Lida

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Lida
Pochodzenie Boża męka
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Alberti
Tytuł orygin. Lída
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
LIDA
Holub spał jeszcze w ten wczesny poranek, gdy przyszedł do niego młody Martinec i powiedział:

— Lidka gdzieś zaginęła.
Był niezmiernie blady i wzruszony. Z trudem wybąknął coś w tym sensie, że on i matka liczą na jego przyjaźń i potrzebują jego rady.
Lida wyszła wczoraj popołudniu, podobno w odwiedziny i dotychczas nie wróciła.
Hołub milczał; chętnie powiedziałby jakieś słowo pociechy, ale nie wiedział wogóle co mówić.
Wynurzyła się przed nim młoda dziewczyna taka, jaką widział ostatni raz: siedziała na kanapie, zamknięta w sobie, cicha i piękna, wlepiała oczy w każdego kto mówił, ale bynajmniej nie słuchała uważnie. Nie odchodziła, a przecie wyglądała tak jakby chciała się odsunąć na ubocze i zejść wszystkim z oczu. Wydawała się jakaś dziwna i przygnębiona.

I.

W ostatnich dniach była Lida doprawdy dziwna.
Zdawało się, że głos jej i ruchy otulone są smutkiem, że jest tym smutkiem omotana i nie może się swobodnie poruszać. Ale nie otrząsała się z niego. Mówiła i patrzyła tak, jakby jej wnętrze było zupełną i bezosobową próżnią. Ale i to przeszło i zostały tylko niewyraźne ślady roztargnienia.
Tego dnia zjadła objad z apetytem, rozmawiała wesoło, wspominając o nowych sukienkach, które miała dostać.
Potem przyszła jej do głowy myśl, aby iść do przyjaciółek.
Wyszła w dobrym humorze. Spokojna. Nic nie zapowiadało tego, co się miało stać.
Dopiero wieczór, gdy nie wróciła do domu zaczęły się godziny oczekiwania i lęku.
Za każdem skrzypnięciem bramy wstrzymywali oddech. Budziła się nowa nadzieja, stawała się pewniejsza, dręczyła i rozdrażniała, przeciągała się w długie, męczące sekundy, wreszcie pękała: nikt nie przychodził.
Z jeszcze większym niepokojem czekali na następny skrzyp bramy.
Za każdem głuchem uderzeniem wstrzymywała się lotna chwila, dłużyła się strasznie, dręczyła wszystkich i znów kurczyła się jak sprężyna.
W końcu, o godzinie dziesiątej w domu ucichło.
Teraz rozpostarł się wrogo — przepastny, beznadziejny czas. Czekanie stało się bólem, który nie przemija, ale stoi i co gorsze wrasta równocześnie we wszystkich kierunkach.
Tylko uderzenia godzin były jakby rozdrapywaniem jątrzącej się rany.
Niepokój zbliżył ich do okna.
Kilku przechodniów rusza się ustawicznie w dole, na dnie wielkiej ulicy.
Każda kobieta podobna jest trochę do Lidy.
Każdy idący śpieszy się, albo się ociąga, jakby niósł jakąś wiadomość.
Ktoś się na dole zatrzyma, a w tedy na nim zawiśnie bezgraniczne oczekiwanie, oczekiwanie z zapartym oddechem — tych z góry. Ale odchodzi już i czekanie znów spada im na piersi jak olbrzymie brzemię.
Nagle nadjeżdża dorożka. Jej ostry turkot brzmi jak gorąca, chyża zapowiedź. Już chcą biec po schodach w dół, ale dorożka nie zatrzymała się, turkocze już dalej, turkocze tak długo, jakby ulica nie miała końca.
Ilość przechodniów zmniejsza się powoli. Za każdym oddalającym się krokiem wlecze się ich żal. Już tylko gdzieś w oddali dudnią kroki jak ciche, beznadziejne tykoty.
Ulica jest pusta. Na prawo i na lewo otwiera się nieskończenie długa droga opuszczenia. Czekający zdrętwieli. Wszystkie uczucia zlały się w bezkształną materję strachu.
Żył już w nich od samego początku, najpierw sprężysty, płynny i napięty, powoli zleniwiał, stał się ciężarem i materjalnem ciśnieniem, niezmiernie przygniatającem brzemieniem w piersiach. Ale był to pozorny bezruch jak gdyby olbrzymiego jaja, w którem się jednak koncentruje i rozwija życie. Rosło to, jak rośnie wrzód. Coraz szerzej rozprzęża się tępe, dręczące ciśnienie, ciśnienie bez granic, ale nagle ściąga się i kurczy i pozostaje już tylko jeden punkt przejmującego bolu.
Tak się wszystek strach ściągnął w jedno przeczucie, że z Lidą stało się coś okropnego.
Niesamowite przerażenie wypełniło noc czekających, bezkształna trwoga stała się nagle fantomem grozy, przeczucie przeobraziło się w widmo na pół realne.
