Listy (Czycz, 1967)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Czycz
Tytuł Listy
Data wydania 1967
Wydawnictwo Wydawnictwo Literackie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


LISTY
(61 r.)

Istnieje jedno z miliardów o podobnych cechach na globie jednym z wielu pytałaś co powoduje i pod słońcem jednym z miliardów pod którymi globy i globów istnienia cechach i z podobnymi jak tu w tych listach sprawami i z chichotami i błąkaniami co powoduje i porami że właśnie do Ciebie i pracami zadumaniami urokami z miliardów pod gwiazdą jedną z miliardów układu G i właśnie w tym jednym z miliardów skupionych w MG i w jakim miejscu istoty gdy mnie podobna z ogromu skupisk tych układów MG ich gałęzie białawo przeświecają w zgięciu palca i miliardowe w nich cząstki rodzaju G z miliardami gwiazd rodzaju Słońca i rozprzestrzeniam jeszcze ogromniej i na ich globach istnienia z zadumaniami pojazdami lizaniami lotami luminarzami wiatrem filozofią promiennymi porankami kretynami dalej z ogromu skupisk MG i tam w jakiegoś istnienia gdy dalej mnie podobne zgięciu palca lub brzegu paznokcia przeświecają światy i tych światów istnienia i z oceanami i dawaniem odporu i drogami i skokami o tyczce i wojnami i mruganiami i historią i wartami honorowymi i mówi tam któreś co powoduje do jednego tam z miliardów i głosami modulowanymi bo nie zna życia kto nie służył w marynarce i w ciemną noc słychać dźwięki mandoliny i kopulacjami i przyjedź do mnie ważna sprawa i torpedowcami i przenikają mnie całe układy światów obcych zmieniane wychwytywaniami moich wynikają w dalej moich innymi zmienianych wychwytywanych i było przewidziane lecz potem nie znalazłem Lili i coraz mi słabiej a jeszcze idzie noc i nasza niezwyciężona armia w brzegu paznokcia lub plwociny i mówi tam lub drogi lub mandoliny lub szczegółu tego co jest mu kraj lub zwitku włosów mówi oto moja ręka rozświecona miliardami gwiazd któreś na globie pod jedną z miliardów gwiazd wejdź mówi poprzez ogromne wirujących centr układów rodzaju S stopionych w okrążaniu centr układów rodzaju galaktycznych w ich powłoki w których ruch globów wokół swoich centr jest miliardokrotne drganie na każde drgnięcie tych wejdź poprzez ogromne ich rozprzestrzenienie w czas w którym jest prawie bezruch cząstek rodzaju gwiazd i wokół nich planet w miejscach powłok z ich ruchu w czasie przeświecania stopionych we mnie wejdź tam ręka lub powieka istnienia jakiegoś z miliardów na globie któregoś z mrowia układów G rozświecona miliardami na każde drgnięcie tych powłok w ruchu wokół centr układów rodzaju megagalaktycznych formującym powłoki MG których drganie w czasie istnienia zwierającego w sobie ogromy ich skupisk jest miliardowa cząstka w drgnięciu być może pulsu tego istnienia gdy mnie podobne i mijają miliardy w drgnięciu w nim strumieni z układów o przewadze w nich gwiazd czerwonych minęły miliardy istnień i minęły zrodzone z nich i rodzące i epoki tam pod centrami jakichś układów które jeszcze wie rozpadły się na powstanie nowych tam pyląco prószy w drgnięciu rozwidlonych w przenikanie układów powolniejszych krążenia tych strumieni w pobliżu megagalaktycznych z przewagą białych gwiazd gałęzi Kośćca tam pyląco prószy ginięcie tych istnień gałęzi Kośćca istnienia jakiegoś z miliardów pod centrum układu wtopionego w powłokę rodzaju G, obejmuję jej drgania, i drgania wtapiającej ją powłoki MG, czas istnienia z ich skupisk jest we mnie, jest we mnie czas powłok układów zwierających miliardy i czas prawie zatrzymanych cząstek w zwieranych, szłaś przez nie jasnym świeceniem, świeceniem harmonijnie rozszczepionym 10 7 barwy lub dźwięki krótki zapis dźwiękowy pięciolinia, pierwsza linia jest linia siły w ruchu tego świecenia, druga jest linia równonocna, trzecia jest linia widmowa wspólna centrom wszystkich układów, czwarta jest linia światów, piąta jest spomiędzy układów zwierających miliardy a zwieranych w przeświecanie w jakimś istnieniu ma jednym z miliardów, agogikę wyznacza tu czas każdego, we mnie w pewnych moich energiach rozpinających mnie w przestrzenie światów ze skupisk ogromu światów i ustalać mogę na przykład układ widziany przez istnienia Ziemi poza nazywanym przez nie Trójkątem w rejonach mojej skroni czy diafragmy zarysowującej się tam pomiędzy Ghureju a Sizregad, i rozpinających nade mną istnienia i światy których taki pył we mnie gdy mijają prószy, jak słabo ginięcie tam istnień dopełnia daleką od czerwieni chłodność cząstek które dla nich globy, prószy we mnie jak powiew jak lekki powiew w drzewach choć może trochę pochyla gałęzie w kierunku gdzie idzie, w energiach ogarniających w mgnieniu przestrzenie na miliardy układów mieszczą się wszystkie masy tych układów, świecenia torów ich centr rysują moją rozległość, światło z początku ery jednego układu nie osiągające drugiego pod koniec jego równoczesnej ery, w energiach w mgnieniu ogarniających przestrzenie na miliardy lat świetlnych mieszczą się wszystkie masy tych przestrzeni, i epoki tam pod centrami jakichś i jestem objąć dowolne gdy jeszcze
lub odrzucić gdy w innych, zmniejszyć te energie o tamte masy tak wytrącić i o miejsca na jeszcze inne są lub unicestwić są i przeciwne tamtym, tak kolejno do jednego nawet układu, gdy mi właśnie, nawet do jego cząstki gdy tam mi coś było czy jest i chciałem żeby szło przeze mnie szeroko i niezwyciężona i godzina piąta lub szósta i organiczne myślę do końca i moje oczy otwarte twymi powiekami i aurora hora aurea
mgławico krabowata harmonijnie przez moje układy zapadanie poza mnie i świeć teraz swym zapadaniem cofa się ze mnie ten wschód usuwane kolorki i skwiercz swojemu zapadaniu było mi i chciałem i tak rozszerzona wielka coraz było i teraz w rozpętujących się już przestrzeniach gdy tam mówię wygasić drobne skwierczenia cofa się cicho tak wielka tam jeszcze mówię nic już nie powoduje zmniejszyć moje energie o dowolne nawet do cząstki gdy mi tam i nawet do
gdy i tak zdążają w to wszystkie ginięcie słabo dopełnia to centrum centr wszystkich daleką od czerwieni chłodność prześwieca we mnie biało prószenie przez wszystkie jedyna bezwzględność pochyla gałęzie w tym kierunku na wszystkich torach liniach ruchu
w zamknięcie biało jak zwierają się kolory i jaka nowa to centrum wszechprzestrzenne jaka gdzie nowa moje będzie wszystkiego jaka nowa przestrzeń na przyjęcie wypromieniowania tej zagłady aurora i tu es lux i obejmij mnie mocno jak obejmuje biało ją drgają powłoki słyszysz na wszystkich torach liniach ruchu pochyla gałęzie biało rysuje się prześwieca, poczekaj powiew gałęzie tam od czerwieni, prószy, gałęzie, powiew, spokojne, proste, linie, smużenia, drzewa, liście w złotawym smużeniu, co drga w ich ruchu poczekaj w zieloności w złotawym tam chaotyczny zapis dźwiękowy, ponowiony przed kilkunastu słowami powyżej, tu przechodzi w coś jak „Kukułką” Daquina, zapis już przedtem niezupełnie w pięcioliniach i niezupełnie w prostych i jego gdyby tak nazwać linia melodyczna szła po jakby rwanych sinusoidach, w „Kukułkę” lub coś podobne i dość czysto jeszcze przy dalszych słowach tam mi coś było i chciałem, słowa te i tamte i dalej są na zapisie lub on na nich, w żadnym chyba połączeniu. Powracają wcześniejsze słowa w zmienionych zestawieniach istnienia drganie przeświecają miliardami powłok MG krążenie zwierających linii światów równoczesnych układów światła w energiach torów prószy w daleką centr gałęzi MG i jeżeli w zapis dźwiękowy tamte sinusoidy to w liniach całkiem już wyginanych i załamywanych, i pomiędzy słowami zaczynają się jakby szeregi geometryczne o ilorazach od jednej miliardowej (kolejno — milionowej, tysięcznej, setnej, dziesiątej) do jeden, szeregi przekształcone tym że każdy wyraz szeregu jest równy wyrazowi poprzedniemu pomnożonemu dodatkowo — prócz przez liczbę ilorazu — przez minus jeden, potem podobnie przekształcone mnożeniami przez minus dwa, urywane słowami w jakby sumy częściowe, słowami dalej już łączonymi objąćdowolne 1 gdyjeszcze 1—2 ijestemobjąćtak 1—2+4 obejmującetodrugi 1—2+4—8 stopieńzmiliardów ,na zapisie dźwiękowym o liniach przechodzących z załamywań już w inne położenia i z wyginań w pętle, i rozszczepianych lub zwieranych, a dalej słowa są też rozrywane przez wyrazy tamtych liczbowych szeregów, i tak łączone w same brzmienia lub i znaczenia, rozbijane też w sylaby solmizacji (choć nut w zapisie dźwiękowym tu już nie ma), wyrazy tamtych szeregów, dalej i części jakichś równań (których wykresami byłyby w tych miejscach tamte linie?), formy geometryczne, znaki, formy nie zawsze zamknięte, histerezy, (lub i te formy byłyby wykresami tych równań?), — to wszystko zlewa się w jakichś miejscach w plamy, są miejsca też białe (jakieś znikania) jak i ślady czerwieni, czy by miały znaczyć tamte białe albo czerwone układy, czy coś jeszcze, zarysów tu kośćca lub krwiobiegów jednak nie widać, chyba że... zresztą wszystko to jest najwyraźniej urwane.



(58 r.)
....

Strasznie fajnie że lipiec.
Mimo egzaminów (już po) ślicznie sobie odpoczęłam. Byłam sama w domu bo się mama obraziła. Przez ostatnią noc zrobiłam dużo aktów jednej babki. Wcale się nie znamy. Ona buja jak cholera i miło słuchać, i dziwny ma brzuch ta dziewczyna — podłużny. W ogóle konstrukcja anatomia czy biologia to bzdurna rzecz.
Boże, zapomniałam! dostałam cudownego Van Gogha; reprodukcje. I nie oddam. Bo po co? Mój, twój, nasz, wasz, ich.
No to gdzieś połowa lipca (?), przyjadę.
I co myślisz o tej przesłanej Ci temperze, i czy to może być jak zatytułowałam. Robiłam to przy Honeggerze. Strasznie go lubię. Można dużo rzeczy lubić nie rozumiejąc. A właściwie to się bardziej lubi wtedy (ja).
Odpisz czy termin około 15 Ci odpowiada. Zdaje się pisałam Ci już że w sierpniu będę pewnie w miejscowość popularna wśród różnego rodzaju twórców, nie wiem tylko czy długo wytrzymam bo tam są muchy.
Pa, napisz.


....

Jestem już w domu. Tam było strasznie fajnie. Zresztą już Ci pisałam stamtąd.
Jeżeli będziesz chciał przyjeżdżam do Ciebie 22 (wtorek). Ta moja ciotka jednak odpada bo jest teraz na wsi a dom zamknięty na cztery spusty. Dostaniesz chyba ten list do piątku że się będziesz mógł zastanowić i odpowiedzieć.
Piszę głupio i tak krótko bo jestem zmęczona, piszę zaraz gdy wróciłam, ale to fajnie włóczyć się tak po górkach.
Nie mogę jechać na wariata, napisz.
Mam ślicznego Baudelaire’a i Eluarda po francusku i trochę sobie tłumaczę czytam.
Całuję mocno mocno.


....

To nieważne. Twój list przysłano mi tutaj z domu. Zaraz gdy tu przyjechałam skręciłam nogę i leżę teraz nie mogę się nigdzie ruszyć. To było najpierw więzienie i nawet niebo jest w kratkę. Wiesz, nawet nie cholera mnie bierze tylko chandra. Nie będę mogła chodzić jeszcze z tydzień a potem zaraz szkoła, już wrzesień. Dowiedziałam się jeszcze że oblałam rok; cofnęli mi poprawkę. Pies z nimi tańcował. Lecz mam jakiegoś cholernego pecha. Po Twoim liście jeszcze bardziej pluję sobie w brodę, bo wiesz — takie kontrasty!
Czytam Biblię co mnie rozwesela ku rozpaczy współlokatorek.
Namalowałam parę nowych rzeczy ale to idiotycznie przesyłać tak na odległość.
W nazwa pisma i również jakby klubu młodych twórców zupełnie skretynieli (byłam tam przed wyjazdem); robią jakiś kabaret, i chcą mnie do tego wziąć.
Pod nami jest duża piwnica z trzyletnim winem. Razem z Baudelaire’m pomagamy tym tutaj ludziom w opróżnianiu. Jak się jest odciętym to można się cieszyć takimi małymi rzeczami, deszczem na przykład; dziś właśnie pada.
Chciałam żebyśmy się zobaczyli i czemu to wszystko tak dostało w łeb.
Napisz tu lub do domu.
Gdyby się tak powiesić.
Ściskam Cię.
Ten list jest nieszczery rozhisteryzowany, to nie moja wina. Napisz.


....

