Lubonie/Tom II/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



XII.


EPILOG




W roku 973, w kilka lat po opisanych wypadkach, cesarz Otto z cesarzową Adelajdą — opowiadają współczesne kroniki — z Włoch znowu dążąc na święta wielkanocne do Quedlinburga, gdzie w niedawno założonym klasztorze, córka jego ksienią była — na kwietnią niedzielę stanął w Magdeburgu.
Pan to był wielce pobożny, więc jak skoro ujrzał krzyże kościelne, a posłyszał dzwony [1] witające go wesołemi odgłosy, zsiadł z konia natychmiast...
Naprzeciw niego szło z zapalonemi świecami i pochodniami duchowieństwo, arcybiskupi Geron i Adalbert, prałaci, zakonnicy niosący relikwiarze, krzyże, obrazy i kadzielnice... Zatrzymawszy się cesarz ucałował podaną mu ewangielię i relikwie — i przy odgłosie pieśni szedł daléj na czele duchowieństwa do kościoła, w którym drogie nie dawno otrzymane relikwie św. Maurycego złożone były.
Nazajutrz, opisują ciż kronikarze, cesarz niezmiernemi darami ubogacił kościół, biskupstwo, księży i samo miasto.
Między innemi były tam księgi naówczas rzadkie, przedziwnie pisane i malowane, jakiemi niewiele świątyń pochlubić się mogło...
W tym samym czasie Mieszko także w poczcie wspaniałym, zdążał do Quedlinburga, dla powitania sprzymierzeńca swego cesarza, niosąc mu bogate dary.
Wśród orszaku książęcego, obudzający po drodze podziw ludzi i zdumienie, szedł ogromny wielbłąd czerwoną kapą okryty, przeznaczony w ofierze dla Ottona. Tym razem zmieniło się zupełnie położenie Mieszka, stosunki jego, siła i znaczenie. Pomiędzy nim a szwagrem Bolesławem, panowała niechęć i wojna, o Szlązk i Chorbacyą, którą oba posiadać chcieli... Mieczysław pochlebił już sobie, że zawładnie słowiańszczyzną całą, tąż samą myślą żył Bolko... Oba szukali przymierza z cesarstwem dla tego tylko, aby módz całą siłę na zwiększenie państwa swojego obrócić — oba rozumieli to, że kraje jednéj mowy, musiały albo się znaleść w jedném ręku, lub stać się łupem cesarskich markgrafów.
Lecz Otto starzał, myślą i sercem mieszkał za Alpami — tu chciał czémkolwiekbądź okupionego pokoju...
W tym roku zjazd do Quedlinburga, był liczniejszy daleko, niż lat dawnych, przybywali posłowie upokorzonych greków, co się nie dawno z potęgi Ottona naśmiewali, posła jego lekceważąc w Byzancium. Szli posłowie Benewentu, jechali wysłańcy Ghezy księcia ugrów; bulgarowie, duńczycy i liczni kneziowie słowiańscy, na których czele Mieszko polański i Bolko czeski.
Dwór Mieszków świetniejszym był nad wszystkie, a kneź ochrzczony stał tuż na równi z najdostojniejszemi dukami, kłaniał się jeszcze potędze cesarskiéj, ale dla tego tylko, aby się od niéj i wszelkiéj innéj wyzwolić. Na obliczu téż księcia widać było ufność w swą siłę, i spokój — które choć się okrywały pokorą, tryskały z pod niéj jak rumieniec z bladych policzków, gdy je duma zagrzeje lub gniew...
Przodem przed panem poszły do Quedlinburga obozy, ludzie i konie, zajęły miejsce najlepsze, a kneź znalazł namiot rozbity i dwór gotowy na przyjęcie. Tłumy skupiały się około wysoko nad ludzi i konie podnoszącego głowę potworną wielbłąda.
