Wielu odsyłał pan do swych kanclerzy, pisarzy i starszyzny licznéj nad miarę, z niektóremi wymieniał słowo dobre, innych całkiem przypuścić nie dozwalał. Stali ci co gniew na siebie ściągnęli, po trzy dni w podwórcach, a w końcu czasem wyniesiono im odpowiedź, aby na rok następny przybyli. [32] Dla Bolka cesarz, jako świeżego sprzymierzeńca, mając w pamięci Ugrów może i Lechowe pole, łaskawszym się okazał.
Wpuszczono go dla pokłonu, a Mieszko wmięszawszy się między poczet szwagra, zdala się tylko przypatrzyć mógł majestatowi cesarskiemu. Otto siedział na złocistém krześle, okrytém poduszkami szkarłatnemi, w jedwabnéj sukni lekkiéj, perłami obszywanéj. Po za nim stał dwór cały w łańcuchach, szkarłatach, drogich futrach i pasach kamieniami sadzonych. Niedaleko tronu srebrny stół pozłocisty, na którym widać było wyryty wizerunek stolicy Byzancyum, zastawiony kubki i naczyniami złocistemi, okryty tuwalniami szytemi, błyszczał jak ołtarz kościelny. Obok starego Ottona stał syn w złotogłowie i jedwabiach, sparty na wielkim mieczu, którego pochwa iskrzyła się od szmaragdów i rubinów. Bogactwa nagromadzone dokoła zdawały się umyślnie, aby olśnić tych, co cesarzowi pokłonić się przychodzili. Wszystko, na co ówczesna sztuka grecka, handel wschodu, zręczność włochów i gallów zdobyć się mogła, otaczało cesarza. Szkarłaty, o które się tak dobijał Luitprand dla Ottona, jak o rękę Teofanii dla syna jego, rozlegały się wszędzie. Podłogę wyścielały kobierce, ściany okrywały szyte królowéj Matyldy i Edyty córki Luitgardy i Matyldy ręką, opony wzorzyste.
Wszystko to jednak najmniéj Mieszka zdumiewało, w swym skarbcu, w drewnianym dworze nad Cybiną, miał może tyleż drogiego kruszcu co Otto, zazdrościł mu nie złota i jedwabiu, ale powagi i siły, tych zjednoczonych ludów, podbitych narodów, szerokich granic i mnogości hołdowników. Zdala spojrzał na cesarza, na syna, jakby badał myśl ich i ducha... Bolka przyjął Otto łaskawie, o ojca starego zapytał o Ugrów, których posłowie przybyli, zagadnął... skinął i odprawił...
Tegoż dnia Bolka z pocztem jego przedniejszym wezwano do pańskiego stołu, i mieli cześć obiadować z niemieckiemi książęty, poglądającemi na ochrzczonych słowian jak na stworzenia, co ledwie ludźmi nazwać się mogły. Mieszko słuchał, jak się na niego odgrażano i jak mu wróżono zagładę. Napróżno Bolko oznajmił, iż wkrótce wiara chrześciańska ogłoszoną zostanie u polan, szydzono z tego i naśmiewano się.
Któryś z markgrafów ozwał się, że jeden tylko Gero chrzci skutecznie słowian, przypominając tę ucztę, na którą zaprosiwszy kilkudziesięciu wodzów słowiańskich, margraf ich wszystkich w pień wyrznąć kazał.
Już ku końcowi utrapionéj biesiady świadkami im być przyszło niespodzianego wcale wypadku.
W podwórcu wrzawliwe zaczęły się odzywać głosy, mianowicie jeden górujący zuchwale nad innemi. Poskoczyła więc pospiesznie służba cesarska, aby uśmierzyć wrzawę, gdyż Ottona brwi groźnie się marszczyć zaczynały.
W drugiéj komnacie, do któréj drzwi były odsłonione, siedział cesarz u srebrnego stołu z córkami i synem.
Dano mu znać, iż gwałtownie i natarczywie dobijał się przypuszczenia Wigman graf Lunenburgski. Był to ten krewniak cesarski, którego Włast spotkał na zamku grafa Gozberta, niespokojny duch, któremu się zdało może, że jak Ludolf i Thankmar potrafi zmusić Ottona do dania mu jakiéj Marchii nad granicą lub księstwa wewnątrz niemiec. Znano go wszakże zbyt dobrze, aby mu zaufać miano. Wigman miewał sobie poruczone zlecenia i dowództwa, a nigdy z żadnéj sprawy nie wyszedł inaczéj, jak z waśnią i bójką. Dosyć było imienia Wigmana, by cesarzowi popsuć biesiadę i myśl wesołą, wysłał natychmiast przeciw niemu podkomorzego, czekać mu w podwórzu rozkazując.
Wigmanowi, który się mianował jakimś siostrzeńcem Ottonowym, w podwórzu między gawiedzią, wystawionemu na pośmiewisko, stać się nie chciało. Odparł więc hardo, że czekać będzie, ale nie z pachołkami, tylko w cesarskich komnatach i wszedł gwałtem prawie do pierwszéj z nich, gdzie właśnie między innemi książęty i grafami Bolko z Mieszkiem siedzieli. A że niejeden już raz kneź się z nim oko w oko w bitwach spotykał i dobrze się znali, uląkł się przeto Mieszko, aby nie był przezeń wskazanym i podparłszy się na stole, twarz sobie w części zasłonił. Gdyby Wigman go publicznie po imieniu nazwał, a podstępne przybycie na dwór cesarski odkryło się, wiedział Mieszko, iż mu to groziło niebezpieczeństwem, bo nie będąc jeszcze sprzymierzeńcem Ottona, za szpiega wypatrującego mógłby być wzięty.
Szczęściem dla niego, Wigman wszedł jeszcze cały oburzony i gniewny za doznane zrazu przyjęcie obelżywe i niewiele widział, co się wkoło niego działo. Stanąwszy naprzeciwko drzwi i stołu cesarskiego, wlepił oczy w Ottona i już ich z niego nie spuścił. Cesarz zaś, który i widział go pewnie i słyszał, i przez podkomorzego był o nim zawiadomiony, choć siedział naprzeciw, ani nań spojrzał, ani okazał, że się oń bynajmniéj troszczy. Śmiał się i rozmawiał umyślnie niby objawiając, że go to nic nie obchodzi, a przeciągał siedzenie u stołu, aby zuchwałego człowieka upokorzyć.
Wigman, któremu pewnie stało na to, aby wystąpił przed cesarzem, jak dla niego przystało, ubrał się ubogo, odarto, niemal brudno, we zbroję porwaną, w chodaki poszarpane, miecz na ladajakim pasku... aby okazał, jak krewniaka w nędzy opuszczono. Lecz mimo to duma biła mu z zasępionéj twarzy i strój jeszcze wybitniéj podnosił butę człowieka, który się równym krwią z Ottonem sądził.
Wszyscy książęta siedzący u stołu widząc, na co się tu zanosi, radzi byli doczekać końca sprawy, a spodziewać się było można, że i cesarz publicznie doznawszy napaści hałaśliwéj, która jego dostojeństwu uwłaczała, zechce ją powetować tak, aby wszyscy byli świadkami upokorzenia dumnego panka.
Gdy się to przedłużało, Mieszko ciągle twarz musiał odwracać i ukrywać, aby przypadkiem w oko nie wpaść nieprzyjacielowi.
Naostatek, gdy misy srebrne z przed cesarza zdjęto i obrusy szyte, a uczta była skończoną, wyszedł podkomorzy cesarski, dając znak, ażeby się przybliżył.
Jakby od niechcenia zwolna począł iść Wigman, niby pyszniąc się swą odartą odzieżą i we drzwiach naprzeciwko Ottona stanąwszy, ledwie głowę przed nim skłonił.
Dopiero teraz cesarz z groźném obliczem, zmierzywszy go oczyma, potarł gęstą i długą brodę i stłumionym głosem zapytał go, czego chce?
— Czego ja chcę, miłościwy panie — ochrypłym i gniewnym tonem ozwał się Wigman — łatwo to odgadnąć spojrzawszy na mnie i przypomniawszy kto jestem. Wszyscy ci nawet, co wojowali z cesarzem i miecz na niego podnieśli, wyposażeni są, a Wigman nie ma nic... Czas, ażeby się to skończyło.
Otto słuchał nie patrząc nań.
— I Wigman — rzekł — wyposażony był przez cesarza... a wypłacił mu się nieposłuszeństwem i zdradą... niechże cierpi...
— Cesarskiemu domowi nie przynosi to zaszczytu — mruknął Wigman — gdy się krew jego wala nie mając przytułku... i jak płatny ciura służyć musi...
— Gdy krew zła, to ją z żyły puszczają — odparł Otto.
Wigman się cynicznie rozśmiał.
— Nie przyszedłem prosić o łaskę, ale o sprawiedliwość... — rzekł — na to was Bóg posadził na téj stolicy, abyście ją sprawiali...
— I pełnię ją — odparł Otto groźnie — z większém miłosierdziem niż surowością... Jeżelim zaprawdę zgrzeszył, to chyba łaskawością względem tych, którzy się nigdy opamiętać i nigdy poprawić nie umieją, nawet gdy się im czas daje do pokuty.
— Spojrzcież na mnie — począł podnosząc głos Wigman — spojrzcie, a może wyrozumiecie, iż mam słuszność przychodzić tu z żalem i skargą. Przystałoż mi tém być, czemeście mnie uczynili?
To mówiąc i śmiejąc się szydersko, pokazał na poszarpaną odzież i zbroję.
— Nie myśmy z was uczynili takiego nędzarza, ale wy sami — zawołał cesarz. — Zamiast siedzieć na waszém hrabstwie, kumaliście się ze wszystkiemi buntownikami, próbowaliście słowian zbierać przeciwko nam, wskazywaliście im drogi, chodziliście z niemi...
— Tak samo syn rodzony wasz chodził przeciw ojca, gdy mu się niesprawiedliwość stała... Prawda, szukałem obrony u słowian, nie mogąc sprawiedliwości znaleść u ciebie.
— Idźże i dziś do nich, niech ci pomogą! — odparł popędliwie Otto, wskazując ku drzwiom.
Wigman stał patrząc dumnie i szydersko.
— To ostatnie cesarskie słowo? — zapytał.
— Proście Boga, aby ono było ostatniém — zawołał Otto — bo po niém mogłoby z ust moich wyjść jeszcze inne, któreby na wieki sprawę między mną a tobą rozstrzygnęło.
Wigman posłyszawszy to nie zmienił postawy, nie uląkł się i nie ruszył.
— Dobrze jest — rzekł ponuro — iż tego wyroku, groźby i przyjęcia licznych mam świadków. Nie powiedzą ludzie, że Wigman się nie upokorzył przed swym panem, nie prosił... i że został odepchnięty.
Cesarz odwrócił twarz, syn i córki stały w milczeniu, nieco się cofnąwszy, widocznie strwożeni. Świadkowie téż mimowolni w pierwszéj izbie z zajęciem oczekiwali końca téj rozprawy, która mogła się albo więzieniem rozstrzygnąć lub wygnaniem. Otto wszakże ścierpiał tę dumę krewniaka, a gdy ten stał ciągle nieruchomy, dodał.
— Jedźcie gdzie wam nakazano być, pod rozkazy Gerona, czyńcie co on poleci... a po upływie roku, gdy nic wam do zarzucenia nie będzie, zobaczymy, co wam sprawić będziemy mogli.
— Pod rozkazy Gerona? ja? pod jego zwierzchnictwo?.. — krzyknął Wigman — jabym to ścierpiał, aby mi jeden taki prosty człek przewodził? aby mnie upokarzał i wysługiwał się?..
Cesarz nie chciał już odpowiadać, Wigman zaczekawszy i widząc, że zmiany wyprosić nie potrafi, ruszył się nareszcie.
— Niech więc się stanie co przeznaczono — rzekł. — Nie z ręki waszéj, miłościwy panie, ale z ręki Boga przyjmuję na co mnie skazujecie... będę wiedział, co mam czynić. A jakiekolwiek następstwa z tego wynikną, niech spadną na tego, co je wywołał... Wigman jest nędznym, ubogim wojakiem, niemającym przyjaciela ani sprzymierzeńca... — dodał — ale Bóg wielki... znajdą się może co go poratują i siłę mu dadzą...
Ta odgróżka rozgniewała Ottona, który się zwrócił do swojego dworu.
— Dziękuj Bogu, zuchwały człecze — zawołał — iż dnia Zmartwychwstania Pańskiego, dnia tryumfu i wesela nie chcę surowością pokalać... Oddal się natychmiast!
Na drzwi powtórnie ukazał Otto.
Zaczynali się ruszać przyboczni jego i Wigman, zapewne obawiając się, aby zuchwalszy który ręki na nim nie położył, z twarzą gniewem zmienioną cofać się począł. Milczenie straszne w obu komnatach towarzyszyło temu powolnemu pochodowi. Jakby obawiając się napaści Wigman na mieczu położył dłoń i nie ma wątpliwości, że gdyby był naówczas kto przystąpił doń, bezkarnieby mu to nie uszło.
Cesarz zdala oczyma śledził każdy krok zuchwałego krewniaka, który nareszcie zwolna i jakby umyślnie mierzył kroki, doszedł do progu pierwszéj komnaty, ztąd jeszcze groźny wzrok odwrócił na cesarza, popatrzył nań wyzywająco i tak samo, nie spiesząc, aby nie okazać bojaźni, wyszedł z pałacu.
Jakkolwiek cesarz moc swą i powagę okazał, nieprzyjemne po sobie wrażenie zostawiło to spotkanie.
Nikt nie śmiał słowa rzec, ani podnieść oczów. Jeden z podkomorzych wyjrzał za odchodzącym i śledził go w dziedzińcu. Tu Wigman dosiadł konia i w towarzystwie dwóch tylko ludzi, z których jeden wiózł tarczę jego, drugi ogromny miecz jednosieczny bez pochwy, z podwórca zamkowego wyjechał.
Łacno się było domyśleć po tém rozstaniu z cesarzem, że Wigman, który już podobnego używał środka, uda się do Słowian i burzyć będzie na granicach plemiona, które najmniejszą nadzieją połechtać się dawały i nakłonić do buntu. Otto wszakże dosyć był teraz mocen na granicy, dzięki Geronowi i przymierzu z Czechami, by się warchoła jak Wigman nie lękać, mogąc raczéj spodziewać, iż Słowianie sami w końcu go pochwycą i albo wydadzą lub zamordują. Nie kazano go więc zatrzymywać, ani się go starano ułagodzić i przejednać, puszczając wolno na losy, jakie go spotkać mogły.
Mieszko w czasie téj rozmowy przysłuchiwał się jéj z nadzwyczajną uwagą, pierwszy raz słysząc cesarza, z głosu i mowy usiłował go odgadnąć. Posłużył mu Wigman więcéj do poznania Ottona, niż cały pobyt w Quedlinburgu.
Dnia tego przed wieczorem jeszcze na podwórzach młodzież rodzaj gonitwy rycerskiéj odprawiała, któréj sam cesarz z wysokiego ganku się przypatrywał, poczém z duchownymi i panami przybocznymi na radę poszedł i na niéj do późna pozostał. Niemniéj jednak podkomorzowie i stolnicy, przy ciągle zastawionych stołach, gości cesarskich przyjmowali. Tak upłynęły na nabożeństwach, turniejach, biesiadach, radach i posłuchaniach dni następne, w czasie których, ośmielony tém, iż go nikt nie poznawał, Mieszko korzystał z pobytu, aby się całemu porządkowi dworu cesarskiego i jego wspaniałościom przypatrzyć. Ciągle w orszaku Bolka, jako jego powinowaty skromnie się zachowując, sądził Mieszko, iż nań wcale oczów nie zwracano i nikt o nim wiedzieć nie mógł. Nieodstępnym będąc przy Bolku, jego o wydanie tajemnicy wcale posądzać nie myślał, ani się go obawiał.
Nadeszły wreszcie dni ostatnie, gdyż cesarz, jak zwykle, zaledwie święta odprawiwszy, w podróż się nazad do Włoch wybierał, których posiadanie więcéj go może obchodziło, niż sprawy niemieckie. Dlatego tu gotów był łagodzić, jednać i uspokajać, ażeby tam całą siłę módz obrócić.
Ostatniego dnia uroczyście żegnali przybyli cesarza i każdy, wedle stopnia i stanu swojego był obdarzony. Dary te składały się z kosztownych naczyń, pasów i mieczów rycerskich dla przedniejszych osób, bogatych futer i płaszczów jedwabnych, a dla pośledniejszych z sukien wełnianych, futer zwykłych i odzieży rozmaitéj. Wymagał tego i obyczaj i cześć cesarza, aby nikt ztąd nie odszedł z próżnemi rękami. Na to ostatnie posłuchanie dopuszczano każdy poczet i każdego z książąt i panów osobno, aby cesarz mógł ustnie wypowiedzieć im, czego nadal po nich wymagał. Niektórym z nich dawał zlecenia poufne, które na osobności powierzone być musiały. Przyszła więc koléj na Bolka, a temu téż baczność na Ugrów poleconą być miała, i szedł on do cesarza, gdy Mieszko, który podarku chciał uwłaczającego sobie uniknąć, zażądał, aby mu dał zostać.
Działo się to w obecności podkomorzego cesarskiego i Mieszko na ucho się zwierzał z żądaniem swém szwagrowi, który nie wiedział co począć, gdy urzędnik znać się domyślając może, o co szło, wyraził życzenie cesarza, by Bolko swoich towarzyszów poprowadził, nie odpuszczając. Nie chcąc podejrzenia wzbudzić jakiegoś, Mieszko przodem puściwszy Sławnika, szedł starając się jak najmniéj być na widoku.
Otto przyjmował wszystkich siedząc na krześle tronowém, takiém jakie wprzódy stało w kościele. Miał téż na sobie płaszcz purpurowy i sandały szkarłatne ze złotem. Gdy wchodzący pokłonili mu się, a Bolko przystąpił naprzód, wielce to zmięszało Mieszka, iż Otto zamiast na czechów zwrócić uwagę, pilno mu się przypatrywać zaczął. Kilką słowy potém pozdrowić kazawszy starego Bolesława, podać kazał cesarz kubek złoty, roboty misternéj, sadzony perłami i kamieniami, i prosił, by na pamiątkę go przyjął. Innym téż dostały się szuby i płaszcze, i Mieszko już się bezpiecznym sądził, gdy cesarz znowu nań pilno bardzo wzrok skierował. Szepnął coś do ucha podskarbiemu swojemu, a ten mu przyniósł miecz z pasem nadzwyczaj wytwornéj roboty a ceny wysokiéj. Poglądali wszyscy zdziwieni, komuby go cesarz chciał dać, gdyż już nikogo tak dostojnego nie było, aby tak drogocenna rzecz dostać mu się mogła.
Ująwszy miecz w rękę, Otto skinął ku Mieszkowi i odezwał się z uśmiechem.
