Przejdź do zawartości

List otwarty do p. M. J. Wielopolskiej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł List otwarty do p. M. J. Wielopolskiej
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia „Krajowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LIST OTWARTY
DO
p. M. J. WIELOPOLSKIEJ




W momencie, gdy stało się tajemnicą publiczną, że rząd skreślił pozycję budżetową, przeznaczoną na ewentualne utworzenie Akademji Literatury, poplecznicy jej raczyli wreszcie zwołać wszystkich — zorganizowanych i niezorganizowanych — literatów celem, jak się okazało, „zasiągnięcia ich opinji“. Na rzeczowe argumenty przeciwników, od roku zgórą ogłaszane w prasie, nie zdobyli się dotąd na odpowiedź merytoryczną, mogącą cokolwiek zaważyć. Poza łatwą drwiną z t. zw. Straży piśmiennictwa, organizacji samowolnej, ale w znakomitej większości złożonej z ludzi, którym właśnie zwolennicy Akademji mają do zawdzięczenia lwią część swych metod artystycznych i prymitywnej swej ideologji, będąc ich plagjatorami lub w najlepszym razie kontynuatorami; poza drażnieniem tych ludzi zasłużonych dla piśmiennictwa a nieudolnych; i wreszcie poza posądzaniem opozycji o złą wolę i interesowność — nie uczynili nic. W chwili tej, gdy trzeba było pokryć kompromitację, wyrażającą się w obojętnym lub lekceważącym stosunku rządu do zagadnienia, przypomnieli sobie o „demokracji“, której obłudnie i naiwnie mienią się zwolennikami, i odwołali się do przypadkowego zebrania ad hoc zwołanych literatów.
Takie są okoliczności przedwstępne; a teraz przejdźmy do „argumentów“ Pani, wyłuszczonych w czasopiśmie, przezwanem ironicznie „Głosem Prawdy“[1].
Dla Pani jednem ze zjawisk, „świadczącem o tem, że Akademja jest koniecznością bezsporną“, stanowi pojawienie się wysłannika Departamentu Sztuki. Nikt chyba nie kwestjonuje intencyj p. Rogowicza; ale jednocześnie panuje wśród literatów rzadka harmonja w poglądzie, że sam Departament jest siedliskiem niedołęstwa i niekompetencji. Gdyby iść za Pani myślą do samego końca, gdyby za jedyną miarę celowego rozwoju literatury przyjąć t. zw. konieczności państwowe, gdyby urzeczywistnić ten utęskniony protekcjonizm etatyzmu, wystarczyłoby kilku bezstronnym, sprężystym i inteligentnym urzędnikom powierzyć atrybucje Akademji i zakres jej prac, całkowicie, zresztą, jak dotąd, niesprecyzowanych i bardzo trudnych do sprecyzowania, chociaż właśnie rozpocząć powinno się było nie od czego innego, tylko od ich przybliżonego ustalenia. Gdyby zatem zrealizować ów absurd, który wynika z Pani rozumowań, Akademja stałaby się tem samem zbędnym luksusem. P. Rogowicz zastrzegł się lojalnie, że nie mówi urzędownie; dane, jakie przytaczał, nie były wiążące; stwierdził, iż, jako urzędnik, naraża się, wogóle je komunikując. Można wysłannikowi Departamentu Sztuki być wdzięcznym tylko za takie postawienie sprawy. Teraz wiemy, że czynniki miarodajne niczego napewno nie obiecują, że do Akademji nie dążą, pozostawiając decyzję samym literatom. Fundusze, przeznaczone na cele kulturalne, nie koniecznie przeznaczone są na Akademję. A któż wreszcie z łona samej literatury, pozbawionej przez Pani stronników organu wykonawczego, funduszem tym, jeśli nie urzędnicy, miałby dysponować?
