Lubonie/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



V.



Nazajutrz rano świetnie przybrany dwór, starszyzna, stolnicy, cześnicy, służba, pachołkowie, rycerstwo, Sydbór, który przywdział zbroję świecącą, naostatek Mieszko sam w płaszczu bramowanym złotem, wyjeżdżali z grodu nad Cybiną. Nikt nie wiedział dokąd i na jak długo. Na zamku gotowano się na przyjęcie mnogich gości. Kogo? domyślać się tylko było można. Mieszko nie miał zwyczaju tłumaczyć się nikomu.
Dobrosław został w grodzie mając dozór nad przygotowaniami.
Tegoż samego dnia ks. Jordan potajemnie wyszedł zamknąć się w izbie przy dworcu przyszłéj kniehini zostawionéj. On i Dobrosław przez cały dzień znosili tam naczynia i szaty, nie wzywając nikogo do pomocy i nie biorąc z sobą ludzi.
W izbie téj, któréj okno zewnątrz napół przysłonięte było, tak że zajrzéć do niéj nikt nie mógł, ks. Jordan urządzał kaplicę, z tą radością i przejęciem, jakiego może doznawać kapłan, pierwszy ołtarz stawiąc w kraju pozbawionym prawdziwéj wiary. Lice jego promieniało, trzęsły się ręce, gdy sam zaścielał ten stół ofiarny białemi ręczniki, ustawiał na nim świeczniki, ubierał go i przyozdabiał, gdy błogosławił modląc się i krzyż na nim wzniósł, przed którym on i Dobrosław odmówili przejętą modlitwę.
Pierwsza kaplica zamkowa nie wyglądała wspaniale, był to ołtarz jakby obozowy tego wojska, które tu za wiarę walczyć miało. Gromadka, co się u stóp jego zbierać mogła, szczupłą jeszcze była i izba ta aż nadto dla niéj starczyła.
Tu w obecności jednego Dobrosława pierwszą mszę odprawił przyszły pasterz owczarni rozpierzchłéj i zmuszonéj ukrywać się długo jeszcze.
Mieszko o swojém nawróceniu nie mówił nic; Dobrosław kilka razy rzucał pytania i nie otrzymał odpowiedzi.
Orszak, który z kneziem na czele wyruszył z zamku nad Cybinę[1], pociągnął ku granicy zwykłą drogą. Jesienna pogoda powolnemu pochodowi sprzyjała. Dni wyrachowane być musiały.
Wieczorem położono się w lesie u saméj rubieży na uroczysku, które się zwało Zawite. Rozbito namioty, postawiono szałasy, rozpalono ognie, wysłano dokoła straże i noc upłynęła cała niemal na czuwaniu.
Nazajutrz kazał kneź obóz zwinąć, lecz z miejsca nie ruszył.
Słońce ku południowi wybiło się po nad mgły i świeciło letnim blaskiem, gdy rogi słyszeć się dały zdala i straż nadbiegła oznajmując o zbliżającym się orszaku czeskim.
Siadł Mieszko na koń, a dwór jego cały ustawił się w porządku.
Zdala już widać było okazały orszak, który kniehinię prowadził. Towarzyszył jéj wedle obyczaju brat, mnoga liczba panów i dworu ojcowskiego, poczet wojskowy i nieporachowany sznur wozów, które szły jedne za drugiemi, strzeżone przez zbrojnych ludzi. Oddział pancernych zamykał w końcu wspaniały ten pochód, któremu przygrywali na trąbach i rogach gędźbiarze.
Kniehini jechała na pięknym koniu obok brata, w suknię złocistą przybrana, w płaszczu na ramiona zarzuconym, złotemi blaszkami naszywanym. Na widok Mieszka zarumieniła się męzka jéj twarz i oczy śmiało nań spojrzały.
Nie było to trwożliwe dziewczę, ale towarzyszka pańska i niewiasta czująca się królową.
