Lenin/Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVII.

Ponury nastrój, niby kleszcze zimne, lub śliskie skręty płaza wstrętnego, ściskał serce i mózg Lenina. Czuł się tak, jakgdyby sam przed chwilą wyszedł z więzienia. Chciał się uśmiechnąć, przypominając sobie radość, niemal pijaną, bujną, gdy niegdyś opuścił celę, a furtka więzienna zatrzasnęła się za nim przy ul. Szpalernej w Petersburgu. Nie zdobył się jednak na uśmiech.
Potarł czoło i zaczął chodzić po pokoju, włożywszy wilgotne ręce do kieszeni tużurka.
Uświadomił sobie wkrótce swoje uczucia. Stanowczo nie mylił się. Miał wrażenie, że w straszliwym gmachu, gdzie panował Dzierżyński, pozostawił kogoś, potrzebującego pomocy i obrony. Odczuwał potrzebę powrotu, by zasłonić kogoś piersią swoją... Kogo? Dlaczego?
Wzruszył ramionami i mruknął:
— Djabelnie trudno zabijać ludzi! Zabijać, mając ciągle na ustach słowa miłości dla wszystkich uciemiężonych, nieszczęśliwych, umęczonych!
Zgrzytnął zębami i zacisnął pięści założonych do kieszeni rąk.
— W katowni „czeki“ jęczą i cierpią sami uciemiężeni, nieszczęśliwi bezmiernie, umęczeni męką niewypowiedzianą... Powrócić tam i rozkazać zwolnić wszystkich... zabronić znęcania się, mordu obłędnego! Tak! Tak!
Doszedł do okna i przystanął.
Na placu wewnętrznym przechadzali się żołnierze na warcie.
Smagała ich zamieć, ścinał im krew w żyłach mroźny powiew wiatru.
Nie mieli ciepłego ubrania, więc tupali nogami, bili rękami, biegali, aby się rozgrzać.
Lenin pomyślał:
— Ginęli na froncie za ciemiężców, giną teraz w wystąpieniach rewolucyjnych, będą ginąć haniebną śmiercią, gdyby rewolucja została zdławiona; nie myślą jednak o tem, wszystko znoszą cierpliwie, bo ufają mi i wierzą w rzucone przeze mnie hasła. Wierzą mi! Czyż mogę zawieść ich zaufanie? Posiać w ich sercach rozpacz i zwątpienie? Czyż mam prawo poddać się własnym uczuciom?
Przeszedł się po pokoju i szepnął:
— Nigdy! Nigdy!
Jednak męczący niepokój nie opuszczał go. Drażniła go i gnębiła jakaś niepewność; niejasny, głuchy nakaz brzmiał bezustannie, wołając, aby powracał do ponurego gmachu „czeki“.
Zadzwonił.
— Proszę zatelefonować do towarzysza Dzierżyńskiego, aby się wstrzymał z badaniem aresztowanej Frumkin do mego przyjazdu, — rzekł do sekretarza. — Niech natychmiast podadzą samochód!
Wypił szklankę wody i chodził po pokoju, trzaskając w palce niecierpliwie.
W kwadrans potem zajeżdżał przed gmach „czeki“. Znalazł bramę otwartą i ujrzał oddział żołnierzy, prezentujących broń przed dyktatorem. Spotkał go przy wejściu Dzierżyński, Liaris i Blumkin.
Na podwórzu stał tłum zaaresztowanych tej nocy ludzi. Skulone, drżące postacie, wylękłe, blade twarze, oczy ponure, podle, nikczemnie łaszące się lub obłędnie zrozpaczone.
Lenin, otoczony komisarzami, szybko przeszedł do poczekalni drugiego piętra.
— Chcę być obecnym przy badaniu Dory Frumkin! — oznajmił Lenin, patrząc w zezujące, podejrzliwe oczy Dzierżyńskiego.