— Zobaczyłem żółte drzwi — zapisał sobie później Martinec — jakby skropione krwią. Wiedziałem, że za niemi leży martwa Lida, gdyż to można było widzieć. Była to okropna, nieczuła, obłudna jak ludzie — fizjonomja drzwi, która mnie napełniła grozą i cierpieniem. Tej nocy dostrzegłem, że drzwi mają również jakiś wyraz. Obrazu tych drzwi nie pozbyłem się nawet po najbardziej rozpaczliwych usiłowaniach. Ale nagle żółte drzwi zgasły i zobaczyłem zbiegowisko ludzi, ambulanse i tramwaje, których szeregi ginęły gdzieś bardzo daleko. Zobaczyłem surową, ogromną, niewymierną chwilę ulicznego nieszczęścia.
Były jeszcze inne obrazy, wszystkie zarówno zniewalające, realne, jakby z zewnątrz narzucone. Dotąd nie mogę zrozumieć, skąd się wzięło tyle prawdziwej, obcej i zewnętrznej rzeczywistości w obrazach, które stworzył strach.“
Coraz głębiej wrastał strach w rzeczywistość.
Matka w histerycznym pośpiechu wdziewała na siebie suknie, chciała szukać Lidy, pukać do wszystkich znajomych, biec dokądkolwiek bądź.
Młody Martinec powstrzymał ją. Gdyby się Lidzie przytrafiło jakieś nieszczęście u znajomych, donieśliby już o tem.
Sam pobiegł na policję.
Schody rozstępowały się pod nim jak czarna studnia. Za każdym stopniem opadał coraz niżej w jakąś beznadziejność, za każdym krokiem przygniatała go coraz cięższa i coraz bardziej nieubłagana brutalność faktu.
Zamarły, pusty profil ulicy był przesiąknięty mgłą.
Całe zdarzenie nabierało wyrazu okrutnej rzeczywistości. Rozrastało się, jakby wnikało w nie coraz więcej surowej i ciężkiej materji.
Korytarze dyrekcji policji są smutne nawet w dzień. A teraz ich zimna, opustoszała żałość stała się realnym składnikiem wyimaginowanego obrazu nieszczęścia, a żółta, bezmiernie ponura kancelarja przytłoczyła go jak męcząca rzeczywistość. Nieszczęście odezwało się obcym dźwiękiem w obojętnym głosie urzędnika:
— Nie doniesiono nam o niczem podobnem. Jak się nazywa pańska się siostra?
Martinec odszedł ze ściśniętem sercem. Sprawa stawała się coraz bardziej zagmatwana i surowa.
Przez śpiące miasto jedzie szybko dorożka od komisariatu do wartowni, od szpitala do tala.
Wszędzie czekanie, pustka, męcząca cisza, w końcu kroki na korytarzu i gruby, zaspany głos.
Nigdzie w tym dniu nie dostawiono martwej albo rannej dziewczyny.
Ale wszystko rzeczywiste i zewnętrzne, niemiłosierne i obce z czem się zetknął w swej gorączkowej wędrówce, zlało się w niezmierny i skomplikowany obraz nędzy.
Powoli wlókł się do domu. Ale już w drzwiach spotkał się z pytającemi oczami matki i zrozumiał, że ich nadzieja prysła. Zrozumiał, że wszystko, co dotąd czynili od chwili zginięcia Lidy dążyło tylko do jednego celu: do oddalenia od siebie przeczucia, że Lida padła ofiarą zbrodni.
Obnażyła się przed nimi nagle ohydna rana, ziejącą zimną, trzeźwą zgrozą. Uprzytomnili sobie przenikliwie swoje najtajniejsze przeczucie, że na Lidzie dopuszczono się gwałtu, że ją gdzieś zawleczono i brutalnie shańbiono, że leży teraz bez pomocy okrutnie sponiewierana, albo może nawet martwa.
Był to moment największego przesilenia. Moment, który nie mógł trwać długo, a przecie nie zniknął nigdy.
I nawet już potem, gdy minął strach, chwila ta nie przestawała rzucać swego cienia, niby wieczne memento bolu.

*

W godzinie przesilenia padła pani Martincowa na kolana i modliła się z książeczki głośno i skwapliwie:
— Jezu czystości światła wiekuistego, zmiłuj się nad nami.
— Jezu królu chwały, zmiłuj się nad nami!
— Jezu przedziwny, zmiłuj się nad nami!
— Jezu Ojcze przyszłego wieku, zmiłuj się nad nami!
— Jezu wielkiej rady Aniele, zmiłuj się nad nami!
— Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami!
— Jezu Bożego pokoju, zmiłuj się nad nami!
— Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego, wybaw nas Panie!
— Przez mękę i skonanie Twoje, wybaw nas Panie!
Monotonnie i mechanicznie jak krople albo sekundy padają słowa modlitwy.
Jest to wołanie, które nie ustaje, ale aż do upojenia wraca, jakby mierzyło głębię żałości.
Jest to wykrzyk bólu, który za każdem powtórzeniem się wpływa w bezbrzeżną i przedziwnie nudną jednostajność zastałego smutku.
Za każdem „Jezu“, za każdym powrotem staje się żałość cichsza, coraz bardziej stężała. Wykrzyk za wykrzykiem około tej żałości buduje niezmierne osamotnienie i próżnię. Rozmiary chwil rosną, tak jak rośnie głębia pod rytmicznem wierceniem studniarzy.