Bolko młodszy o kilka kroków ją wyprzedził, witając Mieszka, poczém oba z koni zsiadłszy, szli do Dubrawki, która téż z wierzchowca się spuściwszy, lekkim ukłonem pozdrowiła męża swojego. Ale Mieszko inaczéj ją chciał witać... i śmiejąc się objąwszy w pół, cale pogańskim obyczajem, zarumienioną w twarz pocałował. Podano sobie ręce. Wesele malowało się na licach.
— Jesteście miłościwa pani — zawołał Mieszko — już na mojéj, a razem na swéj ziemi, gdzie ja gospodarzem... Przystało tę dobrą godzinę uczcić dobrą myślą...
To mówiąc skinął na stolników swych i rękę jedną Dubrawce, drugą podawszy Bolkowi, powiódł ich pod dęby nade drogą, gdzie rozesłane było sukno i naczynia stały z jadłem i napojami. Dla obu téż orszaków beczki były pogotowiu. Tymczasem gędźbiarze grali wesoło na trąbach i rogach i lica się śmiały wszystkim. Dwa dwory czeski i polski po raz pierwszy zbliżały się ku sobie przyjacielsko podając sobie dłonie i próbując języka, który obu posługiwał zarówno, prawie będąc jednakim.
Z kniehinią mnogi lud jechał, niewiasty, usługa, dworacy, duchowni, panowie... lecz na przyjęcie było pogotowiu wszystko na drodze i starczyłoby dla liczniejszéj jeszcze drużyny.
Wmięszany w ten dwór stał Włast w towarzystwie kilku duchownych, między którymi surowa twarz i uboga suknia O. Prokopa zwracały oczy Mieszkowego orszaku. Dziwnie wydawał się im ten człowiek stary, w odzieży prostéj, w obuwiu wyszarzaném, z głową postrzyżoną, podobny do żebraka, a śmiało obracający się wśród świetnego orszaku panów, który mu okazywał uszanowanie.
Nie biesiadowano tu długo, gdy oba kneziowie powstawszy dali znak dalszego pochodu. Przyprowadzono konie i Mieszko stanął na swoim obok Dubrawki, któréj lice nie zdradzało najmniejszéj obawy, uśmiechając się owszem weselem i ciekawością.
Od granicy poczynał się ten kraj nieochrzczony jeszcze, pełen jawnych oznak pogańskiego bałwochwalstwa, na którego widok lica duchownych pochmurniały. Dubrawka jednak nie ulękła się stojących na rozdrożach bałwanów i zdawała na nie uwagi nie zwracać. Wesołemi żarty skracano podróż, którą z nadzwyczajnym odbywano pospiechem.
Gdy na drugim przystanku spocząć koniom było potrzeba, Mieszko ujrzawszy Własta, zawołał go ku sobie i łaskawie pozdrowił.
— Weź kilku ludzi i lepsze konie — rzekł — pojedźcie przodem o nas oznajmić, aby wszystko było pogotowiu.
Tak więc choć znużony drogą, Włast musiał natychmiast, nie spoczywając, przodować orszakowi. Ostrożność ta była zbyteczna, gdyż na grodzie dzień i noc stał lud mnogi, gotów na przyjęcie kniehini, i starszyzna, żupanowie, władycy, kmiecie już byli zgromadzeni. Oni i orszaki ich napełniały nietylko gród, ale zalegały pola nad Cybiną i Wartą. Mnogie téż tłumy ciekawych z uczuciami różnemi zbiegły się patrzyć na przybywającą panię.
Roiło się dokoła ludem, nad drogą wszędzie stały szeregami ciżby niezliczone w oczekiwaniu na to widowisko, którego następstwa napełniały trwogą...
Z tą panią nową jechała wiara nowa, rozpoczynało się życie jakieś nowe, którego przeczucia niepokoiły. Niewiasty płakały, mężowie stali sparci na kijach, zadumani... Starcy przebiegali tłumy z pieśnią żałosną. Czuli wszyscy, iż dzień ten zapowiadał życie odmienne. Jakie? nikt nie śnił naówczas, wiedzieli tylko, że ze starém rozbrat wziąć było potrzeba, a z niém zrosło się wszystko, co najdroższém było.