Prezes „czeki“ nic nie odpowiedział. Zwierzęca czujność zaczaiła się na kurczącej się, wynędzniałej twarzy. Szarpał małą bródkę i tarł drgające, opuchnięte powieki.
Lenin zrozumiał obawy Dzierżyńskiego i uśmiechnął się łagodnie.
— Towarzyszu! — szepnął, obejmując go wpół. — Ciekaw jestem, co powie Frumkin. Możemy dowiedzieć się od niej rzeczy wielkiej wagi... Podejrzewam, że żydowscy socjaliści z „Bundu“ przyłączyli się do wrogiego obozu. Muszę o tem wiedzieć...
Dzierżyński skinął głową w milczeniu.
Nic nie mówiąc, prowadził Lenina wewnętrznemi schodami nadół.
Przechodząc koło zamkniętych drzwi jednego z pokojów parterowych, rzekł:
— Zabierzemy Fedorenkę...
Pchnął drzwi. Lenin zajrzał i stanął, jak wryty.
Zobaczył stojącą nawprost drzwi szeroką sofę, wyściełaną czerwonym aksamitem. Na jaskrawem, gorącem tle, niby marmurowy posąg, leżała naga postać kobiety. Fala czarnych włosów spływała na podłogę; piękne, wysmukłe biodra, rozchylone bezsilnie, nieruchomo zastygłe w bezwstydnej pozie, ręce, bezwładnie odrzucone, zwisały w omdleniu; bujne, strzeliste piersi groziły swoim bezruchem, niby ostrza włóczni... Śmiercią i zgrozą wiało od obnażonych, wystawionych na spojrzenia ludzkie tajemnic pięknego ciała kobiecego, świecącego w półmroku.
— Dora Frumkin... — wyrwał się Leninowi szept przenikliwy.
— To — kanalja... rozpustnik... żadnej nie przepuści!... — warknął Dzierżyński, wstrząsając ramionami.
Kryjąc się w kącie pokoju, ubierał się w pośpiechu Fedorenko.
— Wlecz ją na badania! — krzyknął Dzierżyński i zaczął się śmiać.
Po chwili żandarm, obleśnie uśmiechając się i poprawiając krawat, wyszedł na środek pokoju. Spostrzegłszy Lenina, wykrzywił twarz i rzekł błazeńskim tonem:
— Taka dziewuszka, że palce lizać! Szkoda było opuścić okazję... Podobne krasawice coraz rzadziej się spotykają... Jestem znawcą kobiet!.. Gotów jestem głowę oddać, jeżeli jakikolwiek rzeźbiarz wykryje w tym cudzie piękności chociaż jedną wadę... Junona, Wenus, Diana, Terpsychora... natura wszystko dała jednej kobiecie!... Fedorenko nie taki niedołęga, żeby nie ocenił tego i nie zakosztował! O, nie! Fedorenko — chłopak zuchowaty!...
Widząc, że komisarze słuchają go spokojnie, zawołał:
— Marja Aleksandrówna!
Weszła otyła, czerwona, lśniąca od potu i tłuszczu kobieta w czarnej halce i niebieskiej bluzce. Kurczyła w uśmiechu zakłopotania i służalczości wstrętną owrzodzoną twarz i kłaniała się raz po raz.
Fedorenko zawołał:
— Marjo Aleksandrówna, potrafiliście uśpić tę boginię antyczną, musicie teraz obudzić aresztantkę i odprowadzić do dużej sali... A niech — no tam chińskie poczwary będą w pogotowiu...
Zwracając się do Lenina, rzekł z ukłonem:
— Możemy zejść do suteryn...
Ruszyli w milczeniu.
Szli długim, załamującym się kurytarzem, wąskim i brudnym.
Dwie latarnie naftowe ledwie oświetlały go z dwóch końców. Kilku szyldwachów chińskich przechadzało się, szczękając karabinami, opieranemi o cementową posadzkę.
Małe, niskie drzwi, zamknięte na kłódki, ciągnęły się z obydwóch stron.