Cała przytomność rozwiała się a męcząca bliskość rzeczy ustąpiła i oddaliła się; a jak w bezgranicznym, próżnym przestworze, tak w zdrętwiałej świadomości, w której nie ma żadnej myśli, podzwania ustawicznie:
„Jezu, zmiłuj się nad nami!“
Każde słowo modlitwy tajemne jest i ulatuje w nieskończoność; nie lamentuje, ani nie skarży się, nie obejmuje i nie wysławia bólu człowieka — ale ulatuje w nieskończoność i zabiera z sobą ludzkie cierpienie.
Czem stałeś się ty — o bólu! — oprzędzony przestworem nieskończoności?
Czem jesteś jeszcze obecna chwilo ze wszech stron na wieczność się otwierająca?
I ty — ściśnięte serce — co bardziej obszerne jesteś niż zmiłowanie i zbawienie?
— Boże litościwy, którego oczy na mój patrzą strach i moje czytają westchnienia! Boże, który tak często byłeś miłosierny dla mnie! do Ciebie wołam dzisiaj z głębi duszy swej! O usłysz głos mój, a wołanie moje niech doleci do Ciebie, albowiem w rękach Twych jest los mój.
Powoli, prawie niewidocznie próżnia wypełnia się. Tak jakby z modlitw płynęło coś bezkształtnego ale obfitego. W każdem słowie jest niewyraźna głębia. Jest to płynna, nie wysłowiona treść, która je rozpina aż poza granice znaczenia do czegoś nieokreślonego i nierzeczywistego.
W czasie każdej pauzy między modlitwami zwala się znowu na duszę bliskość spraw a wtedy potrzeba zdwojonego wysiłku i wzmożonej konieczności krzyku, aby ustąpiła. I znów sprawy wszystkie ustępują i stają się martwe; z niewyczerpanej mnogości i pełności słów wylewa się bez końca przedziwna atmosfera, która sprawy wszystkie ogarnia jak głębia.
A sprawy te są dręczące i straszliwe, gdyż wszystkie przypominają Lidę i jej nieszczęście. Są teraz bez ruchu, zamarłe, zalane niezmierną głębiną, są podobne do ciał, ułożonych u przeźroczystej, szklanej kuli, w nieporuszenie cichej atmosferze; więzi je niema głębina rezygnacji.
Po niezmiernie długiej godzinie modlitwy pani Martinicowa jakby ocknęła się; podniosła się, a wszystko dokoła odmieniło się. Rzeczywistość wtłoczyła się w nowy porządek; wszystkie rzeczy aż do ostatniej najbardziej martwej przybrały nowy, zastygnięty wyraz zrezygnowanego spokoju, cierpliwego „niech się stanie“.

*

Młody Martinec przechadzał się po swym pokoju aż do świtania.
Czem dłużej analizuje wypadek z Lidą, tem bardziej staje się on tajemniczym.
To, co go teraz dręczy, to już nie są przypuszczenia, to są natrętne pytania.
Ohydna zbrodnia popełniona na Lidzie nie jest już tylko samem urojeniem; jest to problem, który wzrasta z każdem pytaniem, z każdą odpowiedzią. W tym bezwzględnie ciemnym wypadku, nawet najstraszniejsze rzeczy są możliwe.
Boże! co czynić? Donieść o całej sprawie policji? Ale władze przesłuchiwać będą przedewszystkiem znajomych Lidy; wiadomość o jej tragicznem nieszczęściu rozniesie się i rozbabrze, a gdyby Lida wróciła, czułaby się potem jak pod pręgierzem; jak jakieś wieczne znamię przyczepi się do niej coś kryminalnego, coś hańbiącego.
Raczej zataić wszystko; ale w tedy przybiegną przyjaciółki Lidy i dopytywać się będą, co się z nią dzieje.
Jeżeli się powie, że zachorowała, będą chciały ją odwiedzić a choćby to była zakaźna choroba, będą chciały przyjść tak jak zawsze i za nic na świecie nie pozwolą sobie wyrwać prawa czuwania przy łożu najmilszego dziecka.
Nie można udawać również, że wyjechała, gdyż nie napisze do nikogo ani jednej kartki z pozdrowieniami.
W takiem ukrywaniu wszyscy mogliby wyczuć coś gorączkowego, zwietrzyć atmosferę kłamstwa.
Może Lida wróci, ale ten uprzejmy świat, w którym żyła będzie zmieniony; kropla po kropli wciekać będą brutalne rzeczy w jej dni; tysiące drobnostek będą się dotykać rany, którą ze sobą przyniesie, gdyż życie każdej dziewczyny to wątła i delikatna tkanina narażona na niezliczone, drobne udręki.
Boże! co czynić? Znaleźć ją żywą albo umarłą; jeżeli żywa ochronić przed hańbą i cierpieniem; jeżeli martwa, ochronić przed brutalną sensacją dzienników; za każdą cenę ochronić Lidę!
Świta dzień siwy i chłodny. W dniu tym musi się koniecznie odnaleźć Lidę, ale Martinec mając już kapelusz na głowie ociąga się i nie wychodzi.
