Lubonie/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



IV.



W kilka dni późniéj Włast już ze swéj wycieczki powracał — uspokojony tém, że nie jechał sam.
Obok niego po prawéj ręce, w milczeniu odmawiając pacierze kapłańskie, ks. Jordan rozpatrywał się po kraju, w którego granice już wkroczyli...
Ten sam to był kapłan, którego opatrzność mu nastręczyła na Adlerburgu, u grafa Gozberta. Z niemałą trudnością udało mu się go nakłonić.
Nie miał nic, czemby go mógł pociągnąć i zachęcić, nie ofiarował mu nic oprócz apostolstwa, widoku walki a może męczeństwa.
Lecz obok poczwarnych istot, które wieki te rodziły — religia chrześciańska ile kroć padła na serca czyste, na umysły wielkie, na wybranych — tworzyła z nich ludzi poświęcenia i świętych.
Ks. Jordan był kapłanem już z apostolstwem obeznanym, od młodości w téj pracy zahartowanym. Opowiadał on ewangelię i po dzikich zakątkach, kędy się promień światła nie wcisnął nigdy jeszcze, i tym możnym na wpół nawróconym, co światło czyste obracali na swój użytek, czyniąc z niego przewrotnego sługę... Wiedział już jak mówić było potrzeba do tych, co nigdy nie słyszeli, i do tych co słyszane źle zrozumieli.
Mąż był cierpliwości niezmordowanéj i niewyczerpanéj, mocy ducha niezmożonéj — wesela przytém wewnętrznego pełen i spokoju...
Wielka prostota i dobroć łączyły się w nim z rozumem jasnym... Wiedział on, że oddając się na usługi Mieszkowi i krajowi do dawnéj wiary przywiązanemu, będzie miał wiele trudności do zwyciężenia, nie nagłych a przechodzących, ale powracających i upartych. Uśmiechało mu się to jednak być pasterzem trzody nowéj i przez siebie samego stworzonéj. A po drodze nim na gród przybyć mieli, starał się zawczasu objaśnić o ludziach i zawiązku tego, co go tam oczekiwało.
Mieszka rad był odgadnąć, a o tém właśnie i Włast mu najmniéj umiał powiedzieć. Domyślali się go ci, co żyli z nim, nikt powiedzieć nie mógł, by go znał.
Od granicy już Włast, któremu jego kraj najpiękniejszym się w świecie wydawał, ukazywał go ks. Jordanowi wychwalając.
Kapłan znajdował go smutnym...
Przerażała go niezmierna ilość kamieni słupów Trygłowowi i Światowidowi poświęconych, źródeł, miejsc ofiarnych, dębów i gajów, w których ślady objat i obrzędów pogańskich napotykali. Świadczyły one o przywiązaniu ludu do swéj wiary, przepowiadały niezmierną pracę, jaka tu apostołów czekała.
Lecz Włast szeptał, że gdy wszystkie te miejsca jak w Czechach, poznaczone zostaną krzyżami i niejako ochrzczone, będą służyć téż ku opamiętaniu i nawracaniu...
Ks. Jordan musiał zrzucić swą suknię duchowną, wdziać odzież używaną w kraju, a że języka był świadom, mógł uchodzić prawie za krajowca. Już w drodze rozmawiając z Włastem i Sulinem starał się swoją serbszczyznę nałamywać na język polański, mniéj naówczas daleko od niéj różny, niż późniéj się wyrobił...
Powierzchowność nawet przyszłego pasterza, choć wojskową i rycerską nie była, nie raziła niczém nadzwyczajném, a odznaczała się powagą, dozwalającą go brać za zamożnego władykę.
W ciągu drogi im dłużéj obcował z nim Włast, im poznawał go bliżéj, tém się więcéj rozmiłował w nim, a przekonywał, iż go nie traf ślepy, ale opatrzność wybrała sama, na trudny obowiązek pierwszego apostoła — i pasterza.
Ponieważ oba drogą znużeni byli, a mało zbaczając mogli się wprzód dostać do Krasnéj-góry, niż nad Cybinę, Włast postanowił naprzód do siebie zawieść ks. Jordana, dać mu tam spocząć, i dopiero drugiego albo trzeciego dnia wybrać się z nim na dwór książęcy.
Przyjął tę myśl podróżny, rad będąc, że lepiéj pozna kraj, i już zdążali ku Krasnéjgórze, o któréj Włast myślał nie bez tęsknoty i miłości. Wyrzucał sobie nawet to przywiązanie zbyteczne do miejsc, w których przebył dzieciństwo, prawie je grzeszném uważając.
