Lilla Weneda/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Lilla Weneda
Rozdział Akt drugi
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Cały tom III
Indeks stron
AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA.
Pobojowisko, noc. ROZA WENEDA w głębi pali koście rycerzy i śpiewa. ŚLAZ wchodzi.
ŚLAZ.

Dalibóg! trupów tu jak maku: głupcy!
Gdyby się spytał kto tych wszystkich durniów
Dla czego teraz się nie mogą ruszyć?
Jeden odpowie: brak mi kawałeczek
Serca — a drugi: mam strzałkę maleńką       5
W mém pacierzowém ogonie; i każdy
Miałby wymówkę — ze mną tak nie będzie.
Nie, ja do śmierci chcę żyć, a po śmierci
Będzie jak Bóg chce i jak chce Pan Gwalbert —
Cóż to za wiedźma przed stosem z płomieni       10
Trupich piszczeli ogniem oświecona?

ROZA WENEDA.

Czar się nie robi — tu jest człowiek żywy.

ŚLAZ.

Jezu Marya! gotowa mnie zabić.

ROZA WENEDA.

Wężu kto jesteś?

ŚLAZ.

Umarły ze strachu.

ROZA WENEDA.

Gdzie idziesz?

ŚLAZ.

Wszędzie gdzie każesz Wwaćpani.       15

ROZA WENEDA.

Ja wiem czém jesteś... ty będziesz zabójcą.
Mam tutaj sztylet.

ŚLAZ.

Jakaś waryatka!

ROZA WENEDA.

Przed tobą płynie krwi bolesnéj rzeka
Z tych trupów cieknie i płynie.
Za tą wodą dom człowieka,       20
Ten człowiek zginie;
Życie jest jego dla mnie jak psa życie.
Ty go zabić powinien.

ŚLAZ.

Ja?

ROZA WENEDA.

O świcie
Go zabijesz, idziesz po to.
Słuchaj! — jesteś złodziejem...

ŚLAZ.

Ja?

ROZA WENEDA.

I złotą       25
Harfę ukradniesz mego ojca.

ŚLAZ.

Pięknie!

ROZA WENEDA.

I słuchaj, jeśli z bolu harfa jęknie,
Jeżeli jęknie ojcu mojemu kradziona:
Ty ją utulisz w płaczu jak dziecko — i skona
Ojciec mój — ale harfa zwycięży narody!       30
Pamiętaj!

ŚLAZ.

Dobrze.

ROZA WENEDA.

Lub z głazem do wody
Rzuć się i toń — bo serce ci wydrę i oczy.

(Oddala się w głąb do płomieni.)
ŚLAZ.

Rozumiem, ukraść harfę i zabić człowieka.
A to mi wcale piękna awantura!
Wylazła z trupów i z płomieni mara       35
I mówi do mnie: Ślazie jesteś zbójcą —
Dziękuję pani że tak dobrze trzymasz
O mojéj cnocie — A do mnie ta znowu:
Mój mości Ślazie waść jesteś złodziejem —
Chciałem ją za to w pysk, a ona w ogień       40
Jak Salamandra; szukajże z nią ładu!
Gdyby przynajmniéj była powiedziała
Czy mnie powieszą jak będę złodziejem? —
Co teraz robić?... Widzę tam na górze
W złocistéj zbroi nieboszczyka — pójdę,       45
Obedrę zbroję i na siebie włożę,
Może cokolwiek znajdę w niéj odwagi.

(Wychodzi)
ROZA WENEDA. (śpiewa).

Trzaska w płomieniach kość,
W czaszkach się warzy mózg,
Tu kwiatów będzie dość       50
I lilijowych rózg
Z kwiatami o! z białemi kwiatami...
O! o! — o! o! —
Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!

Ja palę trupy wciąż.       55
Tu mój kochanek był,
Do czaszki przylazł wąż,
I krew mu z oczu pił,
I do czaszki wlazł krwawemi ustami.

O! o! — o! o!       60
Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!

(Oddala się — płomienie gasną).
ŚLAZ wchodzi w zbroi — (sam).

Otóż ubrany jestem jak na święto.
Ta wiedźma wrzeszczy tu na całe gardło
A tu są ludzie co chcą spać: Naprzykład
Ten obywatel co mi dał tę zbroję       65
Chciał spać, musiałem dobić nieboraka.
Ergo ta wiedźma powiedziała prawdę;
Bo jeśli dobić, żyć nie mogącego
Znaczy to samo co odebrać życie:
Więc ja zabiłem — nie — tylko dobiłem.       70
Gdzież w przykazaniach Boskich: nie dobijaj —
A gdyby nawet było w przykazaniach
To ja nie wierzę w Boskie przykazania..
I tak... a jeszcze na moją obronę
Mógłbym przytoczyć że mię ten nieboszczyk       75
Prosił abym go zrobił nieboszczykiem...
Temi wyrazy: widzisz tu Salmona
Z połamanemi kościami — więc dobij!
Więc ja dobiłem go i rzecz skończona. —
A teraz pójdę w téj zbroi do Lecha;       80
I będę, jakbym przywędrował z Lechem,
Służyć u Lecha i zwać się ślachcicem.

