List Abeilarda do Heloizy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alexander Pope, Claude-Joseph Dorat[1]
Tytuł List Abeilarda do Heloizy
Pochodzenie Listy Heloizy i Abeilarda z Francuzkiego Wierszem Polskim Przetłomaczone
Data wydania 1795
Druk Drukarnia Jana Maya
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Stefan Chomentowski
(błędnie przypisywane Kajetanowi Węgierskiemu)
Źródło Skany na commons
Indeks stron
PL Listy Heloizy i Abeilarda z Francuzkiego Wierszem Polskim Przetłomaczone page027.png

LIST

ABEILARDA
DO
HELOIZY



Abellard wystawia się w swoiey osobności między
Książkami Nauk świętych pełnemi, w czasie
gdy chce odpisywać do Heloizy.

Smutnych życia przepisów tłumacze surowe,
Przecz Księgi święte --- wasz wzór, taiemnice owe;
Owe zawiłe prawdy, które czcimy z drzeniem,
Gdy się móy chwieie umysł, sąż mym zapewnieniem?
Jakież mi szlecie dobro zatrute boiaźnią?
Heloizę nieszczęsną, wasze czcze sny draźnią.

Dopuście mi ten przeyrzeć zadatek iey wiary,
Ten list, w którym iey serce szle mi ieszcze dary;
Tu ja ten błąd rozmyślam, co mię łudząc bawi,
Tu tym ogniem tchnę, który mą kochankę trawi.
Lecz iakież me zdumienie, cóż tu myśleć trzeba?
Mogłażbyś chwiać się między mną i blaskiem nieba?
Toż Niebo co zawistne ognie przepisało,
A zaż by mi Małżonki serce wydrzeć chciało!
Czyż się Heloiz wstydzisz Twego uniesienia.
Niezniszczyłoż kochanie twych zgryzot sumnienia?
Zgryzot? co mówię, czyliż znać ci ie należy?
Niknąć powinny gdy głos kochania zabieży.
Niech twych niewinnych wdzięków nie ćmią tak niezgodnie,
Czyż powszechną ułomność liczysz między zbrodnie?
Kochanko! wierz mi Twóy Bóg, Bóg ten tak straszliwy,
Niechce sam władać duszą, którey grunt iest tkliwy;
Mógłże by się obrażać żądzą nie udolną,
Którego powiew wonią tchnie roskoszy wolną;
Sprawiedliwa twa skromność, bierz od serca zdanie,
Niemasz cnot w świecie, ieśli zbrodnią iest kochanie.
Rzuć na chwilę w świat oko, iak go uszczęśliwia
Kochanie, gdy go swoią podnietą ożywia;
Owa słodka ogrążka, i myśl zachwycona,
Którą czuiem tuląc się do kochanki łona:
Jest to skryta danina, i hołd upieszczony,
Który swemu szle Twórcy człowiek ukorzony;
Porzuć przesądy, których próżna gniazdem trwoga,
Tyś moim Bogiem, ty mię miey za swego Boga.

Tak, tak, wierna kochanko! nieszczęsnego męża!
Kocham Cię, me kochanie Twóy ucisk natęża.
Ta mniemana spokoyność, iak ci ią maluię,
Jest burzą, którą w sercu pałaiącym czuię;
Staw w myśli serca rospacz, wiesz iak rozkochane,
W mych oczach skrzą się ieszcze pragnienia wprzód miane:
Zeleść, który mi tylko tę władzę zostawił,
Natury we mnie źrzódła, nie zniosł, ani strawił;
Pełen Ciebie, twych wdzięków, ogniow nieśmiertelnych,
Heloiz przy Ołtarzach zostaie Kościelnych.
Daremnie Twóy i móy Bóg nie wyrozumiany,
Głosem Kapłańskim by szedł bywa przymuszany,
Do Ciebie wznoszę chęci, kadzidła Ci palę,
Przed tobą się w codziennych pieniach moich żalę;
Nie widzę tylko Ciebie, ręka moia płocha,
Na mieyscu Boga stawia, co me serce kocha;
A gdy milcząca trwoga rozlega się wszędzie,
Ja Ciebie w czołobitnym czczę samą obrzędzie.
O! duszy niewolniczey zuchwałe mruczenie,
Bóg sam milczy, gdzie mówi natury natchnienie:
Rządco okropnych losów mych, przez wszelkie względy,
Zbytniey nieszczęśliwości przebaczay zapędy.
Czyż kto z zmarłych daie ci hołd, lub czołem bicie,
We mnie iuż nic, prócz wstydu i złości nie żyie;
Srogiemi utarczkami raz na raz ztargany,
Zycie same mam za zgon, za śmierć, za kaydany;
Uderz, dobiy, wsław dzisiay dzielność twey powagi,
Lecz iak Bóg, pomściy się swey na człeku zniewagi,