Pani przemilczała, że zebranie literatów samo pozbawiło się mocy wiążącej. Nie doczekawszy północy (zgromadzenie, zwołane na ósmą, rozpoczęło się o dziewiątej), inicjatorzy zgromadzenia i najwięksi gardłacze za Akademją opuścili je cichaczem. Uczynili tak: pp. Kaden-Bandrowski, Breiter i wielu innych. Trudno przypuścić, iż tak drogi był im czas, nieodzowny dla pracy pisarskiej; po prostu zrejterowali w chwili, gdy ujrzeli, że w najlepszym razie mogliby przeprzeć swą tezę kompromitująco nikłą większością, kiedy z góry przecież chodziło o okazanie, że „opozycja nie istnieje“. Omylili się w swoich rachubach; ulękli się rozrachunku sił. A teraz znów przez usta Pani ośmielają się krzyczeć, że niema wogóle opozycji.
Jednym z wniosków opozycji, które w tych warunkach nie doszły nawet do przegłosowania, było utworzenie komisji, któraby weszła w kontakt z rządem, opracowała dezyderaty, wyszczególniła najbardziej palące potrzeby piśmiennictwa i — zamiast tworzyć kosztowną a szkodliwą dla sprawy Akademję — czuwała nad celowym i oszczędnym podziałem funduszów. Ale to właśnie utrąciła Pani grupa, w połowie opuszczając zebranie, a w pozostałej pozbawiając je prawomocności... większością dwóch głosów.
Nazywa Pani — gołosłownie i demagogicznie — opozycję „elementami bolszewickiemi“. Do tych, jak twierdzi Pani, „destrukcyjnych“ czynników włącza Pani jednego z przywódców opozycji — zdaniem Pani — Karola Irzykowskiego. Zaprawdę ma Pani gest hojny, szczodrobliwie rozdaje Pani tytuły, jak ci, którzy nic nie mają do stracenia, jak lubująca się we frazeologji arystokracja, jak Zagłoba, ofiarowujący Inflanty. W jakiej to z książek Irzykowskiego, ukazujących się od lat kilkudziesięciu, tych książek, które dały arsenał myślowy całemu niemal pokoleniu młodych, piszących dziś w Polsce, w jakim z artykułów z lat ostatnich — dopatrzyła się Pani bolszewizmu?
Prosimy o fakty, nie o wyzwiska! Dla Pani „bolszewikiem“ jest każdy, kto dzisiaj przeciwstawia się panującemu systemowi, i to w dodatku na określonym terenie; dzisiaj, Pani, widocznie, ma monopol na ojczyznę. Upraszcza sobie, łaskawa Pani, zadanie, niepomna, że przejmuje Pani wczorajszą postawę narodowej demokracji. Czyżby nie wiedziała Pani, że, cofnąwszy się o jedno raptem pokolenie — nasze pokolenie — jakie 30 lat wstecz, w czasy „rewolucyjnej“ Pani młodości, słowo „socjalista“ było w opinji publicznej odsądzeniem człowieka i pisarza od czci i wiary? Czy trzeba Pani przypominać, że jeszcze kilka lat temu obecnego szefa rządu ośmielano się nazywać „bandytą“ za walkę rewolucyjną z najazdem rosyjskim i z siłami zorganizowanej reakcji? Czy tajnem jest Pani, że wczorajsi i przedwczorajsi socjaliści polscy, dzierżący dzisiaj władzę, nie wiele inaczej postępują z przeciwnikami, niż z nimi postępowano do niedawna? Że znów więzienia nie są puste?
Nikt z tych, których Pani wymieniła po nazwisku, nie poczuwa się do bolszewizmu i nie zostałby przezeń za swego uznany, nawet w tym wypadku, gdyby się do niego istotnie poczuwał. Niech Pani rzuci okiem na polemiki literackie choćby, by się o tem dowodnie przekonać. Nikt z nich, gdyby nawet tego pragnął, nie miałby prawa do tego miana, chociaż, być może, już w następnym dziesięcioleciu to — w ustach Pani obelżywe i wyzywające — miano nawet i w Polsce, jak uczy przykład socjalizmu, przestanie być wyzwiskiem...
I jeszcze jedno: włączając Irzykowskiego do „bolszewizujących elementów“, wiedząc, albo też obowiązana wiedzieć nie tylko o jego znaczeniu i lojalności intelektualnej, ale także o jego współpracy w jednej z instytucyj państwowych, spełnia Pani rolę, nie wiele odbiegającą od prowokacji.