Gdzie jest Lida? Co się z nią stało, gdzie i jak jej szukać? Miał już jakiś plan, miał szczegółowe poszlaki; ale to wszystko odpada tak jakoś samo ze siebie. Spiesznie rysują się nowe alternatywy postępowania; tajemnica zniknięcia Lidy rozwija się w nową historję, nabiera nowych, męczących szczegółów.
I znów wynurza się inna myśl i nieoczekiwany domysł. Nieznużenie przebiega Martinec całe ich szeregi, w nerwowych skokach rzuca się na każdą nową możliwość, rozwija ją, znowu od niej odbiega.
Boże! co czynić?
Cierpliwy rozum jak biedny pająk tka coraz to nowe alternatywy. Powoli trwożliwie, jakby z małych kamyczków powstaje nowa hipoteza. Lękliwie snuje się nowe, cieniutkie włókienko możliwości.
Coraz częściej zatrzymują się nagle myśli i dopiero po chwili ze strasznym wysiłkiem znów ruszają z miejsca; jedno półgłośne słowo wraca niezliczoną ilość razy — ale już niema na całym, szerokim świecie drugiego słowa, któreby z niem powiązać można.
Młody Martinec stoi, marszcząc czoło i mozoli się, aby pochwycić uciekające wyobrażenia. Ale nie pozostało już nic, tylko ogromne zmęczenie. Wszystkie domysły rozprószyły się w nicość.
Wymyślone możliwości opadały jak obumarłe pręciki; wszystko, co wypracował rozum oddzieliło się i odpadło, wszystko co było dotychczas prawdopodobne i jasno narysowane w umyśle osunęło się jak niepotrzebne, zewnętrzne okrycie. Pozostało tylko wewnętrzne rozjątrzenie, bezsilne, nagie jądro ślepej woli. Było to już tylko gorące pragnienie, by ująć się za Lidą zupełnie i bez rozwagi; była to ogólna decyzja; była to wreszcie pewność.
— Pójdę szukać Lidy, — odezwał się do matki.
— Idź, — wyszeptała — a Bóg pokieruje krokami twymi!

II.

Przeniknięty niepewnością w jaki sposób ma zacząć swoje poszukiwania zwrócił się Martinec do Holuba z prośbą o radę. Próbo wał opowiedzieć wszystko co tylko wiedział, ale nic z tego, nawet w najmniejszej mierze nie rozświetliło tajemnicy zniknięcia Lidy.
Hołub mordował się z wyciągnięciem wniosków tak długo, że już nie było najmniejszej wątpliwości, że ta droga nie doprowadzi do niczego. Każdy krok wiódł ślepo do niewiadomej. Jedno było jasne: trzeba było działać, choć nie było żadnej ku temu możności.
Holub wahał się; uporczywie zjawiała się przed nim skulona postać Lidy jak zaskrzepły obraz.
— Ja sądzę, że Lida z kimś uciekła; jest to wprawdzie przykre dla pana, ale inaczej nie mogę sobie tego wytłomaczyć. Sam pragnąłbym znaleść inne pomyślniejsze rozwiązanie. Nie znam Lidy tak dalece, abym mógł powiedzieć co w jej charakterze jest prawdopodobne, albo możliwe. Pan jest jej bratem; pan ją zna lepiej i może z całą stanowczością powiedzieć: „nie uciekła, gdyż nie jest zdolna do tego“.
— Tego powiedzieć nie mogę, — odrzekł Martinec zakłopotany — nie wiem w ogóle, co jest możliwe; mogę powiedzieć tylko tyle, że nie było żadnego powodu, aby uciekała.
— Nie szukajmy powodów: te należą tylko do niej. Każda Lida może nas swojem postępowaniem zaskoczyć i zrobić coś takiego, czegoby się po niej nikt nie spodziewał. Nie znamy jej pobudek. Nie wnikniemy do jej duszy.
Nie trzeba — proszę pana — nigdy liczyć powodów; możliwe, że jest ich mnóstwo, bez końca; ale czynów jest daleko mniej i dlatego ich logika jest bardziej prosta. Liczba motywów, których się u Lidy możemy domyślać jest nieskończenie wielka, ale wybór czynów, które popełnić mogła, albo które wogóle stać się mogły jest bardzo ograniczony.
Każda nieograniczoność kończy się w istocie działaniem. Czyny nie są już tak osobiste jak pobudki, które do nich skłaniają. Jest w nich unifikacja, powtarzanie się i prawidłowość, które to właściwości nie są w zupełności zależne od naszych pobudek i które wymykają się wogóle z pod naszych życzeń i umotywowań. Czyny są czasami fatalistyczne. Naprzykład Raskolnikow miał niezwykłe pobudki do swej zbrodni; plan jego był przemyślany szczegółowo i niezwykle oryginalnie, ale samo wykonanie wypadło tuzinkowo, uderzająco podobnie do stu innych prostackich, rabunkowych mordów, popełnionych przed nim i po nim. Ale najdziwniejsze jest to, że stało się to właśnie tylko przypadkiem.