Zaledwie przybył Mieszko... przyszli mu się pokłonić słowiańscy wodzowie... czuli w nim pana, a szanowali wojownika, który nigdy oręża nie składał i nieustannie był czynnym.
Gdy drugiego dnia świąt wielkanocnych, posłuchanie miał Mieszko otrzymać, jechał na nie z całym orszakiem swym, przypasawszy miecz niegdyś przez Ottona mu dany. Za nim strojni z włóczniami do turniejów wojownicy, pacholęta niosący tarcze i miecze, konie powodne...
Na grzbiecie wielbłąda sznurami purpurowemi związane, suknem fryzyjskiém okryte, jechały dary dla Ottona.
Kilka lat walk i życia posrebrzyły włosy i brodę cesarza, poorały mu twarz, smutkiem jakimś, jakby przeczuciem grobowém okryły czoło. Zdawał się przewidywać, że ciężkie berło, które w dłoni dźwigał rychło mu śmierć wydrze.
Gdy z pokłonem wszedł Mieszko... Otto go jak znajomego powitał mile — i do tronu na którym siedział, ręką bliżéj zawezwał.
— Wiele się zmieniło w krótkim czasu przeciągu — rzekł patrząc nań — wyście dzięki Bogu i sami prawdziwą wiarę przyjęli i kraj swój do kościoła przyłączyli... szczęściło się wam z nieprzyjacioły, błogosławieństwa doświadczyliście mnogiego, a ufam, iż ono was nie odstąpi.
Tu westchnął. Nie bojujcie tu, a nie walczcie z sobą — ani z mojemi... Wiele bez tego do czynienia macie. Pogan zostało mnogo, kościołów jest mało — duchowieństwa wam braknie... chrzcić i nawracać, a chrztem podbijać możecie ludów wiele.
Wy, Bolko i moi markgrafowie idźcie razem na wytępienie pogaństwa.
Westchnął Otto — a Mieszko odrzekł — iż rad był żyć ze wszystkiemi w pokoju, ale swoich ziem, do których ma słuszne prawa, nikomu sobie wydrzeć nie dozwoli.
Nic na to nie rzekł Otto — a po chwili znowu — pokoju z czechami życzył. Mieszko zamilkł ostrożnie.
Święta to były pamiętne z wielu różnych obrzędów i wypadków.
Dnia 1. kwietnia nagle zmarł Herman, książe saski, którego ciało cesarz uczcił, gdy je syn wyprowadzał do rodzinnego grobu do Lunenburga, którego niegdy Wigman pokonany przez Mieszka, tak mu zazdrościł.
Za życia jeszcze Henryk powaśniwszy się z Brunonem, biskupem ferdeńskim, wyklętym był przez niego.
Gdy zwłoki prowadzono, syn Bernard zaklinał mściwego nieprzyjaciela, aby z nieboszczyka przynajmniéj zdjął klątwę i dozwolił go w poświęconéj ziemi pochować.
Bruno był nieubłaganym.
Mieszko obdarowany przez cesarza nawzajem, powrócił już był do domu, sposobiąc się do nowéj walki z bratem żony, gdy cesarz, który na wniebowstąpienie znajdował się w Merseburgu, wyjechawszy ztąd we wtorek przed Zielonemi Świętami, spoczął w Miminlewie. Tu siadł jeszcze wesół do stołu — rozmawiał z przybocznemi, ale w czasie nieszporów nagle słabnąć począł... Pochwycono go i przeniesiono na łoże — otoczyło duchowieństwo modląc się... Nazajutrz Otto cesarz nie żył. Następca już koronowany, obejmował po nim rządy.
W tych samych stosunkach ostrożnego przymierza i warunkowéj przyjaźni, która napadać na granice i ścierać się często nie przeszkadzała — pozostał polański książe z Ottonem drugim. Sascy cesarze nadto marzyli o Włochach i Rzymie, aby spokoju granic swych, choćby ofiarami nie okupywali. Czescy i polańscy książęta temu może byli winni, że gdzieindziéj odwrócona potęga cesarstwa, im rosnąć, skupiać się i zagarniać kraje słowiańskie pod panowanie swe dozwalała.