Droga wiodła lasami, już po trosze z liści jesienią ogołoconemi. Z niecierpliwością pewną Włast wyglądał dworu i cieszył się, że poczciwego Jarmierza zobaczy... Wjechali wreście w ten gaj, który dwór z boku osłaniał. Włast nie mógł pojąć już dla czego dworu widać nie było... gdy nagle pobladł i konia wstrzymał, takie go opanowało wzruszenie. Całéj siły ducha użyć musiał, aby się zdobyć na wyrazy.
— Bądź wola twoja!
Stary dwór w Krasnejgórze był zgliszczem tylko. Sterczały z niego pozostałe niedopalone belki... ogniska kamienne, obalone ściany. Z budowli nie pozostało nic.
Pogorzelisko straszny widok przedstawiało... Kilku ludzi błąkało się około niego, a Jarmierza teraz dopiero ujrzał Włast leżącego na ziemi w opalonéj odzieży..
Pożar nie musiał być dawny, gdyż, choć wygasło wszystko, gdzieniegdzie dymiły węgle jeszcze. Za dworem, ze spalonych szop wypędzone stały trzody, a przy nich siedzieli ludzie spoglądając ku miejscu, przez które przeszło zniszczenie.
Włast skoczył z konia, a Jarmierz podniósł się z ziemi powoli, podchodząc ku niemu z załamanemi rękami. Zbliżył się téż i ks. Jordan...
— Mój Jarmierzu — zawołał Włast — jakże się to stało? Co było przyczyną? odezwał się Włast widząc niemego chłopaka, któremu rozpacz niedozwalała ust otworzyć.
Jarmierz obejrzał się ostrożnie.
— Nie wiem... nic nie wiem — rzekł trwożliwie — w nocy ogień się wziął ze czterech rogów zagrody — i nie było ratunku. Ocaliliśmy co się wynieść dało.
Włast nie śmiał spytać o kaplicę... Jarmierz wskazał mu tylko leżące na kupie sprzęty, zapasy, odzieże i broń, między któremi i najdroższy kielich ofiarny się znajdował.
W lasku na prędce sklecony szałas, dozwolił spocząć przynajmniéj, bo noc nadchodząca do grodu przybycie utrudniała. Resztka zapasów starczyła dla niewymagającego ks. Jordana i gospodarza. Siedzieli milczący spoglądając na spalony dom rodzicielski, którego ruina Włastowi z oczów łzy wyciskała. Jarmierz upokorzony był i znękany tém, że pod jego opieką zostawione domostwo taki los spotkał. Pocichu zaczął opowiadać, że przed wieczorem dnia tego widziano kilku w okolicy kręcących się dziadów, Wargę i dwóch jego towarzyszów, że przed parobkami od kilku dni odgrażano się puścić z dymem dwór, w którym chrześcianie się schadzali i swoje składali ofiary. Nie ulegało najmniejszéj wątpliwości, iż mściwa ręka podłożyła ogień, a parobcy podmówieni ratować nie chcieli, wcześnie jakoś swoje mienie wyniosłszy.
Włast wprędce opłakał swą stratę, i złożył ją jako jednę więcéj ofiarę dla wiary, którą przyjął... Należało myśleć o odbudowaniu.
Jarmierz już nie czekając przybycia pana, wysłał z siekierami do lasu... Lecz, taż sama ręka nie mogłaż zrzucić żagwi, i zniszczyć nowego domostwa?
Na to nie zważając Włast budować rozkazał, postanowiwszy w duchu pierwszą izbę dokończoną poświęcić jako kaplicę Bogu — i uczynić ją domem modlitwy...
Smutny był nocleg ten pod szałasem, na modlitwie w części i na cichéj rozmowie z Jarmierzem spędzony. Od niego dowiedział się Włast, że gdy płomię buchnęło, i łuna od niego nad całą okolicą rozgorzała, którą i nad Cybiną widać było, przypadli komornicy wysłani od Mieszka na zwiady, i pomagali do ratunku. Kneź więc zawiadomionym był o stracie jaka spotkała Własta.
Nad rankiem odprawiwszy pacierze, dwaj duchowni ruszyli z tych zgliszczów ku Poznaniowi, i stanęli na grodzie właśnie, gdy Sydbór i Mieszko ludzi nowo zaciężnych opatrywali i liczyli. Wszystko się tu zdawało przysposabiać jakby do wojny...