(59 r.)
Ten człowiek, ten człowiek nie zabił motyla. To wszystko. Chcesz żebym Ci powtórzyła co mówiłam kiedyś ale ja tego teraz nie odbieram, śmieszy mnie trochę nie on ile że nie czuję w tej chwili. Pamiętam chciałam dać równocześnie porażenie i wybuch, jest jakieś osaczenie barw, chociaż teraz jak patrzę jeszcze przed wysłaniem Ci to widzę nachalne pawie, nie lubię pawi, chciałam żeby to był człowiek w jakimś pięknym paraliżu, nie bezradność i nie przerażenie z jakiegoś normalnego powodu. Bo najpierw, tak to czułam, miało być centrum, coś co oślepia i może dopiero teraz w momencie rozprzestrzeniania się tego wybuchają barwy. I dlatego dałam człowieka żeby widać było jakiś ruch postępujący (jak choroba) blasków i stopniowy paraliż. I najgorsze że on nie wie dlaczego, stąd bezradność. I może stąd ten jego chichot w przyciętych wargach. Ja nie wiem ja nie rozumiem tego co zrobiłam. On mnie nie obchodzi. Ja sprawdzam się; jakieś moje sprawy; i że może któregoś dnia zobaczę że jakiś kolor jest mój, jakaś sfera jak papier światłoczuły we mnie, która o mnie decyduje albo ja muszę zdecydować. Ale przedtem jest jakaś moja najbardziej moja chwila robienia tego wszystkiego. Jest mocny stężony roztwór, może to życie, ale przez chwilę czuję nieśmiertelność. Wtedy być może jest Wolność taki ułamek i to nie chorobliwe to najbardziej rzeczywiste że myślę jak strasznie zabawni są którzy wymyślają nadzieję. Głupio Ci to mówię bo nigdy nie jestem pewna czy sama rozumiem. I kiedy Ci piszę to próbuję. Chciałabym żebyś widział moje rzeczy nowe. Te drugie które są dla mnie pierwsze. W tamtych jest (wydaje mi się przenikał do nich) śmieszny wstyd i może krzyk gęsi. Ja miałam 17 lat taka normalna od (gdyby szło o wiersze) zwrotek i jeszcze wzruszona filmem tytuł histeryczno-ckliwego filmu o rzekomych dramatach młodzieży jako wyniku zagrożenia wojną i która czytała Twaina Balzaka Maupassanta. Lubiła wtedy kino d chodziła też sama bo nie miała z kim na fruwającą karuzelę nad Wisłą tam obok mostu. Wcale dla siebie tamtej nie jestem tkliwa wzruszona. Bym jakoś po rusku powiedziała szeroko: ot było (lub była) i nie będzie.
Wiesz, mimo że nie potrafię dziać się na zewnątrz, mimo że naprawdę (albo nie wiem) byłeś daleko w swoim smutku (jeszcze dalej jak Cię nie widzę a czytam tylko) zbudowało się we mnie coś mocnego, coś że uśmiecham się czasem w powietrze.
Ten obraz jest Twój. Może jest zły. Ale chyba nie literacki bo nic nie rozumiałam. Dlaczego czasem jak jestem sama i pracuję to jest radość że prawie krzyczę. I zaraz potem rozwija się smutno szaro jakiś kontur mebli; jakieś normalne rozpoznawanie przedmiotów otaczających.
Czasem jakaś grząskość i czuję że się zapadam i wtedy jest rozpaczliwość.
Może to jest człowiek który nie zabił motyla. Nie wiem. I musi się wydobyć, musi odpowiadać przed jakąś obręczą twarzy, on jest w środku i musi, chociaż nie wie za co. A są tylko dwa wyjścia. I mimo tego wszystkiego wydobywając się jest jakieś zwyciężanie.
Mocno Cię całuję, nie czytam tego.
Może być dla Ciebie wstrętny ten list.


....

To takie nicnieznaczenia a nie żebym w określonym celu jak zdaje się rozumiałeś. Wygląda że się zezłościłeś (czy i wzruszyłeś?) że Ci posłałam tamto, albo po prostu jest Twoja podejrzliwość. Chociaż racja że chciałabym Cię zobaczyć. Ale już nie ta zachłanność, którą kiedyś może wy czuwałeś, która była jak ogarnianie ramionami powietrza d jednocześnie jakbym się bała że mi wydrą coś. To było, było na pewno, ale widzę jakby strasznie daleko. I wiem dlaczego było i — no nie będę się nad tym rozwodzić. To było smutne, i piękne jakieś. Ale się nie porozumie nikt z nikim. A ja o Ciebie nie walczę bo dziewczyny już z racji ich dziewczyńskości jako przeciwnicy się nie liczą. Ale na bok to bo za śmiesznie i wie boli więc już coś kłamię. A tamten obraz — posłałam Ci bo Ty go zobaczyłeś a we mnie się skończył. Co by tu robił. On w małej mierze jest moim stosunkiem do Ciebie.
Niech będzie spokój między nami. Jest dużo chłopaków i dziewczyn różnych; nie bierzmy się w tych granicach.
Mocno Cię ściskam.
Nie rozumiej źle tego listu. Jestem zmęczona i nie precyzuję jasno.
I jeszcze na koniec bo śmieszy mnie stary dowcip; że było dwóch ślepych, jeden zupełnie a drugi na jedno oko.
Żeglowali sobie. Wiosłował ten zupełnie ślepy a sterował jednooki. Zupełnie ślepy wybił wiosłem ostatnie oko sternikowi. No to już koniec — powiedział sternik. Wobec tego ten pierwszy wysiadł (skoro koniec). I się utopił.


....

Jakoś podobnie a jeszcze wysadzona z siodła — tak się to chyba mówi, jestem pobłogosławiona i tak wysiedlona tu do miasteczko na Mazurach bez oporu. I tak żyje tu moje zdychanie albo ta nienormalna apatia wśród zdrowych najzdrowszych chyba ludzi na świecie. Jest tu moja znów rodzina, taki brat ojca mego kapitan MO który bojówki uczy kursantów. I tu są koszary kantyny konsumy i rosną małe dzieci bracia moi. Jest niesamowity że nie chcę go widzieć śnieg i jeziora z siateczką taką cieniutką a głębiej toporność lodu. Ty u siebie tam na południu może nigdy tak nie widziałeś.
I znów myślę że nic nie chcę, może tylko tak trochę być jeszcze po swojemu, byle nie w tym jazgocie tutaj. Piorę tu i sprzątam, ale coraz bardziej czuję że się kurczę (jakby od mrozu, albo żeby zajmować jak najmniej miejsca) i że mnie chyba wyrzucą. A w moim dawnym domu ja jestem choroba matki więc tam niemożliwość być.
Myślę że jestem przekroczona bo przecież była kiedyś jakaś pasja czy takie podrywanie się a we mnie cała potencją, tego dawnego jest teraz drążenie, tak to wyczuwam, i nic ze zdarzeń nic z otoczenia nie drażni mnie jest tylko to co moje to drążenie. I nie że czekam, tak zwyczajnie jest co ma być i jakoś ciągle myślałam że nie naprawdę że nie serio nie wierzyłam i nie wierzę (chociaż to wyczuwam — absurd) że ludzie są gromada bo czegoś chcą, i że to co się dzieje co się zdarza może być dla nich wyłączność komentują może do tego trochę swoje biegi i hamulce oliwią. Ale czuję coraz bardziej i już jest przyzwyczajenie jak do blizn, bólu, kalectwa, do tego pulsu świadomego tylko mnie, do tego mojego niezrastania się z niczym. I jest jakaś spokojność w tym, i potworność — przeczuwanie. Ale nie jak niedawno panika w środku.
Tylko po co ja to notuję, po co Ci to piszę. Bo noce mam tu ciche piękne.
Nie wiem gdzie będę mieszkać kawałkami ale napisz tu.
Jest we mnie jeszcze taka pewność — jak mamie, bóg wie jaka chora — czy prześladowanie, że te noce są dobre, choć w nich też jestem skurczona.
Napisz mi, ściskam.



2


W —, 10 VII 60.
Posyłam że wiem o Twoim słowo niejasne, tytuł czegoś czy nazwa, z twórczości czy pracy naukowej, w każdym razie z rejonów tak zwanego intelektu i jako sygnał serdeczny. Choć może tylko taka kurtuazja bo wartość jest to niewymierna.
Jestem w W —, ale mieszkanie u imię i nazwisko kobiety, historyka sztuki nie u matki.
Adieu. Napisz kiedyś mi.
Za mąż chyba mi wyjść. Niedługo, (to na marginesie (tej kartki-zdjęcia, zdjęcia rzeźby abstrakcyjnej o wygładzonych spokojnych liniach. Może i sielanka. Skojarzenia chyba trochę z rodzaju erotycznych),
w ogóle końcowe tu zdania w wielu listach to takie właśnie dopiski z marginesów)
W—, 20 VII 60.
Piszę jeszcze, to trochę dlatego że chcę odepchnąć od siebie inwazję nazwisko reżysera i tytuł filmu, reżysera cieszącego się dość ogólną opinią wybitnego czy i wielkiego. Chcę mieć tę noc ona jest jeszcze długa chcę ją mieć wolność to znaczy sobie bardziej najbardziej sobie te grawitacje uzmysławiań.
Jestem, to także chyba dlatego piszę do Ciebie, ośmieszona wokół i wobec tych dyszących nierządem typkowatych szulerów, choć to daje tę izolację — wyłączność, a jeżeli wtedy ponurość to na ignorancję, taką; ze sielanką, wiesz z kartki którą Ci posłałam.
Uczę się na zdanie tej cholernej matury i jeżdżę do jednej dziewczyny za miasto na Wisłę na ryby na konie patrzeć obejmować to kwitnące i gnijące co wieczność bym nazwała.
U imię i nazwisko kobiety, historyka sztuki tu mieszkam i myślałam pić przestanę i myślę zdrowsza byłam i o ileż młodsza ta z listów tamtych smutnych jeszcze na ratunek, chociaż już z tym embrionem: że nikomu nawigacji siebie nie pozwolę lub nie potrafię lub nie chcę. A bóg jeżeli to największy rzeźnik i baran(ek) — równie.
W końcu możesz nie chcieć i nie przyjmować tego listu. Lęk mi się już tak we minie sparaliżował że straciłam jego poczucia i stopniowanie.
Mocno jak zawsze pozdrawiam.

W—, 4 VIII 60.
Naturalnie, zapewniam że nikt, nie wiem dlaczego nagle mi piszesz (w tym liście pierwszym od dawna a w tamtych nie podkreślałeś) że to rozmowa wyłącznie pomiędzy Tobą i mną i nie może czytać Twoich listów nikt inny, lecz dobrze że napisałeś mi o tym to mogę dodać: nigdy.
Za bardzo chyba męczące jest dla Ciebie to moje do Ciebie pisanie, nie traktuj jednakże tego jakbym do konfesjonału, jest bardzo, nie wiem, cholernie, nie wiem, ciężko, żeby móc być na powrót w domu odmalowałam całe mieszkanie i właściwie z tego pięknego zmęczenia to już pełzać jedynie. I chyba zwariowałam zupełnie albo to maksimum — odtrutka — zapisałam się do Aeroklubu na szybowce, najpierw skoki bo wszyscy są po obozach. Pytałeś „za mąż” co znaczy, — diablo, o, bardzo trudno, to nazwisko młodego malarza czy poety, tak strasznie ciągła ta histeria wśród nas i ciągła prowokacja do wybrania siebie czy dwoje i niemożliwość nawigacji sobą albo siebie, że już dalej nie umiem i wydaje mi się zabawa nie dla minie to małżeństwo, — i pisałeś żebym się z tym wstrzymała że jakieś pięć sześć miesięcy powinno wystarczyć (komu lub do czego?) — niezależnie wydaje mi się że nie dla mnie.
A teraz chciałabym Cię zobaczyć i tak bardzo tęsknię do zieleni i wyrwać się stąd, — tak, na pewno to znów śmieszne formułowania albo formularze porozumiewawcze, że wyrwać, bo jest niedaleko mego domu knajpa gdzie minie barmanki szanują lubią kochają potrzebują tolerują i wódka wódka zawsze się dla mnie znajdzie, takie MHD zakamuflowane, chyba już wyraźniejsze moje litery pisałeś żebym się starała wyraźniej.
I chyba równie nigdy, jak też piszesz nie chcesz żebym Ci o czymkolwiek Twoim (w tamtej kartce zresztą tylko wspomniałam), chyba nigdy do Ciebie nic ja ani wstecz nie mówiłam ani naprzód nie będę, może kocham jeszcze od zamierzchłości te Twoje parę słów źle czytelnych niejasnych.
I ciągle jeszcze mam w jakichś drganiach u skroni w końcach palców czy wargach to z „Absalomie, Absalomie...” Faulknera, że „nie nienawidzę Południa”, to jakby nie rzecz człowieka, ma nienawidzę słowo przeciwne, nie, może rzecz wyłącznie już z gramatyki logiki pierwotnej, — ale nie to nie to Ci chciałam powiedzieć lecz że to boli, i to też nie umiem, i wiesz że kiedy nic się już nie chce kiedy już nic to chyba wtedy najbardziej.
I jestem już tak zmęczona może więcej jeszcze przez to próbne zdrowienie nadzieję na normalność na średnie małżeńskie gdzie musiałabym tyle tyle przeciw sobie. Dziwne jak ta grząskość która jest wokół trzyma jeszcze to piękne bydło na powierzchni swojej. To już jest piąta setka cytrynówki dlatego chyba ta grząskość zaczyna być odczuwalna. Staram się na pewno (nigdy nikomu się nie staram) pisać wyraźnie do Ciebie, i oni tu ci emhadowcy myślą że piszę lub rysuję coś dla nich pięknego i głaszczącego i dlatego mi tu nikt nie przeszkadza. Widzisz, to. nie patos chyba ale nie znam nikogo godnego Twoich listów, trochę mnie boli że nawet Ty albo wyłącznie albo aż czy chociaż Ty nie ufasz mi, może to wszystkie Twoje „dotychczas” się na to zbudowały, gdyby sprawy albo naloty albo osmozy były widoczne były narośle prędzej by można było zwariować. Już naprawdę nie mam siły, i w przyszłym miesiącu sprawa sądowa za co za co że mama we mnie szklanką a ja na ulicę tam z piętra rzeźbą taką półmetrową przez okno i o mało albo o włos jak się mówi nie zabrała komuś życia ta rzeźba, rumor milicyjny, potem malowanie mieszkania całego jakby do krwi na oczyszczenie he he, — że ja ciągle te sadyzmy przed Tobą lub wobec Ciebie — ekshibicja. I do takiego perłowego koloru na ścianę dodaje się sadzę angielską i denaturat, ten spirytus fioletowy był mi chwilę ratunkiem lub przyspieszeniem a może teatr z sondą na dwóch pielęgniarzy plus syrena — koncert. Mam dosyć a tak chciałabym jeszcze, tylko osobno osobno żeby tej lepkości nie było, chociaż to może ja znów jestem prowokacja.
Myślę teraz że dopiero dziś widzę jak śmiesznie śmiesznie było w pierwszych listach do Ciebie te sentymenty i krygowania i jeszcze ile wtedy szczeniackiej szczerości a teraz powtarzanie tego i wzruszenia tym co jest no co jest.
Gdybym Ci tego nie pisała może byłoby prawdziwiej.
Nic już nic.

W—, 20 VIII 60.