Ty którego głos wszystkie iestestwa utworzył,
I z czczości zamieszaney gmach ten świata złożył;
Zebrzę łaski, wyświadcz ią na szloch móy i ięki,
Którey iestem, bydź mogę ieszcze dziełem ręki;
Skrusz te więzy, dla których zmysłami nie władam,
Wróć mi me prawa, życie wróć, do nóg ci padam.
Heloizo! ach prędzey w mym nowym zapale,
Radłbym paść u nóg Twoich kochaiąc Cię stale,
By mię raczey grot śmierci w grob na wielki złożył,
Jeźli mam się zrzec Ciebie kochać, bym znow ożył;
Tey to więc smutney będąc łupem zawieruchy,
Widzę niknące życia obrzydłe mi duchy.
Odłączony od ludzi w tych puszczach pomrocznych,
Dni me trawię w tęsknotach, i we łzach zaocznych,
Które iak ognie w wnętrznych ziemi lochach tlące,
Grzmoty pędzą po głuchych przepaściach huczące:
Przez wzaiemne nakoniec niszczą się pożary,
I płonne na powietrze wysyłaią pary.
Wszystko mi się uprzykrza, wszystko mię zawstydza,
Wszystko mię srogich losow zarzutem wyszydza;
Słodycz tylko mam, iż w tych przybytkach panuię[2],
Gdzie iak Niebios Namiestnik, ich srogość szafuie,
Młodych mych ofiar iarzmo powiększam w ciężarze,
Smutna ma rospacz onych za me zbrodnie karze;
Lubię pilną praw ścisłych obsyłać jch cechą,
Mszcząc się, przez ich dręczenie poglądam z uciechą,

Iż na ich smutnych czołach, na rączych spoyrzeniach,
Blada surowość cięgi w sinych ryie cieniach;
Tym nieszczęśliwym gminem, raz wraz otoczony,
Mniey nędzny bydź zdaię się i uspokoiony.
Heloiz! iakże we mnie rospacz zacina się,
Któż by był rzekł, że będę barbarzyńcem w czasie,
Zaświadczam się kochaniem, gdybym żył dla ciebie,
Szluby, przysięgi, słodycz, miałyby dla siebie;
Cóż są mieysca tey dzikich obowiązków straży,
Stoiąż za ieden lipki całuszek twey twarzy?
Gdym postrzegł dni mych światło będące na schyłku,
Wołałem Boga twego, nad grobem posiłku;
Cóż bym w ten czas był uczynił? twe oczy miłośne
Zdały się winnić krewkość mą, przez łzy żałośne.
Rzucać Cię trzeba było, ten obrząd czci nowy,
Powinien był zuchwalsze uśmierzyć narowy;
Lecz iakże mdły iest i iak nieudolna siła,
Wiążąc me serce próżność mieysc w nim zostawiła.
Natura puszczy, dla mnie iest widok straszliwy,
Gdzie się wśrzód smutnych gruzów włuczę nieszczęśliwy.
Prześliczne widowiska wzrok móy obciążały
Grubą zakryte błoną, w którey ćmię się cały;
Słońce, które uprzedzam dzień w dzień memi łzami,
Dla mnie samego bieg swóy zaprawia mękami:
Chłodnych gajów milczenie, krzyształ źrzódeł żywy,
Zieloność kwiaty i szmelc ciągłe szklący Niwy,
Wzrok iasnych Niebios, które blask rzucaią złoty,
Trawiącey tylko dni me przymnaża tęsknoty.

Skał niedostępnych, albo iaskiń szukam smutnych,
Lubię się zakopywać w ciemnicach okrutnych,
Tam rozzłoszczony na me krzywdy i kaydany,
Chciałbym skryć i więcey nie bydź w świecie znany.
Wołam Cię Heloizo! i w mym zachwyceniu,
Zdaie mi się, iż głos twóy słyszę w puszcz schronieniu;
Smutny odgłos na wiatrów unosząc się skrzydłach,
Zdawa się nieść mi ięki w twych głosu pieścidłach;
I gdy w me zadumione uszy swóy wdzięk wraża,
Załośliwie Heloiz! Heloiz! powtarza;
Aż do mieysca wywczasu twóy obraz mię ściga,
W dzień wzdycham, noc mię z ogniow wnętrznych nie wydźwiga;
Myśląc zaś iż co kocham, ściskam i posiadam,
W mym znikam zawstydzeniu, i wszystko postradam.
Tey przeszłey nawet nocy, sen ieden kłamliwy,
Rozniecił w zmysłach moich pożar iak wprzód tkliwy,
W łonie twym omdlewałem i duch móy napiły,
W twych ustach błąkaiąc się wszystkie topił siły;
O! słodkie omamienie, o okropny iawie!
Cieniem snu nie pierzchliwe było szczęście prawie.
Patrząc na siebie twemi brzydziłem się wdzięki,
Były mi pieszczot źrzodłem, gorzkiey dziś są męki;
Co za stan! lecz cóż po tych czarnych Ci obrazach,
Na cóż grążyć Cię ieszcze w moich nieszczęść razach;
Wspomniy raczey iak wielką w ten czas chwałę miałem.
Gdy mimo Cię w kochaniu zwycięscą zostałem.
Już się słońce schylało, wiatr chłodny i cichy,
Igrał, zwisłe kołysząc po gaiku wichy;