Pośrodkiem tych gromad milczących, które mogły mniéj śmiałą niż Dubrawka niewiastę przejąć trwogą, przesuwał się orszak Mieszków i czescy rycerze a panowie. Już o mil kilka od Poznania drogi były nabite ludem, ale zarazem poczty wojenne stały na nich, siłę Mieszkową ukazując obcym.
Nie ustępowały one pokaźnością Czechom, ani urodą, ani orężem. Minęły te czasy, gdy Polanie nasiekiwanemi pałkami i smolonemi oszczepami walczyć musieli, mało mając kruszcu i oręża. Za Ziemomysła już zdobyto i zakupiono dosyć zbroi i mieczów téż nie brakło... Żelaza miano obficie i łatwiéj nabywać je było, w nadworskich[2] miastach handlowych. Wojny z niemcami dostarczały go także...
Skarbiec Mieszków nieustępował najzasobniejszym, i niewyczerpywał się ale powiększał... Na Czechach widać wprawdzie było ogładę jaką im ściślejsze z cesarstwem i zachodem stosunki przyniosły, ale w wojsku Mieszka więcéj było starego słowiańskiego ducha i resztek tego tajemniczego świata, który téż w sobie miał wyrobione długiemi wiekami życie...
Wśród wrzawy trąb, rogów, okrzyków i śpiewów, wjeżdżała na nową swoją stolicę Dubrawka, tak niewzruszonym umysłem i ciekawemi oczyma mierząc ją, jak owego wieczora nad Wełtawą nieznajomego jéj jeszcze przybysza, który za męża był dla niéj przeznaczony.
Z okna swojego dworca, oczyma zazdrosnemi może i załzawionemi przypatrywała się Górka téj nowéj pani... przeciw któréj wyjść nie śmiała... U drzwi dworu zsiadłszy Mieszko podał rękę żonie i wprowadził ją do wielkiéj izby biesiadnéj. Tu stali panowie jego, poważne starce z siwemi brody i dorodni mężowie pokłonami witając panią, z góry spoglądającą na nowych poddanych swoich...
Skromny dworzec drewniany ubogo się musiał wydać kniehini, do murowanych ścian nawykłéj, nie było tu nic coby chrześciaństwo przypominało, lecz drewniana chata Mieszka świeciła nagromadzonemi bogactwy, które nawet panów czeskich zdziwiły... Stoły się uginały pod ciężarem kowanych sreber... wystawionych więcéj na pokaz i zdumienie niż z potrzeby... Przyjąwszy cześć i powitanie dworu, który wykrzykiwał wesoło, Dubrawka zwróciła się do Mieszka.
— Panie miłościwy, rzekła — nie uczuję się ja tu ani żoną twą, ani gospodynią, dopóki nas duchowny nie pobłogosławi...
Mieszko trochę się zmarszczył...
— Kniehini moja — rzekł — obejrzyjcie się po komnatach i podwórzach — policzcie tych ludzi co nas otaczają... to są, jak ja, poganie wszyscy.. Gdybym ja dziś waszemu się Bogu pokłonił, kto wie coby mnie czekało jutro... Dajcie mi czas... a pracujcie ze mną.
— Lecz żyć z wami nie mogę inaczéj — odpowiedziała Dubrawka.
Niech ślub zostanie potajemnym, a przecie on dopełnić się musi.
Przystąpił Bolko z naleganiem. Mieszko stał jakby w niepewności co miał począć. Nie położono mu wprzódy warunku tego, ani się spodziewał by uledz musiał, a dnia tego zasmucać nie chciał waśnią. Nie rzekł nic — obrócił się patrzając po przytomnych, czy oczyma znak dał komu, czy szepnął słowo... nikt nie dopatrzył, lecz wnet odezwał się do Bolka i Dubrawki — iż im dworce swe i izby wszystkie i komnaty dla żony zgotowane chce okazać... Szli więc zwolna... Mieszko wiodąc kniehinię, Bolko jeszcze jako stał we zbroi i rynsztunku podróżnym, Dobrosław jako przełożony nad dworem.