O, to było jedynie takie pragnienie a nie na realizm że chciałabym czy chcę Cię zobaczyć i przyjechać do Ciebie, zdaję sobie sama sprawę z wynikających trudności nie potrzebowałeś mi wyjaśniać, może po prostu chciałam stąd wyjechać, może po prostu pomyślałam o Tobie i że dość już zupełnie dosyć mam tego tu zadowolenia, tej wulgarności przebijającej przez najbardziej finezyjne kurtuazje, dosyć tej komedii która tak męczy, taka epilepsja powszechna (chociaż gdzieś na dalszym planie na bardzo dalekim planie wydaje mi się — jakby od mojej zdrowszej strony — że odwróciłam sytuacje — według oczywiście konwencji pozorów — że ta choroba drgawkowa raczej mnie obejmuje). A beduini tamci i ruiny świątyń i oazy (tak, z francuskich reklamówek turystycznych te barwne widokówki) posłałam Tobie nie jak przypuszczasz że egzotyka czy wyjazdy zagraniczne jakiekolwiek co mówisz Cię nie interesuje a tylko że kiedyś dość dawno temu lubiłam te obrazki jeszcze jako dziewczynka, ale to nie ma znaczenia, i jeszcze kiedy piszę Ci coś wyjaśniam co bierzesz jako moje tłumaczenie się — pamiętam pisałeś mi raz że zbędne — to jest natura moja i jest mi nieodzowne, wobec niewielu ludzi, być może sprawia mi to nawet pewną przyjemność jak kiedyś gdy posłałam Tobie to wilbrą malowane no tego motyla, a tak niewiele mam tych przyjemności tak niewiele potrafię ich mieć że nie bądź korekta, przecież w końcu możesz sobie drzeć czy po prostu omijać jeżeli Ci coś nie odpowiada a ja nie potrafię inaczej, i mówiłam Ci już że wobec niewielu naprawdę, i możesz tak samo zupełnie te moje wiersze (Twoje zdziwienie a przynajmniej zapytanie, ja sądziłam że wiesz, mniejsza z tym, i wiersze nie wiersze jakieś szeregowania czy rozgraniczenia mało mnie obchodzą określenia że taki lub inny rodzaj).
Wiesz śniło mi się przedwczoraj jakby o zaborczości; że miałam stodołę i zwoziłam zboże i siano, rozkołysana wysoko upchana czy usypana prosto naładowana fura — widok jak z lotu ptaka, wewnątrz stodoły duszny zapach świeżo skoszonego i przez szpary niebo prześwitywało pocięte pajęczynami, z zewnątrz listwa przy wrotach wygięta od przeładowania to się mówi — pęka, — najwięcej początkowo z tego snu że duma, że ziemi wydarte, że moje ogarnianie szerokie, później sen że śpię i budzi mnie dym i tu już sen barwny bo łuna i ogień przez żebra mojej stodoły. Obudziłam się ze łzami. I do tej chwili jest uczucie jakby mi coś drogiego wydarto lub się ziemia spod nóg usuwa.
I tak się znęcam wczoraj i dziś perfidnie nad tą wokół parodią człowieczości; co prowadzi jedynie do takiego dziwnie łagodnego traktowania mnie.



3

W—, szpital, 19 IX 60.

Jestem tu już dosyć długo, piszę bobym chciała żebyś tu napisał do mnie i żebyś napisał wszystko co jeszcze nie, czyli wszystko co jak mi pisałeś odkładasz, ja mogę Ci jedynie na razie (bo ohydny ból jakby wyłom w czaszce) o tym moim remontowaniu mnie, że ostre bardzo (do niewidzenia) zapalenie nerwu wzrokowego, że na miesiące moje leżenie tutaj liczyć by trzeba, że tkanki od igieł strzykawkowych pękają a wszystko staje się obojętne zupełnie, i takie nastawienie że po co tak jakby na raty to odchodzenie. I przyjmij ten list jako sygnał a nie moje zgrzytanie zębów i że boli, bo piszę to po atropinie i kortyzonie który poza gałką oczną i kokainie a naprawdę silniejsza jestem niżbym chciała niż sobie wyobrażałam silniejsze jest ode mnie moje ciało co się zrywa.

W—, szpital II, 14 X 60.

Ja już tam nie jestem, teraz tu na laryngologii. Obok — kobieta której rak krtań zabiera (jedzenie oddychanie) więc rurkę ma taką do wyświstywania powietrza i ropy, i ściany których ilość i fakturę na pamięć, bezczelny czas odwiedzin i podobne, trudno tu trudno bardzo. Ale phanodorm mi i luminal i miltovn oraz różne jeszcze pakują więc oszołomienie i ból miażdżący ból lewej skroni odzywający się gdzieś przez mózg u potylicy to niemalże namacalne (poza dotykiem) wyczuwanie oczodołu przestaje.
Wiesz zaczynam wierzyć że pisane mi to było że tu może tu jakiś sens, wiem że gdyby dla siebie lub kogo innego to nie byłoby mnie tu, ale jest taka mała czarna stroskana istota która co dzień się tu pojawia (być może ja się tu kobietą okazuję, na tę czułość, bo na pewno nie czułostkowość) i dla niej dla tej mojej matki warto jakoś, chociaż wiem ją i wstecz i naprzód że kiedyś to nie będzie tego wyczekiwania — bo na nią to czekam naprawdę.
A Tobie by mi rzec wypadało
nic zresztą nic.

W—, 15 XI 60.

Ja nie mam siły już i zdecydowałam się jeszcze na ten list
(prócz głupawego do dziewczyny-lisicy która kocha albo cholera wie co) i która całe moje zewnętrzne skulenie i jąkania naśladuje która jakby potrzebna była kiedy mnie już nie, a fizjonomię ma niedościgłą mi jakby kruche łamliwe i choć na linie rozskrzydla ręce na równowagę powtarzam jej że droga jest jej bo wierność oraz natur podobieństwo nie istnieje.
Mam taką prośbę byś wiersze ostatnie które Ci posłałam (bo trochę znam ale nie mam) oczywiście o ile możesz przysłał mi.
Staram się wyraźnie ale coraz mi ślepiej i nie wiem czy równo zlewa się wszystko co napisałam. Za dwa tygodnie będę chyba w K —, z mamą u prof. nazwisko lekarza w domu teraz jestem.

W—, 2 XII 60.

Nie wiem czy się co stało czy tylko znów nie mogłeś mi odpisać (to „znów” jest po prostu a nie bierz za wyrzut, rozumiem przecież że czasem trudno jest zabrać się do napisania choćby kilku słów) czy może adresowałeś na szpital, ja już tam nie jestem, pisałam Ci że będę w K —, byłam, że się spotkamy myślałam, a może gdzie wyjeżdżałeś, nie wiem nic, napisz mi cokolwiek, jestem teraz w domu.

W—, 10 XII 60.

Nie jest to proste ale spróbuję i wydaje mi się że we wszystkich tych elementach pragnień widzę tylko dwa zespoły dwa zgrupowania ich (bo myślę że wyobrażanie szczęścia leży przecież wyłącznie w sferze pragnień, i tych spontanicznych i tych drążących). Jedno jest bardzo trudne do sprecyzowania (ta numeracja oczywiście nie do Twoich punktów — 1 pragnienia obecne, 2 wyobrażenia szczęścia dawniej — do Twoich to na razie chyba bardziej do 1), chodzi mi o to nieuchwytne i na pewno inaczej u Ciebie wyobrażane — spokój, może najbliżej będzie nawrót jakiś do pierwotności co wolę mówić zamierzchłe, wiesz chodzi mi nawet o tę brutalność lapidarną bez inklinacji i wahań i lawirowania a jeżeli inklinacje to miary od Chaldejczyków jeszcze, że gdy pytają mnie „a czym ty w końcu będziesz?” bez zabawy odpowiadam „farmerem”, wiesz sprawa ziemi no gleby i człowieka doszczętne przewijanie się z ziemią i sprawa jeszcze przywileju i krzywdy wydzierania komuś, i nie myśl że to na walkę — bo cały czas świadomość śmieszności, no motyk i słońc. Drugie to nie powtórzone po Tobie jak pamiętam mówiłeś ale zwariować (mówiłeś że Puszkin źle się modlił „O Boże nie daj mi zwariować” że powinien „O Boże daj”), zatracić w końcu te wszelkie poczucia sprawiedliwości gdy wszystko by było tylko jakąś pulsującą plazmą czymś bez hierarchii rozkołysane żadnych tam już ram nadawanie.
Nie wiem, nie umiem. A to pisanie moje czy malowanie to organiczne myślę do końca.
A dawniej, bardzo dawno była już u mnie izolacja, nie chrzczona byłam jestem a do „ciotów” chodziłam do szkoły i zeszyty do religii wszystkim pięknie robiłam — zarabianie na hebrajskie stopnie, rekolekcji od strony teatr nigdy nie widziałam dni te były wyjmowaniem wędzideł koniom z pysków i samarytaństwem wobec zwierząt łącznie z odprowadzaniem krów do rzeźni i tłumaczeniem wobec nich.
A tak w 1 jak i w 2 to dzieciństwo niepozbierane wymykające się bo tylko plamy mieszkań matka osobno po całej Francji pracująca z włosami długimi coraz bardziej długimi czekająca na powrót ojca, morze — alergia bo myślę że ojciec mój w każdej rybie.
I znów wszystko nie to chciałam powiedzieć, nie mam siły.

W—, II 61.

wtorek — środa
Nie będę próbowała odpowiadać na Twoje pytania ze świadomością że są to pytania bo myślę że po prostu odpowiedzi byłyby zbyt tendencyjne wiesz takie kołowanie „nie do” lub „za”, i myślę (jeszcze gdy mi piszesz „konkrety a jeżeli i stany, spokoju czy zwariowania — wszystko jedno, to przecież nie tak z powietrza”, „we wierszach erotyzm a tu o tym gdzież?”, czy nie pominęłam coś najistotniejsze najsilniejsze co idzie poprzez wszystkie pragnienia chwili, dnia, stanu) myślę że prościej kiedy Ci kilka sygnałów sytuacyjnych tych zewnętrznych czy zdarzeń bezpośrednio mnie dotyczących podam.
Pierwsze i chyba najmocniejsze to jest człowiek którego najmocniej odczuwam i tu może jest centrum równoczesne moich pragnień, nareszcie to widzę (myślę też przy tym o jeszcze jednym z Twoich zapytań i wytłumaczę), u podłoża lub dna jest u niego wola władzy, kompleks władzy czynnej, jeżeli niszczenie to za cenę nowego porządku i tu żadne skrupuły, dzisiejszy Napoleon, Hitler, a u mnie judzenie tego, tych pragnień, teorii, kiedyś moja z nim rozmowa spokojna w autobusie mój boże o selekcji ludzi naturalnej i narzuconej według porządku ludzkiego to i ja też poszłabym pod mur, napisałam Ci że centrum dla mnie jest on ten człowiek dzień po dniu wywlekający moją przeszłość zbierający informacje wywlekający rzekomych i rzeczywistych kochanków, oskarżyciel Ciebie, człowiek którego zmusiłam żeby malował, chociaż nigdy, nie, nie zmusiłam, to stwierdzenie to raczej nabyty u mnie śmieszny pozór dyktatorstwa, myślę czasami wydaje mi się że czekam na klęskę tego człowieka, który odsunął ode mnie wszelkie hienowatości otoczenia to znaczy nie widuję nikogo z nazwa pisma i również jakby klubu młodych twórców i indywiduów a nie zdaje sobie sprawy że wyobraźnia jest jeszcze nad rzeczywistością, więc nie wiem może tu widoczny jest ten (o który pytałeś, że raz pisałam a Tobie niejasny) mój sadyzm, takie trzymanie kogoś blisko i judzenie, jak gra sportowa, choć z wielką tkliwością dla natury za uosobienie. I nieoszczędzanie nigdy siebie w tej grze, u niego jest start niszczenia u mnie finał może, przy tym wszystkim potrafię czekać niepokoić się oglądać meble i nawet macierzyństwo przewidujemy, wyniszczyć najpierw chorobę moją fizyczną i on niech ukończy swoją ekonomię polityczną, nie ma wśród nas poddaństwa żadnego ni zdrad cielesnych ni łgarstw choć u mnie miłość kłamstwa wielka była. A małżeństwo, sygnały tamte do Ciebie, było inaczej zupełnie, tamten wtedy jedyny człowiek dowiódł odczuwania moich obrazów i wierszy a później komedia „demonizowanie” wszystkich pijaństw zaręczyn i poza mną załatwianie świadków ślubnych znane w środowisku twórczym nazwiska itd. itp. że rozśmieszyła mnie ta dekoracja i mitomania — choroba.
Drugie, to często mówię do dziewczyny albo nawet jej słucham chorej (mówi się zboczonej) od czasów klasztornych której uwielbiana aż do euforii dziewczyna zabiła się w grudniu skacząc z piątego piętra, te rozmowy są trudne, znałam dziewczynę nieżyjącą, li tylko tak rzeczowo bo nie odczuwam nie potrafię dziś nic z tego wydobyć, chyba najbardziej odczuwa się blisko jakby wstrząs i bardzo bardzo po latach.
Widzisz co mnie hamuje jeszcze w pisaniu do Ciebie, to że jakbyś stosował wobec mnie terapię, tak delikatne te pytania, dalej przydatność odpowiadania mego (sprawa erotyzmu, ja go nie obejmuję opisać rzeczowo informacyjnie byłoby wulgarnie i nieprawdziwie, jakąś metafizyką to jest).
Jest bardzo chaotyczne co pisałam i być może nie tak jak bym chciała nie tak jak jest. Wiesz właściwie to co zdecydowałam się Tobie pisać to robię zupełnie dla siebie, któreś tam sprawdzanie nie do sprawdzenia, i wszystko chyba cokolwiek robię to dla siebie absolutnie.

Do kartek napisanych teraz (do tego listu oznaczonego „środa”) zdecydowałam się dołączyć też list pisany wczoraj. Wracając jeszcze do erotyzmu, w tej luce między jednego rodzaju może początkiem informacji a tymi ostatnimi dużo miejsca zajmuje „kochanie zimne” tak to kiedyś chyba rok temu nazwałam bo wszędzie towarzyszył ładunek psychiczny nie wiem czy to obrona czy po prostu niemożność rozgraniczenia spraw erotycznych od wszelkich możliwych doznań nie chodzi mi o pokazanie Ci jakiejś chorobliwej naiwności być może byłam taka jeszcze wtedy pamiętasz w pierwszym liście do Ciebie później prócz jakiegoś nie wiem w jakiej mierze wyboru dominowała bierność i całkowita świadomość potworności sytuacji zmysłowe odczuwanie rozkładu anatomiczność oczodoły cudze wyczuwane pod skórą pod palcami wodzenie po nich i wiesz ten wewnętrzny skurcz że dotykany nie wie że bierze gest mój za machinalność lub symbolikę „pamiętaj”.
Mimo wszystko nie widzę siebie jakoś dalej absolutnie nie potrafię i nie wiem czy jest to poczucie jakby kataklizmu myślę że raczej zwykła świadomość kolejności. Sprzeczności które znajdziesz te różne wątpliwości à propos przyszłość to chyba normalne nie ze zmęczenia. Jutro idę do szpitala — nerki, oczy bez zmian, chyba nie do wyleczenia. Także proszę Cię nie pokazuj tego co Ci piszę nikomu.