— Nie znam was, miły kneziu... nie wiem nawet kto jesteście... Dosyć mi tego, że ze sprzymierzeńcem moim i dobrym przyjacielem przybywacie... Chciałbym, abyście i wy téż byli mi przyjaznym, przyjmijcie ten miecz z życzeniem, abyście go nigdy przeciwko mnie nie podnieśli, a raczéj z nim w pomoc mi przyszli w potrzebie, tak jak ja gotów będę was wesprzéć, gdybyście żądali...
Mieszko nie mógł nie przyjąć cesarskiego daru, lecz zarazem uląkł się mocno domyślając, że był poznanym i zdradzonym. Na twarzy Ottona malowało się raczéj zadowolnienie i radość, niż gniew lub podejrzenie. Bolko pobladł w obawie, by nie został posądzonym o wydanie tajemnicy. Nastąpiło krótkie milczenie, a cesarz dodał jeszcze uśmiechając się.
— Na mieczu tym krzyż jest wyryty... niech wam przypomni, iż on jedynie jest znamieniem zwycięztwa... i że tam, gdzie on nie panuje, ani pokój ni szczęście panować nigdy nie mogą...
Wszyscy zatém jeszcze raz się pokłoniwszy cesarzowi odchodzili, a Mieszko, który miecz swój niósł, nie mogąc go ani przypasać, ani ukryć, ściągnął na siebie oczy całego dworu. Oczywistą było rzeczą, iż Otto w nim poznał, lub był uwiadomionym o księciu polańskim. Inni domyślali się jeszcze więcéj i inaczéj niż było. Szeptano spoglądając ciekawie na obdarzonego.
Zaledwie w podwórze wyszli, gdy Bolko się zwrócił do szwagra, poprzysięgając mu, iż nie zdradził on, ani żaden z jego ludzi, ale inny ktoś chyba poznać i ukazać go musiał. Mieszko łatwo temu uwierzył, chociaż niepojętém się to zdawało, a podarunek miecza tak bogatego omyłką żadną być nie mógł.
Tém prędzéj teraz, obawiając się, aby wieść o nim się nie rozeszła, Mieszko chciał odjeżdżać; posłano po ks. Jordana, który przez cały ten czas u księży przy kościele św. Wiperta bawił. Padało nań podejrzenie najmocniejsze, że on przed duchownymi mógł się wydać z tajemnicą, a jeden z nich do cesarza ją zaniósł. Ks. Jordan jednak nie przyznawał się do tego.
Natychmiast obóz zwijać poczęto i do drogi się sposobić. Inni téż goście wyjeżdżali każdy w swą stronę, kupcy z bud i szałasów towary na wozy pakowali, ruszając daléj w głąb kraju. Okolica miasta ludna i życia pełna, co godzina puściejszą się stawała. Cesarz wkrótce także Quedlinburg miał opuścić i wojsko towarzyszące mu już stało pogotowiu.
Nie wszyscy równie wesoło opuszczali gród cesarski, wielu jak Wigman groźbami odprawionych zostało, inni czego chcieli nie dopięli, duchowieństwo tylko całe pobożnością i dobroczynnością pana wzruszone, opiewało chwałę jego.
Część drogi mając razem ze szwagrem odbywać, Bolko starał się wyrozumieć z niego, jakie dwór cesarski i potęga jego uczyniła na nim wrażenie, nie potrafił jednak dobyć zeń nic jasnego. Mieszko uśmiechał się, dobréj był myśli, rad z podróży, potakiwał bratu, ale tego co czuł, nie wydawał.
Rozstali się ku granicy już, tam gdzie się wprzódy spotkali i Mieszko z małym orszakiem swoim puścił się ku Poznaniowi. Następnego dnia o Wigmanie dostał języka Chotek, który towarzyszył kneziowi, jakoby z Wolinami się związał i coś na pograniczu zamierzał, lub przeciwko polanom, albo nawet Ottonowi, lub obojgu razem. Tém téż spieszniéj ku domowi dążyć było potrzeba. Chotek wyprawiony został, aby miał oko na swoich i w razie potrzeby z Mieszkiem się łączył.
Domyślano się, że Wigman lub cesarzowi się chcąc zasłużyć, rzuci się do podbojów za Odrę, albo — bo i to być mogło, obrócić się przeciw niemu, ze Słowian sobie groźny zastęp tworząc, by go zastraszył i wyjednał sobie czego pragnął. Na jednéj i drugiéj stronie widywano już tego człowieka, który się łatwo przerzucał, gdzie widział korzyść swą lub rozgłos mógł zyskać.
Jeszcze z nim trzymali nieraz nadgraniczni markgrafowie, gdy już na nich wiązał się z nieprzyjacioły. Dla Słowian taki człowiek jak on był pożądanym sprzymierzeńcem, gdyż wojować umiał, odwagę miał, niemców znał dobrze, a nigdy nieuspokojonego ducha, ciągle coś knuł nowego, nie spoczywając na chwilę.
Tak jak był nocą i niemal pokryjomu z grodu swojego zniknął Mieszko, jednéj znowu wiosennéj nocy, gdy go się nie spodziewano, zjawił się tu po cichu i poszedł Dubrawkę powitać.
Nie powiedział jéj kędy był, przywiózł tylko pozdrowienie od brata i podarek, co do myślenia dawało, że w Czechach mógł bawić, bo Dubrawka o podróży Bolka nie wiedziała.
Tegoż samego dnia do Sydbóra posłano do Gniezna, aby wojska miał pogotowiu i na dany znak ściągał z niemi.
Na zamku ruch się wziął wielki, posłańcy i szpiegi wyprawiono na granicę, ludzi zewsząd spędzano i w przyborach tych do wojny na czatach stojąc niemal, Mieszko pogodniejszéj doczekał się wiosny.






VIII.



Chodzące po kraju groźne wieści, które przez gadatliwy dwór Dubrawki mogły być puszczane, kazały się co chwila spodziewać obalenia świątyń pogańskich i powołania ludu do chrztu, tak jak się to w Czechach stało... Niemal codzień i co godzina wyczekiwano rozkazu, któremu jawnie się opierać nie było sposobu... Mieszko miał z sobą i przy sobie najdzielniejszą młodzież, ludzi do boju wciągniętych i zupełnie sobie oddanych, a z temi tłum walczyć nie czuł się na siłach...
W szeregach ich znajdowało się już chrześcian wielu, liczba ich rosła, starszyzna nawracała się jawnie, cała ludność, bliższa Poznania i Gniezna, powoli już się dzieliła na dwa obozy, stroniąc od siebie i tając przed sobą. Chrześcianie coraz śmielszymi się stawali, bałwochwalcy coraz bojaźliwszemi...
Nie w jednéj rodzinie ojciec taił się przed synem, brat przed bratem...
Duszą oporu byli starcy, dziadowie, wróżbici, śpiewacy, stróże przy chramach i lud zamieszkały w głębi kraju... Apostołowie jeszcze tam nie byli doszli, i żadnéj nie czując zmiany, ani z góry nakazu, pochlebiali sobie mieszkańcy osad odleglejszych, że Mieszko nie będzie miał odwagi rzucić się na starą swą wiarę...
Przedłużone milczenie, obojętność knezia pozorna, rozmaicie go sobie tłumaczyć dozwalały. Było i takich wielu, którzy sądzili, że Mieszko uwodzi chrześcian, aby im tém większą zadał klęskę...
Stary Warga wedle potrzeby, raz przeciwko niemu jątrzył, to znowu w nim kazał pokładać nadzieję. Przybycie Dubrawki zrazu zdawało się zwiastować chwilę stanowczą, lecz gdy miesiące upływały, a nic nie przedsiębrano i kontyny stały całe, różnie myślić poczęto.
Warga i jego towarzysze, co lud się jątrzyć starali i do oporu przygotowywać, gdy nie było dłużéj powodu żadnego do wystąpienia, stracili wpływ i zaufanie. Wzdychano z niemi, pojono ich, ale nie wiązano się słowem żadném. Na zbiorowiskach w dnie uroczyste, gdzie się dawniéj tłumy zbiegały, teraz coraz puściéj było.
Wypadek niespodziany, na nowo ostygłe te uczucia przywiązania do dawnych obyczajów, rozbudził. O mil dwie od Warty i Cybiny, w głąb kraju, w lasach, było jedno z miejsc najwięcéj czczonych i jak świątynia szanowanych. Uroczysko zwało się Białém, rzeczka co je przebiegała Białka, lub Świętą. Wody jéj w chorobach miały cudowną siłę leczącą, gaj otaczający wzgórze za poświęcony i nietykalny się uważał. W pośrodku jego wznosiła się od dawna wystawiona nieforemna postać jakiegoś bóstwa, które Bielem nazwano. Ogromny kamień służył mu za podstawę, a bałwan był z drzewa sękowatego niezgrabnie i grubo wyciosany i przedstawiał niby tułub z głową czapką okrytą; bez rąk, bez nóg, z wyrościami, które piersi uwydatniały. Obok Biela dwa inne żłobkowato wyrobione, jak misy kamienie przeznaczone były na składanie w nich ofiar... Po za gajem przy dwóch dębach w szałasie mieszkał tu zawsze wróżbit stary, który przybywającym pielgrzymom rady dawał, wskazywał jak i gdzie wody świętéj użyć mieli, wróżył im z ziemi i ognia, i żywił się z ich datków...
Jednego dnia przybywające z dala niewiasty, znalazły starego Złogę w szałasie niby uśpionym, a w istocie umarłym... Nic nie okazywało ażeby ktoś na nim gwałt popełnił. Złoga był niezmiernie stary, najstarsi gospodarze, przypominali go sobie niemłodym już siwym. Nie było więc nic dziwnego, że nareście usnąć musiał, gdy się siły wyczerpały...
Dano znać do najbliższéj osady o śmierci Złogi, zebrali się pokrewni jego do palenia ciała i pogrzebu, zbiegło się dosyć dziadów i bab, szło o zajęcie miejsca po nim, które było łakome. — Wszczęły się o to spory, bo wielu rościło do tego prawa, nikt nie chciał współzawodnika dopuścić, odgrażali się jedni i drudzy, a skończyło się na tém, iż szałas zburzono, i na Białem nie było nikogo. Miało się to rozstrzygać na jakimś wiecu na kupałę, tymczasem Biel został bez stróża sam jeden...
Jednego dnia przybyły baby z zimnicą do strumienia i przestraszyły się, ujrzawszy, że bałwan został obalony, kamienie poroztaczane, a ręka złośliwa, co tego dokonała, podłożyła suchych gałęzi pod kłodę i na pół ją spaliła.
Ponieważ Biel powszechnie był czczony i za bóstwo opiekuńcze okolicy uważany, lament i płacz, narzekanie i oburzenie wstrząsnęło całą ludnością. Wszyscy biegali oglądać spustoszone uroczyska, łamali ręce, płakali. Naturalnie, nikogo o takie porwanie się na stary posąg posądzać nawet nie było można, tylko chrześcian. Obejrzano się po okolicy, zaczęto dowiadywać o przejeżdżających w tych dniach, o widzianych w blizkości, ale śladu winowajcy nie było.
Warga, który nadbiegł na miejsce, skorzystał z rozdrażnienia i począł namawiać do wystąpienia nocą, w umówiony dzień przeciw wszystkim dworom i chatom, które posądzano o odstępstwo. Dwory miały być popalone, chrześcianie zamordowani. Gdy się to stanie — mówił — Mieszko zadrży i nie będzie śmiał się porywać!
W pierwszéj chwili wszyscy mu potakiwali[33] gniew i pragnienie zemsty było wielkie, lecz drugiego dnia, jakiś dziad wpadł na myśl inną, i zdaniem wielu, rozumniejszą jeszcze.
— Dobrze — rzekł — niechaj tak będzie, ale wprzódy popróbować trzeba. Pójdziemy wszyscy, choćby w tysiąc ludzi na skargę do Mieszka, że nam się stała krzywda, która nieszczęście, grad, pioruny, głód na okolicę sprowadzi, zobaczemy co powie.
Warga śmiał się — ale inni jakoś przystali. — Uchwalono gromadą iść z podarkiem i skargą do miłościwego pana. Nim się jednak ludzie zmówili i zebrali — drugiego dnia dano znać z okolicy na Dąbrowach, że słup kamienny, który tam téż stał od niepamiętnych czasów, nocą ręka jakaś zuchwała obaliła, a staczając się z pagórka, bóg na kawały się rozpadł. Ludzie na nowo zapalili się gniewem i od Biela pobiegli na Dąbrowę płakać nad okruchami zwalonego słupa. Tu znaleziono ślady koni kilku pod dębami i dowody, że ludzi musiało być wielu, boby téż temu jeden nie podołał. Warga wołał o zemstę i wskazywał dwory podejrzane, ale ludzie się uparli gromadami iść do knezia.
Upieczono kołacze, przygotowano szyte ręczniki, kury i jaja, bo bez ofiary jakiéjkolwiek nie szło się naówczas z prośbą, ani z żalem, ani o sprawiedliwość. Gromady zwołały się na dzień oznaczony, kilku starszych wystąpiło na czele i wszyscy pociągnęli nad Cybinę.
Pochód ten w pewnym porządku, odbywał się powoli, po drodze łączyli się z nim, dla powiększenia tłumu ludzie dobréj woli, nie tajono się wcale z czém szli i Mieszko, na pół dnia prawie wprzódy uwiadomiony był o wszystkiem. Wierni przyszli dać znać zawczasu — nie odpowiedział nic.
Na grodzie nie ruszył się nikt nawet. Gromada przed wałami się ustawiwszy, wyznaczyła kto mówić miał i w milczeniu ciągnęła przed dworzec pański, a przybywszy tu, stanęła w porządku i milczeniu uroczystém. Mieszko, który widział wszystko z za okiennicy, wysłał stolnika swego spytać — czegoby chcieli?
Temu opowiedzieli starsi jak się rzecz miała. Kazano czekać, na ostatek Mieszko wyszedł, a starszyzna przyszła i podarki złożyć i do kolan mu upaść.
Kneź miał jakoś oblicze wesołe.
Mówić zaczęto, a jak to zwykle bywa, prawiono szeroko, poprawiał jeden drugiego, przerywał, powtarzano szczegóły, powieść przeciągnęła się bardzo długo. Siedząc na ławie w przedsieniu Mieszko słuchał z uwagą.
Gdy się w końcu przebrało opowiadania i jedni drugich zaczęli skłaniać do milczenia, aby téż posłuchać, co pan zawyrokuje — zapytał kneź — kto był sprawcą?
Na to pytanie długo odpowiedzi zabrakło. Ten i ów się zbierał na nią — ale w istocie nikt nie znał sprawcy, ani się go domyślał. Obwiniać chrześcian nie było powodu ni dowodu. Mruczano, potrząsano ramionami, a Mieszko powtarzał pytanie — kto to uczynił? Starszy i śmielszy, ubogi kmieć Drzewica, ozwał się wreście.
— Miłościwy panie, gdybyśmy wiedzieli, kto winien, samibyśmy go karali, bo za nasze bogi ująć się musimy — wy, miłościwy kneziu, wiecie wszystko, każcie śledzić i ukarzcie — pomożcie nam...
— Słuchaj Drzewico — odrzekł Mieszko — a mocne to były Bogi?
Gromada wołać zaczęła, że pioruny i grad i pomór na bydło i głód mogły zesłać.
— Za cóż na was mścić się mają, kiedyście wy niewinni? — rzekł Mieszko. — A jeżeli potęgę i siłę mają, to się same nią obronią i pomszczą?
Wszczął się szmer, bo nie dobrze zrozumiano jeszcze, Mieszko powtórzył toż samo, na ostatek dodał, że winowajcy nie ma, sprawiedliwości więc być nie może, a Bogom trzeba zostawić pomstę za siebie. Mają pioruny, zabiją winnego.
W tém z ciżby rozpychając ją, wybił się gwałtem Warga z włosem rozczochranym, zapalony, jak w gorączce. Zaledwie się skłoniwszy kneziowi, krzyknął podniesionym głosem.
— Co tu szukać winnego? albo to my nie wiemy kto przeciw nam i bogom starym powstaje? Palcami pokazać łatwo tych, co niemiecką wiarę do nas prowadzą! Namnożyło się tego nasienia, jest go dosyć wszędzie. Nie kto winien tylko oni, ich karać, gubić i wypędzić. My sobie krzywdy wyrządzić nie damy, a nie uzyskamy sprawiedliwości, sami ją zrobimy.
Mieszko się popatrzał na mówiącego i skinął na swoich komorników, aby go wzięli. Tłum oniemiał.
— Ja cię znam stary — rzekł — tyś raz już dwór na Krasnéjgórze podpalił. Puszczono się na wolność, teraz sprawiedliwość chcesz sobie sam znów mierzyć. Sprawiedliwość należy do mnie...
Gdy komornicy zabrali się go z tłumu wziąć, zamruczała gromada. Starsi prosić zaczęli za Wargą, on sam zmilkł blady. Mieszko kazał go puścić, ale tak groźno nań spojrzał, że dziad słowa nie rzekłszy, znikł gdzieś w tłumie.
— Sprawiedliwości wam nie dam, bo nie ma na kim jéj spełnić — dokończył kneź. Bogi są mocne, chronią się same.
Było u nas z wieków wieka tak, że każdy czcił Boga jakiego chciał, i nikt mu nic nie mówił. Przynieśli jedni Trygława, drudzy Radegasta, trzeci Światowida, inni Wołosa, stawili ich i kłaniali się im. Od Redarów, od Wilków, od Lutyków, od Wolinów, od Dulebów przynoszono bóstwa, nikt się temu nie przeciwił. Tak ma być i nadal. Niech ci, co chrześciańskiego Boga wyznają, czczą go w spokoju, a kto się na nich dopuści gwałtu — tego ukarzę ja!
Rzekłszy to, wstał Mieszko, popatrzał na milczącą gromadę i skinieniem ręki ją odprawił. — Pokłoniła się starszyzna i w głębokim milczeniu odchodzić zaczęła. Warga tak się ukrywać umiał i tak go zasłaniano, że dopóki za wały nie wyszli, widać go wcale nie było. Lękał się, aby go jeszcze nie wzięto.
Próba więc nie powiodła się wcale. Długi czas szli wszyscy z głowy pospuszczanemi, milczący, smutni, pogrążeni, nikt słowa odezwać się nie śmiał. Opodal od zamku zmęczeni położyli się na łące nad Wartą.
Tu dopiero powoli usta się rozwiązywać zaczęły, do narzekań i utyskiwania. Śmielsi szemrali, drudzy z obawą patrząc na nich, milczeli, bojąc się niemal słuchać. Warga długo siedział ponury i gniewny.
— U nich sprawiedliwości prosić! — zawołał w końcu — u nich! kiedy tam pełen dwór chrześcian i oni nie kto przewodzi. Co tu pytać? po co prosić? Nie było nic u nas, póki Lubonia syn nie wrócił zakażony niemiecką wiarą! Spaliliśmy mu dwór... tak! nie dosyć. Jego z nim spalić trzeba. Przez niego weszło wszystko. Do niego się oni schodzą, z nim radzą...