Jeśli zatem kto znalazł się w metodzie walki „na wspólnej platformie z narodową demokracją“, to nie my, ale chyba Pani.
Co do mnie, gdyż z konieczności zaprzątnąć muszę uwagę i swoją osobą — twierdzi Pani, że miałem za sobą „cień jednego jeszcze kom-kanarka“, p. Adolfa Nowaczyńskiego. Tak jest, wymieniłem to nazwisko. Ale nie dlatego, że jest on, jak Pani łaskawie inysynuuje, jednym z naczelnych i najbardziej nieprzebierających w środkach publicystów narodowej demokracji. Ale dlatego, że w doborze i nominacji tyle upragnionych przez Panią „nieśmiertelnych“ winny decydować wyłącznie istotne dla piśmiennictwa zasługi (o ile miara na nie, co wątpię, dałyby się wynaleść), a nie czyjaś przynależność ideologiczna, czy choćby partyjna. I dlatego jeszcze, że ani w Związku Zawodowym literatów polskich, ani w Polskim Klubie Literackim, w chwili, gdy napadnięto i okaleczono jednego z czołowych pisarzy polskich, nie podniósł się głos protestu.
Krótkie przemówienie moje i z natury rzeczy ledwo dotykające pewnych zagadnień posądza Pani o „monotonny patos“; gotów byłbym przyjąć to określenie. Sprawa zbyt jest ważna dla całości kultury polskiej, by mówić o niej tonem, jaki przyjął się w pewnych ugrupowaniach literackich: tonem nonszalanckim i figlarnym. Dziwna, zaiste, jest sprzeczność między Panią a innym za wszelką cenę zwolennikiem Akademji, p. Kadenem-Bandrowskim. Właśnie Pani słowom tej tyle upragnionej powagi dziwnie jakoś nie dostaje. Autor „Generała Barcza“ i tym razem pozostał przynajmniej konsekwentny i nic nie uronił ze stylu dotychczasowych swych przemówień; sprawę potraktował sobie, jako z „góry przesądzoną“, mówił w swojem mniemaniu do kolegów sprzyjających i dawno zjednanych, ogół literatów polskich potraktował, jako zgodną rodzinkę, był w miarę poufały i poważny, jak przystało kapralowi Szczapie na urlopie, czyli en famille, lub na wieczorynce żołnierskiej. Na taką to atmosferę niewczesnego kamractwa i podoficerskiego liryzmu nie zaszkodzi może odtrutka naiwnego nawet patosu.
Przecież wie Pani dobrze, że idealizowany przez Panią przewodniczący zgromadzenia na chwilę przed zabraniem przeze mnie głosu prosił, licząc się najwidoczniej z niecierpliwością Pani przyjaciół, o możliwie krótkie przemówienie. Streszczałem się zatem zgodnie z jego wolą, jako z chwilowym choćby przedstawicielem zbiorowości literackiej, ja, jeden z „elementów destrukcyjnych“; nie było czasu na wyczerpanie argumentów contra, o czem także powinna Pani wiedzieć; zalewie starczyło na zaznaczenie niektórych. Pominięcie z pośród pisarzy francuskich Zoli uważa Pani za intencję z mej strony, lub udaje, że uważa, chociaż i to wiedzieć Pani powinna, że Zola żydem nie był. Nie wiem, co bardziej podziwiać w Pani: prostactwo czy perfidję. Nic nie przeszkadza Pani przekręcać faktów lub demagogicznie mistyfikować. Widocznie nie poszła w las nauka p. Kadena-Bandrowskiego; niezawodnie dyskusję usiłuje Pani utrzymać na poziomie powagi, który godny byłby przedmiotu. W pośpiechu cytowałem dwa nazwiska: Baudelaire’a i Flauberta’a, mogłem ich zacytować pięćdziesiąt, jak to uczynił niedawno Antoni Słonimski; pominąłem także Balzac’a, który nadarmo dobijał się kilkakrotnie do wrót Akademji nieśmiertelnych, a przeszedł do nieśmiertelności. Dla Pani prosty z tego wynika wniosek: że ja to w sposób karjerowiczowski „genjusz swój“, jak twierdzi Pani z subtelną ironją, wywodzę od nikogo innego, tylko od samego Flaubert’a...