środa
Nie będę próbowała odpowiadać na Twoje pytania ze świadomością że są to pytania myślę odpowiedzi byłyby tendencyjne wobec mojego większego pytania: dlaczego mi zadajesz tego rodzaju, nie, w ogóle dlaczego?
U mnie one po prostu spowodowały pewne zahamowanie i stąd milczenie a dalej ciągle powracały powracają jako pytania już samej sobie stawiane, próbowałam już kilkakrotnie pisać o tym, nie do Ciebie ale w ogóle. Ale myślę że jeżeli można cokolwiek zrozumieć pojąć to albo natychmiast bardzo blisko zjawiska — wstrząs — albo poprzez wiele wiele warstw co nazywa się chyba dystans — odległe uspokojone widzenie. Niepotrzebnie mieszam tu jakieś pojęcia (ten „dystans”) dotyczące twórczości przecież Twoje pytanie, nie, moje pytanie ma być jakimś pełnym zastanowieniem. Chciałabym szeroko bardzo podać kilka dość mnie ja wiem dotykających może formujących mnie powoli zdarzeń.
Było dawno może miałam pięć lat może nie kiedy matka wysłała mnie do starych obcych ludzi pod Bazyleę, ja nie umiałam niemieckiego języka tam pierwsze bicie w wyniku nieporozumienia pierwsza nienawiść wyniszczyłam wszystkie rude kwiaty jakieś nasturcje czy nagietki które z iście niemiecką dokładnością pielęgnowali, tam Francuzka pierwsze porozumienie językowe — sprzymierzeniec — duże lalki słodycze i zaduch staropanieństwa wylewność śliskie całowania, miałam od biegania twarde bardzo uda, wtedy też pierwsze kradzieże z wzorowo prowadzonego przedszkola jakieś części z których można było samoloty mosty takie zazębiające się części — nie z braku kradzieże chyba jakby namiętność wczesne ryzykanctwo. Powrót do Francji, bardzo krótko z matką, ciągle po ludziach, jakiś mocny zapach moczu prania noce bardzo wiele osób w łóżku wielkim i obowiązek budzenia młodszych od siebie żeby się nie podlewały, później obóz PCK prowadzony przez matkę i tam rodzeństwo polskie czternastoletnie sieroty Janeczka i Jacek oni mieszkali w jednym pokoju i tam przychodziłam, i ten Jacek kiedyś położył koc na podłodze i chciał mnie rozebrać dusił mnie pod tym kocem i kazał siebie dotykać pamiętam tylko potworny strach i że nikomu nikomu nie miałam odwagi tego powiedzieć. Analogiczna sytuacja dwa lata później już w Polsce z krewnym alkoholikiem, onanizm, on się następnego dnia otruł i żyły sobie w wannie podciął po raz któryś tam z kolei chociaż tym razem ostateczny, nikogo z dzieci było nas troje kuzynostwa nie wpuszczono tego dnia do cioci Izy domu gdzie to się stało, ale Marta kuzynka moja piętnaście lat wówczas opowiedziała nam co się stało, i ja myślałam że to dlatego że on się wstydził tego co zrobił bo prosił żebym nie mówiła.
To bardzo chaotycznie piszę bo nie umiejscowione zdarzenia te.
Prosto: brak domu jakiegokolwiek, jedynie Rôchetaille gdzie mało pamiętam, jakieś winnice naloty wysadzenie mostu które przyniosło upragnione szkiełka z witraży w oknach werandy i schodowych szczury szparagi brzoskwinie saboty magnolie i bajka stamtąd heroiczna że jak ojca zabierali na samochód to kajdany przegryzłam tak opowiadałam w szkole już i tam też wymyślona Moja Uda co niby moja Siostra Starsza a córka dziadka i mojej mamy — szczerze wierzyłam i widywałam i ona była ideał ta jakby potrzeba stwierdzenia że jest ktoś kto potrafi najlepiej, bo ciągle dorośli wokół mnie. W szkole później sprawa religii, nigdy nie byłam chrzczona, a zeszyty do religii wszystkim robiłam piękne — za hebrajskie stopnie parą tych stopni po hebrajsku i już kupowanie za siebie za słowa za historie bohaterskie za rower za wrotki, szczucia pamiętam mnie i jednego Żyda, ale takie że tylko wyróżnienie, choć i zazdrość. Las Bielański bo mieszkałam wtedy w AWF bunkry nadziewanie much na trawy i puszczanie żaby nadmuchiwane dużo dużo samotnego chodzenia, rekolekcje to już zupełnie sama, i przy tych męczeniach zwierząt też wyjmowanie wędzideł koniom (zakopane są w jednym miejscu chyba 23) i satysfakcja z furii woźniców razy spadające na konia, kradzieże dalej drobne dla siebie i dla np. rekompensaty, taka choćby pomarańcza pamiętana, stoi wóz na Cegłowskiej wyjęłam najpierw koniowi wędzidło (woźnica poszedł się odlać za parkan budowy dziecko zostawił na wozie) później weszłam do sklepu na rogu i bardzo patrząc na sprzedającą stanęłam w kolejce tuż przy skrzyniach z pomarańczami i coś mruczałam kręciłam się niespokojnie coś ciągle poprawiając a wszystko sprzęgnięte u mnie w jeden cel — pomarańcza, jak letarg to było, nie, jak hypnoza samej siebie, udało się, przypadek, później pomarańcza dziecku i śmiech mój z daleka gdy woźnica oniemiał w pierwszej chwili a potem jego złość na brak wędzidła. Dużo później kradzież szkolna u Kenara w Zakopanem za co wyleciałam, to była wspólna kradzież dla córki siostry takiej grubej dziewczyny bardzo łakomej i z którą każdy chciał tańczyć w „Watrze” a ja byłam wtedy najmłodsza 13 lat i chuda i ciągle siedziałam i nikt mnie nie zaczepiał koledzy tylko ze szkoły czasem ze mną tańczyli, wtedy na mnie to zrzucili choć ta Magda wiedziała dobrze wszystko. Już potem nigdy nic nie kradłam. Cztery lata w szkole w PLSP gdzie koleżanka z Zakopanego i lęk że wie i że wszyscy wiedzą, stąd izolacja, to właściwie wtedy zaczęłam pisać, 1958 rok, pierwsze uczucie i wstręt nienawiść do seksu do jakiegokolwiek zbliżenia ciągle przypominanie tej duszności tego zapachu przedwcześnie dowiedzianego. I żadnych właściwie pragnień. Jeszcze sprawa mojego ojca, to największa miłość mojej matki to cała jej Francja i pisał listy do mnie kiedy byłam jeszcze nie urodzona, wielokrotnie ojca widziałam widuję to ta potworność wyobraźni, on utonął na Cap Arconii w maju 1945 roku, a matki mojej miłość do mnie to zbiera ze mnie podobieństwa do niego a sztolnie moje nieznane jej. Żadnych pragnień prócz dorywczych jakichś heroizmów nie było wtedy, żeglowanie może wiara w zachowanie chłopięcości. Jeszcze, późno jako typ północny się rozwinęłam wśród rówieśnic szkolnych piętnastolatka nosiłam plecak na obozach paskami na krzyż — wstyd piersi rosnących i tych różnych zmian organicznych, lecz tam wspólne prysznice podczas których te tajemnice dziewczyńskie i że one też wiedzą onanizm — zdziwienie i jakby odetchnięcie.
A teraz śmieszne uczucie jakby refleks że piszę Ci to wszystko, znów poczucie że jakby sprzedaż — że dotychczas to moje własne — że po kupiecku, i że za nic — że nigdy Twój list Tobie podobny. Męczy mnie to.
Jest jednocześnie, że obok że wszędzie wokół że pomimo ludzi ich jakichś spraw burzenia budowania istnieje moja sprawa ten moment korzenienia jakiegoś kiedy czuję wydaje mi się że utrwalając ocalam coś nieuchwytnego coś poza rzeczywistością bo już ze mnie, poza rzeczywistością która gdy łącznie z człowiekiem tworzy harmonię pełnię jakąś to wobec człowieka jest makabryczną parodią jego życia ta natura powtarzająca pokonywająca wszelkie możliwe stadia te warianty funkcjonalności a gdy w tym jakieś moje poczucie że segment to równocześnie wyłączność, i nieco wyobraźni nieco alkoholu na wyraźnienie wszystkich mikro i makro, a wszystko jest rozpadanie i oglądanie tego rozpadania.

W —, szpital III, 3 III 61.

Ta moja tu w pewnych miejscach jak nazywasz szumność podniosłość odrywanie się wzlot patos gdy niższe i zwyczajniutkie i głupiutkie bywa w nas większe mówisz, ten patos to ja się chyba bronię, przed czym przed być może moim tchórzostwem bo to chyba jedyny realny stwór ja go hoduję albo on mnie parę słów nieczytelnych zgadzam się oglądam cokolwiek jakkolwiek się zdarza wiem że nie miało chyba jednakże nic nie miało wpływu nie mam absolutnie wytłumaczenia na tę moją bierność jakąś i nie wynika ona z nastroju z otoczenia po prostu może nie chce mi się czegokolwiek udawać jeżeli nie ma potrzeby konkretnej zupełnie realnej potrzeby i w tym udawaniu jakieś małe myślę ludzko-krecie świństewka moje cudze — przed którymi obrona równie śmieszna i płaska, wydaje mi się zresztą że tylko takie istnieją myślę nie ma naprawdę heroizmów zwykła choroba wielkości czy średniości małości można by chyba stwierdzić że każdy mój Boże ma swoją chorobę cwaniactwo ją wydobędzie lepiej lub gorzej na dyktaturę nieraz parę słów nieczytelnych i to co nazywamy porozumienie nie ma tam ani nawet szyfru ani wybrańców te monologi i wszystko jest pewno przewidziane i nam limit cielesny (na kredyt może) to go możemy wyużywać a coraz częściej widzę zbędność i siebie tego ogrodu ponurego bakterii i tych obok tych wielu wielu być może wszystkich ciał parę słów nieczytelnych. Tutaj są ciała przeznaczone na agonię, tu na korytarzu i tutaj piszę, jedna z tych kobiet urodziła dziesięć dni temu dziecko i łożysko część łożyska zostało w niej i zaczęło gnić a teraz już wszystko zakażone od nóg do pasa skrzepnięta granatowa to ciało woła pić i boli jest pod taką budą z żarówkami ale nie ociepla się tylko bąbli, nie chodzi mi o jakiś naturalistyczny opis lecz że to dzieje się i obok stoją te zdrowsze organizmy mechanizmy i nic a jeżeli krzyknie ktoś czy się skrzywi czy odwróci to tylko lęk przed zimnymi granatowymi nogami swoimi.
Jestem tu bo szukają antybiotyków na moje bakterie, mam ciągle gorączkę. Denerwuje Cię pewnie że piszę prosto i wyraźnie ale ja nie aż tak nie widzę.

W—, szpital III, 9 III 61.

Czy w tym tchórzostwie jest też lęk żeby nie być samą lęk o którym Ci mówiłam kiedyś lub pisałam czy to nadal ten lęk? nie potrafię Ci odpowiedzieć, przecież absolutnie zupełnie jestem zawsze i każdy też samotny, może chodzi raczej o „samotnostki” o te momenty poczucia że tego co jeszcze najmożliwsze z możliwych co nde jest dużo jakieś zaufanie że nawet tego nie, albo zupełnie być zaszczutym i szczuć.
Widzisz zastanawiam się nawet dzisiaj czy sprawy które ci przekazywałam stanowiły jakąś bardzo istotę mnie i wiem że nie bo nie sprawiało mi pisanie tego trudności tej pustki natychmiast okazującej się w momencie zastanowienia, przecież te dookolne fakty i ewentualnie wnioski są zamienne każdy być może przypadek interpretowany czy ma inną wartość poza tą jedną że dotyczy mnie że pamiętam komentuję sama siebie.
Nie mam powodów do pozostawania na powierzchni i nie mam powodów (choć z wielu punktów czuję podejrzewam doszukiwano by się) do skończenia z sobą, czuję bezmiar cwaniactwa i jakby ułomność że nie potrafię że nie ma we mnie chęci stosowania czy po prostu wykorzystywania go. Mam tu pewną sprawę — jest tu benedyktynka zna dobrze współczesną poezję francuską i nie ma w niej za dużo obłudy i rozmawiam z nią, ona z innymi siostrami zajmuje się potworkami urodzonymi czy poczętymi po pijanemu lub inaczej, i jest coś niesamowitego nie w tym oczywiście że mówi lecz w jaki sposób mówi o tych „dzieciach”; że w każdej kobiecie w pewnym momencie budzi się natura ta biologia przedłużanie życia i że u nich zakonnic też a te dzieci to takli symbol i że ona siostra Odilona odczuwa to że im pisane te potwory, tym jałowym kobietom.
Ten człowiek o którym Ci pisałam odszedł — tak się to chyba mówi, ale ja nie wiem jak jest naprawdę, on nienawidzi wszystkich ludzi którzy przychodzą do domu mojej matki nienawidzi sprzętów ścian wszystkiego co mi może zewnętrznie przypominać nie rozumie że przypominanie jest sprawą wyobraźni li w każdej chwili w jakichkolwiek okolicznościach mogę wywołać kogokolwiek chcę.
Tracę pamięć.
Niczego nie potrzebuję nie pragnę.
Wczoraj ginekolog po zbadaniu powiedziała mi graviditas recens co znaczy ciąża początkowa, jeśliby się miało urodzić chore lub pokraka nie wiem ciężko mi dosyć, matka przyjęła tę wiadomość ciepło, być może dla niej dla tej kobiety która zna mnie po swojemu która jeżeli się odwracała to chora była ciężko na tarczycę i pobudliwa lub obronnie a prawie zawsze bardzo oddana, kobieta która zna wszystkie moje obrazy i wiersze która je przyjmuje

W—, szpital III, 18 III 61.

Jestem mocno osłabiona, może takie dane Cię zorientują — ciśnienie 85 na 40 temperatura stale 37,8, z drugiej strony gdybym miała sekretarza osobistego pewnie pisałabym więcej, i może mniej by to było chaotyczne. Pytałeś (myślę że o hierarchię chodzi) o sprawę sztuki u mnie powiedzmy wierszy czy malarstwa że w moich odpowiedziach prawie nic o tym, zastanowiło mnie czy i ewentualnie na ile świadomie omijałam te sprawy, wydaje mi się że tu jedynie tu jest (staram się nie używać „być może”) porządek ja tego porządku nie mogę znać a sobie samej cóż mogę odpowiedzieć że to jakby organiczna jakaś cecha to pisanie czy malowanie (śmieszy mnie kojarzenie terminu np. pisanie z zawodem, że w ogóle ludzie doszli do podobnego wniosku). Wiem że jest nieodzowne dla mnie, abstrahując od wartości bo to bzdura wymysł ludzki konwencja, rzeczy nowe lub mniej patetyczne rzeczy nie powtórzone rzeczy z tym znamieniem piętnem siebie swojego sposobu wyobrażania nie mogę zmieścić się w formułę bo z cały list dość nieczytelny tu parę słów całkiem nie mam już papieru to widocznie w związku z rysunkiem głowy siostry szpitalnej (zakonnicy) tu już na drugiej stronie kartki, teraz przekreślonym absolutnie parę słów nieczytelnych przepraszam
Teraz kilka wiadomości cielesnych, to nie dziecko ale guz przy jajniku za trzy tygodnie będę operowana (zależy mi żeby to dobrze poszło bo podobno takie operacje grożą bezpłodnością) plus ślepawe oczy (jedno zwłaszcza i uśmiechnęłam się aż gdy mi pisałeś że i Ty na jedno oko anie widzisz — choć nie pisałeś mi dokładnie, a może by się dało coś zrobić może jest do wyleczenia?). Czasami przychodzi matka parę słów nieczytelnych
To dyskretne pytanie — może chcesz bo tu ludzkie siostry trochę nasennych świństewek huśtających można zawsze wyłudzić albo cofficorn?