Ale drugi raz nie wezmą mnie już... bo mnie tu nie będzie.
Nikt na tę pogróżkę nie odpowiedział, a Warga téż nie zdawał się dbać wiele o to, mruczał sam do siebie mówiąc, z oczyma wlepionymi w ziemię, miotał się, krzyczał to głośniéj, to ciszéj i długo nie mógł uspokoić.
Z nikogo jednak nie wywołał potakiwania, nikt mu się w pomoc nie ofiarował, owszem Drzewica się odezwał, że kneź miał słuszność, że nikt nikomu nigdy nie bronił Boga sobie wybierać jakiego chciał — że chrześcianie od dawna się pokazywali tu i owdzie, a nikt ich nie prześladował i za ojca kneziowego i za dziada.
Drudzy téż, dla miłego spokoju może, staremu choć głowami potakiwali, Warga zmilkł i długo siedział zadumany, wstał potém nie obejrzawszy się na nikogo, nie rzekłszy już nic i poszedł przez pole bez drogi, gdzie go oczy niosły. Nikt go nie zawrócił i nie strzymał. Niektórzy gorliwsi byli tego zdania, że i Biela i słup na Dąbrowach, należało postawić na nowo. Na to się godzili wszyscy i gorąco zaraz rozebrali między siebie robotę.
Tegoż wieczora wiedziano o tém na Krasnéjgórze, przybiegł ktoś z grodu i doniósł o skardze gromady — o danéj jéj odpowiedzi, a nawet o Wargi odgróżkach. Jarmierz nie powiedział nic Włastowi, ale straże około dworu ustawił, i przez całą noc czuwać im kazał.
Mieszko tymczasem, zamiast ociągania się i obawy, tegoż dnia pilnie zajął się przygotowaniami do publicznego przyjęcia chrześciańskiej wiary... Wysłano do Czech po kilku duchownych w pomoc ks. Jordanowi; żądając téż od Bolka, aby ludzi dał coby z kamienia budować wedle obyczaju chrześciańskiego umieli kościoły, i wszelkiego rzemieślnika do przygotowania sprzętu, jaki był do ofiar i urządzenia nowych świątyń potrzebnym.
Znowu w tę podróż musiał być wyprawionym Włast, który służył chętnie we wszystkiem, co nawrócenie zupełne przyśpieszyć mogło. Tym czasem, nie objawiając na co, wozić kazano kamień na zamki w Gnieźnie i Poznaniu.
Wielkie przygotowania działy się po grodach, choć o ich celu nie ogłaszano ludowi... Ks. Jordan tylko chodził przysposabiając kogo mógł do przyjęcia chrztu, zarazem objawiając o wielkich darach, jakie kneź miał dla chętnych czynić... Białe szaty z płótna i sukna szyto secinami na zamku u Górki i Dubrawki, i składano je stosami.
Jordan opowiadając ewangielię, zarazem zwiastował, że ona wszystkich uczyni braćmi w Chrystusie, połączy i porówna, że kneź stanie się dla nowo nawróconych ojcem zarazem i bratem.
Pomimo wzburzenia umysłów, jakie obalenie Biela i słupa na Dąbrowach wywołało — nie było prawie nocy, aby gdzieś posąg na rozdrożu lub uroczysku nie upadł i nie został zniszczony. Zdawało się, że je niewidzialna jakaś ręka wywraca, bo nigdzie sprawcy, ani nawet śladu dojść nie było podobna...
Czekano kary Bogów na próżno — nie broniły się już stare bogi...
Resztę ich, które stały po domach i zapadłych kątach, chowali pobożni i kryć się zaczynali z niemi.
Warga, który usiłował do czynnego i rozpaczliwego skłonić oporu, zaledwie nieznaczną garstkę w koło siebie zgromadził, i ukrywać się z nią musiał.
Smutek padł na kraj cały... Nigdy bez bólu nawet do lepszego stanu nie przechodzi człowiek, a stokroć trudniejszém jest odrodzenie się społeczeństwa, które zwichnięte w biegu, nie łatwo odzyskuje ruch bezpieczny i stały. Chwile przesilenia i gorączki są zawsze dobą nieładu i rozprężenia. Źli korzystają ze swobody, jaką daje nieposzanowanie praw, które się walą, uwalniając zarazem od poszanowania tych, których znać jeszcze nie mogą. Toż co zawsze i wszędzie objawiało się u Polan teraz, ale silna dłoń Mieszka nie dopuściła, aby zamęt ten wyrodził się w całkowite starganie wszystkich węzłów.
Gdy się to gotowało zwolna, bo pośpiech w wykonaniu codzień się okazywał trudniejszym, bo przygotowania olbrzymie być musiały, Mieszko odłożył znowu uroczyste ogłoszenie wiary do następnego roku.
Trzeba było tymczasem zwiększyć gromadkę przysposobionych do chrztu i z myślą nowego znamienia pogodzić kraj, który swych dawnych bogów opłakiwał.
Gdy się to działo, Mieszko szukał sposobności do jakiegoś wystąpienia, któreby mu przymierze konieczne z cesarzem Ottonem ułatwiło... Los mu je nastręczył.
Już w Quedlinburgu mogli się wszyscy domyślać, że dumny Wigman, odprawiony niemal z pogardą przez cesarza, szukać będzie sposobności wojowania przeciwko niemu. Miano nań oko, ale znikł pomiędzy słowiańskiemi książątkami, u nich szukając schronienia.
Wszczął się był spór o pograniczne posiadłości między obodryckim wodzem Mstiwojem a Zeliborem wagirskim. Oba oni już zawojowani, radzi nie radzi zależeli od saskiego markgrafa Hermana.
Spór miał rozstrzygnąć Herman i Zelibora uznawszy winnym napaści i gwałtu, skazał go na wydziedziczenie i odebranie mu władzy.
Zelibor nie myśląc się poddać, powołał Wigmana do siebie. Oba więc porwali się do broni. Zaledwie to się stało i nim przysposobić się mogli, Mstiwoj z Hermanem naszli na osadę i gród Zelibora, wzięli je prawie bez oporu, a oba wodze ucieczką ratować się musieli. Do tych waśni Mieszko się mięszać nie myślał wcale, lecz pilno się im przypatrywał, mając tam ludzi zawsze i dostając łatwo języka.
Zbiegły Wigman siedział teraz u Wolińców nad Odrą, a że spokojnie wytrwać nie mógł, z niemi razem napadał już kilkakroć na ziemie Mieszkowe... Teraz więc był czas, broniąc własnych posiadłości, razem cesarzowi uczynić przysługę i uwolnić go od niespokojnego krewniaka.
Włast jadąc do Pragi, zaniósł tam także do Bolka prośbę, aby parę ufców zbrojnych dobrze w pomoc Mieszkowi przybywało...
I gdy z jednéj strony chrztem się zajmować zdawali wszyscy, kneź, któremu dolegał spoczynek, gotował się do wystąpienia przeciwko Wigmanowi.
Jednego wieczora, powracający Włast, przywiódł z sobą i gromadkę duchownych i kupkę rzemieślników a kunsztmistrzów i dwa świetne piękne oddziały czeskiéj jazdy. Wszystko się z zamku wyroiło ujrzawszy ten dosyć mnogi lud napływający do grodu.
Wybiegła i Dubrawka z niezmierną radością witając swych czechów, szczególniéj duchownych, co jéj do przysposobienia wielkiego dzieła pomocą być mieli.
Ona w istocie duszą jego była i przynaglała aby corychléj spełnić się mogło. Dając jéj czynić co chciała, Mieszko zawsze jeszcze milczał i zwlekał.
Teraz chwila już zdawała się być blizką.
Na powitanie czechów, wyszedł i Mieszko sam, dowódzców dwu oddziałów zapraszając na dworzec, razem z duchownemi.
Resztę przybyłych wnet rozmieszczono na grodzie, gdzie dla nich wszystko było przygotowaném. Omyliła się wszakże Dubrawka sądząc, że poczty czeskie przybyły, aby uroczystości wielkiéj więcéj dodać świetności. Kilka dni pozwolono im spoczywać. Rzemieślnikom natychmiast wyznaczono pomoc, schronienie i usługę, a Mieszko rozporządziwszy wszystkiem i księży zdawszy ks. Jordanowi, sam — zaczął się przysposabiać do wycieczki jakiéjś.
Wszystka piechota, a téj było najwięcéj jeszcze, wyruszyła cicho na granicę ku Odrze, drugiego dnia ujrzano czechów, występujących w tęż stronę, trzeciego rano sam kneź, pożegnawszy żonę, siadał na konia i wraz z Sydbórem ruszał w pole...
Już trudno było cierpliwéj Dubrawce na nową tę patrzeć zwłokę, na pół ze łzami, wpół gniewna, gdy Mieszko miecz sobie ów cesarski przypasywać kazał, zapytała go, coby to znaczyć miało.
— Kniehini ty moja — odezwał się Mieszko spokojnie — dajcie mi mojemi sprawy rozrządzać wedle myśli mojéj... Ja wrzeciona nie tykam, ani was prząść myślę uczyć, dopuśćcież mi wojować jako wiem i umiem.
— Ale po cóż nową rozpoczynać wojnę, wprzódy nie uczyniwszy w domu co najpilniejsza, aby na nią Boże mieć błogosławieństwo? — przerwała Dubrawka.
I na to pytanie rozśmiał się nieco Mieszko — ręką tylko w powietrzu zamachnąwszy, jakby mieczem...
— Na wszystko będzie pora, miłościwa a niecierpliwa pani moja — rzekł. — Ludzie się tymczasem lepiéj przysposobią, oswoją i obejdą z tém co ich czeka... Księża jeszcze wiele z mojemi i ze mną mieć będą do czynienia, nim nas na chrześcian przemienią.
Gdy ujrzę, że czas potemu, nie zwlekę... a teraz w pole trzeba, na łowy... i bywajcie mi zdrową miłościwa pani.
Miłościwa pani smutnie przyjęła rozkazy, lecz nauczyła się już w pożyciu z mężem, iż go powolnie tylko przekonać i skłaniać było można. Trwał przy swojém twardo i nie łatwo obrócić się dawał, gdy powziął postanowienie.
Wyciągnął więc i tym razem w pole, nie rzekłszy nawet dokąd, a na zamku zostali apostołowie pod kierunkiem ks. Jordana pracujący, w Krasnéjgórze zaś Włast na swą rękę zwołujący do winnicy...
A pod grodem w chałupach siedzieli sprowadzeni rzemieślnicy kując srebro, lejąc spiże, wyrzynając drzewo, ucząc obrabiać kamienie a palić wapno... Przy nich już parobcy tutejsi przypatrując się im, otwierali oczy, i sposobili ręce do roboty, która dla nich miała urok nowości...
Od pługa i miecza, do młota i dłuta, przejście łatwem nie było....







IX.



W obozie nad Odrą, jednego wieczora cesarski krewniak, nie tak jakeśmy go widzieli w Quedlinburgu odarty i opuszczony, ale we zbroi lśniącéj, na koniu dzielnym, w hełmie skórzanym łuskami żelaznemi naszywanym z kitą czerwoną, w płaszczu niebieskim na ramionach, opatrywał nowych swych przyjaciół szeregi.
Sam jeden tu był wśród tego ludu, do którego i on nie przystawał, i orszak co go otaczał, jakby cudzy przy nim wyglądał. Dziwnie zaprawdę wydawał się ten niemiecki rycerz, przygodami osobliwemi ze dworu najświetniejszego w Europie wygnany, pomiędzy lud na pół surowy i do innego należący świata. Między tym wodzem a jego ludźmi, trudno było powinowactwa dopatrzeć. Ziemko i Hłaska, dwaj naczelnicy wolińców, jechali przy zbrojnym niemcu, także niby z niemiecka przyodziani, ale dziwacznie. Mieli oba po kawałku zbroi... Ziemko na głowie skórzaną czapkę, na krzyż żelaznemi opasaną prętami, mieczyk u boku, pióro u hełmu, jaskrawy płaszczyk na ramionach, ale na nogach po staremu chodaki sznurowane wytarte, i spodnie z grubego płótna. Nie lepiéj wyglądał Hłaska, który téż między niemcami bywał, i przyodziaćby się był rad, aby wstydu Wigmanowi nie czynił. Krótki tułubek frankijski, paskiem obszyty miał czerwono, pod szyją śpiżowe spięcie, na ramionach stare kolce mosiężne, wszystko to z sobą nie dobrze szło, ale Hłaska uczynił co mógł.
Dwaj wolińcy, w rozpaczy, dla wybicia się z jarzma niemieckiego, niemca się chwycili... Zdało się im, że ten cesarski krewny, a sławiony rycerz najlepiéj mógł ich poprowadzić. Nim jednak na niemców napaść mieli, chcieli się na polanach sprobować i łupem się opatrzywszy, a jak im się zdało, pobiwszy może — większą siłą występować dla wyswobodzenia, na markgrafów.
Na Mieszku próba tylko uczynioną być miała.
Wigman się zabawiał z wolińcami, Ziemko i Hłaska w oczy mu patrząc jak wyroczni go słuchali... Świetne mieli nadzieje... Naprzód polan zwojować i albo ich zmódz a złupić, lub z sobą na markgrafa pociągnąć. Zdawało się to łatwém — urok niemieckiego wodza oślepiał biednych słowian, a stare waśnie graniczne kazały zapominać, że mieli walczyć z pobratymcami.
Pycha Wigmana, który się bezmiernie wśród tych prostodusznych ludzi czynił wielkim, a pewnym siebie, wiarę w nich wlewała... Czynił ten wódz nowy z niemi co chciał, ufali mu jako zbawcy, a przyszłéj wielkości swéj założycielowi...
Niemiecki Comes tymczasem objeżdżając szeregi tego ludu, dziwnie jakoś nań poglądał. Nie było to wojsko — ale tłum mężny i bitny, ochoczy do walki, a niesworny. Na kilka oddziałów podzieleni wolińce, leżeli obozem nad rzeczką, na wysokim brzegu, a było ich tak sporo, że jak okiem zajrzeć w dolinie, łąka ludźmi była usłana. Starszyzna tylko miała parę namiotów szarych, na tykach rozpiętych. Dla Wigmana na wzgórzu paradniejszy ustawiono; reszta pod gołem niebem i w małych szałasach koczowała przy ogniskach.
Nie wiele jazdy i to dosyć niepokaźnéj udało się Ziemkowi zgromadzić. Na małych konikach, siedzieli więksi stosunkowo od nich wojownicy w prostych sukmanach, z łukami na plecach, z młotami i siekierami u siodeł, z dzidami różnych rozmiarów w dłoni. Z twarzy tych ludzi, którym włosy długie i gęste starczyły za nakrycia głowy po większéj części, widać było dzikie i nieustraszone męztwo — lecz nie to co się powodować umie i łączyć spójnie w gromadę, ale rachujące samo na siebie tylko i niedające ni pokierować sobą, ni powstrzymać.
Jak konie rwały się i wierzgały a kąsały, w kupie ustać nie mogąc, tak ludzie ucierali się, łajali i przechwalali głośno.
Po niemieckich pocztach milczących i posłusznych, ta butna ciżba Wigmanowi osobliwą wydawać się musiała. Poglądał na nią oczyma zdumionemi, a Ziemko i Hłaska, jadąc tuż, w jego oczach usiłowali czytać, co myślał o ich drużynie, któréj oni sił i męztwa byli pewni.
Comes liczył tylko ile ich było, bo na nic innego jak na lik znać rachować nie mógł.
To Ziemko to Hłaska po bokach jadąc, zagadywali go, wskazując na swych ludzi, rycerz niemiecki tylko głową potrząsał i ramionami ruszał.
Tak przepatrzywszy jednych, u których żelaznego okrycia ledwie można było gdzie dopatrzyć, ruszyli ku pieszemu ludowi, którego daleko więcéj było. Kazano leżącym i spoczywającym wstawać, a zbijać się w rzędy, aby i tych okazać, czém byli.
Dosyć nieochoczo ruszył się tłum mrucząc, i wstali jak dęby ogromni, szerokich ramion, niezbyt odziani, na pół bosi wojacy, u których oszczepów i pałek więcéj było, niż innéj broni. Za to niemal wszyscy mieli tarcze, tak jak i polanie, z desek cienkich drewnianych pospajane, dwa i trzy razy obciągnięte skórą, gdzieniegdzie gwoźdźmi nabijane i sztabkami.
Z gwarem na nogi wstając wolińcy stawali kupami, każdy chwyciwszy broń jaką miał.
Wigman pomyślał w duchu, iż gdyby oręż a wprawa nic nie ważyła, straszneby były te gromady ludzi silnych, nielękających się śmierci, chciwych boju dla niego samego, dla krwi i gorączki, jaką walka daje. I znowu z konia siedząc niemiec liczył sobie tych ludzi, na mnogości ich pokładając nadzieję.
Lecz na Mieszka, który niewiele może lepszego miał żołnierza, zdawało się to dostateczném, gdy taki wódz prowadził.
Dwaj wodzowie jak najlepszą mieli otuchę, czy ją Wigman podzielał, odgadnąć było trudno. Objechawszy szeregi, zawrócił nazad ku wzgórkowi i namiotowi. Naglili go Ziemko i Hłaska, aby im co rzekł; powiedział im tylko, że lud piękny...
Czegoś mu na duszy smętno było, popatrzywszy gdzie, z kim był, i komu miał dowodzić. Przed namiotem zsiedli z koni, jeszcze raz pytać go zaczęli, odpowiedział im mało, pozdrowił dumnie ręką i wszedł opłotek uchyliwszy do wnętrza.
Jeden stary jak pan sługa, niemiec Hatton, czekał tu na niego. Ten jeden nie opuścił go i nie zdradził, a choć wstręt miał iść przeciw cesarzowi z poganami razem wojować, Wigmana nie rzucił. Był to człowiek przykuty do comesa, który porzuciwszy go, nie wiedziałby zaprawdę co uczynić z sobą. Mały, krępy, posiwiały pachołek, milczące stworzenie i posłuszne, stworzone było aby przy kimś wisiało. Los mu nastręczył Wigmana. Z nim i świetne przeżył lata i teraz gorzkiemi truł się dniami.
Gdy Wigman pod namiot wszedł, zerwał się stary Hatton, aby mu zbroję zdjąć, i wnet począł swą usługę. Milczący comes dawał mu czynić z sobą co chciał, był zadumany i ponury.
— Hattonie! co mówisz na to? — począł ponuro niemiec — z Quedlinburga do obozu wolińców? z gościny u tego Ottona do Ziemka? hę? dobrześmy padli?..
Hatton ramionami ruszył. Milczał długo.
— Miłościwy grafie — rzekł w końcu — a nie lepsze to, jak los Eryka, Bakki, Hermana, Wiryna i Ezeryna?..