Spytacie może o losy O. Matji? czyli Własta syna Lubonia. Milczą o nich dzieje nasze. Pierwszy kapłan i apostoł nie dobijał się żadnego stanowiska w hierarchii kościelnéj, ani sławy i rozgłosu pomiędzy ludźmi — cicho przeszedł po świecie tym, kryjąc się z sobą i okrywając pokorą. Imienia jego nie wzmiankują kroniki, nie zapisują rocznikarze, nie znają martyrologi.
Całą majętność swoją rozległą oddawszy siostrze i jéj mężowi, Włast wymówił sobie to miejsce, na którém stał dwór ojcowski, aby na niém wystawić kościół... Miał myśl też, zakonników z Monte Cassino, u których przebył lat parę, sprowadzić i klasztor im pobudować. Trudności jakie naówczas przedstawiały podróże, zajęcia apostolskie u boku pierwszego biskupa poznańskiego Jordana, nie dozwoliły mu do Włoch się udać, i dawnych braci tu sprowadzić.
Ks. Jordan, on, kapłani czescy i kilku włochów wiele mieli u polan do czynienia. Kraj milczał i ścierpiał w pierwszéj chwili narzuconą sobie wiarę, ale wytrwał tajemnie przy dawnéj. Przez długie wieki pozostały jéj ślady i szczątki, w pieśniach, obrzędach, w kryjomo obchodzonych świętach i mnóstwie zwyczajów, które niezrozumiałe już były pokoleniom następnym, ale im do serca przyrosły.
Mieszko i jego poddani, co się ochrzcili nawet, długo bardzo nie mogli nawyknąć do nowych obowiązków. Dubrawka przez lat kilka nie zachowywała sama postu, aby zwolna do poszanowania go męża nakłonić. Późniéj już sam przez żonę pokonany, Mieszko z surowością sobie zwyczajną, kazał nie szanującym postów — jak piszą, zęby wybijać...
Tak samo zakazywano śpiewać stare pieśni, zbierać się na Kupałę, nocne odbywać pląsy i zabobonne gusła, zabraniano grzebać ciała po rozdrożach i uroczyskach, jak to dawniéj bywało we zwyczaju z tryznami, obiatami, stypami trwającemi po dni kilka. Ludzie przywiązani do odwiecznych tych obrzędów, uciekali w głąb lasów, kryli się, ale przez długie wieki pamięć dawnéj wiary przechować umieli.
Nie było sposobu od tych strumieni, kamieni, słupów, dębów i gajów ich odzwyczaić i duchowieństwo stawiło na nich krzyże. Z dawnych bóstw imion czyniono świętych, dni uroczyste u pogan zastosowywano do obchodów i pamiątek kościelnych.
Tak te resztki wiekowéj spuścizny zmięszały się, zlały, dziwnie częstokroć, z legendami chrześciańskiemi.
Dzień 7 marca, który był naznaczonym do zburzenia wszędzie, gdziebykolwiek się znajdowały, resztek pogańskich bałwanów, na długo został pamiętnym. Długosz powiada, że w niektórych wioskach w Polsce, w czwartą niedzielę postu, zatykano na długich żerdziach (stanice dawne) wizerunki Dziewanny i Marzanny, a potém je rzucano i topiono w bagnach.
Pobożny O. Matja przeżywszy panowanie Mieszka, które było jakby wstępną pieśnią bohaterskiego poematu Bolesława Wielkiego, pozostał przy kościele głównym w Poznaniu, zkąd mu łatwiéj było i swój nowo założony odwiedzać.
Nieopodal od niego stał nowy dwór Hanny i Andrzeja w miejscu, które się pono nazwało późniéj Głuszynem (tak jak bardzo być może, iż z Krasnéjgóry Górczyn mógł powstać). Tu O. Matja przybywał błogosławić małym dziatkom siostry swéj i w młodociane główki wpajać pierwsze, mające w nich się krzewić pojęcia. Tu on, otoczony tą gromadką, napół dzikich, ledwie odzianych, puszczanych swobodnie, wedle dawnego obyczaju dzieci, stawał się dla nich sam dzieckiem prawie i wedle nauki Chrystusa przywabiał je do siebie.
Wiele lat upłynęło od opisanych wypadków, potęga Mieszka wzrosła, państwo rozszerzyło granice, kościoły stawały liczne po całéj ziemi polan, przebiegali ją kapłani dla połowu dusz zbłąkanych. O. Matja był wszędzie z nimi, gdziekolwiek groziło niebezpieczeństwo, trudności były do przełamania, a językiem rodzonym i sercem braterskiém przemówić było trzeba do ludu.
Z uśmiechem, gdy mu kto chciał wrazić obawę, mawiał, że się po dwu w życiu niebezpieczeństwach, z jakich go Bóg ocalił, już żadnego się nie lęka. Znano go, i najzapaleńsi nawet starowiercy szanowali w nim nieustraszone męztwo i niezmożoną niczém cierpliwość a niewyczerpaną dobroczynność.