Dajmy na to, każde samobójstwo jest indywidualnie motywowane, ale zazwyczaj samobójstwa zdarzające się w podobnych warunkach są prawie zawsze naśladownictwem; i tak naprzykład służące pozbawiają się życia przy pomocy trucizny a nie sznura na bieliznę; nie jest to koniecznością, ale zwyczajowem prawidłem. Podświadomie zupełnie naśladujemy w swoich czynach kierunek najczęściej się powtarzający — a może nawet sama rzeczywistość idzie w tym kierunku. Im bardziej jest coś zwyczajniejsze, tem łatwiej się staje. Niektóre fakty są bardziej skomplikowane, ale dzieje się to nie z jakiejś nieodzownej przyczynowości, ale z powodu jakiegoś przypadku, ze zwyczaju lub z musu. Krótko mówiąc nie zależy to od nas. Jest to czysta konkomitacja. Możemy więc przypuszczać, że i w wypadku z Lidą odgrywa zwyczajność swoją rolę.
— Wypadek z Lidą nie jest czemś zwyczajnem, — zaprzeczył Martinec.
— Jest może zupełnie niezwykły, — odpowiedział Holub — ale istnieje paradoks dotyczący niezwykłych wypadków a mianowicie taki, że się powtarzają. Powtarzają się nieszczęścia, samobójstwa, zbrodnie i rekordy. Gracze w ruletkę liczą się wręcz z paradoksem, z powtarzaniem się rzadkich wypadków. Krótko mówiąc, nawet niezwykłe przypadki nie wykluczają fatalnej jednostajności i powtarzania się. I nieszczęście Lidy ma swoją niedawną, uderzającą analogję.
Chce pan odnaleźć Lidę, chce pan rozwiązać tajemnicę, której nici przewodnie panu uciekają. Wszystkie domysły są możliwe; im mniej wiemy, tem więcej ich być może. Pozostaje tylko jedno jedyne: wyszukać między wszystkiemi możliwościami, które na myśl przychodzą najprawdopodobniejszą i najbardziej możliwą, a to będzie właśnie ta, która jest stosunkowo zwyczajna, powszednia, znana i łatwa. Wszystko co zwyczajne jest prawdopodobne — nie dlatego, że jest może lepiej umotywowane, ale dlatego, że dzieje się najczęściej. Sąd prawdopodobieństwa wysnuć się musi ze zwyczajności wypadków, jako mimowolne powtórzenie się czynu; przytem trzeba się liczyć z tem, że przy najbardziej osobistych i nieznanych warunkach, mają miejsce prawidłowe wyniki, jednostajne, a więc dające się przewidzieć; zadaniem więc będzie nie wynalezienie samego faktu, ale wykazanie fatum, które jest ślepe i prawidłowe.
Nie znamy samego faktu wypadku z Lidą i silimy się, aby wymyślić jego prawdopodobny przebieg; ale proszę zważyć w taki sposób drwimy sobie z fatum. To i to uważamy za prawdopodobne i będziemy polegać na tem, że przeznaczenie pokierowało naprawdę czynami Lidy i powiodło ją nieświadomą w swoim kierunku.
Sądzę tak jak i pan, że to jest sprawa, — która dotyczy Lidy jako kobiety. Jest to najbardziej prawdopodobne, gdyż Lida jest piękna. Kwestją jest, czy chodzi tu o gwałt, czy nie. Pan przypuszcza, że tak — — — — Ale gwałt nie jest taki łatwy, jak pan sobie wyobraża. Na Lidę nie można było napaść tak po prostu. Proszę wziąć pod uwagę, że gdyby pan tylko chciał wymyśleć wszystko co się mogło stać, nie skończylibyśmy nigdy. Zawlec gdzieś i zgwałcić dorosłą dziewczynę tutaj, w mieście możnaby tylko w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach. Ale te niezwykłe okoliczności są wytworami fantazji ale nie prawdopodobieństwa.
Niestety nie mogę przekonać pana żadnymi subtelnymi dowodami. Jeżeli wykluczymy samobójstwo lub nieszczęśliwą katastrofę — będziemy tu mieć tylko do czynienia z gwałtem albo ucieczką. Ale gwałt odbywa się najczęściej w odmiennych warunkach — gdzieś na wsi — w innych warstwach.
Krótko mówiąc nie pamiętam wogóle, żeby się coś takiego stało w naszej sferze. Natomiast znam dziesiątki i setki ucieczek. Z Lidą zaszedł raczej ten drugi wypadek, gdyż jest stosunkowo banalniejszy.
— Czy Lida jest banalna? — odezwał się Martinec cicho.
— Nie; tem gorzej dla niej, jeżeli się to stało. Zazwyczaj kochankowie przez ucieczkę pozbywają się jakiejś przeszkody. Ponieważ nikt nie wzbraniał Lidzie jej stosunków, musiało być coś zagadkowego, coś nie dającego się rozwiązać, coś natury moralnej, co gwałtem musiała przekroczyć. Był tu prawdopodobnie ktoś, kogo nikt z nas nie zna. Przeszkoda była oczywiście z jego strony. Może pan mieć tu na myśli coś romantycznego, ale zwyczajnie jest to raczej motyw cyniczny. Prawdziwa miłość odznacza się zbyt wielką zdolnością cierpienia, aby kusiła się zaraz o takie łatwe rozwiązanie. W większości wypadków jest dziewczyna ofiarą i bez własnej woli wplątuje się w namiętność; pod tym względem sprawy przybierają prawidłowo taki obrót, jakby decydował właśnie ten najgrubszy motyw.