— Pewnie... ależ ci omal Hilliwarda biskupa nie zabili, przeto ich Otto w Quedlinburgu pościnać kazał... a ja?.. ja tylko swojego broniłem gardła...
Hatton mruczał.
— Mów ty mruku głośniéj, chceszli, by cię zrozumiał! — krzyknął Wigman.
— Broniliście miłościwy panie gardła, nie trzeba było pleców żałować... — odparł giermek.
— Krzyże mam twarde! to nieszczęście moje... — zawołał Wigman — w żyłach moich krew Ottonów płynie...
Hatton głową skinął potakująco. Rozpinał mu kaftan łuską wyszywany, pod którym drugi skórzany widać było. (Noszono ich po kilka na sobie.)
— U nich... u nas... — mówił daléj Wigman — wszystko pod humor i od fantazyi... Gdybym na Ottona dobrego trafił, dobrzeby mi było, los mój chciał, abym na złego padł...
Pamiętasz Hattonie — dodał — Gintera ratysbońskiego biskupa? I co mu dało biskupią dostojność?..
Hatton milczący głową pokiwał.
— Otto szedł rano na mszę w Ratysbonie do klasztoru świętego Emmerama. Po drodze powiedział sobie: Stołek biskupi wakuje... komu go dać? komu?.. niechaj los wybiera... Pierwszy duchowny, którego spotkam, biskupem będzie... U furty klasztoru ubogi Ginter mu otwiera... Co mi dasz za biskupią infułę? pyta Otton. — Miłościwy panie, śmiejąc się odparł biedny księżyna, nie mam nic swojego oprócz podartych na nogach chodaków... I został biskupem... — dorzucił Wigman. — Tak samo ja w dobrą godzinę mógłem być saskim księciem w miejsce Hermana...
Hatton ostatni kawał zbroi odczepiał i znowu mruczał coś niezrozumiale.
— A coby ci po tém przyszło miłościwy panie — rzekł chmurno. — Albo w łaskach będący Herman nie wywołał na się gniewu cesarskiego za to, że go w Magdeburgu przy biciu w dzwony i oświeconym kościele przyjmowano, że śmiał tam spać w łóżku cesarskiém i u cesarskiego siedzieć stołu? Albo go nie wyklął biskup Bruno tego szczęśliwego Hermana, któremu zazdrościcie...
— Wolałbym być jednak wyklętym przez Brunona — zawołał Wigman — niż odepchniętym przez cesarza... Ale łaska familii niestała rzecz... Wolałbym być jego bękartem niż krewniakiem...
Hatto[34] rękami poruszył jakby zaprzeczał tym rozpaczliwym oświadczeniom.
— Pewnie — potwierdził Wigman wzdychając — alboż nie wiesz, że bękarta swojego z niewolnicy, ze słowianki, z prostéj dziewki narodzonego, Wilhelma, uczynił Otto arcybiskupem mogunckim?.. Jego synom, jego córkom, jego nieprawemu potomstwu wszystko było wolno... a nam, biednym, milczeć tylko i cierpieć... Wilhelm został arcybiskupem, a wdowa po Konradzie frankońskim, choć Kononowi potajemnie ślubowała, wyparła się go i Burchard wystąpił w jéj obronie, a rękę mu obciął, co zawysoko sięgała!..
Mówił tak Wigman z bólem wielkim, aż zamilkł wreszcie, głos coraz był smutniejszym i siła a duma w téj chwili zdawały złamane. Gdy Hatton mu zbroję zdjął i odstąpił, Wigman na stole ujrzawszy krzyż, kląkł się modlić.
Z pokorą i skruchą załamał dłonie przed Chrystusem i na głos począł odmawiać modlitwy, Hatton, który w kącie stał, jakby mimowolnie téż ręce złożył i za panem je powtarzał. Modlił się tak długo, a wśród szmeru modłów tych okrzyki obozu wolińców dolatywały dzikie, jakby szydziły z ich nabożeństwa.
Wigman legł wreszcie na pościel przygotowaną, ale do snu mu było daleko, oczy miał otwarte, sparty na dłoni, dumał może o cesarzu, o sobie i dziwnych losach swoich.
Zaczynało zmierzchać, gdy sykanie słyszeć się dało przed namiotem. Hatton zerwał się i wyszedł, Wigman głowę zwróciwszy czekał.
Po chwili wprowadził giermek Ziemka.
Szedł on pospiesznie bardzo i z ożywioną twarzą i wzrokiem.
— O Mieszku wieść przyniesiono — rzekł szybko.
— Rad jéj będę... Gdzież on jest?
— Stoi o pół dnia drogi od nas, pewnie się niczego nie spodziewając... co poczniemy? Mamyli czekać na niego czy następować?
Wigman wstał z łoża i siadł.
— Licznyż ma poczet z sobą?.. gdzie się położył?..
Na to Ziemko odpowiedzieć nie umiał, przywołano tego, który przyszedł z wieścią. Był to stary człek, o kiju, w koszuli, w sakwach przez plecy, boso, trochę przelękły a bardzo niespokojny. Ziemko badać go począł. Widział on tylko piechotę w obozie, a zapytany ręczył, że jéj pewnie i połowy nie było téj, jaką wolińce mieli. Obóz był na łące, wśród zarośli i gajów, rozłożony bezpiecznie, jakby się sąsiedztwa niczyjego nie spodziewał.
Ziemko patrzał w oczy niemcowi, który się wahał długo.
— Jeżeli swoim ufacie, czemubyśmy naprzeciw nich iść nie mieli? — rzekł Wigman — zawsze ten przewagę ma, kto pierwszy naciera...
— Więc ruszym jutro o świcie...
Comes ani zaprzeczał, ni zachęcał, położył się znów skinąwszy głowę i w myślach swych zatopił.
Nazajutrz jako dzień ruszyło się wszystko z obozowiska, ustawiać poczęło, siedli wodzowie na konie, Wigman znowu opięty kaftanem łuskowym, wyjechał z Hattonem, który małą tarczę i zapaśny miecz wiózł za nim.
Dzień obiecywał się skwarny.
Oddziały wyruszały powoli, każdy poprzedzany stanicą swą, na których orły, ptaki i potworne stworzenia grubo były wyrzezane. Stanica Ziemka wystawiała wołu białego.
Ruszając z noclegu zanucili pieśń jakąś dziwnie brzmiącą w uszach Wigmana, który pocichu modlitwy odmawiał.

W obozie Mieszka, on, Sydbór i dwaj czescy dowódzcy stali od rana pogotowiu. Wiedziano tu o Wigmanie, o wolińcach, o ich sile i kneź rano wstawszy, czechów jazdę z dwu stron na boki wyprawił, poleciwszy jéj, by się dopiero na skinienie i hasło ruszyła.
Na wysokiéj sośnie posadzone pacholę czatowało, by dać znać gdy się wolińcy spodziewani ukażą. Równo prawie z hasłem przez chłopaka daném zdala i śpiewy usłyszano. Mieszkowy lud niecierpliwy był, ale mu się ruszać nie kazano. Stać tak mieli, ażby na nich naszedł nieprzyjaciel.
Gdy się w dali kupy owe ukazały, Mieszko i Sydbór skoczyli na koniach przodem, postali im na widoku trochę i puścili nazad spiesznie, a wnet i ludziom niby popłoszonym zwolna się cofać nakazano.
Ujrzawszy to Wigman i Ziemko, którzy przodem szli, z okrzykiem gromadom swoim dali znak, aby się na nieprzyjaciela rzuciły.
Stał się w obozie Mieszka jakby zamęt umyślny i oddziały jego jedne po drugich za gajami znikać poczęły.
W pogoń się puścili wolińcy, z okrzykiem coraz głośniejszym, ze wrzawą i zapałem niezmiernym. Wigman na koniu przed niemi.
Mieszkowi ustępowali, lecz tak zwolna, że się dogonić dali... ustępowali głębiéj między gaje, i jakby się ulękli wolińców, nawet im nie stawili czoła.
Tém silniéj nacierali Ziemko i Hłaska, tém gwałtowniéj zagrzewać począł Wigman.
Już byli kilkoro staj od nieprzyjaciela, gdy na dany znak piechota Mieszkowa odwróciła się na wolińców i do bitwy stanęła. Z obu stron rzucono się na siebie z porywczością wielką.
Cały zastęp wolińców bez porządku wysypał się, wylał, rzucił na polan. Podniesiono tarcze i pałki walić o nie zaczęły. Świsnęły strzały... posypały się pociski...
W téj chwili, gdy jeszcze wolińcy pewni byli prawie zwycięztwa, z lewéj i prawéj strony na tyłach, na odgłos trąbki Sydbóra, wystąpiły ukryte w zaroślach dwa czeskiéj jazdy oddziały.
Zatętniała ziemia pod kopytami i nim kupy niesforne wycofać się mogły, wzięte były z obu stron jak w kleszcze, między Mieszkową piechotą a konnicą Sławnika; już czesi im siedzieli na karkach. Z drugiéj strony oddział Sydbóra piechoty, ludzie dobrani i wprawni do boju, kładł trupem wolińców, zaczynających się rozsypywać i w ucieczce szukać ratunku.
Ziemko i Hłaska widząc się w położeniu rozpaczliwém, poszli naprzód, aby ratować swoich, albo ginąć z nimi. Wigman z konia swego na wzgórzu stojąc już widział, że bitwa była przegraną.
Siły piesze Mieszka niewiększe były może niż wolińców, lecz ujęte w porządniejsze szeregi; jazdy nie mieli prawie sprzymierzeńcy Wigmana, a czeska była wyborna i uzbrojona jak niemiecka. Chwilę comes patrzał na tę rzeź, z któréj ratować się już nie było nadziei, wreszcie z pogardą i dumą zawrócił konia i wolnym krokiem ustępować począł. Jedynym ratunkiem była ucieczka... Serce się krwawiło na myśl sromotnego uchodzenia przed nieprzyjacielem, Wigman nie spieszył, gdy przypadłszy doń Hatton, zaklinać go zaczął, aby uchodził.
Czas jeszcze było się cofnąć i ujść czechów pogoni, zajętych rozpraszaniem gromady, która po gajach szukała bezpieczniejszego schronienia.
Wigman już konia miał uderzyć, gdy z zaiskrzonemi oczyma, w porwanéj sukni, z krwawą twarzą dopędził go Ziemko i za cugle konia pochwycił. Rozpacz malowała się na jego obliczu.
— Ha! — zawołał — dobrze wam było nas wprowadzić w zasadzkę, oddać na rzeź i zgubę, samemu będąc pewnym, że was dobry koń ztąd wyniesie?
Wigman zaczerwieniał od téj wymówki jak policzek mu ciśniętéj; można było sądzić, że mieczem, który trzymał w ręku, przebije zuchwałego śmiałka. Powstrzymał się jednak, drgnął cały i z konia zeskoczył.
Z dobytym mieczem, nie odpowiadając słowa, poszedł gdzie wrzała bitwa.
Koń rzucony nie dając się pochwycić Hattonowi, który chciał cugle porwać, spłoszony krzykiem, rzucił się czwałem w pole.
Wigman w ciężkiéj zbroi został pieszo. Około niego łamiąc ręce i przeklinając dzień i godzinę nieszczęśliwą szedł Ziemko, ale na przekleństwa i wymówki jego nie odwracał się nawet Wigman. Oskoczyła ich wnet kupa Mieszkowéj piechoty. Starszyzna wolińców i Wigman z nią musieli się począć cofać odcinając. Comes milczący szedł nie okazując wściekłości, ale ilekroć się odwrócił, płatał straszliwie napastników. Od żelaznych łusk jego kaftana odskakiwały miecze[35] kruszyły się na nim oszczepy. Ziemko i Hłaska bronili się téż z rozpaczą ludzi, którzy wiedząc, że nie obronią życia, drogo je przynajmniéj chcą kazać opłacić wrogowi.
W dolinie wkrótce nie było już wojsk walczących z sobą, tylko kupki przelękłych, unoszących życie ludzi, które ścigali zwycięzcy. Tam gdzie się starły pierwsze szeregi, leżały wałem trupy pobite i przez czechów posiekane. W krzakach i zaroślach tulili się ranni. Zielona łąka stratowana, zkrwawiona, potrzaskanemi usypana pociskami, była jakby straszném śmietniskiem grobowém. W prawo i lewo wśród lasów słychać było wycie i jęki. Uciekali jedni, gonili drudzy na wszystkie strony.
Jeden oddział z Sydbórem puścił się ścigać Wigmana, o którym wiedziano, że prowadził wolińców. Mieszko nie chciał mu dać ujść i byłby go sam pędził, gdyby mu fałszywie innéj kupki nie wskazano, w któréj się miał comes znajdować. Pogoń ta rozpoczęta około południa, przeciągnęła się do wieczora. Następowali polanie na Wigmana i tych co przy nim byli, ale go ująć ani zabić nie mogli. Zmniejszała się gromadka jego towarzyszów, wołano nań, aby się poddał, krew mu z ran ciekła, lecz krewniak cesarski z dumą swojego rodu ginąć wolał, niż temu tłumowi zdać oręż i życie na łaskę... Krok w krok szli za nim zmęczeni jak on, ale równie chciwi pochwycenia go jak on ocalenia, napastnicy; łajano się wzajem po słowiańsku i niemiecku... i mrok padał, a końca téj walce upartéj nie było. Wigmanowi udało się nieco oddalić od pogoni, pomogły mu gąszcze w lesie, zdawało się, że ujść potrafi. Ziemko już był zginął. Hłaska się odbił w pochodzie, został on sam, a z nim Hatton tylko, który go i tu nie chciał opuścić.
Nadeszła noc i ciemność...
Jeszcze w prawo i w lewo słyszeli przedzierających się tych co ich ścigali, ale wkrótce ucichły głosy, i Wigman padł na ziemię napół żywy. Ostrza włóczni kilku tkwiły w jego kaftanie i krew się z pod nich sączyła.
Z niecierpliwością wyrywać je począł Wigman, choć nowéj przyczyniał boleści. Ranny Hatton przywlókł się chcąc go ratować, lecz siły już sam nie miał, upadł u nóg jego i ducha wyzionął.
Wigman popatrzał nań jakby na wiernego psa ubitego na łowach, w oku mu się zakręciła łza, drżącą rękę przyłożył do jego czoła. Oblane było potem, ale już zimne, stygło bardziéj pod jego dłonią.
Został sam, ranny, z poszczerbionym mieczem, nie wiedząc gdzie był i co miał począć z sobą. Umierać tak w lesie, na pustkowiu, czy usiłować się jeszcze ocalić? Dokoła cicho było, las tylko szumiał i czasem niezrozumiały krzyk ptaka, jakby czémś zbudzonego, przerywał głuche milczenie.
Wigman pozostał tak długo patrząc na trupa sługi, rozciągnionego u nóg swoich, to na niebo, które gdzieniegdzie z między gałęzi świeciło gwiazdami. Sam nie wiedział, jak długo tak leżał, aż gdy powstać zapragnął, uczuł się złamanym i bezsilnym. Uśmiech mu usta blade wykrzywił; zmógł się na ostatek mocy i poruszył, oparłszy na mieczu. Powolnym krokiem począł się sunąć, nie wiedząc dokąd go doprowadzi dalsza nocna ucieczka. Bojowe krzyki, hasła, nawoływania, wszystko ucichło. Las tylko szumiał mu nad głową i wiatr czasami przerzynał się przez gałęzie, jakby duchy w polocie uderzyły o nie.
Wigman już nie miał ocalenia życia nadziei, ale cześć swą rycerską ocalił, miecza nie pozbył, z ran płynęła krew, lecz do niewoli się nie dostał. Chciał pomodlić się i skonać gdzieś spokojnie, chciał... sam już nie wiedział czego. Instynkt jakiś kazał mu szukać przytułku. Wlókł się więc lasem, trzymając skraju jego, podpierając na skrwawionym mieczu, myśląc o Hattonie, którego ciało zostało bez chrześciańskiego pogrzebu.
Myśliwy i wojak, trochę znał niebo i gwiazdy, bo się po nocach nieraz przez puszcze przedzierał. Na niebie wóz północny wskazywał mu zbliżanie się poranku, ku wschodowi blada łuna poprzedzająca dzień już się zarysowywała. Nie wiedząc dokąd, szedł daléj Wigman, niekiedy odpoczywając przy drzewach, gdy w dali na wybrzeżu lasu zdało mu się, że ujrzał zagrodę. Zbliżając się rozpoznał w istocie wysokie ostrokoły, które ją otaczały, dach okryty dranicami, drewniany dymnik i żuraw studni.
Pragnienie go paliło.
Około chaty cisza panowała i nierychło, gdy się ku niéj zbliżał, psy ujadać zaczęły. Głos ten był mu prawie miłym, zwiastował ludzi... mógł się ktoś znaleść litościwy.
Wigman stanął u wrót zamkniętych, z których drugiéj strony zebrane psy wrzawę nań ogromną podniosły. Skrzypnęły drzwi chaty i wyszedł człowiek. Dniało już, mógł więc dojrzéć tę postać olbrzymią, która się wnijścia dopraszała milcząc.
Chata była słowiańskiego ubogiego ziemianina, jak wszystkie stojące otworem dla każdego proszącego o schronienie. Gościnność była u słowian prawem, z którego i wroga nie wyjmowano.
Z siermięgą narzuconą na plecy wyszedł milczący gospodarz otworzyć wrota. Spojrzał na okrwawionego rycerza, poznał w nim niemca i nic nie mówiąc poprowadził za sobą. Psy zdala idąc za nim ujadały i wyły.
Słaniając się przywlókł Wigman do wnętrza chaty, gdzie już od węgli w ognisku zapalono łuczywo, obejrzał tylko i rzucił na ławę. Krew po nim ciekła, wyglądał straszno i gospodarz ujrzawszy go, ręce załamał.
Podparty na stole niemiec spoczywał, ręką tylko wskazał, że ma pragnienie. Przyniesiono mu wody.
Gdy się to działo w chacie, a psy się jeszcze uspokoić nie mogły, na podwórku wrzawa powstała.
Wigman usłyszawszy ją, słabą ręką porwał za miecz, który przy sobie postawił; chciał wstać, ale sił już nie miał.
W tém w progu chaty zjawili się ścigający niedobitków po lesie Mieszkowi ludzie, kilku prostych ciurów. Od progu téż dał się słyszeć krzyk radosny; mieli go nakoniec w ręku.
Z podniesionemi pałkami i oszczepami poczęli się cisnąć otaczając Wigmana, który miecz podniósłszy z za stołu, groził im jeszcze.
Naczelnik wołał, aby się poddał.
— Ja? wam?.. nigdy!.. niech tu przyjdzie wasz kneź sam, tylko jemu jednemu miecz oddam... a nie, bronić się będę do ostatniego tchu i kropli krwi... Precz, hałastro!..
Na chwilę wstrzymali się ludzie, lecz wnet poczęli znowu naciskać, i jeden z nich pałką się na Wigmana zamierzył który oburącz miecz chwyciwszy i pałkę odbił i rękę zakrwawił.