Pisze Pani jeszcze: „skoro p. Napierski ma z czego żyć, co wyklucza, aby inni nie mieli z czego żyć — wobec tego raz jeszcze: precz z Nieśmiertelnymi“! Pomijam przez wyrozumiałość dwa błędy językowe w jednem pani zdaniu; tu istotnie przydałaby się może purystyczna Akademja. Ale istota rzeczy...
Nie pociągnięty za język, nie wymieniłbym Pani feudalnego pochodzenia ani nazwiska literackiego, które dziś jest już tylko pseudo-arystokratycznem pseudonimem pour épater... les radicaux. Gdybym walczył z Panią Pani bronią, bronią niegodną — a Pani przez swe wystąpienie uprawniła mnie do tego — powiedziałbym, że i Pani do niedawna korzystała ze wszystkich dóbr tej ziemi, jakie daje „urodzenie“, stanowisko socjalne, figlasy towarzyskie i t. p. Zatem i Pani nie wolno wstawiać się za „nędzarzami“, tak jak mnie nie wolno ich zwalczać, jak to się podoba Pani suggerować. A któżby to ośmielił się twierdzić, że któryś z literatów polskich jest bogaczem, chociaż w oczach Pani tak bogata jest dzisiejsza polska literatura? Widocznie raczy mnie Pani posądzać o cynizm albo o głupotę. Ale sedno sprawy nie tu leży, tylko w tem, że do Akademji weszliby, jak wiadomo, i co z natury rzeczy wynika, pisarze starsi, zasłużeni naogół, o wyrobionych nazwiskach, przeważnie t. zw. „firmy“, o niezłych, jak na warunki nasze, dochodach; że oni to stawiają opozycjonistom zarzut, jakoby łatwo było im zwalczać Akademję, bo i tak do niej nie wejdą, niepomni, że zarzut ten możnaby odwrócić i twierdzić z lekkiem sercem, iż kandydaci na nominatów czyhają jeno na pensje rządowe właśnie celem pomnożenia swych i tak już wyróżniających się dochodów zawodowych; w tem wreszcie, że właśnie poza Akademją znalazłby się cały tłum istotnie zaharowanych dziennikarstwem etc. i eksploatowanych bezkarnie przez podrzędne i nietylko podrzędne firmy wydawnicze pisarzy, tych pisarzy, których niedostatek ciągle się wygrywa, jako naczelny argument do utworzenia Akademji... dla innych. Dlatego pozwoliłem sobie użyć słowa „pycha nędzy“, niedająca się pogodzić ze stanowiskiem i godnością polskiego literata i dlatego miałem prawo słowa tego użyć równie dobrze, jak każdy z kolegów. Określenia tego nie cofam póki nie przekona mnie kto ze zwolenników Akademji, że tak nie jest, a aż do tego czasu podtrzymam wyraz, za który odebrano głos Aleksandrowi Watowi: wyraz szantaż. Tu nadmienię tylko, że nie mówił on i nikt z nas nie ośmieliłby się mówić o „szantażystach“, ale o szantażu, jako 7]metodzie działania, metodzie może nawet nie uświadomionej całkowicie. A to, łaskawa Pani, nie jest tem samem.
Wiadomo, zresztą, że kto jak kto, ale Pani, nie wybredzająca w terminologji, najmniej za użycie jakichkolwiek zwrotów i to w intencjach godziwych ma prawo do przywoływania kogokolwiek do porządku. Gdyż jaką bronią się walczy, od takiej się ginie. Szkoda, że niema jeszcze Akademji, któraby skodyfikowała pouczające przysłowia...