Ruch był na zamku wielki.
Oddziały jedne nie uzbrojone jeszcze przyciągały, drugie z dowódzcami odchodziły. Broń dobywano ze skarbców, liczono się z jéj zapasami w Gnieźnie, nad Cybiną, po innych gródkach Mieszkowych.
Zdala już bystre oko pańskie poznało przybywającego Własta, i mały orszak jego, policzyło znać ludzi i postrzegło nieznajomego w téj kupce. Zaledwie z koni zsiąść czas mieli, gdy Mieszko nadszedł z twarzą, jak zawsze spokojną i wesołą. Nie spojrzał nawet na ks. Jordana, jak gdyby go widzieć nie chciał, i ozwał się zdala do syna Lubonia.
— Dobrze się stało, że starego dworu pozbyliście się — na pół był już spruchniały. Musicie już wiedzieć o tém.
— Tak, miłościwy panie.
— Nie frasujcież się, stanie nowy... idźcie do Dobrosława...
Skinął ręką, a sam do Sydbora powrócił. Ks. Jordan pilno mu się przypatrujący, nie rzekł słowa i poszedł za swym przewodnikiem. Dobrosław téż najrzawszy ich, spieszył naprzeciw i zabrał z sobą do izby, gdzie się swobodniéj rozmówić mogli.
Gdy weszli do niéj, a drzwi się za nimi zamknęły, Dobrosław rękę ks. Jordana ucałował i posadził na pierwszém miejscu, a sam zwrócił się do Własta z ubolewaniem.
— Kneziowscy ludzie — rzekł cicho — wysłani ztąd na łunę, w powrocie z Krasnéjgóry pochwycili w lesie dwu dziadów, którzy się podłożeniem ognia przechwalali. Przyciągnięto ich tu na gród i posadzono do ciemnicy... a kneź choć się waha i wzdraga, pono dla przykładu da ich obwiesić obu... Lecz że lud ich szanuje, a narodu drażnić nie chce... nie wie sam jeszcze, jak postąpi...
Obawiając się, aby z jego przyczyny krew się nie lała, Włast posłyszawszy to, natychmiast pobiegł do Mieszka i spotkawszy go wracającego do dworu, do nóg mu padł, prosząc o przebaczenie dla dziadów.
Mieszko zdziwił się mocno.
— Oni ci przecie szkodę wyrządzili... i zemsta ci należy!
— Miłościwy panie — odezwał się Włast — chrześcianie zemsty nie znają... nauka nasza nieprzyjaciołom nakazuje przebaczać i kochać ich... Błagam was...
Mieszko rad był może, iż się od narażenia narodowi w chwili téj uwolni, więc gdy Włast prośby powtarzał, ręką skinął i rzekł mu.
— Czyńże z niemi co sam chcesz...
Nie tracąc chwili, Włast poszedł do ciemnicy, w któréj Wargę i towarzysza jego zamknięto. Gdy mu wrota do tego lochu w wałach wygrzebanego otworzono, ujrzał dwu dziadów leżących na ziemi, którzy go wzrokiem dzikim powitali milczący. Warga go poznał i nie wątpił, że wydany na pomstę Włastowi dozna strasznego losu. Nie ruszył się więc nawet, na wszystko będąc gotowym.
Włast się zbliżył.
— Za cóżeście pod moje domostwo ogień podłożyli? — zapytał.
Starcy dwaj popatrzyli długo na siebie, jakby się oczyma radzili, co odpowiedzieć mają. Po chwili Warga zamruczał.
— Co się pytasz? rób swoje...
— Nic wam złego nie uczyniłem — odezwał się Włast — ślepi jesteście i nie wiecie, co robicie, ani za co mnie prześladujecie... Wy uczyniliście mi krzywdę — dodał — ja wam za nią płacę dobrém i wyprosiłem u knezia, że mam prawo wypuścić was na wolę... Idźcie i uchodźcie... a pomnijcie, że ta wiara co uczy dobrém płacić za złe, lepszą jest...
Warga słuchając z pewnym rodzajem wzgardy, uśmiechał się, a gdy Włast dokończył, ruszył się wnet biorąc za kij i dając znaki towarzyszowi, by za nim pospieszał.
— Wasza wiara — mruknął — głupia jest... bo ty mnie puszczasz wolno, a ja z ciebie się śmieję i co w sercu mam, to zachowam...
Nie spojrzawszy na Własta wychodził już z lochu, potém zwrócił się ode drzwi.