(Wychodzi).

SCENA DRUGA.
Sala w zamku Lecha.
LECH i SYGOŃ.
LECH.

Więc ty widziałeś jak mój Salmon zginął?
Opowiedz jego śmierć.

SYGOŃ.

Kiedy się Lechu
Za ostatniemi Wenedy puściłeś
Na czarnym koniu, Salmon twój kochany,

Ujrzawszy wzgórze na którém dwunastu       5
Stało Derwidów, z harfami złotemi,
Tak że z tych starców i z harf pagórkowi
Była korona, rzucił się z dobytym
Mieczem, na owe wzgórze Salmon młody,
I nie znajdując żadnego oporu,       10
Króla Derwida wziął za siwą brodę
I ciągnął z tronu kamiennego gwałtem:
Gdy oto nagle, harf złotych dwanaście,
Jako dwanaście siekier podniesionych,
Na hełm Salmona spadło... a jam słyszał       15
Jęk tego hełmu i jęk harf dwunastu...
Przybiegłem — wzgórze całe było puste,
A na niém leżał cichy trup Salmona.

LECH.

Na Boga! każda z tych harf mi odpowié
Życiem, za życie mojego rycerza.       20

SYGOŃ.

Już się królowa zemściła na królu.

LECH.

I cóż?

SYGOŃ.

Kazała mu wyłupić oczy.

LECH.

Na Boga! mała kara, mała kara!
Psy! psy! psy! — zabić harfami rycerza,
Chciałbym ten kielich cały krwią napełnić...       25
Rycerz rozbity jak garnek, nie bronią
Ale harfami! — pfu! — zgroza. Sygonie
Gdyby mi kiedy taka śmierć groziła
Utnij mi głowę, zrąb mi głowę z karku.

(Wchodzi LILLA WENEDA.)

Cóż to za biała jakaś Wenedzianka?       30

SYGOŃ.

Córka starego króla.

LECH.

Tego starca
Który mi zabił Salmona?

SYGOŃ.

Tak panie.

LECH.

Czegoż ode mnie ona chce?

LILLA.

Litości.

LECH.

Właśnie mi teraz z litości wystygło
Serce, twój ojciec jest mi jak wąż sprośny.       35
Młodocianego mi zabił rycerza.

LILLA.

Więc nie litośny bądź lecz sprawiedliwy.
Ty ojcu memu zabiłeś tysiące
Młodych rycerzy i przyjaciół starych:
A żona twoja mu nie zostawiła       40
Oczu by płakał nad swoją niedolą.
Wyście mu wszystko wydarli! ach wszystko!
Nawet pociechę którą ma płaczący
Przez ołzawione oczy widzieć niebo,
Lub twarz człowieka który nad nim płacze,       45
Lub lice córki, co chce być wesołą,
I twarz umila nadziei promieniem.
O! panie, wszystkoście mu już wydarli!
Wszystko prócz serca córki nieszczęśliwéj.
Idź Lechu — obacz go — a będziesz płakał!       50
Idź Lechu! — on tam na twoim dziedzińcu,
Za siwe, święte włosy przywiązany —
Głodny mój ojciec! cierpiący mój ojciec!
Idź Lechu! obacz co oni zrobili
Z moim nieszczęsnym ojcem — ty masz oczy:       55
Więc idź i obacz... a jeśli ty Lechu
Na taki widok nie będziesz litośnym,
To chyba jesteś Lechu, nie człowiekiem.

LECH.

Sygonie moja Gwinona się biesi,
Ona tu miarę przebrała.

LILLA.

O! Panie       60
Ona tam teraz przed wiszącym starcem
Do okrucieństwa zaprawia twe dzieci,
Ojca mojego im nazywa królem,
A to maleństwo za matką świegoce
Król, król, i w mego ojca oczy puste       65
Niegodziwemi rzuca kamyczkami.
O! idź ty Lechu i obacz tę zgrozę!
O! idź ty Lechu i skarz tę kobiétę!
Ona ci psuje Lechu twoje dziatki,
Z tych dziatek będą potém królobójce,       70
Ty będziesz się bał gdy cię nazwą królem,
Tak jak zwą dzisiaj mego ojca królem:
Król, król, jak kawki świegocą. O! Lechu
Idź sam i obacz...