Ta rozpaczliwa obrona wstrzymała napaść. Nie było potrzeby nieszczęśliwego dobijać, który cały krwią był okryty i chwiał się na nogach; poczęto szukać starszego i słać za Sydbórem, który był blisko. Mieszkowi żołnierze zostali tak w pewném oddaleniu, szanując nieszczęście w człowieku, którego chwile były policzone.
Wigman słabł widocznie, lecz oczy mu jeszcze świeciły groźnie i twarzą zdawał się napastnikom urągać.
Trwało to chwilę, gdy Sydbór nadbiegł spiesznie, przebił się przez kupkę ludzi i stanął naprzeci[36] Wigmana.
— Poddaj się, lub zginiesz!..
— Ktoś ty? — zapytał comes.
— Brat Mieszka.
Nastąpiło milczenie. Wigman popatrzył na swój miecz oblany krwią, chwycił go za ostrze i rękojeścią wyciągnął do Sydbóra. Oczy mu znowu zapałały dziko i wargi się zatrzęsły.
— Oddaj ten miecz zwyciężonego Wigmana panu swojemu — rzekł — i powiedz mu, niech go odeśle przyjacielowi swojemu cesarzowi, Otto wdzięczen mu będzie za to... i wynagrodzi go pewnie...
Gdy Sydbór wpatrując się w niego ciekawie stał miecz biorąc, Wigman szepnął.
— Dajże mi umrzeć spokojnie...
I jak stał za stołem, posunąwszy go jeszcze, padł na kolana na ziemię, złożył ręce i głośno po niemiecku modlić się zaczął.
W téj przedśmiertnéj modlitwie było coś tak przejmującego, że ludzie wszyscy ustąpili się z trwogą i poszanowaniem od niego. On nie widział już ich i nikogo, modlił się gorąco... Ze krwią razem płynęły mu łzy, a z ust dobywały się niezrozumiałe wyrazy i głębokie westchnienia; kilkakroć dłonią okrwawioną uderzył się w piersi, potém czoło sparł na skrzyżowanych dłoniach, zasłonił oczy, jak ci rzymscy gladiatorowie, co rzucali na twarz kraj szaty, aby się nie wydać z bolu wyrazem... nie widać było nic, tylko drżące dłonie i zbielałe czoło. Zsunął się powoli na ławę i skonał.
Tam gdzie siedział i klęczał, stała kałuża krwi skrzepłéj.
Sydbór i wszyscy świadkowie téj śmierci długo stali, wpatrując się w nieszczęśliwego. Dzień się robił coraz jaśniejszy i do chaty zaglądał już, gdy zatętniło i kneź Mieszko z drużyną podjechał pod zagrodę. Wybiegł Sydbór miecz Wigmana niosąc i winszując mu zwycięztwa.
Wolińcy byli na głowę pobici, poszli w rozsypkę i mnogim trupem usłali pobojowisko, najniebezpieczniejszy z nieprzyjaciół, Wigman, nie żył.
Mieszko wszedł spojrzéć tylko na trupa, zmierzył oczyma tę dumną, nawet w chwili zgonu postać i nie rzekłszy słowa, chatę opuścił, nakazując pogrzeb przystojny nieprzyjacielowi.
Wkrótce około zagrody zbierać się zaczęły rozproszone oddziały, które przez całą noc ścigały uchodzących. Ziemko i Hłaska polegli oba, zwycięztwo było zupełne i na długo trwogą napełnić mogło nad-odrzańców.
Czesi i polany zebrali się tu znowu, znosząc łupy i obliczając swe straty, które bardzo szczupłe były. Zdobyczy nie wzięto wielkiéj, oprócz silnego niewolnika a niewiele wartego uzbrojenia.
Tu odpocząwszy nieco kneź zdał dowództwo Sydbórowi, napowrót ciągnąć mu każąc do Poznania, a sam w kilkanaście koni tylko puścił się przodem, zabrawszy z sobą Wigmanów miecz, jako zwycięztwa swojego pamiątkę.
Tak skończył niespokojny ów warchoł, który z Geronem razem napadał naprzód polan, potém na nich wiódł wolińców, wojował za cesarza i przeciw niemu, ze słowiany i na słowian... i nigdzie nie znalazłszy spokoju, musiał umrzeć, aby przestać mącić go drugim.
Naprzeciw zagrody słowiańskiéj usypano mogiłę comesowi, na któréj krzyża nie było komu postawić.
Cesarz dowiedziawszy się o tém z pogranicza, nie rzekł nic, żal mu go było może.
Nazajutrz w Regensburgu uroczyste za duszę grafa odprawiono nabożeństwo.







X.



Jak niegdyś ojciec Własta przyjmował na Krasnéjgórze swych powinowatych i sąsiadów, gdy mu syn powrócił — teraz jesienią O. Matja na dzień Wszystkich Świętych, zaprosił chrześcian nawróconych do siebie, aby z nim razem nabożeństwo i skromną odprawili biesiadę, nie potrzebował się on taić ze swą wiarą, która codzień jawniéj po całym kraju występowała; ustały nawet nadzwyczajne ostrożności, gdyż nie zdawało się, ażeby gorliwsi bałwochwalstwa wyznawcy, śmieli się porwać na chrześcian, do których kniehini, znaczna część dworu jawnie, a kneź téż, choć nie ogłaszając się z tém, należał.
Bałwochwalstwo ustępowało milczące; strwożone, ale się tuliło uparte tam, gdzie je dosięgnąć było najtrudniéj... w lasy i niedostępne uroczyska.
Tu, kto z nowych apostołów śmiał się puścić, niosąc krzyż i ewangelią, znajdował opór tak groźny, iż życie unosząc, uchodzić musiał. Gdy w pobliżu grodów, już wszystkie na drogach bałwany, oznaki pogaństwa, poobalano — daléj w lasach strzeżone były pilnie i żadna ich ręka nie tknęła.
Gromady starców, bab, parobków w pałki pouzbrajanych, obsiadły brzegi świętych strumieni, rozdroża, dęby, i przystępu do nich broniły.
W lasach między Gnieznem a Poznaniem — na miejscu wywróconych bogów, kryjomo stawiano krzyże, ale nazajutrz znajdowano je połamane i popalone.
Nigdzie do téj walki nie występowano jawnie, a jednak nie ustawała ona ciągnąc się nieprzerwanie... Chrześciaństwo zyskiwało wyznawców — bałwochwalcy coraz się do rozpaczliwszéj pobudzali obrony...
Dom Własta, do którego oprócz nowych chrześcian, nikt prawie nie zaglądał, przybrał postać nową i wszystkie oznaki, jakie mieszkania chrześcian na zachodzie odróżniały.
Znikły dawne uzbrojenia, rynsztunki, łuki i tarcze, które Jarmierz pochował do komor.
O. Matia uczynił klasztor niemal ze swojego dworu. Sam teraz przywdział ciemną suknię podobną do tych, które nosili synowie Św. Benedykta na Monte Cassino, u których czas jakiś przebywał — a izby przybrał jak cele klasztorne w wizerunki zbawiciela, w bizantskie obrazki matki jego, w krzyże i godła wiary swojéj. U każdych drzwi wisiała przybita kropielnica... a kaplica coraz nowemi zbogacana nabytkami, świeciła kosztownym sprzętem i bogatemi aparatami. Ołtarz umajały kwiaty... zmieniane codzień. Przed nim O. Matia, modlił się za duszę ojca i za nawrócenie kraju, którego miłość była dlań pobudką nieustannego apostolstwa.
On i ks. Jordan, kilku czechów, którzy im pomagali, nauczali codziennie gromady tych, co już chrzest przyjąwszy, na pół jeszcze bałwochwalcami pozostali. Wielu tu wiarę jak szatę nową wdziewało obojętnie, a żyło starym obyczajem, usiłując z sobą pogodzić nieodżałowaną przeszłość, z nieuniknioną przyszłością.
Hoża już także z rąk brata przyjęła chrzest i zwała się Hanną, Jarmierz wziął imię Andrzeja, ślub połączył tę parę, którą Włast uczynił u siebie gospodarzami; lecz i z temi najbliższemi téż same miał trudności O. Matia co z obcemi. Powoli krzewiła się wiara, nie łatwo przyswajano jéj obowiązki.
Jesień już późna, na uroczysty ten dzień wszystkich świętych, obdarzyła niezwykłém ciepłem i pogodą. Pajęczyny jedwabne rozścielały się po polach, na drzewach ostatki liści pożółkłych jeszcze się trzymały, zasiane żyta już zdawały się wiosny obietnicą, tak zieleniały bujno.
Lekki przymrozek posrebrzył je tego rana.
We dworze już przed brzaskiem było wszystko w ruchu, pieczono i warzono dla gości, ustawiano stoły po izbach i w szopce... bo się spodziewano wielu. Włast z dawnych tradycyi, która się dobrze godziły z chrześciańską nauką, zachował gościnność polańską dla wszystkich. Każdy kto do drzwi jego zapukał, przyjętym był, choćby zresztą i do chrześcian nie należał. Jałmużnę rozdawano obficie.
Rano, razem z gośćmi dalszémi, przybył ks. Jordan z zamku, i dwaj czescy kapłani... przysposabiano się do mszy, a tymczasem coraz ktoś nadciągał nowy. Byli to po większéj części nawróceni żupani i kmiecie, ale i uboższego ludu przychodziły nieśmiałe gromadki. Większa część przybywszy, jako znak na piersiach zawieszała krzyżyk przy chrzcie dany, który najczęściéj jedną był w nich chrześciaństwa cechą.
Mała kapliczka nie mogła pomieścić przychodzących, lecz ołtarz stał naprzeciw otwartego okna, tak, że z podwórza przy nim widzieć było można kapłana, i tu ustawiały się téż szeregi. Tymczasem Jarmierz ze służbą przysposabiał stoły, chleb i przyjęcie.
Chrześciańska ta nowa społeczność powierzchownie się jeszcze nie różniła niczém od dawnéj pogańskiéj; szaty, oręże, wszystko zostało toż same, tylko łagodniejsze już widać było oblicza, i ciszéj sprawiali się zbrojni goście.
Przed południem, gdy już i podwórko i izby pełne były, samych prawie mężczyzn, ks. Jordan z dwoma duchownemi, wyszedł przed ołtarz ubogi ze mszą świętą. Cisza uroczysta zaległa do koła. Większa część tych chrześcian nie wiele modlitw umiała... modlono się duchem tylko, dopiero gdy po ofierze rozpoczęto litanią, cała gromadka powtarzać zaczęła głośno — zmiłuj się i módl się za nami.
Może, jak opowiada o innych słowianach Dytmar, że — kiryeelejson — przez nieświadomość przekręcali na — Ukra-olsza (u krzaku olszyna), tak i tu niejeden słów nie rozumiał, lub odmienił, lecz sama chęć starczyła ubogim na duchu za modlitwę.
Nabożeństwo odbyło się wśród ciszy poważnie i musiało radować apostołów, widzących już owoce swojego trudu. Z promieniejącą twarzą pomodliwszy się u ołtarza, O. Matia zdejmował białą komżę i miał spieszyć do gości, gdy Jarmierz wpadł dając mu znać, że od Poznania widać ciągnący orszak, w którym się domyślano knezia...
Wyszedłszy przed wrota, w istocie ujrzał Włast kilkanaście koni, które się zwolna ku dworowi zbliżały, a na ich czele mężczyznę, i dorodną niewiastę... Za niemi szły psy, a chłopak obok niósł na ręku sokoła.
Wyjechali więc na łowy, a Krasnagóra znalazła się na drodze — wypadkiem — czy do niéj zboczyli umyślnie?? Włast został przy wrotach, aby na wypadek odwiedzin pańskich powitać go z czołobitnością należną...
Gdy się jadący zbliżyli, łatwo już było rozpoznać wesołe knezia oblicze i swobodną zawsze twarz Dubrawki, która dotąd wianka dziewiczego zrzucić nie chciała, i teraz téż w nim jechała uśmiechając się to mężowi, to wesołéj okolicy. Zdala już kneź skinął na Własta i podjechawszy do wrót, stanął.
— Dziwne sprawy — zawołał — u was zawsze widzę gody! Zastałem je niegdy tu u ojca waszego, a oto i syn także biesiaduje i gości ściąga.
Kneź popatrzył na stojących w podwórzu, którzy mu się nizko kłaniali. Dubrawka rozglądając się téż, dostrzegła przez otwarte okno ołtarz i krzyż i przeżegnała pokornie.
— Co to u was dziś — wesele czy urodziny? spytał Kneź.
— Święto — odparł duchowny ks. Jordan — pamiątka tych wszystkich, co za wiarę cierpieli, i co się dla niéj zasłużyli — a jutro, obchodzić będziemy dzień zmarłych.
Kneź głową pokiwał tylko, jakby o tém mowy unikał, był bowiem nie bardzo jeszcze świadom obyczaju nowego i z ks. Jordanem często odzywając się, miewał o to spory... bo mu się trafiały dziwne sądy i pytania. Przy ludziach więc Mieszko wolał nie mówić, aby się na poprawki nieubłaganego kapłana nie narażać.
Włast ośmielił się poprosić, aby kneź i kniehini zsiedli i odpoczęli.
— Nie mam ja czasu — rzekł kneź - ze psy i sokoły, jedziemy sobie do Gniezna. Zamiast tu pozostać, ja gościa jeszcze zabiorę... Ks. Jordan mi potrzebny, pojedzie ze mną — ale kubek miodu mi dajcie — wypiję.
I tak na koniu siedząc, Mieszko rozglądając się ciągle, miód podany wychylił — kniehini téż drugi przyniesiono, i nie odtrąciła go. Śmiejąc się, przyłożyła do ust rumianych. Tymczasem już dla ks. Jordana konia wyprowadzano, i cały ten orszak, jak przybył zwolna, tak odciągnął nie spiesząc ku lasom. Ludzie stojąc długo za nim patrzali.
Ks. Jordan w orszaku pańskim jechał milczący modlił się, nie wiedząc spełna na co był w podróży i Gnieźnie potrzebny, lecz wszędzie i zawsze miał wiele do czynienia. Parę razy puszczono psy, raz czy dwa razy sokół się zerwał, ale łowy nie szły, co ks. Jordan świątecznemu dniowi przypisywał, ale dla nowo nawróconych w wielu rzeczach trzeba było być pobłażającym.
Przez cały dzień, polami i lasami podróż do nocy się przeciągnęła i już dobrze zmierzchało, gdy osada nad jeziorem z grodem na Lechowéj górze się ukazała. Znaczną przestrzeń zalegało miasteczko nad brzegiem, z drzewa pobudowane całe, ale czyste i zamożne. Dworki świeciły ścianami malowanemi, i wyrzynanemi słupkami.
Rzemieślników było tu prawie tyle co w Poznaniu i tyleż wojska... w części na grodzie, i w chatach około niego pomieszczonego. Na górze opasany wałem, a z jednéj strony wodą oblany stał gród książęcy stary, drewniany jak wszystkie ówczesne słowian, jak większa część budowli w niemczech nawet. Wśród niego widać było szarą, na wysokich słupach stojącą kontynę pogańską, z dachem czerwono malowanym. Na najwyższym jéj szczycie, wycięty z drzewa potwór jakiś się unosił.
Tuż były domostwa książęce obszerne, podobne do tych, co stały nad Cybiną, starsze od nich może, w tenże sposób przyozdobione.
Ale tu krasne malowania i dawne barwy wypełzły i słupy a ściany jednako szaro wyglądały a posępnie. Sydbór wyszedł pieszo do bramy naprzeciw brata, ciesząc się z jego przybycia. Musiał się go spodziewać, bo nietylko stoły czekały nakryte, ale gromada ziemian w podwórzu z odkrytemi głowy. Pomiędzy dworem a kontyną leżały stosy kamieni zwiezionych świeżo. Za starszyzną u ściany widać było ludzi obcych twarzy, którzy téż zdawali się tu oczekiwać na Mieszka i ciekawie mu się przypatrywali.
I on i Dubrawka zsiedli z koni pokłonami witani aż do ziemi — lecz zamiast iść do dworu, Mieszko poszedł z ks. Jordanem ku kontynie, dokoła ją okrążył, obejrzał się po podworcach, nic nie rzekł, i wszedł wróciwszy do izby biesiadnéj.
Mieszkanie to było nizkie, okopcone, proste i niczém nie ozdobne, tak jak z Piastowych czasów zostało... Ławy do koła, stoły na krzyżowych podporach, podłoga z opółków, zielonym kosaćcem posypana. Przez pootwierane drzwi, widać było izby dalsze, do pierwszéj podobne.
Mieszko się obejrzał z pewném uszanowaniem po dworze. U głównego stołu stały już gotowe dwa siedzenia, a przed niemi naczynia srebrne... i misy, lecz nie siadł kneź jeszcze i rzekł do żony...
— Pokłonić się nam trzeba wprzód... duchowi tego gospodarza, co tu pierwszy ze krwi naszéj gościł.
I szedł potém prowadząc żonę, a Sydbór jakby domyśliwszy się, poprzedzał ich przez izby i komory. I obeszli tak całą połać jedną grodu, aż do drzwi, które stały zaparte. Sydbór je otworzył...
Komora była niewielka, podobna do świetlicy w ubogiéj chacie. Ława i stół w niéj tylko... Naprzeciw wnijścia na ścianie, oponą bogatą, jak królewska szata, wisiało coś osłonionego.
Mieszko widocznie wzruszony kołpak zdjął z głowy, a Sydbór na dany znak, przystąpiwszy do ściany, oponę zwolna odgarnął.
Spodziewała się może kniehini ujrzeć jakieś bogactwa, lub coś nadzwyczajnego... U ściany wisiała prosta szara siermięga, lipowe kurpie i kobiałka, a pod niemi stał ul pusty.
— Miłościwa pani — odezwał się Mieszko — Piastowa to pradziadowa kmieca odzież, od któréj go wzięto na stolicę... Nam ją wnukom zostawił, abyśmy nasz początek i wyjście pomnieli.
To mówiąc, ujął w ręce kraj staréj szaty i pocałował ją kneź, a za nim Sydbór — Dubrawka stała nieco opodal.
— Nie zachowali my na Hradszynie Przemysławowego pługa — miły panie, ale Piastowa siermięga i ul na równi z nim w pamięci wnuków zostaną.
Sydbór zasłonę ściągnął — Mieszko wyszedł smutny. To wspomnienie przeszłości było dlań może wyrzutem w chwili, gdy mu się zdawało, że ją zdradził, i że się jéj wyrzekał. Zawahał się czując chwilę stanowczą nadchodzącą.
Dubrawka zdawała się myśli odgadywać, i gdy do izby dochodzili, w któréj starszyzna czekała, zaledwie mrucząc po cichu — odezwała się do knezia...
— Szkoda żeście z sobą do téj komory, nie wzięli ks. Jordana — niechby ową siermięgę święconą wodą pokropił — a lżéjby na sercu wam było...