W ciemny chłodnik wiodła Cię ręka moia drżąca,
Wzdychała w tedy Twoia cnota się chwieiąca;
Me żądze rozżarzone oczy wykładały,
Postrzegłem iż i twe znak roskoszy dawały;
Rzuciłem się w twe ręce, à twóy wstyd taiemny,
Zamiast bronienia, ztwierdził gwałt tobie przyiemny.
Jakaż radość w nas rosła? pamiętasz że o tym?
Podbiwszy Twoie serce, wykrzykałem potym,
Darmo głos twóy zamilkły, zbrodnie mi wyrzucał,
Jam omdlałą ofiarę mym ogniem ocucał;
Choć by był piorun trzaskał, naymniey niezważałem,
Mym dosyć, Twoim bardzey szczęśliwy zapałem.
Kochanko! gdybym iednak zbliżył się ku Tobie,
Moią władzę omdlałą ożywiłbym w sobie,
Twe oczy, nowe życia światło by mi dały,
Czci natura, kochania rozkaz poufały;
Sen czczy, twym by przynaymniey był zaspokoieniem,
Karmiła byś się trudnym kłamstwa wysileniem.
Choć by Naywyższy miał swe na mnie wywrzeć burzo,
Lecę w Twóy dom, twe więzy przeciwne Naturze;
Ty sama serca mego nasycisz otchłanie,
Ważne iest, ieżeli Ci miłe me kochanie.
Heloiza mię czeka! Heloiza woła,
Umrę w jey słodkim łonie, umrę wesoł zgoła,
Jey smutney Religii i surowey równie,
Przykry mi ciężar na mnie wciśniony gwałtownie;
Już mię zwątliło jarzmo, strawiły tęsknoty
Nigdy w podłey niewoli żadney nie masz cnoty.

Przenoszę Heloizę, nad Niebo i szluby;
Niech to będzie i grzechem, grzech ten mi iest luby,
Odwiedzę mieysca moią ręką wystawione,
Przybytki niewinności, twą pieczą krzewione;
Te mieysca, w których cnota z swych harda katuszy,
Imie kary za zbrodnie właszcząc w troskach suszy:
Może Cię w twych staraniach skutecznie powiodę,
Nakieruię Siostr Twoich boiaźliwą trzodę;
Zgładzę niebespieczeństwa, których się wzdrygaią,
Ulżę smutną powinność, iak ią pełnić maią;
W mieyscu, które pokutne zasępieią cienie,
Blask sieiące roskoszy, obaczysz płomienie.
Nędzny ja! ten sam wyraz krzywdzi mię wspomniony,
Mogęż ziścić, tak słodko obraz określony!
Wszedłbym raczey w te mieysce gdzie twe mdłe powaby,
Zarzyłyby bez smutku, serca zapał słaby;
Zawsze by szturm ięczenia uroda czyniła,
Wstydliwą mą niezdolność zawsze by drażniła;
Widziałbym dni twych światło w łzach niknące iawnie,
Nie używaiąc nigdy, pałałbym ustawnie.
Cóż mówię, wszystko nędznym człeka by czyniło,
Którego żądza pali, iż mu żyć nie miło;
Ty nawet unikaiąc mych śladów spotkania,
W mych rękach mdleiąc, własność tlęła byś kochania.
Pod dębem, który piorun smutnię przeistoczył,
Czyli kiedy Pasterkę, kto leżącą zoczył?
Czyliż pszczołek po łąkach brzęcząca gromada,
Na suchey lilii, lub zwiędłym maku siada?

Już po wszystkim! --- przytłummy daremne nadzieie,
Dla nędznych grob sam wsparciem, te są ich koleie;
Już iuż poprzestań kochać, sam cień miłośnika,
Który samą nadzieią żyiąc, dzień w dzień znika.
Mogęż mówić? dzielmy się sercami na poły,
Gdy iuż nie ma kochania, czcząc iego popioły?
Zatul, zatul, na głos móy obumarły uszy,
Konam --- Bóg z Tobą mówi, wielb go w gruncie duszy;
W cieniu Kościoła iego, zatop Twoie wdzięki,
Wielbieniu jego poświęć twe miłośne ięki;
Zagładz okropnych serca pożarów wspomnienie,
Ostatnie tylko dla mnie zachoway westchnienie.







Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Zobacz: wstęp Do Czytelnika.
  2. Na ow czas był przełożonym Zakonników Opactwa de Provins.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Alexander Pope, Claude-Joseph Dorat i tłumacza: Stefan Chomentowski.