W ubogiéj swéj sukni czarnéj, z kijem w ręku mógł bezpiecznie przebiegać najodleglejsze, najzapadlejsze kraju zakątki, gdzie się nikt inny dojść nie ważył.
W ręku przy lasce, na któréj się podpierał, miał zwykle siekierkę małą, nie dla obrony od napaści, ale aby móc naprędce wyciosać krzyżyk i postawić go wszędzie, gdziekolwiek znalazł jakiś znak dawnego bałwochwalstwa. Nie zrażało go to, gdy drugi raz na to miejsce przychodząc, pierwszéj swéj pracy nie znalazł śladu. Siadał ciosać krzyż swój nanowo i wbijał go w tém samém miejscu. Czasem po dwa i trzy razy musiał podnosić to znamię, nim się ono nareszcie ostało. Zabobonny lud przypisywał cudowi to powracanie krzyża, a cudem była tylko święta cierpliwość nieznużonego apostoła.
W miejscu gdzie był dwór i kaplica spalona, O. Matja pobudował mały kościołek, a tam gdzie była owa jama, w któréj naprzód ojciec go więził, późniéj czasu pożaru Jarmierz zdołał go ukrytego ocalić, wymurował sobie za życia grób, do którego często zaglądał.
Do tego kościoła chodził z Poznania pieszo, często w nim długie spędzając godziny. Stroił go, ubierał, zbogacał, opatrywał we wszystko, jak najulubieńsze dzieło swoje. Często gdy go nie znajdowano w Poznaniu u św. Jana jerozolimskiego, wiedziano gdzie go szukać. Trwał na modlitwie w swoim kościołku, albo z miotłą w ręku oczyszczał go, obmywał i utrzymywał w nim porządek. Obcéj ręce nie dawał się tu prawie dotknąć niczego.
Jednego wiosennego dnia około Wniebowstąpienia, gdy słowiki śpiewały najgłośniéj a czeremchy rozkwitały wonią napełniając powietrze, szukano napróżno O. Matji w Poznaniu. Izdebka jego, którą zawsze zostawiał otworem, stała pustą, nie było go dni kilka. Ponieważ przy szczupłéj liczbie ówczesnego duchowieństwa, był pilno biskupowi Jordanowi potrzebnym, wysłano za nim do siostry do Głuszyna, ale ztąd wrócił posłaniec oznajmiając, iż go tu także od kilku już tygodni nie widziano. Bardzo być mogło, iż wyszedł na jednę z pielgrzymek swych, które często pieszo odbywał. Lecz zbliżało się Wniebowstąpienie, a na wielkie uroczystości wracał zwykle do Poznania. W wigilję tego dnia, gdy po raz wtóry nadbiegł posłaniec do Głuszyna, trochę niespokojny Jarmierz z Hanną udali się do kościółka na Krasnéjgórze, bo im na myśl przyszło, a raczéj przeczucie jakieś mieli, iż tam go znaleść mogą.
W istocie zbliżywszy się do kościółka, drzwi znaleźli niezamknięte, a uchyliwszy je, spostrzegli brata krzyżem leżącego przed ołtarzem, na którym świece się dawno powypalały. Wszedłszy poklękli zrazu oczekując, ażali modlitwy skończywszy, O. Matja nie wstanie ku nim.
Upłynął jednak czas dość długi, a modlący się nie poruszył wcale.
Gdy już zmierzchało, Hanna podeszła ku niemu i poklęknąwszy w rękę go chciała pocałować, aby dać znać o sobie.
Ręka była jak kamień zimna.
O. Matja nie żył.
Skończył życie wśród modlitwy, leżąc krzyżem właśnie na tym kamieniu, który pokrywał wnijście do zamurowanego grobu.
Na krzyk bolesny Hanny nadbiegł Jarmierz, podniesiono zlekka ciało już zupełnie ostygłe, bo nieboszczyk od dwóch pewno dni już żyć przestał. Na twarzy jego bladéj wyraz słodkiego uszczęśliwienia panował, usta zamknięte uśmiechały się spokojem.
Wielki był żal wszystkich po człowieku pobożnym, cichym a tak potrzebnym kościołowi, kapłanie, którego nikt nie mógł zastąpić.
Dano zaraz znać do Poznania, naznaczono dzień pogrzebu i przy wielkim nacisku pobożnych, na trzeci dzień w prostéj trumience, jak przykazał, złożono ciało jego w grobowcu pod ołtarzem.
Cóż dziwnego, że potém w kilkanaście, kilkadziesiąt lat nikt już imienia pobożnego kapłana nie pamiętał, że w sto lat nie było śladu kościoła i grobowca, a we dwieście miejsce zmieniło imię i rodzina wygasła. Tak wszystko na ziemi przemija i ginie...




KONIEC.


Przypisy

  1. Dzwony w Magdeburgu wspomina już Dytmar. Były one zapewne kute z blach spiżowych lub żelaznych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.