Wchodzili już do izby, witani znowu pokłonami nizkiemi... a że mrok był, pacholęta wniosły pochodnie i uczta się rozpoczęła.
Nie było niewiasty nad Dubrawkę milszéj, gdy gośćmi otoczona, wesele w nich i dobrą myśl dostrzegła. Naówczas śmiały się jéj usta i oczy, i pobudzała drugich, wyzywała, a ochoty dodawała. Nikt u niéj czoła pochmurnego nie widział, ani ponuréj twarzy, przez co i drudzy się téż ożywiali i ośmielali.
Umiał kto pieśni, kazała spiewać, proszono ją, chętnie nuciła swoje czeskie stare, w których ludzie, jakby zapomniane swoje własne znajdowali. Czyniły one takie wrażenie u polan — jak gdyby je kiedyś w dzieciństwie — czy na drugim świecie jakimś słyszeli... a teraz je dopiero sobie przypominali. Gdy nad Wełtawą pieśń przezimowała ciężkie lata i z wiosną się obudziła — tu — nad Wartą i Wisłą, zmroził ją jakiś podmuch — czy wyżegła wojna...
W wielkiéj izbie wesoło było dziwnie... ale Mieszko siedział smutny... czy mu na oczach stała Piastowa siermięga, czy Wigmanowa śmierć — czy to co jutro przyjść miało.
Przez otwarte okna coraz to się dawał słyszeć trzask jakiś dziwny, na który nikt może nie zważał, oprócz Mieszka. Ile razy doszedł uszu jego, kneź się wstrząsnął, popijał, a oczyma wodził jakby przestraszonemi.
Gdy tu biesiadowano wesoło, w podworcu działo się, na co ludzie stojący na wałach dokoła, z przerażeniem patrzali.
Kupka obcych jakichś, którą kneź wysłał przodem, przystąpiła do staréj kontyny. — We drzwiach jéj stało dwu dziadów na kijach opartych. Starszyzna jakiś odezwał się do nich.
— Idźcie sobie starzy, nie macie tu już co robić, ni czego strzedz. Skarb wzięty na dworzec, a chramowi przyszła ostatnia godzina.
Dwaj dziadowie posłuchali jakby nie rozumieli, spojrzeli potém po sobie, i milcząc, weszli do środka. Za zasłonami stał stary drewniany kloc, podobny do jakiéjś nieforemnéj człowieczéj postaci, obwieszany blachami i kawałkami zbroi. Z jednéj strony przymocowana była dzida, z drugiéj tarcza bogata. U nóg posągu stały ofiarne naczynia.
Dziadowie przyszli do stóp posągu i posiadali na ziemi.
Człowiek, który ustąpić im kazał, poszedł powoli w ślad za niemi.
— Ustąpić! — zawołał — rozkaz knezia, idźcie ztąd, nie macie tu nic już do roboty.
Starcy ze spuszczonemi głowy, nie odezwali się z żadną odpowiedzią. Ten, co ich chciał wygnać ztąd, poczekawszy nieco, zniecierpliwiony jednego z nich za ramię chwycił i szarpnął. Dziad się pochylił, starał oprzéć, obalił, podniósł i siadł znowu. Łajanie, groźby, nie pomagało nic. Musiał wyjść i ludzi zawołać, którzy do starych się zbliżywszy, gdy inaczéj wyprzeć ich ztąd nie było podobna, musieli za bary pochwycić i mimo oporu wyrzucić za drzwi kontyny. Lecz zaledwie wypchnięci, oba wrócili i pokładali się przy posągu. Wyciągnięto ich raz jeszcze i związanych zaprowadzono gdzieś za dworzec. Na wałach jak mur stali ludzie milczący, patrzali mimo ciemnéj nocy i ktoby był usłyszeć mógł głosy, co z tamtąd płynąc, z wrzawą biesiadną się mięszały, rozeznałby w nich jęki i płacze, ale ciche i stłumione...
Co się działo wewnątrz kontyny, nie widział nikt, wynoszono z niéj, wytaczano, zabierano sprzętu resztę. Słychać było jak się darły zasłony i słupy nagie stanęły, a na przestrzał pod dachem, szopa pusta. W tém głuche uderzenia siekier słyszeć się dały, a każde z nich odezwało się w sercach tych, co tam na wałach stali. I biły siekiery długo, podrębywały do koła, a na niebie czarny dach chramu zdało się zadrżał, chylił, chwiał — po tém, odskoczyli ludzie, cała budowa stara z trzaskiem wielkim runęła na ziemię. Głośniejszy jeszcze od niego był jęk, który przebiegł po wałach. Świat się to walił stary. Ludzie oczy pozakrywali i płakali.
Ze dworca, mimo łomu tego i wrzawy, nikt nie wyszedł, pachołkowie z zewnątrz zasuwali okiennice. Została kupa rumowiska, w któréj gdzieniegdzie jeszcze coś chrupnęło, obsunęło się głębiéj i zapadło.
Ludzie długo nie przystępowali do téj ruiny, lecz wskazał starszy z boku i rozpoczęła się szybka robota. Chwytano i wyciągano belki, rozrąbywano krokwie, wleczono słupy, oczyszczano miejsce na którém stała kontyna. Parobcy zwołani dźwigali to i składali na kupę pod wałami, które gromady ludu zalegały. Nie ruszał się nikt zrazu, po tém w mroku jak mrówki zaczęli się tłumem spuszczać ludzie z okopów i unosić te szczątki. Ledwie się to rozpoczęło, w mgnieniu oka posypali się z innych stron drudzy, i belki, słupy, resztki dachu, wszystko co zostało, nikło. Tysiące rąk podawało sobie te pokruszone części chramu, które gdzieś w ciemnościach nocy tonęły.
Tylko na wałach, w cichych gromadach ruch się wziął jakiś, pospieszny, gorączkowy, nieustanny. Jedni na dół się spuszczali, drudzy pędzili do góry, mijając się w milczeniu. Straż i ci, co znosili drzewo, chcieli się opierać téj kradzieży. — Tłum ich milczący nacisnął, otoczył, skupił się, objął tak, że z trudnością wyzwolić się potrafili. Z wałów stoczyli się ludzie ci niemi, ku rumowisku i wprost z niego chwytali unosząc co leżało jeszcze. Wyparci obcy, którzy obalili chram, musieli milczący i bezczynni pozostać na boku, nie śmiejąc się już ruszyć. Z rąk im wyrywano drzewo odpychając, krzyczeć i wołać pomocy nie chcieli, ustąpili więc, czekając aż rabunek się skończy.
Stos się zmniejszał w mgnieniu oka, najcięższe kłody wysuwały się w ciemności gdzieś i przepadały w nich. Została kupka kamieni tylko i te potoczyły się ku wałom, nareszcie poruszona ziemia, węgle i trzaski okrywały plac i tłum z wałów odpływać począł.
Małe kupki gdzieniegdzie widać było zdala, po tém nikogo więcéj. Stary chram zniknął bez śladu.
Gdy po długiéj uczcie wyszła starszyzna z dworca, rozgrzana miodem i rozradowana przyjęciem, wszyscy stanęli oniemieli na widok pustéj przestrzeni, gdzie przed niewielą godzinami jeszcze stał chram stary. Spojrzeli po sobie długo, milcząco i cicho rozchodzić się zaczęli.
Po wałach czuwały zbrojne straże i wszystek lud wojenny gotowy był jakby nazajutrz wybierano się na wyprawę. Noc przeszła na czuwaniu w grodzie i mieście, tylko Mieszko legł spać, nie troszcząc się o nic. Do dnia, już był na nogach. Ze dworca wychodził on, Dubrawka, Sydbór i ks. Jordan w białéj sukience, włożonéj na czarną, którą zwykle nosił. Za nim chłopak dźwigał naczynie z wodą spiżowe.
Mieszko wyszedłszy z dworca, oczyma potoczył do koła. Świątyni dawnéj nie było ani szczątka, znikło nawet to z czego była zbudowana. — Noc, jakby cudem uprzątnęła miejsce, zmiotła okruchy nawet, tylko świeżo ruszona ziemia znaczyła plac, gdzie niegdyś stał chram Jessego.
Wolnym krokiem zbliżyli się wszyscy ku miejscu, które już ks. Jordan przodem pospieszając, kropił wodą święconą. Kneź się obejrzał do koła. Na grodzie nie było nikogo, prócz zbrojnych ludzi i dworu.
Obcy człek z odkrytą głową zbliżył się pokornie, w ręku trzymając miarę. Za nim postępowało kilku pomocników. Razem z ks. Jordanem poszli odmierzać plac i zakreślili na nim wielki krzyż, który białemi kołkami wytknięty, zdala był widoczny.
Godło zbawienia leżało w rozmiarach olbrzymich, na poświęconém miejscu, a Dubrawka przeżegnawszy się, wskazała środek krzyża.
— Tu będzie mój grób! — rzekła.
Mieszko milczał.
Odstąpili wracając ku dworowi, gdy do knezia zbliżył się jeden z jego komorników.
— Miłościwy panie — odezwał się cicho[37] — Dwaj starzy od chramu leżą powiązani, co zrobić każecie z niemi. Wczoraj bronili przystępu, nie można było ich odegnać.
Kneź milczał, zniżył głos, obejrzał się ku księdzu i żonie, jakby się lękał, aby go nie posłyszeli...
— Weźmijcie ich na wóz! nakryjcie słomą, wywieźcie gdzie do lasu na uroczysko i wyrzućcie. Odwrócił się szybko, nie wesoło mu z oczów patrzało.
Dubrawka przyszła i rękę położyła na ramieniu.
— Panie mój miłościwy — radować się i cieszyć macie, boście wielkiego dokonali dzieła.
— Nie dokonaliśmy go jeszcze — szepnął Mieszko — nie dokonali a już boli, cóż będzie, gdy się spełni.
— Wówczas boleć przestanie — dodała Dubrawka śmiało — a im prędzéj to uczynicie, będzie lepiéj.
Kneź swoim zwyczajem nie odpowiadając nic, na Sydbóra spojrzał, który także stał na pół wystraszony, pół smutny, weszli obaj do dworca.
Na owym rozpiętym krzyżu, który wodą pokropił święconą, klęczał ks. Jordan i modlił się. Nie obchodziło go to wcale, iż ludzie, poganie w wielkiéj części, patrzali nań z podziwem i zabobonną trwogą. Ta modlitwa dziękczynna była potrzebą jego duszy, od któréj się powstrzymać nie mógł. Z rękami zaciśniętemi, oczyma wlepionémi w ziemię na któréj klęczał, modlił się płacząc, jakby chciał wszelkie nieszczęścia od tego poświęconego przez się miejsca odegnać i sprowadzić nań błogosławieństwo Boże, po wiek wieków.
Tymczasem obcy ludzie co mierzyli i wytykali jakby zagrzani jakimś zapałem, ruszyli się ku stosom przygotowanych kamieni, drudzy już z łopatami stali, gotowi kopać. Ks. Jordan klęczał jeszcze. Gdy wstał i pobłogosławił na cztéry strony plac, dano znak i dokoła posypała się ziemia. Mieszko i Dubrawka już odjeżdżali, ks. Jordan téż z niemi, Sydbór przeprowadzał brata.







XI.



Tak się przygotowywało wprowadzenie wiary chrześciańskiéj do kraju i Dubrawka co chwila się spodziewała, że nareszcie krzyż zatknięty zostanie na dachu pierwszego kościoła. Im bardziéj jednak zbliżała się ta chwila, tém Mieszko dziwniéj ociągał się z nią i odkładał krok stanowczy. Ile razy wyruszył na łowy, spotkał w drodze lud, popatrzał na chmurne twarze, pomówił z ziemianami, którzy od wpływu dworu byli dalecy, wracał jakby niepewny i wahający się znowu, a gdy kniehini pytała go o chrzest ów zapowiedziany, uroczysty, nie odpowiadał jéj nic.
Ks. Jordan wzywany do narady, życzył czekać i nie nalegać — zdało mu się, że sama potrzeba zasłonięcia się od niemiec i przymierza z cesarzem zmusi do chrztu i otwartego krzewienia wiary. Wprawdzie nie ukrywano się z nią, opiekowano nawróconemi, odprawiano nabożeństwa, ale sam kneź nie był już ani poganinem, ani chrześcianinem jeszcze. Wielu rzeczom się opierał, a bardzo wielu rozumieć i słuchać nie chciał. Samowola, do któréj nawykł przez całe życie, poddanie się prawu czyniła dlań nieznośném. — W duszy może nieraz lepiéj rozumiał opór ludu, dla którego był pobłażającym, niż przymus jaki nań wywierano.
Ks. Jordan był cierpliwy. Dubrawka, mimo postanowienia coraz się więcéj zżymała na męża, zwłaszcza, że z Czech szły ciągle zapytania o chrzest i ślub uroczysty, o ogłoszenie chrześciańskiéj wiary głośne i jawne, na które nie wiedziała już co odpowiedzieć. Jéj staraniem tymczasem nawróconą została Górka, a za nią poszedł niemal cały dwór jéj, oprócz staréj Srokichy, która uciekła naprzód na Krasnągórę do wychowanka, a tam znalazłszy wszystko do niepoznania zmienioném, płacząc schroniła się gdzieś do lasu.
Napróżno Włast usiłował ją wstrzymywać, wyrwała mu się jednego ranka i więcéj już nie powróciła.
Przez całą zimę trwało to naleganie ze strony kniehini i milczenie uparte samego pana.
Dubrawka, niecierpliwa i żywa z trudnością znosiła upór mężowski, nie mogła nawet odgadnąć jego myśli. Nieprzeciwił się nawracaniu, czasem karał tych, co chrześcianom krzywdy wyrządzali, lecz niekiedy bronił naglonych do przyjęcia chrztu i niepodzielał wcale gorliwości córki Bolesława, która w tym pogańskim jeszcze świecie, nieustannie myślała, tylko aby wszystko dawne obalić. Gdy Mieszko obojętnie jakoś czekał i przeciągał, jéj wysłańcy pokryjomu obalali posągi, palili kontyny i po nocach zatykali krzyże napróżno.
Po nowym roku, raz jeszcze kniehini poczęła prosić męża, aby jéj dotrzymał słowa. Mieszko znowu zmilczał, a gdy naciskać zaczęła nań, wyszedł nic nie przyrzekłszy.
Kneź był dobrym mężem, ale niewieście nie przyznawał prawa rozporządzania się w domu. — Gdy go nagliła bardzo, miał zwyczaj żartobliwie odsyłać ją do wrzeciona i krosien.
Zima była ostra w tym roku, dzień po dniu jednak jeżdżono na łowy, Mieszko wyruszał często przededniem, bawił długo i ledwie wróciwszy, wybierał się znowu.
Raz gdy z takich łowów wrócił na zamek późną nocą, a kilkoro sań przywiozło za nim zwierzynę, w komorze do któréj wszedł, znalazł na siebie oczekującego Dobrosława.
Zaczął mu opowiadać o łowach i o ostatnim dziku, którego ludzie żywcem wzięli, gdy spojrzawszy na twarz swojemu słudze, postrzegł na niéj oznaki jakiegoś niepokoju. Nie nawykły do milczenia, spytał zaraz — czy się co we dworze nie stało?
Dobrosław zwlekał z odpowiedzią.
— Miłościwy kneziu — rzekł wreszcie skinąwszy wprzód na komorników, aby odeszli — nasza kniehini się wybiera w drogę...
— Dokąd? kiedy? — spytał kneź.
— Przyjechał z Pragi poseł... nie wiem co przywiózł z sobą, kazano wszystko do podróży sposobić...
Ponieważ noc była późna, Mieszko nie pytając ani dowiadując się więcéj, legł na spoczynek.
Nazajutrz raniéj niż zwykle był na nogach. W istocie w dworcu Dubrawki ładowano juki i skrzynie i wynoszono je w podwórze, widać było ludzi spiesznie się uwijających i ruch niezwykły. Posłał Mieszko natychmiast po Różanę.
Zdaje się, że stara pani już się tego spodziewała, bo mimo pory rannéj weszła ubrana starannie, we wszystkie błyskotki, które lubiła.
— Co się u was dzieje? — zapytał kneź.
— A! miłościwy panie! miłościwy panie... — do nóg się kłaniając i przystępując blisko, jak do poufnego zwierzenia Różana — co się u nas dzieje!.. tracę głowę! sama nie wiem... Zamęt... Wczoraj przybyli czechy do miłościwéj pani, mówiła z niemi długo na osobności. Nie mam tego zwyczaju, żebym podsłuchiwała... nie wiem nawet, co mówili... Ale cicho szeptano długo, długo, a potém wyszła miłościwa pani i kazała wszystko swoje co przywiozła z Pragi ładować i wiązać... wszystko... wszystko... Któż może zgadnąć, co to znaczy? Ja stoję i patrzę... kniehini ma swoje niewiasty czeszki, którym się zwierza... na mnie ledwie rzuci okiem... Nigdy nic nie wiem!..
Różana załamała ręce.
Mieszko popatrzał na nią i skinieniem ją odprawił. Czekał na to, aby mu Dubrawka sama przyszła wytłumaczyć, co znaczył ten wybór w drogę; godzina upłynęła jeszcze. Naostatek Dubrawka weszła. Ale nie jak zwykle z twarzą wesołą i obliczem rozpromienioném — niespokojna, smutna i widocznie poruszona.
Mieszko ręką jéj wskazał w podwórze, jakby zapytywał — Co to jest?
Dubrawka popatrzała nań.
— Posłałam do Pragi, aby po mnie ojcowscy ludzie przybyli... wrócę do rodzicielskiego domu. Dłużéj tu nie mogę zostać...
Strzymała się nieco i ciągnęła daléj patrząc na męża.
— Wstyd mi... widzicie że noszę wianek dziewiczy na głowie, bo uroczystego chrztu i zaślubin nie było. Nie mogę powiedzieć, żem żoną twoją... Wobec chrześcian córka Bolesława jest tylko twoją ulubienicą, jak te dawne Lilje i Luby... a córka Bolesława Lutego, wnuczka Przemysławów, nie może nią być i nie będzie. Wolę powrócić do domu, niż dłużéj to cierpieć i sromać się przed mojemi pogaństwa a takiego życia. Pojadę do domu! — powtórzyła.
Stał Mieszko zdziwiony i niemy — Dubrawka téż prawie płakała... ale nie chciała dać poznać po sobie, że na łzy się jéj zbierało.
— Nie pojedziecie — odparł Mieszko — musieliby po was całe czeskie wojsko przysłać, inaczéj ja nie puszczę.
— Ucieknę — a tak w grzechu i wstydzie żyć nie będę — dodała Dubrawka.
Kneź ramionami ruszywszy siadł na łożu i zadumał się.
— Słowo dałem i strzymam — odezwał się — wiem co czynię.
— Miłościwy panie i ja wiem czego żądam... czekałam z pokorą... czas albo mnie nazwać żoną, lub opuścić ze wstydem.