Pan jest młody; gdyby pan znalazł tego człowieka, uważałby pan za swój obowiązek — — — za rzecz honoru — — — Po prostu nie musi pan postępować z nim jak z równym sobie, — dodał Holub z nagłem zdecydowaniem.
Młody Martinec wstał:
— Czy pan skończył?
— Jeszcze nie. Jest w całem zajściu jeden uderzający fakt: Lida odeszła z domu spokojna a przed wyjściem nawet jadła z apetytem. Apetyt to jedyna rzecz, której nie można udać; oczywiście wówczas nie przypuszczała nawet, że nie wróci. Najprawdopodobniej miała się tylko spotkać z tym nieznajomym; ale co się z nią stało w dalszym ciągu i w jaki stan psychiczny wpadła, tego zrozumieć już nie możemy: uważajmy to za zbłądzenie, ale to jest tylko imię dla pobudki całkowicie nam nieznanej. Musiało się z nią stać coś nagłego; gdyby się była jeszcze wróciła do domu sądzę, że nie potrafiłaby już uciec; to wszystko jest wogóle bardzo zagadkowe.
Panie Martinec — prawdopodobnie ją pan znajdzie, ale proszę nie wypytywać się jej o nic, nie przymuszać do wyznań, nie upokarzać jej.
— Gdziebym ją mógł odszukać? — zapytał Martinec niecierpliwie.
— Jest gdzieś poza Pragą. Znajdować się może w dziesiątkach tysięcy miejsc, a na wybór wpłynąć mogły tysiące okoliczności; ale my o tem wszystkiem nie wiemy. Gdyby Lida działała z pełną rozwagą i brała w rachubę okoliczności nam nieznane, wtedy nie moglibyśmy odgadnąć, gdzie jest, ale ona obierała cel na ślepo, bez zastanowienia się, zdając się na los szczęścia — możemy więc pokusić się o rozwiązanie. To jest paradoks przypadku.
Gdyby ktoś grał w ruletę według jakiegoś nieznanego nam planu, nie moglibyśmy odgadnąć jego partji; ale jeżeli grać będzie bezplanowo, na los szczęścia, możemy z pewnem prawdopodobieństwem powiedzieć, na którą cyfrę postawi mimowoli; na swój wiek, na liczby, które lubi, na jakąś datę i t. d. Podobnie przedstawia się ta sprawa na loterji i przy innych hazardach. I w tej sprawie z Lidą odgadnąć możemy, dokąd uciekła, ale tylko wtedy, jeżeli ona działała ślepo i bezmyślnie, jak w gorączce.
Ludzie nie stawialiby na loterję, gdyby dla nich sama liczba nie miała jakiegoś osobliwego, niesamowitego akcentu. Miejsce, które Lida wybrała w tym hazardzie, musiało mieć dla niej taki właśnie akcent. Każdy ma sympatję do jakichś miejsc, czasem dlatego, że tam spędził młodość, albo dlatego, że tam nie był jeszcze nigdy, albo, że mu się podoba jego nazwa i do miejsca tego większe zawsze przywiązuje nadzieje, aniżeli do reszty świata — ale to nie należy do rzeczy.
Może pan przypomina sobie czy Lida nie mówiła chętnie o jakichś miejscowościach, czy nie marzyła o jakiemś mieście, do którego chciałaby kiedyś jechać; albo może jej po prostu jakieś miejsce utkwiło w głowie. Lida lubiła przecież zdradzać się ze swojemi fantazjami.
Niech pan sobie przypomni — — — może kiedyś przypadkowo rzucone słowa. Czy przypomniał pan sobie coś takiego?
Martinec milczał pokryty potem osłabienia.
— Więc Lida prawdopodobnie z kimś uciekła — kończył Holub monotonnym głosem — najwidoczniej był to człowiek, z którym z jakiegoś powodu nie mogła się widywać. Według wszystkich danych Lida działała w nagłem uniesieniu, błędnie i szybko i możemy mieć nadzieję, że za schronienie obrała sobie miejsce, które ją już przedtem z jakiegoś powodu interesowało; to jest, najprostszy rachunek prawdopodobieństwa. Jest wprawdzie niepewny, gdyż nie liczy się z tysiącami nieznanych czynników, nie mówi, co się stało, tylko co się najprawdopodobniej stać mogło.
Przypuszczam, że nie powiedziałem nic niezwykłego, gdyż nadzieja zawsze wyrasta z pospolitości. Tem wszystkiem nie przekonam jednak ani pana, ani siebie. Ale gdybym nawet odgadł sam fakt — to jednak to, co Lida przeżyła wewnętrznie pozostałoby również tajemnicą.
Milczenie Martinca nasunęło Holubowi pewne obawy.
Budowałem wszystko na piasku — myślał sobie — na piasku wielu podobnych wypadków. Mój Boże, czy przypadek z Lidą jest ixtym między wielu podobnymi? Czy nie jest cudem życia? A jeżeli mam słuszność — jaką to wszystko ma dla niej wartość i czemże wobec tej wartości są jej nieznane pobudki, cierpienia i decyzje.