— Niech towarzysz trzyma się zdala od tej celi — uprzedził Fedorenko, patrząc na Lenina.
Ten spojrzał pytająco.
Żandarm zaśmiał się cicho i szepnął.
— Jest to cela „naturalnej“ śmierci! Zarażona wszelkiemi możliwemi chorobami: głodowy i plamisty dur, gruźlica, skorbut, cholera, nosacizna, nawet, zdaje się, dżuma... Wszystko to zastępuje nam katów i oszczędza pracy. Mrą tu ludziska, jak muchy... Mieści się tam stu więźniów, a komplet zmieniamy gruntownie co tydzień...
Znowu się zaśmiał.
— Rozniesiecie epidemję po mieście! — rzekł surowym głosem Lenin.
— To przewidziane! — zaprzeczył Fedorenko. — O, my znamy się na higjenie! Codzień rano... zresztą, uwięzieni nie wiedzą, czy to ranek, czy dzień, czy noc, bo jest to ciemnica, gdzie się pali jedyna mała lampka elektryczna, — wsuwamy skrzynię drewnianą... Więźniowie składają do niej ciała umarłych: Chińczycy zalewaja odrazu wapnem, zabijają skrzynię deskami i wywożą za miasto, gdzie wrzucają do rowów, również napełnionych wapnem... Żadne niebezpieczeństwo nie grozi Białokamiennej Moskwie!
Z innych cel dochodziły krzyki, płacz i jęki ludzi.
— Szaleją z rozpaczy! — uśmiechnął się Dzierżyński. — Jęczą z głodu, bo to dobry sposób na wzbudzenie szczerości w zeznaniach!
Ktoś dobijał się do zamkniętych drzwi i dzikim głosem wył:
— Kaci! Bądźcie przeklęci... Oprawcy!... Pić! Pić!...
— Ach! — zawołał Fedorenko. — To „śledziowcy“!
Lenin zwrócił ku mówiącemu bladą twarz.
— Niektórych karmimy tylko bardzo słonemi śledziami, nie dając im ani kropli wody. Dręczy ich pragnienie, więc złorzeczą! Tacy albo tracą zmysły, albo wpadają w omdlenie. Pierwszych przeznaczamy „na wydatki“, drugim — obiecujemy dużo zimnej, czystej wody... Cha! Cha! Niechybny to środek! Stają się pokorni jak jagnięta...
Lenin milczał, a Fedorenko, widząc w tem niemą pochwałę, prawił dalej:
— Mamy lokale, gdzie zamknięci są ludzie, którym nie pozwalamy spać i doprowadzamy tem do obłędu lub zeznań. W innych znów działamy na upartych „moralnym biczem“. Słyszą oni, że w sąsiedniej celi torturują ich żony lub dzieci... Lecz to wszystko dla najbardziej zatwardziałych! Takich mamy nie dużo... Najczęściej wystarcza nastraszyć parę razy tem, że są już prowadzeni na stracenie... Zaczynają śpiewać wszystko, co wiedzą...!
Fedorenko pobiegł naprzód i otworzył drzwi.
Weszli do sporej sali, o łukowatych sklepieniach, oświetlonej kilkoma jasnemi lampami. W kącie stało biurko i dwa taburety.
Na murach pozbawionych okien, widniały bryzgi i czarne strugi skrzepłej, wżartej w cementowy tynk krwi.
Dzierżyński usiadł przy stole, posunąwszy drugi taburet w stronę Lenina.
Chuda, zaciekła twarz, gorejące, bezsenne oczy i trzęsące się palce Dzierżyńskiego przerażały Lenina. Przyglądał się z lękiem źrenicom nieruchomym i co chwila opadającym powiekom, spostrzegał straszliwą zaciętość i bezmyślne okrucieństwo krzywiących się ust, nie znających śmiechu.
— Torquemada — średniowieczny inkwizytor, czy kat rewolucji paryskiej, Fouquier — Tinville? — przyszła Leninowi do głowy myśl nagła i dręcząca.