W —, szpital III, 31 III 61.

Poczekaj trochę (mam na myśli to Twoje zapytanie czy ja w stanie obecnym mogę bo chcesz mi napisać ważny list lecz sprawa powinna być w pełni głęboko odebrana) przechodzę za pół godziny właściwie przewożą mnie na inny oddział gdzie będę oczekiwać na operację, nie wiem dlaczego i czy takie pilne, nie chcę pisać do Ciebie z impulsu teraz w tej chwili jest jak w chwilach jakichś alkoholowych zwykła szarpanina istotnie umysł przymroczony gdy chcesz żeby dość jasny wolny to miejsce na przyjęcie odebranie za jakiś miesiąc obszernie postaram Ci się napisać bo też mi się zarysowuje już pewna sprawa historia rozumienia być może tracenia i cierpienia za — za bezcen (tu chciałam napisać za jaką cenę a właśnie w tych momentach się rozbijam — wiesz miary i bezmiar cena i niecena itd).
Chciałabym Cię jakoś pozdrowić, chociażby że Wielkanoc.
(Boję się potwornie tego przeniesienia.)
Mam prośbę do Ciebie, żebyś mi choć nie będzie dla Ciebie to ważne żebyś mi napisał coś o Tradycji zwykłej i jakichś pisankach że Ty też.

W—, szpital III, 3 IV 61.

Tu jest obrzydliwie czysto, piszę ponieważ to są te przedoperacyjne chwile które się tak potwornie dłużą, poprzedni list zdaje się był równie nerwowy co ten bo w takich chwilach jednakże skupienie jest rzeczą niemożliwą, wychudłam trochę krwi mam mniej ale herbatę sobie kawę ludzką mogę tu robić, matka — chciałam początkowo powiedzieć „ta wielka tkliwość” ale wiem że to sytuacja ta nienormalna sytuacja stwarza może ten pozór porozumienia i bliskości — przychodzi kiedy może ona ma gorszą chorobę wiesz krążenie martwienie palców (to coś w rodzaju choroby niebezpiecznej nieuleczalnej — Burger — u mężczyzn przeważnie występującej), chodzi mi żeby ona się leczyła.
Sprawa Boga — powiedzmy tej niemożności objęcia czegokolwiek (to objęcie w sensie też innym jeszcze — bo sobie przypominam jak kiedyś mówiłeś — rozmawialiśmy o malarstwie Ty wtedy o nim pogardliwie że cóż można wyrazić przekazać gdy nie wiadomo czy nawet kolorów każdy nie widzi inaczej — co jednemu żółty drugiemu może to co ten pierwszy nazywa niebieski o ile nie co on nigdy nie zobaczy — i światów samych już kolorów jest może tyle ilu odbierających je d może jest też tak z innymi składowymi u każdego w świat w ogóle w cały (o którym w dodatku nikt nie może powiedzieć że jest obiektywnie bo nie jak przedmiot do zobaczenia w całości można parę kilometrów a dalej tylko w widzeniu wewnętrznym i też piloci czy ewentualni kosmonauci bo zacierające oddalenie już i tamte kilometry za dużo na poprawne objęcie najwyżej metry i w całości jedynie subiektywnie) i dwoje ludzi mówi do siebie z dwóch różnych światów nawet światów z dwu różnych systemów słonecznych (przeszedłeś już do spraw pisania i w pojęciu zdaje się wiele szerszym niż literatura) kto by chciał co wyrazić (więc przekazać drugiemu więc w inny świat więc niemożliwe bez choć minimum co obiektywne) musiałby — mając już „swój” świat w jasnym widzeniu do każdego szczegółu że w każdym mgnieniu tego widzenia najniklejszy szczegół rozległy na całe widzenie — musiałby w ten „swój” świat wchłonąć tak do szczegółów światy pozostałych, dalej kolejno stosunek każdego do innych i szczegółu każdego w jednym do szczegółów w innych i dalej jeszcze i jeszcze (należy pamiętać że każdy ten świat to żadna tam spekulacja myślowa a rzeczywisty jak najbardziej konkretny), a teraz ogarnia świat (więc te nieomal niezliczone światy) wojna (a już zwyczajny wrzask sroki przechodzi przez każdy szerokim smagnięciem) przekształca świat w każdym (każdy świat) inaczej i objąć ją choćby „swoim” (a „swój” znaczy i — choć przymierzane do własnych — doznawania wszystkich i wszystkiego w świecie), objęta gdyby drobna jej (wojny) cząstka już rozsadza jakby burzy ten „jego” a gdyby chciał mieć wszystkich i gdyby i swój i tamte przekształcone nie cząstką a całą wojną, czym ją objąć, gdyby nawet całym „swoim” światem, gdy on i każdy z pozostałych jest objęty nią jest w niej jak drobna iskra w słupie ognia — znów pomijam to rozwijanie w dalej bo i nie pamiętam i chciałam tylko skrótowo to dojście może było i nieco inne —, Bóg byłby jak wojna mający w sobie (obejmujący) te światy wszystkie i tę wojnę w sobie jak iskrę w słupie ognia i do szczegółów w czym najdrobniejszy dreszcz rozszerzane czy przymykane oczy tak zwane pobielałe wargi i tak samo w niej rozpadające się światy ginących i tuż przed tym te światy ogromniejące w nich wzbijane w przerażeniach (tu Twoja uwaga że strach czy ból i śmierć to pewnie identyczne w świecie każdego to jakby punkty gdzie subiektywne jest i obiektywne) — więc to objęcie u mnie nie tyle w tym sensie sprawa tej niemożności objęcia czegokolwiek) sprawa Boga sprawa tej metafizyki czy jak jeszcze Ci wygodniej nazwać — rzeczywiście bardzo dużą rolę czy dużo miejsca zajmuje w moim życiu (wiem że jak zauważyłeś piszę Bóg raz z dużej* raz z małej litery to nie machinalne) i chętnie o tym pomówię z Tobą ale po pierwsze sytuacja o której Ci pisałam najbliższych dni a poza tym miejsce gdzie teraz siedzę ginekologiczny gabinet zabiegowy i noc nie tyle nie wiąże się z tym ile mnie rozprasza.
Są tu na oddziale nie tylko same „aniołki” jak sobie tu przenoszona wyobrażałam (wiesz te dziewczynki), są jakieś poważne schorzenia i matki dzieciom w moim wieku więc mam spokój od wszelkiej wulgarności (czasem nieświadomej).
Najbardziej chciałabym Ci opowiedzieć albo mówić o mojej matce, bo mi się ta miłość wydaje aż nienormalna wiesz coś japońskiego taki dług wdzięczności jeżelibym coś chciała to przynajmniej zachować ją młodą wewnętrznie choćby i zdrowie jak najdłużej — to pewne dyktando wewnętrzne. Dwa to sprawa instynktu z tym że u mnie jak atawizm ta sprawa dziecka jakiegoś mojego dziecka można to i nazwać domem ogniskiem — pomimo świadomości że zawsze jest różnica między samym pragnieniem a już zrealizowanym. — Jest coś w tym że mówi się że istnieje jedynie jest prawdziwa literatura chłopska lub żołnierska, chodzi mi o pewne jej korzenie.
Zaczynają się u mnie jednocześnie śmieszne posunięcia ku kobieceniu to znaczy maluję sobie od czasu do czasu oczy szczotkuję włosy — przepoczwarzanie się jakieś w kokotę nie lecz robię to (i zaczynałam robić) dla człowieka o którym Ci pisałam trochę (może za dużo? nie wiem) a który wróci może choć ja nic nie wiem naprawdę.
Wiem że dużo anomalii w mojej naturze wyrosło na skutek długotrwałej (bo jeszcze przedtem niż to szpitalne już) choroby i kompleksów itd.

W—, szpital III, 16 IV 61.

Chcę Ci tylko napisać że już po wszystkim to znaczy po operacji było to 7 kwietnia ale i zapalenie płuc bronchit, wczoraj zdjęli część klamerek i dwa litry mi z brzucha od kaszlu ciągle zrywanego się wydostało. Jest głupie bo nie mogę odczytać listu od Ciebie — gorączka.

W—, szpital III, 29 IV 61.

Tak, w tamtym liście to była jedna z tych zdjętych mi klamerek.
Ten list jest już ostatni stąd, za dwa dni będę w domu. Dopóki absolutnie nie mogłam wstać nie odczuwałam tak mocno zamknięcia, tej konieczności współżycia z ludźmi tymi obok i tymi potrzebnymi mi. Teraz jestem na sali wielkiej jak „Piekło w mieście” (chyba tak się ten film nazywa), ryk płacz bijatyki — dosłownie — z wyrywaniem sobie włosów i oraniem twarzy. Dość mam kobiet dość widoku kobiet tak z bliska i głosu i problemów, część z tych tutaj cierpi na zaburzenia hormonalne — wąsy bas bary lub niedorozwój że na przykład prawie trzydziestoletnie kobiety wielkości dziewięciolatków, cała ta menażeria spotyka się w tej „mojej” dużej sali grając w karty chrypiąc bez przerwy coś żując cmokając.
Jeszcze dwa dni. Noce są spokojniejsze i mogę czytać, dość powoli, nie piszę nic. Za jakiś tydzień chyba wyjeżdżam do Zawoi z mamą, wracając pewnie pod koniec maja za trzy dni zatrzymam się w K—.

W—, 23 VI 61.

No trudno i prawda że nie określiłam ściśle ale myślałam że gdy będziesz chciał czy mógł się ze mną spotkać to napiszesz i ustalimy. Po powrocie z Zawoi nigdzie nie wyjeżdżałam, pracowałam dorywczo w tartaku poza miastem przy inwentaryzacji, i nie wyjeżdżam i po tej miesięcznej przerwie (choć nie wiem czy to miesiąc który minął mija prawie czy jeszcze) której chcesz Twój list zastanie mnie w domu. Jest czerwiec i mam być tylko jeszcze w K — u profesora tego co już raz, gdybyś chciał mnie zobaczyć będę u Ciebie, albo w którejś kawiarni, przepisuję z Twojego dawnego listu — „Krokus”, godz. 19, we czwartek.

W—, 11 VIII 61.

To był powiedzmy kryzys, absolutnie nie mogłam się zdobyć na jakikolwiek sygnał (ten czwartek to było w czerwcu ja może istotnie zapomniałam przy tamtym liście napisać daty no mniejsza już z tym przypomniałam sobie tylko to Twoje zapytanie też już zresztą dość dawne i wyjaśnienie że Cię jakiś czas nie było w K—, a sprawa o której w tym liście pisałeś ta sztuka ja może odpiszę o tym później) prawie każdy mój krok był psem szczutym na mnie samą wiesz można to nazwać od biedy ciągiem przykrych okoliczności o których w końcu nie będę się rozpisywać bo każdy ma dosyć własnych spraw i borykań, i przez cały ten czas uczucie do człowieka o którym Ci pisałam uczucie co jakby skurcz małży w chwili rozwierania w którym jest się jednocześnie podważającym skorupę i broniącym się, ta ciągła kontrola i czyhanie na siebie gesty smutne raczej i pobłąkane duża różnica temperatur zależność żywa ukrwiona przez to może niebezpieczna.
Wiersze z redakcji odesłane ze śmieszną notką że dziwaczenie bełkot moda.
Pamiętasz pisałam do Ciebie kiedyś z takiego miasteczka na Mazurach gdzie są krewni mego ojca, wczoraj wróciłam stamtąd byłam tam kilka dni, mój tam kuzyn ten przewrażliwiony dzieciak jest już starcem, może to jest etap on ma przecież siedemnaście lat, od kilku lat uczy się w Łodzi taki wysoki chudy chłopak z bardzo spokojną obcesją przedwczesnej śmierci o dziwnym darze czy skłonnościach zdolnościach telepatycznych, przy pewnym skupieniu zatrzaskującym się jakby w spojrzeniu potrafi powodować pewną zbieżność myśli dwóch osób, i nie wiem czy jest to siła narzucania swojego toku myślenia i stąd „odgadywanie”, przerażająca w tym precyzja i opanowanie, a także znużenie zupełny brak fanfaronady i megalomanii: ja nie chcę go „demonizować” zdarza się przecież czasami u kogoś obecność tych nieuchwytnych zmysłów które na przykład pozwalają przewidywać. Mówię o tym bo to też moja troska, to jego ciche wyobcowanie.
Co powoduje że piszę do Ciebie?
Co powoduje że piszesz do mnie?


4

W —, 12 VIII 61.