Do niej należą tylko pobudki i pokuta; sam „wypadek“ nie toczy się po jej myśli — — — ale swym torem — — — tak jakby jej motywy były tutaj tylko czemś dodatkowem.
Holub przeraził się. Wszystko, co powiedziałem, było obrzydliwie nieczułe i bez serca; na ostatni plan zepchnąłem to, że Lida jest człowiekiem i kobietą, abym tylko przeprowadził swoją niepewną kalkulację. Poniżyłem ją, aby obliczyć jej postępek.
Wielka litość i lęk ogarnęły Holuba. Jak się to dzieje — myślał — że właśnie „zwyczajność“ mych domysłów tak mnie dręczy? Boże! całe nasze życie składa się z takiej zwyczajności, ale my nie zdajemy sobie z tego sprawy i tylko dlatego możemy w tych warunkach żyć i działać. Ale gdy nagle coś najzwyczajniejszego nas zaskoczy i przestraszy i gdy to sobie uświadomimy, wtedy wyda się nam monstrualnem, wtedy spotkamy się z czemś nieosobistem we własnych naszych czynach, wtedy zobaczymy, że nasza wola jest tylko zapowiedzią i przeczuciem czynów, które od nas nie zawisły.
W każdym naszym czynie jest coś przypadkowego, ale przypadek jest otwartą drogą, przez którą w nasze życie wciska się fatum. Fatum nie jest żelazną koniecznością, jest tylko żelaznym przypadkiem.
I to najbardziej pospolite i najzwyczajniejsze jest tylko strasznym, niezłomnym przypadkiem.
Martinec wzruszył ramionami.
— Nie wiem, co robić! Nie mogę niczego przedsięwziąć. Nie mogę otrząsnąć się z wrażenia.
— Ani ja nie mogę otrząsnąć się z wrażenia — odezwał się Holub cicho.
— Będę poszukiwać Lidy — mówił Martinec — ale inaczej — — — Zdaje mi się, że tu konieczny jest jakiś bardziej wewnętrzny wątek. Nie wiem, może ma pan wkońcu słuszność, ale to nie dotyczy Lidy. Może jednak pojadę tam. Ale tym czasem pójdę na ślepo gdziekolwiek; może znajdę na bruku odcisk i poznam ślad Lidy iędzy tysiącam i innych. Zdam się na własny mój los. Może się stanie coś niezwykłego, nieprawdopodobnego, co mi pomoże. Może pan ma słuszność, ale pan nie wie, co to jest poszukiwanie, kierowane miłością.
Martinec ociągał się, czekał, co Holub jeszcze powie, pragnął, by go ten w końcu przekonał — ale Holub milczał.
— Niech więc pan powie — wykrzyknął Martinec — czy pan jest tego pewny — —
— Mniej pewny jestem nawet niż pan — odpowiedział Holub.
Martinec odszedł, dziękował i przyrzekł, że przyjdzie popołudniu. Ale nie przyszedł. Dopiero wieczór otrzymał Holub list od niego.
„Domysły pana potwierdzają się — pisał Martinec — ale istotnie tylko dzięki przypadkowi. Biegałem po mieście bez celu; doprawdy patrzyłem w ziemię i zaglądałem do wszystkich kątów. Wiem, że to było warjactwo, ale nie wiedziałem, co robić. Wkońcu spotkałem pewnego znajomego i ten mi tak sam od siebie (niech pan zwróci uwagę, że i to jest osobliwe) opowiedział, że wczoraj popołudniu spotkał Lidę i odprowadził ją aż do bramy domu, gdzie mieści się szwalnia, gdyż tam miała mieć podobno egzamin. Ale ja wiem, że Lida do szwalni nie poszła, gdyż była tam już rano. Widocznie chciała się tylko pozbyć towarzysza, aby się mogła spotkać z innym. Doprawdy coś skrywała przed wszystkimi.
Muszę panu donieść o czemś niezwykle dziwnem: nagle spostrzegłem, że stoję już długo na ulicy obok dworca; nie wiedziałem wogóle, czego tam chcę. Dopiero wtedy zacząłem odczytywać wywieszony rozkład kolejowy. Miejscowość, która mi przyszła na myśl jeszcze u pana, była zatarta paznokciem, a w zupełnie podobny sposób była zamazana także nazwa innej miejscowości, która mi przedtem nie przyszła na myśl, ale o której Lida z pewnością nieraz mówiła. Wyglądało to tak, jakby to Lida szukała właśnie pociągu na tym rozkładzie. Nie jest to pewność, ale to wszystko tak się niezwykle zgadza, że pojadę tam.
Jeszcze jedno: jeżeli ją znajdę, czy to będzie wynikiem pańskiej teorji prawdopodobieństwa, czy też mojego niezwykłego przypadku? Matka powiedziałaby, że to zrządzenie Boskie. Nie wiem. W tej chwili odjeżdżam.“
Cały następny dzień przepędził Holub w osobliwem napięciu.