Zdawało mu się, że coś nader ważnego zależy od prawidłowej odpowiedzi na to pytanie.
Fedorenko krzyknął do żołnierza, stojącego przy wejściu:
— Biegnijcie po Marję Aleksandrównę! Niech się śpieszy!
Lenin nagle się skrzywił prawie boleśnie.
— Nazywajcie, towarzysze, tę agentkę swoją jakoś inaczej, nie... Marją Aleksandrówną... — szepnął i nagle zmrużył oczy skośne ze wściekłością, gotową wybuchnąć z całą siłą.
— Dlaczego? — spytali ze zdziwieniem. — Towarzyszka Łopatina jest akuszerką i wyświadcza nam niepospolite przysługi w sądowych procesach kobiet.
Lenin, zaciskając pięści, syknął:
— Dlatego, że...
Urwał nagle. Uświadomił sobie, że serce mu się zbuntowało przeciwko czerwonej, otyłej agentce, ośmielającej się nosić imię jego matki, zmarłej przed czterema laty, samotnej, wiecznie stroskanej staruszki.
— Dlatego, że... — powtórzył i spostrzegł w tej chwili szydercze błyski w zimnych oczach byłego żandarma. Pohamował się gwałtownie i uśmiechnął się chytrze. Strzepnął palcami i dokończył głosem beztroskim:
— Ech — drobiazg! Wprost imię to nasunęło mi pewne wspomnienia, nie licujące z tak nieurodziwą osobą, jak obywatelka Łopatina. Ale to — bagatela! Nie zwracajcie na to uwagi, towarzysze!
Śmiał się wesoło, niewymuszenie, powtarzając:
— Jak Marja Aleksandrówna, to — niech będzie Marja Aleksandrówna!
Nie chciał, nie miał prawa pokazać nagle ogarniających go uczuć i słabości przed tymi ludźmi, trzymającymi wysoko sztandar dyktatury proletarjatu i opuszczającymi pięść jego na głowy wrogów.
Śmiał się więc, czując jednak, że spokój i równowaga nie powracają. Gdzieś głęboko w piersi podnosił się drobny dreszczyk, wzmagał się, potężniał i wstrząsał całem ciałem z taką siłą, że aż głowa drżała i kurczyły się barki szerokie.
Do sali wpadła gromada Chińczyków. Krzyczeli chrapliwemi głosami, szczerzyli żółte zęby, krzywili dzikie, ciemne twarze.
Po nich weszło czterech dozorców, prowadząc bladą, słaniającą się Dorę Frumkin.
Pozostała naga, lecz nie usiłowała nawet zasłonić nagości swojej ramionami. Ręce były opuszczone bezsilnie. Tylko oczy ukryła pod powiekami i długiemi rzęsami czarnemi. Za nią wślizgnęła się okrągła, jak kula, Marja Aleksandrówna.
Oskarżoną postawiono przed stołem sędziów.
Mężczyźni ogarniali wzrokiem natchnioną twarz i piękne, budzące zachwyt kształty żydowskiej dziewczyny.
Lenin z zapartym oddechem patrzył na to białe ciało i myślą biegł wstecz, ku tym dniom, gdy zachwycony stał przed marmurowemi posągami mistrzów w Luwrze, Dreznie, Monachjum.
Jednak w tej sali o niskich sklepieniach i mdłej woni nie mógł nie myśleć, że pod białą, gorącą skórą dziewczyny krąży krew, bije serce, miotają się myśli i uczucia, pręży się dusza w rozpaczy i tęsknicy niewypowiedzianej.
Raptem przyszły mu na pamięć urywki z „Pieśni nad Pieśniami“.