Czescy i polscy panowie zostali stojąc w biesiadnéj izbie i czekając na powrót pana. Trzy złotogłowem okryte krzesła u osobnego stołu, zgotowane dla nich były...
Przez izby i podsienia Mieszko z pierwszego dworu, skierował się ku mieszkaniom królowéj. Tu już niewieście towarzyszki, służbę pani i jéj dworaków przyjmowała Różana, która się bogaciéj i wykwintniéj niż kiedykolwiek przybrała.
Dubrawka przeszła szereg izb, komór, składów pełnych bogactw... nie spoglądając prawie na nie... ostatnie drzwi stały zamknięte przed niemi... W chwili, gdy się do nich zbliżyli, jakby czarodziejską siłą, otwarły się ze wnętrza i za niemi dała się widzieć światłami płonąca kaplica... U ołtarza bogato obwieszonego stał ks. Jordan, mając przy sobie O. Matję i O. Prokopa...
Mieszko szedł widocznie chmurny i prawie gniewny, lecz milczący i posłuszny...
Dubrawce oczy się śmiały...
Za niemi wnet zatrzasły się drzwi i w obliczu kilku tylko świadków, ks. Jordan pokropił naprzód wodą chrztu knezia milczącego... a potém szybko obrzęd ślubu dopełnił... W tych obrządkach musiano ze względu na szczególne położenie, na ważność ich, odstąpić od wielu warunków, zapomnieć o wielu ceremonjach, dopuścić się umyślnie zaniedbań... Szło o to, aby chrześciańska przysięga związała przyszłych małżonków... Drżącym głosem pobłogosławił im ks. Jordan... i związał dłonie...
Dubrawka dopomagała małżonkowi, aby wykonał to, co dla ważności obrzędu konieczném było. Na twarzy Mieszka malował się niepokój ciągły i zniecierpliwienie, które trwało dopóki nie wyszli z kaplicy i nie wrócili do oglądania komnat z drugiéj strony dworca położonych.
Z twarzą weselszą jeszcze Dubrawka z mężem i bratem wróciła do biesiadnéj izby... aby zasiąść w wianku dziewiczym, którego, jak mówiła, nigdy zrzucać nie chciała na przygotowaném siedzeniu obok męża i brata...
Polańscy panowie mogli się teraz przypatrzeć kniehini, którą każdy ciekaw był nietylko zobaczyć, lecz odgadnąć. Nie zdawało się to trudném. Na pierwsze wejrzenie Dubrawka, nadto będąc dumną by się ukrywała z czémkolwiek, wydawała się z wesołem usposobieniem, z odwagą i męzkim niemal charakterem. Mieszko przy niéj zdał się daleko do odgadnięcia trudniejszym... Śmiała się ochoczo i głośno, wyzywała żarty i oświadczała wręcz, że zabawy i pląsy lubiła bardzo...
Polańskim panom nawykłym do bojaźliwych niewolnic zahukanych, kniehini wydała się jakby nową cale istotą. Dla dzikich nieco ludzi miała urok ta śmiałość czeskiéj niewiasty... stającéj od razu niemal na równi z mężczyznami, okiem, mową i odwagą...
Mieszko śmiał się z nią razem, łagodnie i dobrotliwie, zdawał niemal uległym, przecież kniehini czuła w duszy, że nie łacno go pokonać i podbić potrafi.
Instynkt mógł ją tego nauczyć.
Śmiałość i samowola z jaką się Dubrawka ciągle okazywała jawnie, słabego człowieka byłyby uczyniły niepewnym siebie i chmurnym. Mieszko brał to lekko, wtórował śmiechowi i wesołości, jakby je w dziecku spotykał.
Pod koniec uczty, przeciągającéj się długo, goście, wedle zwyczaju, zaczęli nowo zaślubionym, składać podarki... i u nóg młodéj pani zebrała się góra cała osobliwszych rzeczy, które o zamożności starych rodów świadczyły...