Wstał kneź zwolna, zadumał się — przystąpił do płaczącéj i rzekł.
— Gdy pierwszy skowronek zaśpiewa, upadnie resztę chramów i w Gnieźnie krzyż zatkniemy. Gdy pierwszy skowronek zaśpiewa — powtórzył.
Dubrawka plasnęła w ręce i oczy jéj zaświeciły...
— Na nowego Boga twojego, na Chrystusa, który wiarołomnych karze, przysięgnij mi — zawołała — i z szyi zdejmując krzyżyk, podała mu go — przysięgnij.
— Przysięgam — rzekł Mieszko...
Dubrawka rzuciła mu się dziękować, kneź siadł chmurny, nie mówiąc więcéj.
Od tego dnia rozpoczęły się jawne przygotowania do większéj uroczystości.
Posłowie czescy odprawieni nazad do Pragi, mieli jeszcze raz przybyć ze skowronkiem razem... wioząc z sobą świętobliwego kapłana Bohowida, który chrzest uroczysty Mieszka miał dopełnić.
W Gnieźnie nad częścią już wznoszącego się nowego kościoła, na prędce dach kazano ukończyć, aby w téj pierwszéj świątyni, odbyć się mógł obrząd chrztu. Ks. Jordan, O. Matja i inni duchowni zbierali tymczasem przygotowujących się neofitów, ażeby razem z kneziem jak największa ich liczba do chrztu stanąć mogła.
Na zamek gnieźnieński wieziono białe szaty i wszystko co do świetnéj uroczystości téj było potrzebném. W tym samym dniu po całéj ziemi, oznaki bałwochwalstwa, posągi, słupy, kamienie wywrócone i zniszczone być miały.
Na grodzie poznańskim, gdzie dawno już stary chram stał pustkami, obalono go jednego dnia, w obec wszystkich, nie znajdując żadnego oporu, bo dwór i wojsko już wcześnie całe prawie do przyjęcia chrztu było przygotowane.
Tegoż dnia poświęcił ks. Jordan pierwszy kamień kościoła, który miał się wznieść na jéj miejscu. Działo się to jawnie, bezkarnie, o starych wróżbitach i gęślarzach słychać nawet nie było, znikli gdzieś i niepokazywali się więcéj. Kraj był spokojny, lud milczący... księża przebiegali go bezpiecznie, ale u możniejszych tylko znajdowali gościnę i posłuch chętny — osadnicy ubożsi milcząco i obojętnie dawali im mówić nieodpowiadając wcale. Pomiędzy niemi nawrócenia były rzadkie.
Z pierwszym skowronkiem, po roztopach wiosennych przybyło czeskie poselstwo i Bohowid staruszek, który dawne czasy pamiętał.
Dubrawka wyszła pieszo przeciwko niemu; Mieszko przyjął ze czcią należną. Dwór, wojsko, co było chrześcian i tych, którzy niemi zostać mieli, wszystko pierwszych dni marca pociągnęło do Gniezna.
Pochód był uroczysty, powolny i wspaniały, lecz drogi, któremi ciągnął puste. Gdziekolwiek został jeszcze ślad pogaństwa, zatykano krzyże białe po drodze, które księża poświęcali.
Na wszystkich rozstajach, u źródeł, gdzie dawniéj składano ofiary, wznoszono znamiona wiary. Nigdzie i nikt nie śmiał stanąć w obronie dawnych bogów. Na widok tego orszaku, któremu towarzyszyły czeskie poczty — ludzie z pól uciekali i kryli się po lasach, głuche milczenie szło za nim.
Na zamku w Gnieźnie wały i dworce pomieścić nie mogły natłoku. Tu zbiegło się wszystko co pragnęło pod nową zaciągnąć się chorągiew, ziemianie, władycy i żupanowie, wojsko całe, wreście z ludu namówieni i zjednani. Tym od rana rozdawano szaty białe poszyte umyślnie, które kładli jako oznakę odrodzenia i oczyszczenia.
Gromadami stojących do koła grodu kapłani kropili wodą i dawali imiona nowe. Dostojniejszych czesi i Dubrawka we dworcu do chrztu trzymali. Naostatek przed świeżo wzniesionym ołtarzem w nowéj jeszcze i nieskończonéj świątyni, dla któréj relikwie z Pragi przywiózł Bohowid... Mieszko ochrzczonym został przez niego i pobłogosławionym wraz z Dubrawką... Sydbór i Górka także przyjęli chrzest, razem z niemi. Wspaniała uczta zakończyła ten dzień wielki, a nad dachem świątyni nowéj jaśniał wysoko wzniesiony krzyż który odtąd dziejom téj ziemi miał przyświecać.
Zdawać się mogło obcym patrzącym na ten spokój i ciszę, wśród których się odbył chrzest całego narodu, że nigdy może z większą uległością nie zmieniła się wiara od wieków wszczepiona na nową i nieznaną. Cieszyli się czescy kapłani i prorokowali przyszłość szczęśliwą, jeden Mieszko tylko wiedział, co znaczyło milczenie, to zaparcie tchu i zbieganie osadników w niedostępne lasy.
Ponieważ w głąb kraju dosięgnąć dla obalenia kontyn po lasach i bałwanów na polach a wzgórzach niełatwo było, nazajutrz zaraz wyznaczono oddziały zbrojne, które z duchownymi i przygotowanemi krzyżami wyruszyć miały, dotrzeć do znanych zakątków i tam wznieść godła wiary.
Włast z chęcią ofiarował się do jednéj z tych apostolskich wycieczek za przewodnika. Pragnąc się na nią wybrać jednak, natychmiast z Gniezna wyjechał do Krasnéjgóry, dokąd po niego przybyć mieli ci, którym mu towarzyszyć kazano.
Przed wieczorem jeszcze, przebiegłszy całą przestrzeń, którą wczoraj pochód książęcy przybrał w krzyże nowe, O. Matja ze smutkiem mógł się przekonać, co znaczyło owo pokorne tłumów milczenie. Wszystkie krzyże leżały podruzgotane, popalone i zbezczeszczone; nie został żaden na swojém miejscu. Ludzie się nie pokazywali nigdzie.
Z bolesném duszy wrażeniem przybył Włast do dworu.
Wieczór był chłodny wiosenny, w progu domostwa zastał siedzących Hannę i Andrzeja.
Wyszli oboje na jego spotkanie dowiadując się, co się w Gnieźnie i jak odbyło. Włast smutnie napół, wpół radośnie począł im opowiadać, jak świetnie chrzest się spełnił, jak mnogo ludu wdziało białe szaty, a jak podstępnie potém i sprośnie krzyże wystawione pozrzucano i zbezczeszczono w nocy.
— Ojcze mój — odezwał się nawykły tém imieniem go nazywać Jarmierz — początek to dopiero... wszystkiego się jeszcze spodziewać można, i nie dziś tylko, ale przez długie lata... Kto wie, co nas wszystkich czeka?..
O. Matja chwycił go za ręce.
— A! nie... — zawołał — teraz, gdy mamy prawo do tego, pojedziemy nauczać, objaśniać, nawracać, ludziom się serca i oczy otworzyć muszą, tak jak się one wam otwarły na światło...
Jarmierz spuścił głowę i nic już nie odpowiedział.
Weszli do dworu, O. Matja najprzód do ołtarza spieszył, aby się przy nim pomodlić. Hanna zastawiała skromną wieczerzę. Zasiedli do niéj właśnie, gdy Jarmierz wstał jeszcze, aby pójść obejrzéć wkoło dwór i zobaczyć, gdzie byli parobcy i stróże.
Obchodził je tak zwykle co wieczora.
Tym razem dłużéj go nie było z powrotem i Hanna poszła zobaczyć, gdzie się zabawiał tak długo.
Włast pozostał sam. Weszli nareszcie z powrotem, ale bledzi i strwożeni tak, że podniósłszy na nich oczy, brat spytał, co ich tak niepokoiło.
Jarmierz odzyskawszy przytomność, zawołał tylko.
— Uciekaj!..
Nie zrozumiał tego zrazu Włast.
— Dwór otaczają ogromne ludzi gromady, które z lasu ciągną w milczeniu... Parobcy uszli wszyscy, nie ma nikogo do obrony!.. Uchodzić trzeba, jeśli można...
Przeżegnawszy się, spokojnie O. Matja wstał z za stołu i wyszedł razem z Jarmierzem na podwórze.
Ztąd już widać było i od strony lasku i od pola jak mur w milczeniu stojące tłumy ludu, w którego pierwszych szeregach rozeznać mogli starych dziadów. W jednéj gromadzie Warga dowodził.
Ucieczka już była niepodobieństwem. Z tyłu, z przodu i po bokach, wszędzie opasywały ich te zastępy, o których złéj woli wątpić nie było można.
Włast uścisnął siostrę i Jarmierza.
— Uchodźcie — wyrzekł — ratujcie się, wam przebaczą i nie uczynią nic... Mnie co ma spotkać z woli Bożéj, przyjmę jako nagrodę. Idźcie...
Hanna płakała. Jarmierz zaklął się, iż nie odstąpi brata.
Głuchy szmer, jakby warczenie dalekiéj burzy, dochodził ich uszów. Stali w przedsieni naprzeciwko wrót, na których oparty pokazał się Warga z rozczochranym włosem. Zobaczywszy go Jarmierz, podbiegł ku niemu, lecz nim się zbliżył, starzec podniósł kij i krzyknął.
— Ubiję!..
Pomimo groźby zbliżył się do niego nieustraszony chłopak.
— Czego chcecie? — zawołał.
— Przyszliśmy na wasze nabożeństwo! — zaryczał stary — a że ciemno, my wam do niego poświecimy...
To mówiąc odstąpił od wrót.
Hanna jak obłąkana wpadła w głąb dworu, chcąc ratować brata i ciągnąc go z sobą. Na przestrzał przebiegli sień domostwa. Z drugiéj strony stał taki sam tłum gęsto zbity. Od lasu roiło się ciżbą. Jarmierz próbował się wydobyć przebojem, aby uciekłszy, sprowadzić pomoc, ludzie go pałkami wpędzili nazad na podwórze.
— Zniszczyć to gniazdo!..
— Z dymem ich puścić!.. — krzyczeli.
O. Matja postał chwilę, posłuchał, jeszcze raz uściskał siostrę i poszedł do kaplicy. Tu kląkł przed ołtarzem czekając śmierci. Jarmierz biegał jeszcze próbując, ażali mu się wykupić lub wyprosić nie uda u ludzi, lecz odpychano go wszędzie, mówić nawet nie dając.
Niedługo potém z kilku stron dworu błysnął ogień i dym zaczęło być czuć w powietrzu.
Podpalone dachy, popodkładane głownie pod ściany gorzały coraz większym płomieniem.
W chwili téj, gdy już żadnego nie było ratunku, Jarmierz przypomniał sobie jamę, w któréj niegdyś ojciec trzymał nieszczęśliwego Własta. Została ona przy odbudowywaniu dworu pokryta dachem i mało komu była znaną. Zdawało mu się, że do niéj schroniwszy się, mogą ujść płomieni i śmierci, bo nawet gdyby lekki daszek zgorzawszy padł na nią, mogli się w wyżłobieniu pod ścianą przechować, pókiby tłuszcza ta nie odciągnęła, a ci, co na ich życie czyhali, sądzić mogli, że zginęli w płomieniach. Z tą myślą pobiegł do Własta.
Trudno było modlącego się oderwać od miejsca, na którém chciał zginąć, aby dać wierze swéj świadectwo. Nareszcie zaklęcia i prośby wymogły na Właście, że się dał odciągnąć i uprowadzić.
Wszystko więc troje, niepostrzeżeni, bo lud nie napadł dworu nic z niego tknąć nie chcąc, tylko żywcem spalić swe ofiary, spuścili się zwolna do téj kryjówki, tak Włastowi pamiętnéj.
Los jego prowadził go znowu w to samo miejsce, na śmierć czy ocalenie... któż mógł przewidzieć?
Gdy Jarmierz narzuciwszy mokréj słomy i mierzwy na wrota, zapuścił je na jamę, starając się ją ukryć przed oczyma napastników, w ciemności téj i zamknięciu zrazu nie słyszeli, nie widzieli nic... wpadli jakby w grób...
Włast do modlitwy zachęcał. Klękli wszyscy i powtarzali za nim wyrazy, które wymawiał powoli.
Napróżne było nasłuchiwanie.
Głos żaden nie dochodził tutaj.
Zdawało się im, że wiek trwało to okropne milczenie śmierci, gdy nareszcie szelest jakiś i jakby szum dobiegł ich uszu.
Jarmierz poznał głos ognia, który się zbliżał. Gorzały dachy.
Ile razy ciesząc się swém łatwém zwycięstwem, tłum ogromnym dzikim odezwał się krzykiem, echo jego głucho odbijało się pod ziemią. Gdy belki padać zaczęły z góry, ziemia się kilkakroć wstrzęsła. Zatętniało potém, jakby ciżba wpadła na pogorzelisko. Na wrota jamy, które tylko zgorzały dach mógł ocalić okrywając je, jeszcze się nic nie zwaliło.
Powietrze robiło się duszne i ciężkie; Hanna z płaczu i trwogi mdlała, trwoga jéj napowrót przytomność wracała. Włast się modlił. Jarmierz do wrót się przyczepiwszy starał się śledzić postęp pożaru. Przez szpary przeciskało się światełko i dym wlokący po ziemi dusić zaczynał.
Śmierć szybką zmienili tylko na powolną męczarnię. Włast myślał o duszy już nie o ocaleniu, rozgrzeszał siostrę, brata i modlił się za nich i siebie.
Jak deszcz ognisty naprzód z dachu posypały się iskry, potém kilka krokwi przepalonych upadło na wrota, wreszcie część dachu, pod którą się znajdowały, runęła z łoskotem i przysypała je ognistemi węglami.
Śmierć zdawała się nieuchronną, gdyż oddychać już nie mieli czém... powietrza ubywało... gorąco dawało się czuć straszliwe...
Zdala słychać było walenie się ostatnich belek i kawałów pokrycia, a każdemu runięciu ich towarzyszyły okrzyki.
Włast z czołem opartém o ziemię stracił wreszcie przytomność. Hanna leżała bez zmysłów.
Zrozpaczony Jarmierz barkami podniósł nieco wrota, aby wpuścić powietrza. Zamiast niego wpadł gryzący dym do jamy.
Trzymając tak ten ciężar nad sobą Jarmierz mógł się przysłuchiwać.
Krzyki zdawały się oddalać.
Nie chciał zrazu uszom wierzyć i cudowi... czekał jeszcze.
Głosu żadnego nie słyszał już, oprócz trzaskania dopalających się belek i szumiącego wiatru, w którym deszcz razem rzęsisty rozpoznać było można. Dym rozszedł się nieco, powietrze weszło do lochu, aby ocucić pomdlonych.
Jarmierz odważył się odsunąwszy nieco wrota na pół wydobyć z ukrycia. Noc była czarna, czerwona łuna pożaru świeciła tylko, nikogo dokoła nie dojrzał, pusto było i cicho...
Dwór cały leżał w węglach, gdzieniegdzie tlił się słup, którego płomień deszcz z jednéj strony przygaszał... Jarmierz wyskoczył całkiem nad loch i pełzając starał się rozpatrzyć dokoła. Tłumy rozbiegły się po lasach, pewne, że zamknięci we dworze zginąć musieli w płomieniach.
Istotnym cudem męczennicy zostali ocaleni. Lecz mogliż się uważać już za bezpiecznych?
Na pogorzelisko łatwo ludzie powrócić mogli, uchodzić z niego do lasu groziło dostaniem się w ich ręce.
Wstawszy z ziemi, nie widząc nikogo dokoła, Jarmierz wahał się czy ma wydobyć Własta i żonę, czy dłużéj ich zostawić w téj kryjówce. Pełznąc aby nie być postrzeżonym, jeśliby kto jeszcze stał na straży, dostał się do studni w podwórku, przy któréj znalazł wiadro wody pełne. Z niém nazad pospieszył do Hanny i Własta. Ale ci już byli powrócili do życia, gdy wrota powietrze świeże dopuściły.
Włast odmawiał stojąc hymn dziękczynny, ze złożonemi rękami, z głową podniesioną, i wołał.
— Cud uczyniłeś Panie, abyś nawrócił niewiernych, abyś zawstydził złych... Cud uczyniłeś Panie, nie dla niegodnych cudu, ale dla wielkiego imienia Twojego...
I Hanna widziała w tém cud, i Jarmierz, który drżał z radości, chociaż na myśl o tych tłumach, gdzieś w pobliżu będących, nowa go trwoga ogarniała...
Nie wiedział jeszcze co poczynać, gdy z ogromnym tententem koni i wrzawą przypadła gromada jezdnych i u pogorzeliska stanęła.
Nie wiedząc kto przybywał, Jarmierz padł zrazu na ziemię, lecz wkrótce z mowy, która go dochodziła, poznał oddział ludzi z grodu nad Cybiną, wysłany gdy łuna pożar zwiastowała. Co prędzéj więc powstawszy począł biedz ku nim. Na widok jego rzucili się, aby go pochwycić... i nie rychło mógł się im dać poznać. Ludzie zsiadłszy zaraz z koni, pomogli mu do wydobycia Własta i Hanny napół żywych, lecz ocalonych.
Deszcz ustawał, resztki stosu tego ofiarnego gorejąc oświecały rumowisko. Jakież było podziwienie Własta i wszystkich, gdy otoczony głowniami gorejącymi dokoła ujrzeli ołtarz kapliczny całym i na nim krzyż nieobalony, świecący zdaleka... Zaiste był to cud równie wielki, jak ocalenie tych ludzi, skazanych na śmierć w płomieniach.
Własta żadna siła powstrzymać nie mogła, aby nie pobiegł uklęknąć przed tym ołtarzem, do którego z sobą pociągnął siostrę i brata, równie jak on tym cudem przejętych. Gromadka ludzi z zamku przybyłych, świeżo nawróconych także, klękła zdjęta trwogą i modliła się razem z niemi.
Widok tego znamienia nowéj wiary, ocalonego z płomieni, przejmował wszystkich, jak dowód potęgi nowego Boga.
Po skończonéj modlitwie, ująwszy z ołtarza krzyż i resztę kościelnego sprzętu, okrytą węglami a nie zgorzałą, Włast musiał razem z ludźmi co go ocalili udać się na zamek nad Cybiną.
Dniało już gdy w las wjechali wszyscy, Włast na danym mu koniu przodem ze świecącym krzyżem w dłoni, za nim Jarmierz i Hanna.
Zaledwie stai parę oddaliwszy się od pogorzeliska, z przestrachem i zdziwieniem postrzegli w lesie koczującą, na ziemi rozłożoną gromadę ludzi, która się schroniła tu przed ulewą po pożarze, którego pilnowała.