— Lepsze są piersi twoje nad wino. Piękne są jagody lica twego, jako synogarlice; szyja twoja, jako klejnoty! Otoś ty jest piękna, a oczy twoje, jako gołębice, włosy twoje jako stado kóz, które zstąpiły z góry Galaad! Zęby twoje, jako trzody owiec postrzyżonych, wychodzących z kąpieli! Jako tkanina karmazynowa wargi twoje oprócz tajemnych twoich; jako połowy równe jabłka granatowego, tak jagody twoje! Jako wieża Dawidowa szyja twoja. Dwie piersi twoje, jak dwoje bliźniątek sarny, które się pasą między liljami!...
Myśli jego przerwał drwiący głos Fedorenki:
— Czy powiesz, dziewko, kto posłał ciebie, abyś strzelała do wodzów narodu?
Zamarła w nieruchomej postawie, świeciła się tajemniczą bielą marmuru, jak kamień milcząca.
— Jeżeli nie wskażesz innych zbrodniarzy, umrzesz w mękach! — zawołał żandarm i, podbiegłszy do dziewczyny, zaczął kopać ją, drapać piersi, wyrywać włosy i pluć w twarz.
— Żydówka, wraża krew! ty... ty...
Jął wyrzucać straszne, ohydne słowa, padające, jak bryzgi cuchnącej, zgniłej cieczy.
Dora Frumkin oczu nie podniosła nawet. Milczała, podobna do głazu nieczułego, obojętna na wszystko, jakgdyby życie już odleciało od niej.
Fedorenko powrócił na swoje miejsce i uderzył pięścią w stół.
— Z tą dziewką nic sobie nie poradzimy — szepnął. — Hej, tam który! Przyprowadźcie tu aresztowaną z siódmej celi!
Nie zwracając uwagi na nikogo, chodził po sali, klnąc ponuro.
Wprowadzono sędziwą żydówkę. Dwuch Chińczyków trzymało ją za ręce.
Ujrzała stojącą nagą dziewczynę i nagle osunęła się na ziemię z jękiem przeciągłym:
— Dora...
— Mino Frumkin! Jako matce oskarżonej o zamach na życie towarzyszy Lenina i Trockiego, radzę wam namówić córkę, aby powiedziała nam prawdę, bo inaczej zginie śmiercią straszliwą!
Stara żydówka jęczała, wbijając zrozpaczone, gorejące oczy w zamarłą nieruchomą twarz dziewczyny.
— Dora... córuchno! — łkała.
Drgnęły powieki dziewczyny, dreszcz wstrząsnął nagiem ciałem.
Na chwilę, krótką, jak gasnąca w mroku iskra, otwarły się oczy płomienne, zajaśniały źrenice i znowu znikły za zasłoną długich rzęs.
W tem jednem spojrzeniu była odpowiedź i rozkaz. Chwytając się za siwe włosy, matka kiwała się i zawodziła głucho, żałośnie:
— A... — a — a... a!
— Może Mina Frumkin wie coś o zamachu? — spytał Dzierżyński, zaciskając kurczącą się twarz i szarpiąc brodę.
— A... a... a... a! — jęczała stara żydówka.
— Postawić tę wiedźmę i zmusić, aby patrzyła! — krzyknął Fedorenko.
Żołnierze podnieśli Minę Frumkin, a otyła, czerwona Marja Aleksandrówna spoconemi palcami rozdzierała jej powieki.
Fedorenko skinął na Chińczyków.
Popchnęli Dorę do muru. Czterech żołnierzy rozkrzyżowało ją na ścianie, a dwuch, wydobywszy noże, stanęło przy niej, oczekując sygnału sędziów.
— Zaczynaj! — warknął żandarm.
Przywarli do nagiego ciała, jak drapieżne zwierzęta.
Rozległ się cichy, przenikliwy syk i ostry zgrzyt zębów.
Chińczycy odbiegli ze śmiechem chrapliwym i skowytem.
Na murze bielało nagie ciało dziewczyny, a krew spływała po niem z odciętych piersi...
— A — a — a — a! — wyła matka, szamocąc się z trzymającymi ją żołnierzami.