Tak bardzo bardzo potrzebne mi były Twoje słowa, te serdeczne, ten list ostatni (który otrzymałam przed chwilą po wysłaniu pisanego wczoraj spóźnionego listu na Twój poprzedni), nie umiem Cd tego określić, nagła emanacja nieokreślonego ciepła, jakieś drganie nieuchwytne które nieczęsto u mnie, i powodujące pragnienie nie tyle istnienia co może wydobywania jeszcze chwil łagodnych — choć nie bez przyczajenia; być może to jedynie idealna predyspozycja do przejęcia klimatu wytworzonego wokół Ciebie czy raczej w Tobie; nie staram się pojmować; melodia; motyw muzyczny; centrum światła; pajęczyny.
Ja już nie liczę na siebie rozumiesz nie Liczę na nikogo (mało mnie obok interesuje) na nic. Wiesz tkwiłam dotąd jeszcze w pewnej dość zresztą dawno skleconej koncepcji, najbliżej bym Ci to mogła pokazać z dawnego gdzie stosunek do zjawisk (nie ich obraz) dotkliwych

a miało być ziszczanie i nieugięci —
jest i tak nawet lepszy czas niż ty
bezwzględny gdyby rzeźbiarz to wszystkiej i nie lokator
i który by mnie ociosywał w jakie chce mieć ściany
ja na to co tobie wygodne siebie nie odwarstwię

pewna rezygnacja z praw z norm społecznych, niepojęte dla mnie to użytkowanie i takiej energii na sprawy które dla mnie obce najzupełniej obojętne, chodzi mi tu o utratę tamtej koncepcji a nie o świadomość że istnienie jej wynikało z samoobrony. Nie jestem wśród ludzi żaden terminator a miedze nasze tak blisko i rzeczywiste.
Mucha zielona tu bardzo brzęczy koło lampy, przerywam by spalić ja lub wypłoszyć.
To co napisałeś w tamtym poprzednim liście (streszczając: rzeczywistość gdy nawet mieć najświetniejsze wszystkie warunki — choć rozumowanie takie nie z odurzenia ową świetnością ale i nie przechyleniem się w stronę przeciwną lecz gdy jest średnio d spokojne jasne widzenie — fakty, dziania się, co dalekie od spodziewanego może kiedyś, i wreszcie absolutna pewność że nie będzie w tym jeszcze jakieś czasie trwania nic innego powtarzania tylko w najlepszym razie, dla tej rzeczywistości i tych w niej powtarzań ogromnym byłby przepłaceniem najdrobniejszy wysiłek w kierunku zachowania życia jakikolwiek znoszony ból najdrobniejsza o to życie troska a raczej by należało — wyłączając tu zwyczajną zidiociałość i wyłączając instynkty co i zwierząt że nie z rozumu pragnienie życia lęk przed śmiercią i podobne jak nazywasz bezmyślności i mówisz „mam umysł świadomość i dopóki nie jestem bydlęciem na moje decyzje nie będą miały wpływu cechy natury bydlęcej” — należałoby sobie bez zwlekania to życie skończyć, nawiasowa przy tym uwaga że wobec tego zostają czy zostaliby tylko idioci i bydlęta, ale sztuka co łączyć i z wyobrażaniem jest światło rozjaśniające wzbogacające nędzę rzeczywistości i rozszerzające ją i nas już jakby poza nią do w końcu jakby stwarzania nowej rzeczywistości co z nas z naszych wyobrażeń bardziej niż z otoczenia i główne są dziania w niej a nie w tamtej i my się w niej dziejemy i jakieś nasze wysiłki zabiegania troski ból itp. dla takiej właśnie) ten jak określiłeś wstęp, co zdaje się był też pytaniem choć jak pisałeś wiele w nim właściwie już z cytowań mnie, i sprawa dość ważna jakaś generalna, ten wstęp ja bym może powiedziała wstęp do konsekwencji światła — światło dla mnie jeden z podstawowych warunków widoczności i jednocześnie proces który zmysłowo najbardziej odbierany ta alergia przez nieuchronność opadania a dalej drążenie — nie umiem w tej chwili jasno tego wyrazić — nie chodzi mi o kontrast światło — cień który jest jedynie elementem składowym transformacji tego stopniowego nieostrego przenikania, pomimo skłonności do wariantów krańcowych amplitud jakichkolwiek psychofizycznych powiązań podświadomie wyczuwam siłę szarości tej średniej wszystkiego tego momentu równości gdzie wniosek refleksja kontemplacja i nie dotyczy to klepsydr czy kołysek — w świetność lub tak daleko w przeciwność że jaskrawość już w pewnym sensie wspaniałość — co tylko dekoracja ten laur prawom natury, cóż poza instynktem jedynie może tendencja do prostowań lub wykrzywiań a to już pojęcia, myślę wszyscy przegrywają życie a jedynie forma ten ciąg właśnie wynikający nieustannie poza nami przenikający w nowy integralny proces widzenia a dalej sprawa alergii co się nazywa nadawanie rangi tu także powody obsesje nas rozszerza potęguje. Przewrotność chyba u mnie dosyć rozbudowana stąd sądzę że nie pojmuję fastryg mówiąc inaczej prób generalnych.
Z najbliższych realnych posunięć to porozumieć się z jedną kobietą prowadzącą zakład zamknięty dla dzieci głęboko upośledzonych — możliwość wegetacji tam i ta izolacja jedna z moich no potrzeb czy konieczności, i decyzja ta nie jest cofnięciem się moim czy zahamowaniem czy wynikiem stanu histerycznego ja tu nie mogę ja tu absolutnie skupić się czy cokolwiek; ten zakład ja widziałam i dzieci z wodogłowiem widziałam i dzieci-wilczki gryzące się wzajem i ponuraki wykonujące swój rytmiczny jakiś taniec, wszystkie one poza barierą której nie będzie dane przeskoczyć im. No pojadę tam, to sprawa czasu potrzebnego na uporządkowanie rzeczy które wierzę tam się rozemną rozprostują, a do tych stworzeń to nawet serce mam — prosto stosunek mój do nich będzie stosunkiem do siebie samej, kobieta do której napiszę jest przełożona pielęgniarek czterdziestoletnia śliska i zawiedziona, stałego lekarza tam nie ma to dość cwany narodek, proces przepływu lekarzy prosty — skierowany stawia warunki (mieszkanie itd. itp.) Ministerstwo Zdrowia czy WRN nie jest w stanie spełnić tych warunków lekarz odchodzi; ta kobieta dużo tam robi, decyduje lub własnoręcznie stosuje dawkowanie leków, wyrywa zęby, pompuje ropę, pisze od dwudziestu lat pamiętnik, fantazjuje; żal mi jej nawet ale tak bezosobowo. Nie jadę tam z hienowatości lecz pewna daremność mojej sprawy, sprawy tego dziecka (w czym i zawarte — tych dzieci), jest za rozwiązaniem tej mojej sprawy tak. Proszę Cię nikomu, czasem jest ktoś znajomy i Twój i mój, nikomu nie mów tego, nie chcę szarańczy choćby nawet bezinteresownego żerowania.
Jednym z moich niewielu pragnień byłoby zobaczyć Ciebie byłoby może dotknąć Ciebie jakieś rozłupanie kory póki nie zima i drzewa też dotykać.
Jeszcze będzie wojna i z porażonych ocalonych z tych niewielu narodzi się trochę degeneratów rozpełznie na finał.
Stąd te dzieci ten zakład we mnie zrozum obejmij.
Dzień u mnie dawny ten poranek pamiętam i co mówiłeś i zapamiętałam to przetłumaczenie „hale piekła” — że gdy co kochane to choćby w halach piekła.

Do widzenia, i na pożegnanie gdy myślę Twoje imię słyszę jakieś inne słowo i szum — to mózg zmęczenie.
W —, IX, X 61.

29 IX
Nie umiem nie potrafię w tej chwili w to wejść, bardziej spokój, byłby tym zburzony myślę jest teraz tylko jakiś — nie wiem — dreszcz i wzbudzający coś czego nie próbuję określić mrowie innego rodzaju nie unikałam chyba nigdy i właśnie dlatego że nie unikałam chcę w to jeszcze wrócić (dopisałeś że nie dokończone — ostatnie w tym słowa „aurora hora aurea” nie są ostatnie — więc może gdy ten dalszy ciąg, — lub gdy się spotkamy (? — dopisałeś o tym Twoim przyjeździe jakoś niewyraźnie, i kiedy) i czy to się tym razem uda?) a teraz cokolwiek co nie najbliżej moje nie zaczepia o mnie silnie gdy tu będę nawiązywać to na razie z odebrania najwyżej właśnie takiego układ niezniszczalny to tylko plącze mi się w tej chwili w głowie, i nawet bardzo swoich spraw — co są dość od tego dalekie — i pisania o nich (myślę te Twoje we wcześniejszym liście jeszcze zapytania i żebym Ci wszystko co dotąd nie dokończyłam jeżeli mam coś do dodania lub przemilczane a co może — jak ja uważam (?) — istotne) porządkować niezdolna jestem i stąd magma jakaś luźne uwagi może po napisaniu listu popodkreślam w nim co wydaje mi się blisko tego istotnego,
więc „układ niezniszczalny” nazwałam umownie widzenie Twoje powiedzmy systemów rządzących, i teraz czy wyłamanie lub raczej wykruszenie się z tego układu co i orbita i centrum równocześnie czy jedynie widzenie tego no bierność która w granicach funkcji ruchu w prawidłowym łuszczeniu się po martwicę przenikanie form życia istnienia po formułując wulgarnie przetasowanie? — to chciałabym mimo wszystko wiedzieć o Tobie
bo chcę Ci powiedzieć moje — sprawa pisania (mniej malowania) — bardzo prosto — przykładowo jeżeli droga to nie dokąd a którędy, znów przypomnienie Twojego „najpospieszniej z sobą skończyć” i myślę zanim że ja jeżeli zwlekam i gromadzę włączam się w ogólną zaborczość instynktowną wielekroć to idzie mi o uzyskanie maksymalnego skupienia uzyskanie tej możności gdzie spięcie kulminacja będzie już nieistotne (pomimo — cel (pominięcie tego)) będzie prawidłowością nie żadnym przesileniem będzie prawidłowością w kierunku — dalej — może być pożar obejmujący oślepiający (wszystko dalej w określonym tempie — powiedzmy moderato), ogień wybrałam dlatego (jedną z form niszczenia) w tym przypadku żeby przejść do dość ważnej dla minie sprawy kojarzącej się ze światłem, ogień widzisz dla mnie jest światło osiągalne no chodzi mi o to drobne dysponowanie możność wywołania go (coś z dziecinnych zabaw — dawne) wywołania choćby ułamkowej części żywiołu dość rozpanoszonego tu na ziemi, idąc za hipotezą że częściowy rozpad słońca wynik ziemia i lawa pod stopami wystygnięta dla nas, lodowiec jeszcze w wielkie państwo wody to już mój żywioł zagrożony a dalej jarzmienie go — proces pożyteczność, ale to już cykle etapy gdzie ingerencje człowieka a nie to Ci chcę lecz przez ogień przybliżone pojęcie światła mego najbliższego i zwrócenie Twojej uwagi na to światło, bo chcę Ci powiedzieć, co nazwałabym ułomność na światło, zawarta w konieczności nadawania rangi to jakby ratowanie próba zachowania czegoś i wybór przy tym elementów nie wiem czy świadomy czy dopiero później uświadomienie tego jedynie myślę uczulenia no skłonności do wyboru do kojarzenia w sprawach tych jakby ratowanych, co nieraz nazywa się kąt widzenia, pomimo (me chcę mówić: obok) także „niezniszczalnego układu” — tego procesu mikro-makro, a w moich wierszach odpowiednik: jakby jąkanie się — ta nadzieja że ten układ nie tak prawidłowy lub — bliżej — marzenie że szczelina wyłom, to jąkanie się myślę ranga skandowanie nie ma tam miejsca na szept na ciszę i stąd te wiersze obce się czuje jakby drewniane ta mimo wszystko statyczność — obelga wobec pojmowania ruchu. Ale pozwól, to moja droga, organiczna ułomność, z alergii powstała. Na ile jestem tego pewna?

30 IX
Nie mogę no nie mogę się skoncentrować ta ciągle towarzysząca rażąca dysproporcja między tym co chcę Tobie powiedzieć a tym co mówię (to po przeczytaniu tego wyżej — wczorajszego),
więc może będę Ci informacje z dni ostatnich — wracam do czasu egzaminów w którym wreszcie finał zależności między mną a człowiekiem o którym Ci pisałam — dlatego Ci tu o tym bo szok przeszłam wynik zaskoczenia — w rocznicę poznania tego człowieka pożegnałam się z nim wyjechał do siebie na wieś. Wrócił — ten pociąg przyjeżdża tu rano — ja w te dni nie wychodziłam z domu nie otwierałam drzwi na żadne stukania — wyszłam po papierosy a on już piętro wyżej czatował na mój powrót (ja nie widziałam tego) w momencie otwierania drzwi ten oddech za plecami d zaraz przemoc wtargnięcie do mieszkania, prośby jakieś skomlenia od czego uciekłam bo przecież nawet umierał dla mnie mówiąc patetycznie, na cały dzień uciekłam dom otwarty a on w nim (matka była w pracy), dosyć miał czasu by zabrać wszystko co kiedykolwiek pisałam wszystkie notatki fotografie korespondencje dość czasu by powyrywać z książek jakieś dedykacje kiermaszowe dosyć czasu żeby odjechać z tym wszystkim do swojego domu, trzy tygodnie idiotycznego stanu i próby rekonstruowania pewnych moich rzeczy, po trzech tygodniach znów jego przyjazd — stąd załączona tu ta proza czy proza poetycka mniejsza o nazwę (rzeczywiście tak wszystko było jak w tym napisałam i włosy co od czasu szpitala miałam długie obciął mi naprawdę i zabrał — w dzianiu się tego moment najpierw że śmieszne choć zaraz czy i równocześnie (przy zresztą cały czas dość spokojnym — jakbym była i obok — jakby przyglądaniu się) podrażnienie złość na to jego z męskiej siły z muskułów dysponowanie), w bezsilności zniszczyłam potem wszystkie jego obrazy, dobre obrazy, w podły sposób zniszczyłam bo na blejtramy dla chłopaka którego on w swoich podejrzeniach mnie o przyjaźnie czy kochanków nienawidzi może najbardziej. Te informacje z dwóch powodów: 1) wytłumaczenie mojego milczenia które spowodowane strachem ten lęk w związku z Twoimi listami lęk o Twoje listy (dobrze pamiętam Twoje podkreślenie żeby nie czytał ich nikt) lęk nawet o Ciebie bo niepoczytalny ten Hitler, 2) że chciałam Cd pokazać to o którym wyżej a i to drugie wiersz związany z obrazami chłopaka (bo i w tym pierwszym jest też trochę o nim) któremu dałam tamte blejtramy, te obrazy cerowane wiesz płótno szyte jakaś bardzo bolesna faktura a barwy jakieś chrzęszczące coś z chityny, bardzo bym chciała żebyś widział te obrazy, na wyobrażenie jakieś słabe przybliżenie przesyłam Ci fotografię.
Nie mogę już mieszkać w domu, matka moja boi się mnie, wyczuwalne to bardzo, i może pozornie absurd co teraz powiem — jeszcze bardziej przykuwające mnie do niej — stwarzają się nowe zależności — na takich jak bym powiedziała zakrętach to podskórne głębsze to co najbliżej mną jest wyraźnieje.
Bardzo Cię chcę zobaczyć a szron już nocą obejmuje drzewa.