Dziękował Mieszko; śmiało i wymownie, jakby stara znajoma, dziękowała młoda pani. Dziwowali się jéj wszyscy, że tak od razu przystała do ludzi, do domu, do nowéj ziemi i nowych poddanych. Mieszko téż poglądał niekiedy z ciekawością na ożywioną jéj twarz i jasne oczy, w których najmniejszego wahania się i niepewności widać nie było...
Po uczcie, która się przeciągnęła, nastąpiły pląsy i tany, ale kniehini, choć im poklaskiwała, okazując, że nie są obojętne, tego dnia nie chciała iść z drugiemi, i pozostała przy mężu. Wkrótce téż Bolko ją odprowadził do dworca, a Mieszko znikł także, zostawując Sydbóra w zastępstwie swém, by gości uraczał, nie dając im się oddalić.
Weselne ucztowanie musiało trwać dni kilka bez przerwy w każdym domu, tém bardziéj w książęcym...
Nazajutrz téż od rana stoły były pozastawiane wewnątrz dworca, i w podwórcach karmiono poczty wojenne polskie i czeskie, które się zabawiały wyścigami, rzucaniem pocisków i strzelaniem... Jak poprzedzającego dnia tak tego tłumy ludu okrywały wały przypatrując się widowisku i biesiadzie...
Szczęściem surowy dozór zapobiegł by wśród tego rozochocenia, chrześcianie z poganami, polacy z czechami nie powaśnili się o lada co. Czeski dwór czując wyższość swoją, lekce czasem sobie cenił i prześmiewał polan, a w tych niecierpliwa krew wrzała, i hamować było trzeba nieustannie, aby z małéj sprzeczki duża bójka nie urosła. Chodziła téż starszyzna naglądając i ładząc natychmiast, gdziekolwiek głośniejszy krzyk usłyszała lub zaognione postrzegła lica.
Ludzie z pocztów kneziowskich i do dworu należący, już przygotowani i oswojeni z wielą nawyknieniami chrześciańskiemi, godzili się z niemi, słuchali opowiadań i poufale przestawali. Wewnątrz grodu wesoło szło i ochoczo, lecz gromady, które stały zdala na wałach wpatrując się w igrzyska te, i kupa starców, wyglądających ze świętego gaju groźną i smutną miała postawę.
O. Prokop nawykły do swobodnego obracania się w Czechach, wiedząc, że i tu już wiara miała opiekę i obronę, wcale nie czuł potrzeby zachowywania pewnych ostrożności i ukrywania się z sobą. Zaraz téż drugiego dnia, z innym duchownym, wybrał się, zasłyszawszy coś widać o zakładaniu kościoła, aby miejsce nań przeznaczone obejrzeć. Jak wszędzie tak i tu duchowieństwo na poświęconych czci bałwanów uroczyskach, na posadach świątyń i słupów, stawiało kościoły i krzyże, i tu więc, gaj i świątynia zdała się przyszłéj pierwszéj katedry polańskiéj miejscem koniecznem. O. Prokop ze spokojem i odwagą, niepostrzeżony wyszedłszy ze dworca, przesunął się przez tłumy na podwórcach zebrane i posunął ku gajowi...
Przystęp do niego dla obcych był wzbronionym, jakby na straży stała tu kupka dziadów i wróżbitów, którą kapłan pominąwszy wszedł pod drzewa, kierując się wprost do kontyny.
Lecz zaledwie kilkanaście postąpił kroków, gdy straż na znak jakiś dany jéj przez jednego ze starszych, pobiegła za nim. Zdala patrzący na to Dobrosław, ujrzawszy ją z podniesionemi kijami, lecących z wściekłością za O. Prokopem, miotających przekleństwa i rozjadłych, natychmiast pobiegł na ratunek. Nim miał czas dojść na miejsce, już starcy pochwycili byli kapłana i targając go, bijąc, ciągnęli z sobą ku chramowi... O. Prokop ani mógł się bronić przeciw rozjuszonéj zgrai, podarto na nim suknie... niesiono go niemal na rękach, gdy krzyk naprzód Dobrosława dał się słyszeć, a wnet on sam napadł na zuchwałych wróżbitów. Wściekłość ich była tak wielka, że nawet Dobrosławowi z trudnością przyszło wyrwać im z rąk czeskiego księdza...