— Nie śmiecie Wardze nic uczynić — zawołał — nie śmiecie! wiecie że on silny... i że za niego mścić się będą, dlatego puszczacie wolno... Nie bójcie się, drugi raz w ręce wam nie popadniemy, a dostaniecie się wy w nasze...
Dokończył śmiechem dzikim i poszedł.
Włast stał, zawrzał w nim gniew na chwilę, ale nowy chrześcianin był wiernym nauce swojéj i kłamu jéj zadać nie chciał, zniósł więc to urągowisko i pogróżki, zwyciężył się i dał ujść obu dziadom, którzy natychmiast pobiegli ukryć się mu z przed oczów, znajomemi sobie drożynami przemykając się ku gajowi i świątyni.
Nauka, jaką im Włast dać chciał, była straconą, ale on w sumieniu swojém spokojnym pozostał.
Gdy Dobrosław oznajmił Mieszkowi o towarzyszu, którego z sobą Włast przywiózł, kneź nic mu nie odpowiedział. Zdało się, jakby znowu ulegając jakiemuś wpływowi czy obawie, cofnął swe postanowienie wcześniejsze, nie zapytał więcéj o niego i zostawił Dobrosławowi wolę rozporządzenia się i działania jak chciał.
Ks. Jordan więc za poradą jego został z nim razem, oczekując zręczności, by mógł przemawiać, nauczać i kierować. Na oko nic żadnéj nie zwiastowało zmiany, z Czech tylko zapowiadano przybycie kniehini Dubrawki, ale i to pokryte było jakąś tajemnicą. Kneź małomówny na zapytania odpowiadał niejasno. Na zamku wszystko było w gotowości.
Jednego poranka Włastowi kazano jechać do Pragi, dodano mu tych samych ludzi, którzy towarzyszyli w pierwszéj wycieczce, a gdy o cel podróży zapytał, Mieszko mu rzekł.
— Pokłońcie się odemnie...
Rad że się do chrześciańskiego kraju dostanie, Włast był posłusznym, pożegnał ks. Jordana i pojechał.
Na zamku znowu to samo stare życie się wiodło bez zmiany, tylko nowy apostoł, któremu jego bezczynność dolegała, nie pytając nikogo, z kijem w ręku, począł szukać owieczek. Często po całych dniach go na grodzie nie było, a gdy Dobrosław już miał wysyłać szukać go niespokojny, wracał nagle, wesół i rozpromieniony, zapewniając go, że Opatrzność bozka nad nim czuwa i nic mu się złego stać nie może. Niezmiernie prędko rozpatrzył się ks. Jordan w kraju i jego stosunkach, a zetknąwszy się z kilku ochrzczonymi dawniéj, przez nich, jak po nici, trafił do innych, lub tam gdzie siane ziarno zejść mogło.
Około niego potajemnie skupiać się zaczęli wszyscy dotąd rozpierzchli, nabierając otuchy.
Mieszko widywał go i o nic nigdy nie pytał, udając, iż o niczém nie wie. Jednego dnia z nim i Dobrosławem poszedł wiodąc ich do gaju i świątyni, jakby to miejsce chciał im ukazać, ale nie rzekł nic. W kilka dni radził obu z Sydbórem jechać do Gniezna i obejrzéć Lechową górę a ostrów na jeziorze, gdzie stały świątynie pogańskie.
Wśród tego spokoju, który usypiał pogan, tłumaczących go sobie jak Warga, obawą; nagle, jednego dnia, Mieszko nadzwyczajne począł czynić przygotowania.
Dwóchset ludzi dobrano z przybocznego orszaku co najdorodniejszych i wydano dla nich odzież paradną, oręż drogi, i konie ze stad najpiękniejsze. Ze skarbca podobywano naczynia najdroższe i przeniesiono do izb na dole, gdzie biesiady się odbywały. Mieszko ostatnią swą ulubienicę z wianem bogatém odprawił do rodziny, stara Różana została w niewieścim dworcu sama jedna, i płakała z obawy, aby i jéj, niemającéj już tu co czynić, nie oddalono. Mieszko kazał ją przywołać do siebie, weszła smutna, choć zawsze strojna i niżéj niż zwykle do nóg mu się skłoniła.
— Masz wiedzieć — rzekł kneź — że żonę biorę z wielkiego domu, kniehinię sławną... Jak strzegłaś tamtych, tak i téj służyć będziesz, nad jéj dworem mając dozór... Pilnujże, byś na jéj łaski zasłużyła... a rozkazy spełniała...