Te teraz notatki umieszczone są w tym miejscu bo w dalszej części listu jest jeszcze o pewnych sprawach w nich poruszonych, choć chyba nie jak nawiązywanie do tych notatek — zaopatrzonych dopiskiem posyłam jeszcze te z lipca czy sierpnia notatki uwagi skierowane do siebie? Ciebie? Posyłam nienaruszone jedne z wielu nie wysłanych, nie wiem na ile tendencyjne ale może jest w nich jakaś cząstka prawdziwości — one gdy ostatecznie dołączone do listu to chyba już po napisaniu go całego.
Odpowiedzi na pewne podsuwane mi przez Ciebie pytania, odpowiedzi które miały chyba stanowić konfrontację z Twoim widzeniem tego czy też a właściwie chyba głównie z Twoim widzeniem tego u mnie (z Twojej — w niektórych wypadkach — pamięci rzeczywistości uboczny zachowany produkt) i w ten sposób być może osąd mnie, myślę więc w związku z tymi odpowiedziami chaotyczne to były sygnały bez względu na to czy próby odpowiadania wprost na pytania czy przez obrazy charakteryzujące, chaotyczne być może wbrew jakiejś mojej woli, te klimaty stopniowania plus zawsze dodatkowa dekoracja (przyczyna — niemożliwość całkowitego skupienia się i alergia na pewne zjawiska pogłębiająca lub zniekształcająca widzenie) także jąkanie jakby przestępowanie z nogi na nogę przycinanie warg zwrot też niekiedy w stronę bólu zwykłego fizycznego z którego tylko strzępki nie do przekazania (sprawa bólu fizycznego zupełnie zresztą osobny przypadek ze względu że niemożliwe jest sobie ból zapamiętać, fazy bólu, niemożliwe jest uzmysłowienie sobie, jedynie uszeregować tych parę martwych już danych, więc nawet kiedy pisałam do Ciebie ze szpitala z jakichś tam oparów to sam fakt że (już lub jeszcze) pisałam negował szczytową fazę) strzępki więc z tego u mnie samej a jeszcze przekazywanie tego komuś drugiemu to jak sprawność najnędzniejszego z silników jakiegoś parowego — 20% maksimum. Co mnie spowodowało (wolę niż skłoniło) do tej teraz próby scalania do powiedziałabym meblarstwa to pewna niechęć do moich listów wszystkich, nie w kategoriach jakiegoś żalu czy wstydu że taki ekshibicjonizm czy lęku że jakoś zostanie to użyte ile obraz mi się ciągle nakłada jeden i ten sam jakby zwielokrotnienie obsesja uzmysłowienie sobie że obserwacja mnie, to męczące jest, chociaż zdaję sobie sprawę że jakby — ja wiem? — nieodzowne już dla mnie w tej chwili, nie chodzi mi o to że nawyk ile że jest to proces postępujący i również dla mnie w pewien sposób odkrywający a też prowokujący.
Wracam, sprawa mojego brata — braciszka, mój stosunek do tego czysto emocjonalny (co już widać w „brat” „braciszek” gdy to tylko kuzyn) brak dystansu i stąd niemożliwość przeprowadzenia dowodu na starość (pisałeś że nie rozumiesz tamtego mojego jak i w ogóle określenia „młody starzec”), w przybliżeniu więc — nie chodzi mi że ominął „młodość” czy że koncentrat już lecz że momenty ułamki tej może i nietrafnie określonej „staruszkowatości” tego nic niedziwienia się, napisał mi w zimie krótko — „wierzę że jeżeli cierpienie jest silne to nie może być długie a jeżeli jest długotrwałe to nie może być silne”
tu ta notatka urwana. Notatka druga:
a dalej jeszcze nasuwają mi się pewne zamglone dotąd wiązania, myślę że istnieje jakaś prawidłowość w odwlekaniu moim pokazania Ci najistotniejszych jak myślę dla mnie spraw, jakieś rzeczywiście — zresztą uzasadnione — omijanie spraw wymagających ode mnie czułości tej precyzji no skupienia tego najlepiej zupełnego wyizolowania na które długo nie mogłam sobie pozwolić,
to rozprzężenie to powtarzanie w kółko: ognisko gdzie jest, źródło gdzie jest, ognisko, źródło, ognisko, i niewychodzenie poza ten krąg, niemożność przerwania tej obręczy, skandowane noc w noc nieraz sen jeszcze, i słyszane dudniące nie wiadomo z czego wynikłe słowa ani do kogo te słowa te zdania skierowane dotykające chyba jakichś chórów niebieskich taka jakaś tkliwa reakcja na to „jakby jasne zakażenie sobą” „jakby nasze zakażenie sobą” — dwa warianty i do tej pory nie wiem który prawdziwy bo zawsze jakieś miligramy przeważały że „nasze” innym razem że „jasne” — zdania które są i nie są wytworem przyćmionego mózgu, zdania na których przypływ czekam wielokrotnie, zdania przed którymi nie potrafię Się obronić. Idiotyczne. Wracam do tych pominiętych spraw —
Erotyzm, — doskonale pamiętam jeden moment kiedy wiesz tu u mnie powiedziałeś mi lub nie mnie lecz dziewczynie albo raczej do mnie dziewczyny do funkcji dziewczyny powiedziałeś — powiedziała w Tobie funkcja chłopaka — że takich chwil powinno się przeżywać jak najwięcej, zmyliłeś mnie myląc się być może sam to znaczy klasyfikując mnie z góry jednostronnie nie nawet według form etyczno-moralnych ile chodziło Ci zapewne o pewną określoną orbitę obracanie się po niej, zabawę nawet w pewnym sensie pełną czy jak to nazwać udaną dla gatunku ludzi którzy nie zobaczą samych siebie nigdy, ludzi będących jednym z trybków części tego wielkiego mechanizmu, ludzi zadowolonych zadawalanych w tychże kategoriach, ludzi których — mówię to z całym przekonaniem — możemy zauważyć w sobie, pobrzydzić się sobą, podrwić, boli, śmieszy, — nie rozumiałam Ciebie nie wiedziałam przecież że w Tobie nagromadzony jest cały ładunek wielu nie znanych mi zresztą do dziś powodów dla których niszczysz dla których niszczejesz (być może), — Widzisz żenujące jest dla mnie samej — i takie wydaje mi się już odległe — pisać Ci to; ja chciałam być wtedy Twoja, pomimo czy nawet przez pewną jak się chyba domyślasz obrzydliwą historię w czasie wymieniony jest rodzaj zjazdu młodych twórców mówiąc lapidarnie gruźlica litość alkohol, tak wyglądało moje pierwsze przeżycie erotyczne — odczucie największego upokorzenia, winnam sama sobie, zobaczyłam pierwszy raz moją bierność wymiotowałam i płakałam —
Nigdy nikomu nie mówiłam tego, przed Tobą ta wiwisekcja mnie, ale mam wrażenie że kiedyś to musiało lub musiałoby zostać powiedziane. Chciałam Ci napisać tutaj jeszcze trochę uwag o malarstwie i innych sprawach, niezdolna jestem do tego, odkładam na później na kiedy indziej kiedy uspokoi się we mnie to nie tykane nigdy przed nikim, a o czym już
koniec.
Napisałam koniec to przypominanie dlatego żebyś mnie nigdy już nie pytał o sferę erotycznego życia, niemożliwe jest cokolwiek odczuwać największą nawet samotność jeżeli ma być jedynie — jeżeli się tak widzi — likwidacja nadmiaru energii witalnej, dla dziewczyny dla kobiety zbliżenie zresztą emanuje obejmując zupełnie inny zakres spraw i budzi pragnienie trwałości związku dla niej u której znacznie wcześniej zaczyna się budowanie i — i dość tych już wywodów.
Przykro mi teraz jakoś bardzo ciężko.
O tym erotyzmie jest w dalszej części listu jeszcze parę słów więc trzeba może przypomnieć powiedziane o powyższych notatkach na ich początku.

1 X.
Być może hamuje mnie jeszcze — bo dobrze wiem jak niewiele Tobie dotąd powiedziałam — hamuje że nieograniczona (poza stroną możliwości fizycznych) ilość wariantów przekazywania tego, dewaluacje — nieprawda jedynie stosunek do rzeczy dopełnia się pierwotny szkielet obrasta wykształcają się organy nabierają funkcjonalności stają się przydatne i dalej oglądanie tego i stąd kierunek nacisk jakby co już można powiedzieć specjalizacja a jeszcze dalej to widzę już monstrualnie — przerost — no przykładowo Nike-ośmiornica, — to o dewaluacjach jakby z przypomnienia z czasu przeszłego przechodzącego czy w nim ja jestem miara — obojętne że było u mnie niekiedy jakieś ordynarne niemal „mógłbym” „mogłabym” zastanawianie przy oglądaniu się wstecz, chodzi mi że u mnie już dawno choć nie skrystalizowane poczucie równoczesnego gromadzenia i tracenia.
Tych egzaminów, tej matury nie zdałam przez owe zajścia o których Ci tu pisałam, psychiczna niemożliwość.
A praca — ta tymczasowa zanim załatwienie wyjazdu do tamtych dzieci (pytałeś czy zamierzam zaraz i (jeżeli tak) zdaje się chodziło Ci żebym to trochę przesunęła. i tak załatwienie okazało Się nie takie proste) — ta praca, o tak, są dwie propozycje tutaj, jedna w zakładzie doświadczalnym zwierząt — trzymać te zwierzęta (pocieszać) żeby się nie wyrywały przy wywisekcji — psy zdaje się — i sprzątać ich ochłapy, praca inie uważasz jakby wyczarowana dla mnie — to mąż Liliany (pamiętasz ją chyba, wyszła niedawno za mąż — on ukończył weterynarię) mi tę pracę wynalazł, lub — druga — biuralistki w fabryce samochodów gdzie Liliana osobistą sekretarką inżyniera. Te zdania niepotrzebne, oczywiste. Miało być najistotniejsze —
No cóż, lubię te stany, uniesienia agonalne wyobrażane ta dekoracja nigdy w rzeczywistości nieosiągalna i zapis — Twoja racja — bardziej dźwiękowy nie w tych rytmach uciekających, to wszystko nieuchwytne które nigdy nie wraca d tragedia może w czekaniu na powrót tych dźwięków, co w pamięci być może w mózgu zostawia rysę jakąś ślad przedpęknięcia, i tu zaczyna się poczucie czegoś nieuchronnego postępującego naprzód że oglądasz się za siebie, wiesz, coś zbliżonego do takiej rysy na murze na tynku — nieodwracalność, i nie precyzuję bo nieanalogiczne do niczego a tylko mogę powiedzieć składa się na narastanie jakiegoś lęku, obrzeżone lękiem, tak, tu od momentu świadomości tego poczucia zaczyna się pewna egzaltacja, ujawnione to w prowokacjach ustawicznych na wiązanie sytuacji z których — okołoprawdy, i one jak myślę jak widzę wobec całej natury są wierne a wobec formy człowiek beznadziejne, przez to (że to widzę) niepojęta jest dla mnie ta wiara to wieczne roszczenie pretensji to czepianie się och lament, czymże sobie ten nasz gatunek zasłużył na wyróżnienie na pozaprawidłowość pewnych cykli? i te pretensje o co? o jakie wybawienie chodzi?, siła mitów, ta istność ogólnie — lecz dość o tym. Więc jednak coraz bardziej wiem że lęk, od samej genesis, ten lęk wynikający ze mnie i powracający do mnie we wszelkich możliwych formach fazach, może być i przenikanie ten sposób powiedzmy osmoza może być sączenie zza węgła ten mniej skomplikowany czysto zewnętrzny co czyhanie nazywa się. A także gdy ktoś się zgodzi na twoje kroki — taki moment poczucia trop — to rozmawianie nieraz i równocześnie rozbieranie z mięsa a ów się uśmiecha i już twoja na chwilę identyfikacja się z nim że się odśmiechasz choć może i przygłaskanie. Ten lęk — drążenie, on poza sytuacjami poza zjawiskowością, i nie nazwę go bo nie ornament, gdzieś w przeczuciach mieszka, motyw struktury dojrzewającej u korzeni przebrzmiały — cała martwica pamięci zapomniane zapamiętanie ta skleroza puste zwoje w rejonach dzieciństwa (co i sielskość przecież ta jakaś pogoda i gdzieś tam na pewno), pierwsze przestraszenie zapamiętane, sny więzienia i sny wyzwolenia po których barwa zapach towarzyszą tak długo, muchy fruwające z trawą wbitą w trzewia wypuszczane tak w powietrze nadmuchiwanie żab i ten pierwszy lęk czy nie obróci się to przeciw mnie — jako konsekwencja równowaga.
Erotyzm. — Akty, bardzo metafizycznie, tak koncentrycznie wysyłanie pragnień i chłonięcie pragnień, tempo, sublimacja, ocet plus miedź — grynszpan, opadanie i słyszane jakby dzwonienie i oddalanie, przypływ świadomości i doskonałe poczucie — funkcjonalności. Prośba Twoja żeby szczerze ale te tutaj sprawy dotyczące erotyzmu tu ani wnioski mój stosunek do tego ani relacje — niemożliwe, dla mnie samej widzenie tej sfery trudne to u mnie bardzo, jest jedynie sprawa uzmysławiania sobie pewnych rozjaśnień lub przyciemnień i pojęcie tego niemożliwe i niemożliwe przekazanie Ci mojego widzenia tej sfery. Dzwonienie — tak, w czasie tego stopniującego się przypływu dźwięków w czasie tego dzwonienia niektóre wersety moich wierszy.
I koszmarne to obnażanie się teraz Tobie,
i cały czas świadomość dzielenia się moim wszystkim, poczucie lęku i prowokacja tego lęku poza wszelkimi konwencjami.
Jak bardzo chcę się dostać do ciszy, nie, nie do ciszy bo to ogołocenie, raczej do łagodności do uspokojenia; nieosiągalne pragnienia bezpodstawna nadzieja, — tam jest łagodność, jeszcze tylko szpetna forma agonia zarobienie na spokojność.
Czy my się zobaczymy jeszcze naprawdę a jeżeli to czy będziemy zdolni odporni zobaczyć obejrzeć nasze powierzchnie? ile szacowań w tym patrzeniu czy wzruszenia może.

Boję się siebie.

K—, 5 X 61.

Tak, gdy się spotkamy, mogłem właściwie już wcześniej przyjechać nie wiedziałem czy jesteś w domu, pozostaje ustalić termin, myślę że za jakiś tydzień, tych jeszcze parę dni to na takie wiesz drobne zmobilizowanie się, wyślę Ci list zawiadamiający, masz jednak wątpliwości czy się naprawdę spotkamy, czemu? — ale to nie jest jakieś znów pytanie z rodzaju tamtych, jak i do tamtych nie potrzebujesz mi już nic dopowiadać, ewentualnie wtedy, i ja odpowiem Ci chyba na jakieś pytania Twoje w ogóle wyjaśnię więcej za tych parę dni, tu w związku z tym że nieraz trudno Ci było mówić na jakiś temat lub usprawiedliwiałaś odbiegania mogę Cię uspokoić że sam temat dla mnie nie był czymś głównym, mogłem Cię pytać o sprawy dowolnie inne, dodatkowo tylko pomyślałem że co szkodzi o te może ważniejsze, też bez specjalnej koncepcji bez jakichś przemyśliwań, gdy jednak o czymś już zaczynałaś chciałem możliwie bez niedomówień, a czy szczerze to znam Cię przecież nie tylko z listów, jak i Ty mnie, choć nie przypuszczałem że aż tak bardzo, pisałaś raz że moje listy nie są mnie podobne, możliwe a dlatego — lecz wyjaśnienia odłożyliśmy, zobaczysz mnie za parę dni tego na pewno podobnego.

W—, (D—), 9 X 61.