Nie śmiał zaś wołać na pomoc ludzi, ani zajścia tego czynić widoczniejszém, bo łatwo i lud z wałów i pijani wojacy mogli się wmięszać a powszechny zamęt i bójkę wywołać. Ulękli się wreście i uspokoili owi stróże świątyni, i O. Prokop, choć oszarpany i potłuczony mógł się z pomocą obrońcy ze szpon zajadłych starców oswobodzić.
Co najprędzéj wyciągnął go z sobą z gaju Dobrosław, tłumacząc mu, że jeszcze tu żadnych środków do wprowadzenia publicznego wiary przedsięwziąć nie było czasu i że póki sam kneź ich nie obmyśli, dawne zwyczaje pozostać muszą w swéj sile...
Tak szczęśliwie wypadek, który mógł grozić zamięszaniem, przeszedł prawie niepostrzeżony i O. Prokop wrócił do dworca, mało co wzruszony niebezpieczeństwem własném, lecz niespokojny o przyszłość swéj kniehini i kraju, tak nieprzygotowanego do nawrócenia.
Na dworcu tymczasem i sama kniehini i towarzyszki jéj wyprawiały wesołe pląsy, nuciły śpiewy... a polańscy panowie podziwiali te niewiasty, jakim podobnych nie widzieli. Dubrawka zyskiwała sobie serca uprzejmością swą i niecierpliwa równie jak O. Prokop, nie wahała się coraz rzucić słowo o nowéj wierze.
Dziwnie się to apostołowanie mogło wydawać wśród zabawy, lecz młoda pani przejęta była swém posłannictwem i w środkach spełnienia nie przebierała; panowie téż czescy naśladowali ją w tém porywczém apostołowaniu, i pod koniec dnia pochmurniały twarze, między czechami a Polanami zaczynało się dawać czuć oziębienie, rozdział jakiś, coraz widoczniejszy. Mieszko zdala patrzał, milczał, nie mówił nic, ale chmurniejszym był...
Trzeciego dnia nie ustawały stoły pańskie i zabawa, lecz nie szła ona jak z razu. Poprzedzającego dnia bójek na grodzie było kilka, lud warczał jakoś na przybyszów...
Czwartego rana sam na sam naradzał się kneź z Sydbórem i Dobrosławem, gdy śpiewając, z wesołą swą twarzą i pańskiém wejrzeniem weszła Dubrawka. Na widok jéj pogodniejsze téż oblicze przybrał Mieszko, a oczyma swoim towarzyszom wskazał, aby ich samych zostawili.
— Mieszku, ozwała się widząc ich ustępujących Dubrawka — weseliliśmy się ochoczo trzy dni całe, czas przystępować do dzieła!
Mieszko popatrzył trochę zdumiony...
— Duchowni czekają... nie ma co zwlekać i nawracanie o chrzest rozpoczynać należy.
— Piękna kniehini moja — rzekł Mieszko — ieśli[3] niewiasty twojego dworu zechcecie nawracać — czyńcie, proszę, ale co do mojego narodu — zostawcie mnie staranie. Jedyny to sposób byłby, żeby nic nie uczynić lub głową nałożyć — gdybyśmy się porwali nagle i nie przygotowawszy...
To mówiąc wstał, pocałował żonę śmiejąc się i rzekł do niéj...
— To moja sprawa...
Stała jeszcze zdumiona i trochę zmięszana Dubrawka, gdy kneź dodał.
— Jeden z tych, których wyście z sobą przywieźli, wczoraj o mało życiem nie przypłacił nieopatrzności... bo go ledwie z rąk zajadłych ludzi wyrwano. Twoi Czesi nie zdali się do nawracania bo nas nie znają. Miłościwa pani, damy im podarki bogate, ale ich ztąd odprawim do domu...
Dubrawka, która najwięcéj liczyła na swój dwór, zasmuciła się bardzo, lecz Mieszkowi się przeciwić nie było sposobu... Z twarzy mu patrzało, że choć śmiał się, ale żelazną miał wolę...