LECH.

Wszak nie ma w tym grzechu
Sygonie, mojéj miłéj podciąć skrzydeł...       86

(Wychodzą.)
LILLA.

On mi uwolni ojca z rąk straszydeł...

(Wychodzi.

SCENA TRZECIA.
Dziedziniec zamkowy. Na jednéj z bocznych ścian widać cień przywiązanego Derwida do gałęzi dębu... Na przedzie sceny GWINONA, KRAK i ARFON
KRAK.

Mamo ja nie chcę więcéj tego starca
Bić kamykami. On się już nie rusza.

GWINONA.

Krak, jak wyrośniesz będzie z ciebie baba.

KRAK.

Nie, mój braciszek Arfon będzie babą,
A ja rycerzem sławnym jak mój papa.       5

GWINONA.

Chcesz być rycerzem? a kiedym kazała
Wziąść łuk i trafić w serce tego starca
To skowytałeś jak psiątko: — nie mamo,
Nie, ja żałuję dobrego staruszka. —
Wstydź się czyżykiem jesteś nie chłopakiem.       10

KRAK.

Cóż ten staruszek zrobił tobie, Gwina?

GWINONA.

Co? nie pamiętasz już Kraku, Salmona?
Salmona, co cię nieraz na rumaku
Sadzał i uczył harcować... ten stary
Zabił Salmona, Salmon już nie wróci.       15

KRAK.

Ten stary zabił Salmona?

GWINONA.

A widzisz?
Już rączki ściskasz w kułak, jużeś gniewny. —
Arfonie daj łuk braciszkowi — daj mu.
On lepiéj strzela niż ty.

ARFON.

Ja sam trafię.

GWINONA.

Idź, baw się z harfą, daj łuk braciszkowi.       20

(Dając Krakowi łuk.)

Na, i mierz w serce, w serce — wiesz gdzie serce?

KRAK.

Wiem mamo, bo mi teraz głośno puka.

(Mierzy z łuku w stronę gdzie się znajduje męczony Derwid...
Wchodzi LECH, SYGOŃ i LILLA WENEDA.)
LILLA.

O! widzisz panie, chcą mi zabić ojca.

LECH.

Gwinona, każ mu spuścić łuk, na Boga!
Bo go tu zetnę szablą jak makówkę.       25
Cóż to?... czy ojciec jest tu u was niczém?
Spuść łuk! bo łebek ci ukręcę — spuść łuk!

GWINONA.

Spuść łuk, mój Kraku, papa tobie każe. —
Cóż to tak gniewny mój człowieku? cóż to?

LECH.

Mam się nie gniewać? ja mam się nie gniewać       30
Kiedy tu widzę moje własne dzieci
Urągające z niedoli królewskiéj,
Jedzące mięso jak orlątka młode.
Cóż to? czy moje dzieci są chowane
Jak psy rzeźnika? — precz mi z tąd szczeniaki!       35

(Dzieci odchodzą.)

Gwinona, dosyć już tych okropności.
Każ tego starca odwiązać.

GWINONA.

Ty panem,
Każ go odwiązać.

LECH.

Cóż to? jużeś gniewna?

GWINONA.

O! dzień przeklęty kiedym ja się dała
Uwieść przez ciebie z Iślandzkiego brzegu       40
Abym tu była teraz niewolnicą
Twojego gniewu i niestałéj żądzy.
Lepiej mi było morze rozhukane
Poślubić, albo wulkan płomienisty,
Lub zostać Nixów albo Farfadetów       45
Małżonką: lepiéj o! lepiéj sto razy;
Niż teraz za mym ubogim rycerzem
Przez świat wędrować i znosić obelgi,