Różana pokłoniła się raz jeszcze, chcąc coś pomówić, bo do mówienia zawsze niepomierną miała ochotę, lecz Mieszko nakazał milczenie i poszedł niewieści dwór i izby oglądać. Stały komnaty puste, smutne, ale z przepychem pańskim przygotowane na przyjęcie gościa wielkiego, aby czego tylko kniehini zapragnąć mogła, znalazło się pod ręką. Cienkie tkaniny, kobierce wschodnie, złote i srebrne naczynia, misy, nalewki, dzbany, świeczniki świeciły porozstawiane wszędzie. Śpiżarnie pełne były łakoci, piwnice napojów, a kwiaty, na jakie się jesień zdobyć mogła i wonne zioła porozrzucano wszędzie.
Gdzie dawniéj wrzawa niespokojnych niewiast po całych dniach się rozlegała, teraz cicho już było jak w grobie. Jednę z najpokaźniejszych izb w głębi dworca kneź kazał zostawić pustą, nie mówiąc o jéj przeznaczeniu.
Tegoż wieczora Mieszko poszedł do siostry.
Domyślano się tam zawczasu, co się na zamku gotowało, a Górka nie bardzo była może rada nowéj pani i nowemu porządkowi, nie wiedząc, jak się zgodzi z nieznaną bratową. Podejrzliwém okiem spoglądała na brata i przyjęła go z należném poszanowaniem, ale milcząco.
Kneź usiadł zadumany i począł się jéj przypatrywać.
— Nie jużci téż, Górka... zamążpójście na myśl nie przychodzi? — zapytał nagle.
Siostra się zarumieniła mocno, bo po wiek wieków żadna niezamężna dziewica nigdy się przyznawać nie zwykła, by sobie stan zmienić życzyła. Zawsze się to uważa za nieprzyzwoite pożądać czepca. I Górka téż z dumą pańską odpowiedziała bratu, po chwili namysłu.
— Miłościwy panie, być może, iż wam się mnie pozbyć chce z domu, alem ja nie zatęskniła w nim nigdy...
— A przecie — odezwał się kneź — tak tu wiecznie nie możesz pozostać. Szkodaby krasy i młodości... Ale to moja rzecz męża wyszukać, wiano dać i sprawić wesele...
Górka się zarumieniła mocniéj jeszcze, kneź spojrzał z ukosa.
— Nie bój się — rzekł — znajdę ci takiego, co będzie godnym pięknéj jak ty kniehini... Ty wiesz, że ja Bolkową córkę biorę, abym jedną nogą w Czechach stał, czekając, póki dwoma nie będę mógł stąpić... Ona chrześcianka idzie za mnie... ty téż chrześcianką zostać musisz, a poniesiesz z sobą tę wiarę do Ugrów, którym rękę podamy, aby Czechów trzymać zawsze grozą i nie dać sie[1] im uciskać... Dziki to naród, wojowniczy, ale straszny... Musieli się na nich wszyscy niemcy zebrać do kupy nad Lechą, aby zwyciężyć... a w domu oni niezwyciężeni... Tobie tam panować przystało i królować...
Górka nie odpowiedziała nic, bo niewieście naówczas, choćby rodu pańskiego, swojéj woli mieć się nie godziło. Mieszko mówił napół do niéj wpół do siebie, uśmiechając się myśli swéj.
— Nie obawiaj się, brat ci krzywdy uczynić nie da, a jeśli z domu jego wyjdziesz, nie pożałujesz zamiany... Od téj wiary nowéj, którą niemcy swoją zowią, nie obronimy się już. Zewsząd nas ogarnia... panuje wszędzie... wojować z nią nie można... ale przyjąwszy ją, nią wojować będziemy choćby z cesarzem...
W sprawie wiary Górka nie miała pono tak samo woli, jak w sprawie własnego losu; słuchała wiedząc, że uczynić będzie musiała co każą. Westchnęła tylko, bo ją straszono surowością chrześciaństwa.
— Wiara to straszna!.. — wymówiła pocichu.
Brat nie odpowiedział długo.
— Gdyby w istocie taką była, czyżby ją tylu ludzi mogło wyznawać?.. — rzekł po namyśle.
Zamyślił się i westchnął, może mu na pamięć przyszły dawne gody i swoboda, lecz nie rzekł nic.
Siostrę pogłaskał po twarzy i zwolna wysunął się z dworu.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.