— Nie zlękniecież się zostać tu wśród nas pogan, saméj? — dodał Mieszko. Dubrawka, choć może w istocie czuła trwogę, okazać się jéj wstydziła. Męzka jéj dusza brzydziła się nią.
— Z wami przecież zostanę — obawiać się nie mam czego...
Mieszko się jéj dziękczynnie uśmiechnął.
— Ja, rzekł, znajdę duchownych, wyszukam ludzi — godzinę naznaczę, a gdy ta przyjdzie i powiem, że chrzest muszą przyjmować — przyjmą... Kto się oprze — zginie. Lecz nim się to stanie, mój dwór i moje wojsko, mojém być musi, aby mi naród nie był groźnym... W jednym dniu odmieni się twarz téj ziemi... a no, dzień ten ja jeden wiem...
Miłościwa moja — ja sam poganinem jeszcze jestem... nawróćcie wprzódy mnie i nauczcie... słucham was często i nie rozumiem. Co u nas cnotą było, u was jest występkiem; co u was się zowie pięknem, nam się wydawało złem.
Ruszył ramionami.
— Mięsa mi zakazują jeść... a zkądże ja wezmę siłę?
Zemsta zbroniona, a któż się mnie będzie lękał?
Dubrawka słuchała go... i zwolna może przekonała się, że to nawrócenie, które się jéj tak łatwém wydawało... było dziełem nie jednego słowa...
Musiała spuścić głowę i zamilknąć. Mieszko ujął ją pod rękę.
— Tymczasem chodźmy a weselmy się, a wy, kniehini moja, zabawiajcie się ze swojemi, których pożegnać musicie.
Czechów odprawić trzeba i dlatego, aby naród nie rzekł, żem ja ich dla wprowadzenia nowéj wiary potrzebował...
Wyszli milczący i skierowali się ku dworowi, w którym pomięszane głosy gędźby, śpiewy, wrzawę i śmiechy słychać było...
Grali czesi na rogach i piszczałkach, kilku gęślarzy u drzwi śpiewało, za stołami piła starszyzna i pokrzykiwała... inni nucili pieśni razem aż się rozlegało. Wszystko to umilkło, gdy kneź się ukazał z żoną, ale natychmiast skinął, aby byli myśli... wesołéj...
I znowu huczało a brzmiało do koła...
Tego wieczora Włast, wyprosił się u knezia, aby mu było wolno do Krasnéjgóry zbiedz na godzinę. Skinął mu głową przyzwalająco, i O. Matja, któremu wrzawa weselna przykrą była, natychmiast dosiadł konia, biegnąc na swoje zgorzelisko...
Mrok już padał, gdy się znowu znalazł na skraju lasu, i jak za pierwszym razem, zastawszy tu spalony dwór, teraz znowu uląkł się i stanął osłupiały.
Nie mniéj go zdziwiło to co tu ujrzał... bo mu się téż cudem niemal wydało. W miejscu zgliszcza stał już nowy dworzec, daleko obszerniejszy od pierwszego, gotowy, dokończony, pokryty, ogrodzony tynami... odbudowany cały do najmniejszéj szopki...
Oczom zrazu wierzyć nie chcąc, Włast podjechał pod wrota, i miał zsiadać, gdy z drugiéj strony nadbiegł Jarmierz, a za nim kilku parobków. Ze zdumienia niewiedząc co mówić, Włast wprost poszedł do dworu... Jarmierz mu towarzyszył. Gdy się sami znaleźli w progu, odwrócił się ku niemu Włast i spytał.
— Jak to być mogło, ażeby dwór stanął tak rychło?
— Z rozkazu knezia, ludzi gromada naszła wielka, odezwał się Jarmierz. Jam z mojemi patrzał tylko z założonemi rękami...
Dworzec nowy pobudowany był podobnie do starego, lecz wyższy od niego, pokaźniejszy i obszerniejszy... W miejscu komory, w któréj zmarł Luboń i gdzie była kaplica... staraniem Dobrosława nowy ołtarz stanął ze wszelkim do służby Bożéj przyborem.