Nie byłoby z czyjejkolwiek strony popisywania się cudzem ubóstwem w chęci wyżebrania jaknajwiększego funduszu z jednoczesną wstydliwą chęcią strwonienia go najrychlejszego na jałową reprezentację, gdyby Pani grupa nie degradowała się dobrowolnie do roli żebraka. Polska literatura nie może przyjąć jałmużny. Ma prawo stawiać żądania, zamiast przyjmować dary z ciepłej ręki. Żądania umotywowane i poparte wypracowanym projektem realnego ich wykonania. Tylko, że właśnie fakcja Pani — uciekając się do demagogji i zamykając przedwcześnie niewygodne dla siebie zebrania — nie pozwala ich umotywować.
Jeszcze jedno ośmiela się Pani utrzymywać: jakobym literatów polskich — tych starszych, których przezwyciężając nawet, by móc być sobą, tak, jak oni uczynili to w swoim czasie, zawsze jeszcze zawdzięcza się nieskończenie wiele, i rówieśników, których silna przyjaźń a nawet rzetelny opór zagrzewa do walki o słuszną sprawę — poważył się nazwać „szujami“ i utrzymywał, że Polska w „kulturze europejskiej nie zajmowała żadnego stanowiska“. Ja natomiast twierdziłem jedno tylko: że niektórzy literaci polscy — to ludzie bez charakteru, czapkujący gdzie się da i komu się da, a na swym serwilizmie robiący — i przez forsowany przez siebie projekt założenia Akademji zamierzający robić nadal — niezgorsze interesy. Od tego do Pani insynuacji bardzo jeszcze daleko. Dalej: pozwoliłem wyrazić sobie mniemanie, że literatura polska — w dobie obecnej, zwłaszcza obecnej! — jest w ogonie kultury europejskiej w swej znakomitej większości, że nie stać jej na zbytek instytucji zmurszałej, która gdzieindziej (Francja) spełnia od wieków rolę — i tak wątpliwą i niejednokrotnie ośmieszaną — strażniczki ciągłości i tradycji kulturalnej, że w naszych warunkach stałaby się ona w znaczniejszym jeszcze, niż gdzieindziej, stopniu „hodowlą rudymentów“ i tak już wybujałych i pasożytujących, czyli tych wszystkich zakrzepłych czynników, które rozwojowi kultury na miarę europejską stają w poprzek. Stwierdzam zatem, że i w tym wypadku rozminęła się Pani z prawdą.
Wreszcie zeskamotowała Pani najważniejsze słowa moje; przytoczyłem zdanie pierwszego z polskich rewolucjonistów, Maurycego Mochnackiego, którego znów poczciwcy usiłują ostatnio bezskutecznie kastrować, o „terrorze nazwiska“. Powołałem się na to, że mali spadkobiercy wielkiego nazwiska Żeromskiego pasożytują na jego autorytecie i legendzie, gwoli poparcia swych celów pokątnych, czyli wynaturzonej przez siebie ideji, której on był twórcą. I, że, chcąc przeciwników swych przymusić do milczenia, pozbawieni mandatu, innemi jeszcze zasłaniają się nazwiskami.
Z tego wszystkiego wypływa dla Pani jeden jedyny wniosek: „Akademja być musi i będzie“. Pani przesłanki, które doprowadziły ją do tego śmiałego twierdzenia, polegają, jak starałem się wykazać, na fikcji, złej woli lub ignorancji. Wnioski Pani są w najlepszym razie gołosłowne. Nie czynię Pani z tego zarzutu: nieumiejętność myślenia jest przywilejem Pani płci, która, w mniemaniu Pani, zapewnia Jej bezbarwność. Ale, wbrew twierdzeniu Pani, twierdzę z koleji, że żądania literatów polskich nie są solidarne — i być nie mogą w popieraniu projektów bezcelowych albo szkodliwych; że opozycja istnieje i, nie dając się nikomu sprowokować, działać będzie, czemu w czasie najbliższym da wyraz przez wysunięcie własnego kontroprojektu z pominięciem Akademji, — a dla dobra, jak ufa, nie poszczególnych koteryj, ale całej literatury.

Stefan Napierski.

Warszawa, 27 marca 1928 r.



Druk. „KRAJOWA“
Chłodna Nr. 44






  1. „Komedja sporu“ z dn. 27.III.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.