Pod wieczór dostał telegram i otwarł go prawie w gorączce. Było tam tylko:
„Byłem napróżno w obu miejscowościach. Martinec.“
Wtedy Holub poczuł niezmierną ulgę. Śmiał się i biegał, jakby przypadła mu nieoczekiwana wygrana. Więc tak nie jest — wołał do siebie — tak nie jest! Lida nie uczyniła tak! Ogarnęły go nieskończona czułość i współczucie dla Lidy; na wargi cisnęły się mu tysiące pół świadomych słów, które powiedziałby jej, albo o niej.
Tego wieczora Holub odczuwał niezbędną potrzebę zobaczenia ludzi. Całego tłumu ludzi. Na ulicach. W kawiarniach. Rozpierała go jakaś konieczność, aby ten dzień przeciągnął się jak najdłużej — przez noc — aż do jutra — aby go nie wypuścić za nic w świecie.
Teraz wydawało się mu to wysoce poetyczne, że Lida uciekła. Był w jakiejś ekstazie, radował się bez miary i nawet nie uświadomił sobie, że jest sam i bardzo cichy w tej nocy. Czuł, że chwila jest zbyt ważna, aby ją wypuścić; niósł w sobie coś rozległego i bał się to w myślach rozdrobić.
Jestem wyswobodzony — myślał i czuł — ale Boże daj, aby odkupienie moje przebaczeniem się stało! Niech nie przebudzę się. Niech trwam w tem! Może Lida śpi — myślał sobie słodko — zagubiona w świecie, jak wiewiórka w lesie. — O jej krokach wiem tyle, co o jej snach. Ale to dobrze, że śni, że życia jej nikt zbadać i dojrzeć nie może — a jeżeli błądzi, niech choć błądzi tak, jak chce i na nieznanych miejscach.
Niech będzie gdziekolwiek! to tylko dobrze, że nie jest na miejscu, które w skazało jej przeznaczenie; daleka jest i powabna i stoi na progu niezliczonych kroków: taką ją teraz odszukam.
Boże! myliłem się; nieszczęście, zbrodnia, albo fatum — każdy, kto chce trafić, mierzy w czarny punkt, w najczarniejsze miejsce na czarnem; ale to najczarniejsze miejsce okłamało mnie, to najczarniejsze i głęboko czarne, to najgłębsze nie stało się.
Cała ta noc była oddechem, ponieważ z serca spadło wielkie brzemię; ale już drugiego dnia nowe ciśnienie przytłaczać poczęło Holuba. Czy się już nie uwolnię od tego? Czy nie potrafię przestać myśleć o nieszczęściu Lidy? Dlaczego tak bardzo troszczę się o przeznaczenie? Odkąd ogarnęło mnie to, jak manja?
Znowu wynurzyła się przed nim młoda dziewczyna taka — jaką widział po raz ostatni. Siedziała na kanapie, skulona, bez ruchu, cicha i napół przytomna i nagle otrząsła się mocno. Wyglądało to, jakby była skulona w jakiejś potwornej dłoni, która się powoli zamyka.
Ten natrętny obraz ściskał mu serce.
Wkońcu przyszedł nowy list od Martinca:
„Drogi Panie!
Takbym pragnął pomówić z panem, ale nie mogę, więc muszę przynajmniej napisać. Lida jest na górze w pokoju i nie śpi. Płacze. Odchodzi od zmysłów. Jest jeszcze ciągle w tem drugiem miejscu, dokąd pojechałem z Pragi. Nie zastałem ich tu, lecz nie mogłem zaraz odjechać. Ale potem, gdy czekałem na połączenie, przyjechali ci, których szukałem. Przepędzili dwie noce w Karolowych Warach, zanim przyjechali tu, do tego niemieckiego odludzia. To jest jedyna okoliczność, której pan nie przewidział. Dotyczący człowiek już znikł, mówiłem z nim niewiele, ale ze zgrozą wspominam o tej rozmowie.
Lida milczy, albo rozpacza płacząc, a mnie żal jej gorąco.
W tym psychicznym stanie nie mogę jej odwieźć z powrotem.
Z trudem przymusiłem ją do tego, aby napisała ze mną widokówki do znajomych w Pradze, ze „wspólnej wycieczki“, którą odbyli brat i siostra.
Jest w niej jakieś proste pragnienie, aby zepsuć się aż do zniszczenia, upodlić się, wywołać skandal — nie mogę tego pojąć, ale liczę na to, że za kilka dni ocknie się.
Tutaj chciała naturalnie przyjechać ona; pobyt w K. V. spowodował on, dopiero, w czasie jazdy. Była to bezwzględna nieostrożność.
Nie mogę panu opisać, jakie sceny przeżyłem; zdawało mi się, że jestem na progu piekła, albo szaleństwa.
Lidzie powiedziałem, że znalazłem ją dzięki niezwykłemu przypadkowi, o którym już panu doniosłem. Zdaję sobie sprawę, że to kłamstwo, ale nie mogę jej powiedzieć, że to pan ją znalazł.
Natomiast liczę na pana, że nas pan po naszym powrocie odwiedzi i będzie pan pierwszy z tych, u których Lida zauważyć powinna, że nikt się niczego nie domyśla. Zależy mi na tem, aby się jak najprędzej uspokoiła.“
Holub upuścił list.
Tak, dla spokoju Lidy. Zwyczajna historja Lidy!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Stanisław Alberti.