I nie być pewną dnia że mąż mię kocha.
Bo jakże kocha mnie ten lew ryczący?       50
Serce mi ciągle gryząc albo głaszcząc,
Dłonią żelazną — jakże mi pochlebia? —
Z rana pochlebia a wieczorem karci.
Jakże mi wierną miłość wynagradza?
Co mi da z rana, odbierze wieczorem       55
Tak że ja nie wiem, żoną ja czy sługą
Jestem u niego? miłą mu czy gorżką?
Szlachetną w jego myśli? albo podłą? —
O! jeśli tak ma być zawsze o! Lechu!
To mię odegnaj i pójdę ja bosa       60
W te ciemne lasy wilkom i niedźwiedziom
Pochlebiać, łasić się, prosić o litość. —
Wstydzisz się; nic mi już nie odpowiadasz?
Bo ty szlachetny i wiesz że mam słuszność.
Dzisiaj mi dałeś w moc tego Derwida,       65
Pierwszy raz rzekłam: on mi przecie ufa:
A teraz muszę znów wyjść z omamienia.
Chodźcie tu wszyscy! patrzcie jak Lech rycerz
Żonie danego dotrzymuje słowa.
Ja w słowie jego zaufana święcie,       70
Na jego słowo dałam moje słowo:
Teraz on swoje święte słowo łamie;
A ja się muszę oszkalować sama,
I zaprzysiężeń moich niedotrzymać...
Chodź tu dziewczyno, wyzwałaś mnie dzisiaj       75
Na zakład, że trzy razy ojca twego
Wyrwiesz od śmierci — a ja ci przyrzekłam
Że twego ojca oddam ci, jeżeli
Trzy razy śmierci go wyrwiesz okropnéj.
O! łatwo zakład ci wygrać z królową       80
O któréj honor nie dba mąż i rycerz.
Ciesz się więc. — A ty Lechu, téj dzieweczki
Zdrowie pić będziesz moją krwią — ty znasz mnie!
Iślandzką jestem królewną, pamiętaj!
Do obelg takich nie przyzwyczajona.       85

(Chce odchodzić.)
LECH.

Stój.

GWINONA.

Idę z wieży się rzucić.

LECH.

Kobiéto!

GWINONA.

Jak mię nie będzie, każesz z moich włosów
Porobić struny do twéj harfy złotéj
I starzec ci ten będzie o méj śmierci
Grał — albo wicher Iślandzki przyleci       90
Z ojczystéj mojéj ziemi i na strunach
Położy usta przekleństwem wyjące.

LECH.

Za nadto jesteś teraz rozżalona,
Mówić nie można z tobą.

(Chce odchodzić)
LILLA. (Zatrzymując go)

O! mój panie.

LECH.

Czego od mnie chce ta wiedźma? wszyscy       95
Przeciwko mnie są.

LILLA.

Więc mój ojciec skona?

LECH.

Twój ojciec na śmierć zasłużył sto razy.
Niechaj rycerze go dokończą — i niech
Więcéj nie słyszę o nim.

LILLA.

Ach! okrutny!
Słuchajże teraz mnie, straszny człowieku!       100
Słuchajże teraz mnie, ty pani krwawa!
Ja tu wynajdę, aby wam nakarmić
Zemsty łaknące serca, taki sposób,
Taką wam straszną rzecz wynajdę myślą,
Taką rzecz powiem: że wy struchlejecie       105
Na samą pierwszą myśl téj okropności.

Słuchajcie tylko! słuchajcie! Ten starzec
Ma dzieci — dzieci te u was w niewoli,
Dwóch macie synów tego starca w rękach:
Otóż wybierzcie z nich którego losem,       110
Dajcie mu w ręce topór wyostrzony,
Niech o sto kroków stanie i toporem
Rzuci na ojca — co? czy pozwalacie?

GWINONA.

Przywieść tu jeńców.

LILLA.

Lecz królu! lecz królu!
Jeżeli brat mój rzuciwszy toporem       115
Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:
O! patrzaj — ten włos co tak przezroczysty
Jak blady gwiazdy błękitnéj ogonek
Pomiędzy drzewem a starego głową:
Jeżeli ten włos tylko mu ustrzyże,       120
To więźnie będą wolni — czy przyrzekasz?

LECH.

Ów co rzecz taką zrobi, będzie wolnym.

LILLA.

Oba?

LECH.

Tak oba...

LILLA.

I mój ojciec?

GWINONA.

Ojciec
Do mnie należy — zbaw go tak trzy razy
A będzie wolnym.

LILLA.

Ach czyliż niedosyć       125
Raz tylko ojca tak zbawić Królowo?

(Wchodzi LELUM i POLELUM. Oba łańcuchem złączeni tak że prawa pierwszego ręka do lewéj ręki Polelum przykuta.)
GWINONA.

Otóż są więźnie, mów czy się podejmą?
Ty siostra, srogi targ zrobiłaś za nich.

LILLA.

O! mówcie do nich wy — ja cała drżąca.

LECH.

Jest wieść że celnie rzucacie toporem.       130
Jeśli z was który o sto kroków rzuci
Topór na ojca, i tak weń wymierzy,
Że wiszącemu na drzewie za włosy
Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:
To będzie wolny razem ze swym bratem.       135

LILLA.