Na widok jadących popodnosili głowy, Warga postrzegł pierwszy i poznał Własta ocalonego, z krzyżem w ręku. Stary wróżbita oniemiał z przerażenia. Był pewnym jego śmierci... strzeżono dokoła dworu, aby się nikt z niego wymknąć nie mógł. Jak na widok upiora wstałego z grobu, starzec krzyknął i dłońmi zakrywszy sobie oczy, porwał się natychmiast z ziemi pędem uciekając w las, za nim tłum coprędzéj zrywać się téż zaczął i uciekać z wrzaskiem... Ludzie padali na ziemię przestraszeni. Orszak wiodący O. Matję przeciągnął powoli w milczeniu i znikł na drodze do grodu.




XII.


EPILOG




W roku 973, w kilka lat po opisanych wypadkach, cesarz Otto z cesarzową Adelajdą — opowiadają współczesne kroniki — z Włoch znowu dążąc na święta wielkanocne do Quedlinburga, gdzie w niedawno założonym klasztorze, córka jego ksienią była — na kwietnią niedzielę stanął w Magdeburgu.
Pan to był wielce pobożny, więc jak skoro ujrzał krzyże kościelne, a posłyszał dzwony [38] witające go wesołemi odgłosy, zsiadł z konia natychmiast...
Naprzeciw niego szło z zapalonemi świecami i pochodniami duchowieństwo, arcybiskupi Geron i Adalbert, prałaci, zakonnicy niosący relikwiarze, krzyże, obrazy i kadzielnice... Zatrzymawszy się cesarz ucałował podaną mu ewangielię i relikwie — i przy odgłosie pieśni szedł daléj na czele duchowieństwa do kościoła, w którym drogie nie dawno otrzymane relikwie św. Maurycego złożone były.
Nazajutrz, opisują ciż kronikarze, cesarz niezmiernemi darami ubogacił kościół, biskupstwo, księży i samo miasto.
Między innemi były tam księgi naówczas rzadkie, przedziwnie pisane i malowane, jakiemi niewiele świątyń pochlubić się mogło...
W tym samym czasie Mieszko także w poczcie wspaniałym, zdążał do Quedlinburga, dla powitania sprzymierzeńca swego cesarza, niosąc mu bogate dary.
Wśród orszaku książęcego, obudzający po drodze podziw ludzi i zdumienie, szedł ogromny wielbłąd czerwoną kapą okryty, przeznaczony w ofierze dla Ottona. Tym razem zmieniło się zupełnie położenie Mieszka, stosunki jego, siła i znaczenie. Pomiędzy nim a szwagrem Bolesławem, panowała niechęć i wojna, o Szlązk i Chorbacyą, którą oba posiadać chcieli... Mieczysław pochlebił już sobie, że zawładnie słowiańszczyzną całą, tąż samą myślą żył Bolko... Oba szukali przymierza z cesarstwem dla tego tylko, aby módz całą siłę na zwiększenie państwa swojego obrócić — oba rozumieli to, że kraje jednéj mowy, musiały albo się znaleść w jedném ręku, lub stać się łupem cesarskich markgrafów.
Lecz Otto starzał, myślą i sercem mieszkał za Alpami — tu chciał czémkolwiekbądź okupionego pokoju...
W tym roku zjazd do Quedlinburga, był liczniejszy daleko, niż lat dawnych, przybywali posłowie upokorzonych greków, co się nie dawno z potęgi Ottona naśmiewali, posła jego lekceważąc w Byzancium. Szli posłowie Benewentu, jechali wysłańcy Ghezy księcia ugrów; bulgarowie, duńczycy i liczni kneziowie słowiańscy, na których czele Mieszko polański i Bolko czeski.
Dwór Mieszków świetniejszym był nad wszystkie, a kneź ochrzczony stał tuż na równi z najdostojniejszemi dukami, kłaniał się jeszcze potędze cesarskiéj, ale dla tego tylko, aby się od niéj i wszelkiéj innéj wyzwolić. Na obliczu téż księcia widać było ufność w swą siłę, i spokój — które choć się okrywały pokorą, tryskały z pod niéj jak rumieniec z bladych policzków, gdy je duma zagrzeje lub gniew...
Przodem przed panem poszły do Quedlinburga obozy, ludzie i konie, zajęły miejsce najlepsze, a kneź znalazł namiot rozbity i dwór gotowy na przyjęcie. Tłumy skupiały się około wysoko nad ludzi i konie podnoszącego głowę potworną wielbłąda.
Zaledwie przybył Mieszko... przyszli mu się pokłonić słowiańscy wodzowie... czuli w nim pana, a szanowali wojownika, który nigdy oręża nie składał i nieustannie był czynnym.
Gdy drugiego dnia świąt wielkanocnych, posłuchanie miał Mieszko otrzymać, jechał na nie z całym orszakiem swym, przypasawszy miecz niegdyś przez Ottona mu dany. Za nim strojni z włóczniami do turniejów wojownicy, pacholęta niosący tarcze i miecze, konie powodne...
Na grzbiecie wielbłąda sznurami purpurowemi związane, suknem fryzyjskiém okryte, jechały dary dla Ottona.
Kilka lat walk i życia posrebrzyły włosy i brodę cesarza, poorały mu twarz, smutkiem jakimś, jakby przeczuciem grobowém okryły czoło. Zdawał się przewidywać, że ciężkie berło, które w dłoni dźwigał rychło mu śmierć wydrze.
Gdy z pokłonem wszedł Mieszko... Otto go jak znajomego powitał mile — i do tronu na którym siedział, ręką bliżéj zawezwał.
— Wiele się zmieniło w krótkim czasu przeciągu — rzekł patrząc nań — wyście dzięki Bogu i sami prawdziwą wiarę przyjęli i kraj swój do kościoła przyłączyli... szczęściło się wam z nieprzyjacioły, błogosławieństwa doświadczyliście mnogiego, a ufam, iż ono was nie odstąpi.
Tu westchnął. Nie bojujcie tu, a nie walczcie z sobą — ani z mojemi... Wiele bez tego do czynienia macie. Pogan zostało mnogo, kościołów jest mało — duchowieństwa wam braknie... chrzcić i nawracać, a chrztem podbijać możecie ludów wiele.
Wy, Bolko i moi markgrafowie idźcie razem na wytępienie pogaństwa.
Westchnął Otto — a Mieszko odrzekł — iż rad był żyć ze wszystkiemi w pokoju, ale swoich ziem, do których ma słuszne prawa, nikomu sobie wydrzeć nie dozwoli.
Nic na to nie rzekł Otto — a po chwili znowu — pokoju z czechami życzył. Mieszko zamilkł ostrożnie.
Święta to były pamiętne z wielu różnych obrzędów i wypadków.
Dnia 1. kwietnia nagle zmarł Herman, książe saski, którego ciało cesarz uczcił, gdy je syn wyprowadzał do rodzinnego grobu do Lunenburga, którego niegdy Wigman pokonany przez Mieszka, tak mu zazdrościł.
Za życia jeszcze Henryk powaśniwszy się z Brunonem, biskupem ferdeńskim, wyklętym był przez niego.
Gdy zwłoki prowadzono, syn Bernard zaklinał mściwego nieprzyjaciela, aby z nieboszczyka przynajmniéj zdjął klątwę i dozwolił go w poświęconéj ziemi pochować.
Bruno był nieubłaganym.
Mieszko obdarowany przez cesarza nawzajem, powrócił już był do domu, sposobiąc się do nowéj walki z bratem żony, gdy cesarz, który na wniebowstąpienie znajdował się w Merseburgu, wyjechawszy ztąd we wtorek przed Zielonemi Świętami, spoczął w Miminlewie. Tu siadł jeszcze wesół do stołu — rozmawiał z przybocznemi, ale w czasie nieszporów nagle słabnąć począł... Pochwycono go i przeniesiono na łoże — otoczyło duchowieństwo modląc się... Nazajutrz Otto cesarz nie żył. Następca już koronowany, obejmował po nim rządy.
W tych samych stosunkach ostrożnego przymierza i warunkowéj przyjaźni, która napadać na granice i ścierać się często nie przeszkadzała — pozostał polański książe z Ottonem drugim. Sascy cesarze nadto marzyli o Włochach i Rzymie, aby spokoju granic swych, choćby ofiarami nie okupywali. Czescy i polańscy książęta temu może byli winni, że gdzieindziéj odwrócona potęga cesarstwa, im rosnąć, skupiać się i zagarniać kraje słowiańskie pod panowanie swe dozwalała.



Spytacie może o losy O. Matji? czyli Własta syna Lubonia. Milczą o nich dzieje nasze. Pierwszy kapłan i apostoł nie dobijał się żadnego stanowiska w hierarchii kościelnéj, ani sławy i rozgłosu pomiędzy ludźmi — cicho przeszedł po świecie tym, kryjąc się z sobą i okrywając pokorą. Imienia jego nie wzmiankują kroniki, nie zapisują rocznikarze, nie znają martyrologi.
Całą majętność swoją rozległą oddawszy siostrze i jéj mężowi, Włast wymówił sobie to miejsce, na którém stał dwór ojcowski, aby na niém wystawić kościół... Miał myśl też, zakonników z Monte Cassino, u których przebył lat parę, sprowadzić i klasztor im pobudować. Trudności jakie naówczas przedstawiały podróże, zajęcia apostolskie u boku pierwszego biskupa poznańskiego Jordana, nie dozwoliły mu do Włoch się udać, i dawnych braci tu sprowadzić.
Ks. Jordan, on, kapłani czescy i kilku włochów wiele mieli u polan do czynienia. Kraj milczał i ścierpiał w pierwszéj chwili narzuconą sobie wiarę, ale wytrwał tajemnie przy dawnéj. Przez długie wieki pozostały jéj ślady i szczątki, w pieśniach, obrzędach, w kryjomo obchodzonych świętach i mnóstwie zwyczajów, które niezrozumiałe już były pokoleniom następnym, ale im do serca przyrosły.
Mieszko i jego poddani, co się ochrzcili nawet, długo bardzo nie mogli nawyknąć do nowych obowiązków. Dubrawka przez lat kilka nie zachowywała sama postu, aby zwolna do poszanowania go męża nakłonić. Późniéj już sam przez żonę pokonany, Mieszko z surowością sobie zwyczajną, kazał nie szanującym postów — jak piszą, zęby wybijać...
Tak samo zakazywano śpiewać stare pieśni, zbierać się na Kupałę, nocne odbywać pląsy i zabobonne gusła, zabraniano grzebać ciała po rozdrożach i uroczyskach, jak to dawniéj bywało we zwyczaju z tryznami, obiatami, stypami trwającemi po dni kilka. Ludzie przywiązani do odwiecznych tych obrzędów, uciekali w głąb lasów, kryli się, ale przez długie wieki pamięć dawnéj wiary przechować umieli.
Nie było sposobu od tych strumieni, kamieni, słupów, dębów i gajów ich odzwyczaić i duchowieństwo stawiło na nich krzyże. Z dawnych bóstw imion czyniono świętych, dni uroczyste u pogan zastosowywano do obchodów i pamiątek kościelnych.
Tak te resztki wiekowéj spuścizny zmięszały się, zlały, dziwnie częstokroć, z legendami chrześciańskiemi.
Dzień 7 marca, który był naznaczonym do zburzenia wszędzie, gdziebykolwiek się znajdowały, resztek pogańskich bałwanów, na długo został pamiętnym. Długosz powiada, że w niektórych wioskach w Polsce, w czwartą niedzielę postu, zatykano na długich żerdziach (stanice dawne) wizerunki Dziewanny i Marzanny, a potém je rzucano i topiono w bagnach.
Pobożny O. Matja przeżywszy panowanie Mieszka, które było jakby wstępną pieśnią bohaterskiego poematu Bolesława Wielkiego, pozostał przy kościele głównym w Poznaniu, zkąd mu łatwiéj było i swój nowo założony odwiedzać.
Nieopodal od niego stał nowy dwór Hanny i Andrzeja w miejscu, które się pono nazwało późniéj Głuszynem (tak jak bardzo być może, iż z Krasnéjgóry Górczyn mógł powstać). Tu O. Matja przybywał błogosławić małym dziatkom siostry swéj i w młodociane główki wpajać pierwsze, mające w nich się krzewić pojęcia. Tu on, otoczony tą gromadką, napół dzikich, ledwie odzianych, puszczanych swobodnie, wedle dawnego obyczaju dzieci, stawał się dla nich sam dzieckiem prawie i wedle nauki Chrystusa przywabiał je do siebie.
Wiele lat upłynęło od opisanych wypadków, potęga Mieszka wzrosła, państwo rozszerzyło granice, kościoły stawały liczne po całéj ziemi polan, przebiegali ją kapłani dla połowu dusz zbłąkanych. O. Matja był wszędzie z nimi, gdziekolwiek groziło niebezpieczeństwo, trudności były do przełamania, a językiem rodzonym i sercem braterskiém przemówić było trzeba do ludu.
Z uśmiechem, gdy mu kto chciał wrazić obawę, mawiał, że się po dwu w życiu niebezpieczeństwach, z jakich go Bóg ocalił, już żadnego się nie lęka. Znano go, i najzapaleńsi nawet starowiercy szanowali w nim nieustraszone męztwo i niezmożoną niczém cierpliwość a niewyczerpaną dobroczynność.
W ubogiéj swéj sukni czarnéj, z kijem w ręku mógł bezpiecznie przebiegać najodleglejsze, najzapadlejsze kraju zakątki, gdzie się nikt inny dojść nie ważył.
W ręku przy lasce, na któréj się podpierał, miał zwykle siekierkę małą, nie dla obrony od napaści, ale aby móc naprędce wyciosać krzyżyk i postawić go wszędzie, gdziekolwiek znalazł jakiś znak dawnego bałwochwalstwa. Nie zrażało go to, gdy drugi raz na to miejsce przychodząc, pierwszéj swéj pracy nie znalazł śladu. Siadał ciosać krzyż swój nanowo i wbijał go w tém samém miejscu. Czasem po dwa i trzy razy musiał podnosić to znamię, nim się ono nareszcie ostało. Zabobonny lud przypisywał cudowi to powracanie krzyża, a cudem była tylko święta cierpliwość nieznużonego apostoła.
W miejscu gdzie był dwór i kaplica spalona, O. Matja pobudował mały kościołek, a tam gdzie była owa jama, w któréj naprzód ojciec go więził, późniéj czasu pożaru Jarmierz zdołał go ukrytego ocalić, wymurował sobie za życia grób, do którego często zaglądał.
Do tego kościoła chodził z Poznania pieszo, często w nim długie spędzając godziny. Stroił go, ubierał, zbogacał, opatrywał we wszystko, jak najulubieńsze dzieło swoje. Często gdy go nie znajdowano w Poznaniu u św. Jana jerozolimskiego, wiedziano gdzie go szukać. Trwał na modlitwie w swoim kościołku, albo z miotłą w ręku oczyszczał go, obmywał i utrzymywał w nim porządek. Obcéj ręce nie dawał się tu prawie dotknąć niczego.
Jednego wiosennego dnia około Wniebowstąpienia, gdy słowiki śpiewały najgłośniéj a czeremchy rozkwitały wonią napełniając powietrze, szukano napróżno O. Matji w Poznaniu. Izdebka jego, którą zawsze zostawiał otworem, stała pustą, nie było go dni kilka. Ponieważ przy szczupłéj liczbie ówczesnego duchowieństwa, był pilno biskupowi Jordanowi potrzebnym, wysłano za nim do siostry do Głuszyna, ale ztąd wrócił posłaniec oznajmiając, iż go tu także od kilku już tygodni nie widziano. Bardzo być mogło, iż wyszedł na jednę z pielgrzymek swych, które często pieszo odbywał. Lecz zbliżało się Wniebowstąpienie, a na wielkie uroczystości wracał zwykle do Poznania. W wigilję tego dnia, gdy po raz wtóry nadbiegł posłaniec do Głuszyna, trochę niespokojny Jarmierz z Hanną udali się do kościółka na Krasnéjgórze, bo im na myśl przyszło, a raczéj przeczucie jakieś mieli, iż tam go znaleść mogą.
W istocie zbliżywszy się do kościółka, drzwi znaleźli niezamknięte, a uchyliwszy je, spostrzegli brata krzyżem leżącego przed ołtarzem, na którym świece się dawno powypalały. Wszedłszy poklękli zrazu oczekując, ażali modlitwy skończywszy, O. Matja nie wstanie ku nim.
Upłynął jednak czas dość długi, a modlący się nie poruszył wcale.
Gdy już zmierzchało, Hanna podeszła ku niemu i poklęknąwszy w rękę go chciała pocałować, aby dać znać o sobie.
Ręka była jak kamień zimna.
O. Matja nie żył.
Skończył życie wśród modlitwy, leżąc krzyżem właśnie na tym kamieniu, który pokrywał wnijście do zamurowanego grobu.
Na krzyk bolesny Hanny nadbiegł Jarmierz, podniesiono zlekka ciało już zupełnie ostygłe, bo nieboszczyk od dwóch pewno dni już żyć przestał. Na twarzy jego bladéj wyraz słodkiego uszczęśliwienia panował, usta zamknięte uśmiechały się spokojem.
Wielki był żal wszystkich po człowieku pobożnym, cichym a tak potrzebnym kościołowi, kapłanie, którego nikt nie mógł zastąpić.
Dano zaraz znać do Poznania, naznaczono dzień pogrzebu i przy wielkim nacisku pobożnych, na trzeci dzień w prostéj trumience, jak przykazał, złożono ciało jego w grobowcu pod ołtarzem.
Cóż dziwnego, że potém w kilkanaście, kilkadziesiąt lat nikt już imienia pobożnego kapłana nie pamiętał, że w sto lat nie było śladu kościoła i grobowca, a we dwieście miejsce zmieniło imię i rodzina wygasła. Tak wszystko na ziemi przemija i ginie...




KONIEC.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zajął.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pojęcia.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mnóstwo.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nic.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki lub następny wyraz (Będę) winien być małą literą.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast kropki winien być przecinek.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kniehini.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kniehini.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jeszcze.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – że.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Zamiast pauzy winna być kropka.
  13. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Kuźmy.
  14. Przypis własny Wikiźródeł Brak kropki lub następny wyraz (Gdzieście) winien być małą literą.
  15. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kneź.
  16. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kneź.
  17. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – powietrzu.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zamilkli.
  19. Przypis własny Wikiźródeł Najprawdopodobniej winno być gródka.
  20. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – stanowił.
  21. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – konia.
  22. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – sobie.
  23. Z Kroniki Ditmara.
  24. Ditmar.
  25. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.
  26. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Cybiną.
  27. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nadmorskich.
  28. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jeśli.
  29. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – którą.
  30. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – cesarski.
  31. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; dwa razy się.
  32. Ditmar.
  33. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka.
  34. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Hatton.
  35. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku;brak przecinka.
  36. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – naprzeciw.
  37. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki lub następny wyraz (Dwaj) winien być małą literą.
  38. Dzwony w Magdeburgu wspomina już Dytmar. Były one zapewne kute z blach spiżowych lub żelaznych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.