(D —; miejscowość w której dom jakby wczasowy twórców, dworek)
Jestem już od czterech dni tutaj — mam załatwione na kilka lub kilkanaście dni — przez imię i nazwisko kobiety, historyjka sztuki gdy przeniosłam się z domu, matki na nocleg dość przykry. Ten tutaj nawias czasu śmieszny niespodziewany, i już się trochę kulę czaję — za dobrze tu jest, rozumiesz chyba uniesienie ten zachwyt mam pokój bardzo antyczne pomieszczenie do mojej dyspozycji, mogę tu miotać moim ciałem przerzucać je z objęć fotela na łoże okryte szarym zgrzebnym lnem, by zaraz pochylać się nad wybrzuszonymi szufladami inkrustowanej komody badać czy ktoś czegoś nie zostawił, choć skrzętniej przede mną zrobiła to pokojówka. Normalnieję — co może znaczy jest mi lub jest ze mną normalniej. Mogę tu zapalać i gasić światło, tę u sufitu trójramienną lampę, d to małe intymne światło przy łóżku, to światło zażółcające, ocieplające. I jeszcze okna, w jesień wtórą — brunatną i chrzęszczącą która wgarnia do mojego pokoju prócz liści resztki zasypiających much, one tu w cieple kaloryfera ożywają zanim osłabną, moja zabawa z nimi: spirytus, zapałki, woda, dużo ich jest bo okna moje najbliżej krów. Czy normalnieję?
Tamten ostatni mój list kiedy dla spokoju matki opuściłam dom przenosząc się na nocleg dość nieprzyjemny, u młodej dziewczyny, w jej domu jak Ci wspominałam zabiła się w grudniu zeszłego roku inna dziewczyna, przedmiot wprost obłędnego pożądania tej, bardzo złe nieporównywalne powietrze (atmosfera) w tamtym pomieszczeniu, i te sypiania w jednym łóżku z tą małą nieuleczalną (pożądającą dziewczyn), przesyłam dołączam to o tym pisane.
Jest tu rower wezmę go chyba pojadę na pocztę wrzucić ten list.
Kończę ten list w domu — u matki, przyjechałam (to nie tak daleko i dość często autobus, na noc wrócę tam) bo myślałam że może będzie od Ciebie list i może ten zawiadamiający, choć matka by mi chyba przysłała — jak tamten, możesz więc pisać i na adres dotychczasowy, będę też tu jeszcze zaglądać. Tyle już wydaje mi się dni jedziesz do mnie i teraz mam takie poczucie jakbyś był już w podróży i jakiś kelner w wagonie restauracyjnym da Ci ten mój list — wybacz to idiotyczne zdanie ale jest to zwykłe czepianie się konkretu jakiejś wizji bardzo zdecydowanej nie rozpływającej się zjawisko jakby pomoc może na to znormalnienie jak z tamtym rowerem. Czekam bardzo.

K—, 13 X 61.

Prócz jakichś dwóch czy trzech, takich głównie na podpuszczenie, moje listy wyraźnie że nawet mogłaś się połapać były właściwie (odpowiadam tu na twoje raz pytanie — co powoduje że do ciebie piszę (pisałem)) nie więcej niż „mów dalej, słucham”, tak ten, prócz może jeszcze paru słów bez większego znaczenia, ten jest „już nic (nic już nie powoduje) nie mów, a przynajmniej ja nie słucham”, a gdybyś jednak to już bez tej niepewności czy mówisz sobie czy mnie co cię często tak trapiła (mnie nigdy, ja zawsze sobie), a ten osąd ciebie, sąd? a więc i jakieś wyroki? i ja? ja tu już nic prócz tego co powiedziałem, a i kto i jakiego motyla (pamiętasz)
nie zabił, tak, motyle zdychają dość prędko same, zabić mógłby tylko kto zniecierpliwiony że jednak nie dość — no i przecież najprawdziwiej najczyściej są nigdy w rzeczywistości w tej nędzy w bzdurnej biologii lecz wzbite (jak szybowce) w sferę w której honeggery van goghi baudelairy — Twórcy — powinien zabić, dostawałem obrazy, potem i wiersze, i wreszcie jedną z klamerek spinających pocięte w celu ratowania ciało, tę biologię, po wszystkich wzbijanych z niej skrzydłach, ma więc jeszcze te, przeciwne jakby odwrotne, skrzydła nie tak świetliste ale bezwzględne i mocne, nieść tak całe ciało łącznie ze sferami jakimikolwiek i w nich trzepotami, po szpitalach, a i dalej, antymotyl, jakby ujemny z miejsc po tamtych wypuszczonych w jasne sfery — otóż mimowolna poezja poemat a miałem być podobny sobie — w szumie tych skrzydeł wszystko tamtych sfer jest szczurze popiskiwania to lot prawdziwie porywający, emocjonujące, Twórcy i cudotwórcy i telepatycy i Onaniści Bladzi i lesbijki i inni zboczeńcy kabotyni alkoholicy wariaci i błazny i lunatycy i, stop bo to już jak próba otwierania ci widzenia, terapia, że mnie obchodzisz, choć owszem korzystaj nie skreślam mogłoby wyglądać że jednak, albo że mnie obchodzą i te sfery, teraz, lecz gdy skłoniłem się słuchać to normalnej dziwy nie jakiegoś zdeformowanego sztuką monstrum, a tymczasem aż do kości, do ciała w każdym razie a cóż inne ma dziwa pierwsze, słuchać że może jakaś nutka albo promyk że przeoczyłem, żadne wielkie światło, dawno mam wyłupane, jakiś z wydobywanych promyk czy kolorek drobiazg i na tym samym zawsze lecz że może wyróżniający i że mnie jakoś o ile bym, albo i miałem też pewne nie uregulowane rachunki dług który chciałem oddać, dziwie a nie jakiemuś już monstrum, traciłem czas tak wychodziłem na frajera nie pierwszy raz choć tym razem inaczej, o, tysiąc miłości które mnie ukrzyżowały — jak ujął nie wiem czy coś podobne jakiś na pewno Artysta, żadnym oczywiście cofnięciem czy zahamowaniem ta twoja decyzja wyjazdu (naiwnie zakładając że to wreszcie na realizm, farmera kiedyś włożyłem od razu między metafory) do tych dzieci droga całkiem prosta i naprzód i nie wątpię że masz do nich serce bo to wszystko jest dalej to samo, sfera, tylko już uproszczona przejaśniona — i nawet wilczki — kto by przypuszczał — i jest tak samo zadziwiająco i fascynująco pomimo ludzi i ich jakichś spraw burzenia budowania, lecz dość już o tym marginesowym tu, i też ten Niszczyciel odszedł (tak się mówi) odpłynął ten Torpedowiec (unosząc trochę papieru, na co mu to, chyba że robić w tych papierach nowy porządek, to zdaje się jakiś też Artysta, a prawda, mówiłaś maluje, — i te włosy — argonauta — złote runo — bo jeśli z powodów jak z nie tak ściśle zresztą podobnych zgalano pewne to by pozostawił włosy najwyżej dzieciom powinien to biedak wiedzieć doterminuje się szybko swoistego damskiego fryzjerstwa) ten Bombowiec, odleciał, szkoda bo błazen malowniczy, choć nie tak znów rzadki, no to już koniec — jak powiedział jeden w starym dowcipie który mnie na ten koniec śmieszy, spotkamy się, tak, tam, mieliśmy przypomina mi się porozmawiać i o Bogu, chętnie, też tam, chyba ogarniasz rozumiesz.

W—, 14 X 61

Nie ma we mnie pogotowia. Zrozum. Sparaliżowany ślimak nie wraca do swojej skorupy, i dzieje się już poza jego „chcę” czy „mogę”.
A ty liczyłeś, tymczasem mówię ja zamiast doniesienia czyjegoś o mnie, nastawiony na usłyszenie i kłamstwo że nic Cię już nie obchodzę też na to i cały list po cóż byś pisał, i list wypracowany do szczególików — „ty” w listach machinalnie przecież pisze się z dużej litery, próbuję odwzajemnić i tę uwagę a jednak piszę i z dużej, jak różnie pisałam Bóg, ty mój boże, a więc już rozmawiamy o Nim, i nie tam, koniec zabawy nie bardzo ci się udał, mówię ja i mówię spokojnie. Byłam też i przygotowana, tak, przyczajona, choć może na coś bardziej balansujące na krawędzi, bo jednak nie widzę w tym Twoim liście krzyku urywanego, tej żółci chlustającej męskiej, która z rekompensaty, ścinanie kwiatów — tak, z motylami (czy z antymotylami) — tempo zaciera granice różnice, ratowanie (już korzystałam, uzdrowicielu) żeby wydobywać kolejne, czy raczej ich szczątki, tę pozostałość okupioną sobą samym — bo zrosty też i Ciebie ze mną i w moim gdyby tańcu też i twój podryg, emocji przynajmniej.
Zwariować, dość konsekwentne wyjście, i nawet zadające kłam wszelkim celebracjom, doniosłości chwil narodzin czy śmierci, celebracjom właściwym ludzkiemu gatunkowi, że chylę głowę zbyt silne cugle ta dziedziczność.
Trochę za późno przyszedł ten list, mnie już teraz można tak, martwica, za późno, na ten taniec tańców, bo miał mnie ten list te twoje rytmy miały mnie zmusić do tańca, zaproszenie, lub zmylenie moich wektorów, które wapniejące.
Uderzył. Rzeczywiście. Boli. No tak. Bardziej niż kiedykolwiek cokolwiek.
Jednakże jest ta zdolność przyjmowania chłodny prawie zapis wprzęgnięte najwyżej te kilka zmysłów, zdolność niereagowania na uderzenia zbyt mocne, do tego jestem przygotowana, a przygotowanie staranne, — twoje przygotowania też i od jak dawna i nawet już niecierpliwość czekania (to pamiętam zapytanie kiedyś gdy byłam w szpitalu i osłabiona czy potrafię w pełni głęboko odbierać) była sformułowana jeszcze na podprowadzanie (a i ten list „już koniec” czy nie był na jeszcze?) od dawna wszystko i starannie, i w końcu pomyliłeś się w liczeniu, spóźniłeś się, bardzo. Tak, możesz być czy królewicz (że się Ciebie boję, z pierwszego dawno listu) czy rozlepiający moje listy w szalecie w szaletach — te najzabawniejsze. Jeszcze jest też to nigdy nie wypowiedziane to w nas niepodzielne bym nazwała i jeżeli odrębności jeżeli cykle to pewno zamknięte, i tej rdzy trochę — myślę tę „dziwę”, choć jej nie zmyśliłeś przyznaję i wiem w reakcjach cofania się w moje dni w daleko w jeszcze blisko nawet. Powściągliwość sobie radzę bo nastąpiłoby zaraz. A z tą rybą czy wolisz ślimakiem coś nakłuwanie coś bezprawie
— czasem nieprzewidywane ten moment ogłuszenia że mimowolnie skarga się wydobywa, tego zdaje się nie wiedziałeś o mnie, rzężenie nieraz transkrypcja bólu, nie kierowane, a jednak pochylają się nad tym nad tym kimś nie tyle ciekawość nie mówiąc współczucie ile likwidacja. Umyślnie przeszłam do tego „likwidacja”, zawsze było dla mnie absorbujące, też dotkliwe bo — choć niejasno już odczuwam (czy przypominam odczuwania) — dotyczące mnie, w którymś tam z moich stadiów, już do tego, likwidacja czegoś uwierającego, ucisku czy stęchlizny likwidacja pewnych spraw ukrywanych czy omijanych, tego powodu zbiorowego lęku czy i też niechęci widzenia tego, jest wielki organizm który potrafi zaprzęgać lub likwidować, oczywiście ta realizacja zależna od obustronnego uwrażliwienia, od stopnia, — to nie z interesowania się mojego ogółem lecz z widzenia że jest jednakże istnieje zazębianie się, można powiedzieć — los człowieka. Właściwie nie chciałam tego stanu nazwać skarga. I to zwracanie się i w pewnym kierunku zwracanie a nic już z każdego. Lecz jeszcze, to niewypowiedziane,
za bardzo asystowałam sobie, trochę folgi tak rozkurczyć mięśnie żeby je zaprząc w pracę wytwarzającą pomyślałam niedawno i nie pierwszy raz i że to pewnie mi musi matka powiedzieć przybliżyć mi jak najostrzej swój czas niedołęstwa lub zachorować nagle i ciężko że tylko ja (musi od niej wyniknąć ten bodziec) ja jedyna będę mogła utrzymać ją zatrzymać tutaj przez jakiś czas jeszcze — żebym wiedziała że ja ją rozżarzam.
Ty prawdziwy czy ten podobny silniejszy jesteś od od wyobrażonego przeze mnie — wniosek z tej propozycji tańca.
I jest mimo pozoru spokoju jakaś rozpaczliwość nie rozumiane przeze mnie nie skonkretyzowana prośba o zaprzestanie tej zabawy. W probierni w tej winiarni młoda bardzo dziewczyna zdaje się Marta mówiły mi dziewczyny znajome macha wywija rękami że dostała od ciebie kartkę i te dziewczyny mówiły mi wiesz on się w niej kocha. Znam i inaczej to „ukrzyżowany frajer”, nie mówię że ów artysta choć też powtórzone, znam już a tak to może spłycenie mimowolne.
List taki gdyby dawniej gdyby tak lata wstecz czy jeszcze miesiące był zwrócony do mnie to obelga że wargi bym przygryzła i zawrzałaby jeszcze ambicja.

Do tańca. Rytmy. Lub na zmylenie.
W pewnym momencie gry przeciwnik orientuje się że współgracz traktuje nie jak chciał on tę zabawę. Warunki dalszej gdyby jeszcze gry — pewna zmiana; mylenie tropów, i wektorów.
Zapamiętałam — dawne — „nie zwracaj się do mnie tak bojaźliwo-nabożnie jakbym był jaki królewicz a ty jakąś najnędzniejszą z jego nałożnic”.
Oprawca. Preparat wykonać starannie.
Jeszcze się tulę do siebie do Ciebie do matki do sprzętów.
Ta we mnie prośba jeszcze bliskości jakiś czas przebywania w okolicy Ciebie. Nie licz jej na dalej zabawianie się jest i ona już jak poza mną obok jak za późno jest żeby coś bolało minie za mocno
mówię to ani na rozczarowanie cię ani na powstrzymywanie chęci zabawy mówię z obojętnością to najwyżej orientacja ciebie że szkoda zapału. Oszczędzaj go. Będzie ci potrzebny.
A masz i swoje rdze, mówiłam. Rdzewienie.
Jaką misję ma jeszcze do spełnienia Frajer Ukrzyżowany odkrzyżowany? Rozpowszechniać się?
Uzdrowienie Chorych.
Powściągliwość bo nikt tu to moja sprawa ja tylko i żadne dopingi
Lubię jeszcze w początkowej fazie „Only you” ten
szloch za grubą forsę, czysty także nieco inny w „Dianie” Anki.
Zbawiciel.
Myć nogi maluczkim, apostołów się doczekać, rozprowadzić ich.
Ilekroć widziałeś mnie z pamięci z rzeczywistości a nie z relacji moich o mnie?
Więc jednak widzisz rację być i nie pomimo a uczestniczyć w całej tej Burdel-Baśni. Szczęśliwego nowego roku. Poza wszystkimi naszymi listami.
Ukrzyżowany Oprawco. — tego wariantu jeszcze nie było, masz szanse.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Czycz.