Nie zechcą! oni nie zechcą! — Polelum
Jedyny to jest dla ojca ratunek,
Ojciec na drzewie powieszony, skona,
Jeść mu nie dano ani pić — on skona!
On was nie widzi — wydarto mu oczy.       140
Jeżeli topór mu roztrzaska głowę
Nie będzie widział że to syn tak rzucił.
On śmierci swojéj przed śmiercią nie ujrzy.
Jeżeli umrze... o śmierć nielitośną
Swego własnego syna nie posądzi...       145
Polelum... topór weź. Ojciec nie widzi.
Weź, tylko śmiało...

POLELUM.

Daj.

LILLA.

Ale go nie rań.

POLELUM.

I cóż mam robić?

LECH.

Psie! ty godzisz we mnie.

POLELUM.

Mówisz że trzeba godzić w mego ojca?

LECH.

Zgnijesz w kajdanach jeśli nie posłuchasz.       150

(Polelum rzuca topór na ziemię.)
LELUM.

Bracie, napróżno targasz się w łańcuchu,
Niewolnikami jesteśmy, Polelum.
Pomyśl — ty dobrze władasz tym żelazem.
Gdyby nie serce w tobie, tobyś trafił,
Więc zatruj serce na chwilę i pomyśl       155
Że to nie w ojca włos uderzyć trzeba,
Lecz w łona ludzi tych, co będą czuli
Hańbę ze swego zwycięztwa nad nami...
Polelum! podnieś ten topór okropny,
Przykuty do mnie za twą lewą rękę,       160
Tyś niewolnikiem mojéj ręki prawéj:
Ty cały jesteś moją ręką prawą:
Ty będziesz rzucał, a ja będę cierpiał —
Mamyż na wieki i my i nasz ojciec
Już pokonani być dolą, i nigdy       165
Nigdy tym krwawym ludziom nie pokazać,
Co wreszcie może rospacz niewolnika?
Polelum! zemsty! — Ja skonam w więzieniu...
Mnie trzeba słońca... tobie zemsty trzeba.
Ach bądź odważny.

POLELUM.

O! Bogi piekielne!       170
Z jednéj mi strony brat cierpiący kona —
Tam ojciec nędzny — tu mi dają topór —
Co robić!

LILLA.

O! mój Polelum! o bracie!
Zbawisz nas wszystkich.

POLELUM.

Daj topór. O! Boże! —
Odwróćcie oczy, abym ja nie widział       175
Na waszych bladych twarzach przerażenia. —
Więc trzeba włosy te odciąć — te włosy —

Te siwe włosy? — Nie patrzcie wy na mnie
Bo mi się oczy łzami ćmią. Okropnie!
Czy wy jesteście pewni że mię ojciec       180
Nie widzi — tylko czy jesteście pewni?

LILLA.

On ma wydarte oczy.

POLELUM.

Przez błyśnięcie
Mego topora utraciłby oczy,
Gdyby mu ludzie oczu nie wydarli.
Ach dosyć było taką rzecz wymyśleć       185
A starzec by sam sobie wydarł oczy,
Aby nie patrzał na zabójcę syna.
O! do czegoż ty przyprowadzasz Boże
Człeka co stracił ojczyznę! — O! patrzcie
Ażeby teraz wyratować brata       190
Muszę być ojca mego męczennikiem.
Siostra mnie własna o zabójstwo prosi,
Ludzie z boleści mojéj urągają.
O! przyjdź godzino zemsty albo śmierci!

GWINONA.

Cóż to, więc nie masz odwagi?

POLELUM.

Bezczelna!       195
Ja się odwagi mojéj własnéj boję. —
Prowadźcie mnie tam skąd mam rzucać topór.
O tém ciśnięciu straszliwém Weneda
Będzie wam śnić się...

(Prowadzą okutych razem braci na metę rzutu — zasłona spada.)
CHÓR.
Dwunastu Harfiarzy.

Niestety! Niestety!
Gdzie sprawiedliwość Boska? gdzie pioruny?       200
Syn na własnego ojca topór rzuca,
Niebo się całe ćmi krwawemi łuny,
Błyskawicowych chmur rzygnęły płuca,
Piorunów deszcz okropny — świat się wzdryga!

Cóż będzie jeśli topór w czaszce jęknie?       205
Topór, co w drżącéj ręce syna miga:
O! synu! serce twe z boleści pęknie,
O! córko, ojca twego krew cię splami!
O! biada wam! o! biada niewolnicy!
Mięsza się wasza krew z waszemi łzami,       210
Serca dajcie krew pod dziób orlicy,
Ona wyściela gniazdo waszemi włosami.
O! Niewolnicy!
Zemsta! zemsta! dopóki serce bije zemsta!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.