Tu naprzód, na kolana padłszy Włast, zalany łzami, modlił się długo...
Wstawał jeszcze poruszony i przejęty cały, gdy w progu ujrzał postać niewieścią... Nie mógł on poznać jéj zrazu, osłonioną miała twarz i głowę czepcem zamężnych niewiast... dopiero zbliżywszy się do niéj... gdy mu się do kolan kłaniała, ujrzał w niéj siostrę swą Hożę...
— A zkądże ty tutaj?— zapytał... jakim sposobem?
Hoża poczęła od rzewnego płaczu... zaszła się, tuląc twarz w chustach i nie mogła mówić długo...
— Gdzie mąż twój? — zapytał Włast...
Po nowych łzach i płaczu domyśleć się mógł brat, iż jakiś los nieszczęśliwy spotkać musiał Wojsława; nie chciał już naglić o odpowiedź... bo Hoża coraz nowemi zalewała się łzami.
Jarmierz, który za nią stał, szepnął mu na ucho, że dziesiętnicy Mieszkowi długo się za nim z jego rozkazu uganiali, nocą go napadli w chacie leśnéj, związanego wzięli na gród, a tam nazajutrz Mieszko obwiesić go kazał...
Hoża opłakując męża, niewiedząc co począć ze swém sieroctwem, i wdowieństwem, pieszo przywlokła się do rodzicielskiego domu... w którym musiała szukać przytułku.
Upewnił ją Włast, że pozostać może, i mieszkać jak u rodzica, pocieszając zasmuconą. Zdziwiło go tylko, że kneź, który go widywał ciągle i mawiał z nim prawie co dnia, ani o odbudowaniu dworu, ani o sprawiedliwości domierzonéj nad Wojsławem, nie wspomniał nigdy.
Pan był milczący i zamknięty.
Tak, w nowo odbudowanym dworze, pierwszy wieczór spędził Włast, któremu siostra po staremu usługiwać chciała... Nie dopuścił jednak tego, rozkazując jéj usiąść razem do stołu, przy którym i Jarmierz zajął miejsce... Radowało się serce jego myślą tą, że opatrzność zesłała mu siostrę, aby jak ojciec, nawróconą została. Zdało mu się téż, że i Jarmierza, już przygotowanego, łatwo do przyjęcia nowéj wiary skłonić potrafi...
Ale pierwszego tego wieczora zaraz, gdy z niecierpliwych ust wyrywały mu się już wyrazy natchnione, przekonać się mógł, jak daleko stały pojęcia tych biednych ludzi w nieświadomości wychowanych, wykarmionych życiem inném, od chrześciańskich wyobrażeń...
Hoża wprawdzie słuchała go chętnie, lecz więcéj ją zdumiewało to co mówił, niż przekonywało...
Włast postanowił, cierpliwie, powolnie, wytrwale poświęcić się zyskaniu tych dusz... W myśli jego było połączenie siostry z Jarmierzem i oddanie im po ojcu majętności. Sam on dla siebie nie potrzebował nic, chciał wymówić tylko kaplicę i w tym domu pierwszych chrześcian gromadzić. Blizkość zamku, położenie w lesie i na ustroni czyniło miejsce dogodném... Zdawało mu się, że ci, co z dymem raz dwór puścili, drugi już raz ważyć się nań i porwać nie będą śmieli. Najpiękniejszemi marzeniami kołysany, po długiéj wieczornéj u domowego ołtarza modlitwie, Włast legł spocząć... nazajutrz do dnia chcąc powrócić do zamku, w którym spodziewał się zastać więcéj ciszy i spokoju... Rano przy drzwiach zamkniętych odprawiwszy tu pierwszą ofiarę za duszę ojca, pomodliwszy się na grobie jego, pożegnawszy czule siostrę, przeprowadzany długo przez Jarmierza, Włast na duchu spokojny i szczęśliwy, na zamek nad Cybiną powracał...
Zawiódł się tylko, sądząc, iż tu już pokój panował, teraz bowiem po przyjęciu Czechów, następowało huczne ich pożegnanie.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Cybiną.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nadmorskich.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jeśli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.