— Kto posłał ciebie na morderstwo? — spytał Fedorenko.
Żadnej odpowiedzi. Tylko Mina Frumkin wyła coraz rozpaczliwiej, niby głodna wilczyca, z sykiem i świstem rwał się oddech Dory.
— Dalej!... — rzucił Dzierżyński.
Chińczycy uderzyli nożami w oczy dziewczyny. Płomienne, natchnione rozpłakały się krwawemi łzami...
— A... a... a.... a... — miotało się pod sklepieniem rozpaczliwe, obłędne zawodzenie sędziwej żydówki.
Z głośniejszem syczeniem oddychała męczona.
— Powiedz, kto posłał ciebie... — zaczął Fedorenko, lecz przerwał mu blady Lenin. Skośne oczy ciskały iskry, a palce kurczyły się i prostowały.
— Skończyć! — krzyknął nieswoim głosem, zrywając się z miejsca.
Fedorenko zwrócił na niego zimne, szydercze oczy i z pogardliwą uprzejmością pochylił głowę.
— Skończyć! — powtórzył.
Jeden z Chińczyków uderzył nożem.
Nagie, skrwawione ciało, nagle obmiękłe, skulone, upadło na cementową posadzkę.
W tejże chwili Mina Frumkin wyrwała się z rąk żołnierzy, odtrąciła usiłującą pochwycić ją agentkę, przywarła, wczepiła się rękami w martwe ciało córki.
Żandarm w milczeniu wskazał na staruchę oczami i opuścił rękę ku ziemi.
Nim przyskoczyli żołnierze, stara żydówka podniosła się, i, potrząsając siwą głową rzuciła jakieś słowo.
Hebrajskie, jedno tylko słowo, bo wtem spadł ciężki cios kolby. Zwinęła się i ciałem swojem przykryła umęczoną córkę.
— Twarde sztuki... — mruknął Dzierżyński, zapalając papierosa.
— Zbyt pośpieszyliśmy się... — zauważył Fedorenko niezadowolonym głosem. — Gdyby tak jeszcze pomęczyć... Marja Aleksandrówna ocuciłaby zemdloną... dokonalibyśmy jeszcze parę operacyj... może, powiedziałaby sama, lub ta... stara klacz.
Lenin podszedł do niego i zajrzał mu w oczy.
Wiedział, że, gdyby był tu Chalajnen, kazałby mu przebić bagnetem tego kata, w eleganckim granatowym tużurku. Teraz musi go uderzyć w twarz, obalić na ziemię i deptać nogami, jak gadzinę jadowitą, podłą.
Czuł. że coś nakazuje mu tak postąpić z tym oprawcą w tużurku granatowym i jasnym krawacie.
Już wyciągał z kieszeni pięść zaciśniętą, gdy nagle Fedorenko z uprzejmym uśmiechem, nisko pochylając głowę, przemówił drwiącym głosem:
— Towarzysz Włodzimierz Iljicz przekonał się teraz, że służymy proletarjatowi wiernie i oddanie? Staliśmy się maszyną, która gniecie do szczętu jego wrogów i pozbawia życia odrazu setki ludzi. Proletarjat powinien zwalczyć! Siła i postrach są jedyną bronią jego! Ona ugnie filozofów, uczonych, poetów...
Ten straszny człowiek powtarzał jego słowa!
On — Włodzimierz Lenin, rzucając je w miljonach gazet, ulotek, plakatów i telegramów stał się twórcą „czeki“, wodzem tego szalonego, fanatycznego obłąkańca — Torquemady — Dzierżyńskiego i tej żmii z szeregów żandarmskich, ich ojcem duchowym, ich natchnieniem.
Zrozumiał to odrazu, wszystko przypomniał sobie i uświadomił, wskrzesił w pamięci artykuły wrogów, oskarżających go o to, że ukrzyżował, storturował, pohańbił Rosję.
— Tak, jak Fedorenko, — Dorę!... — pomyślał.
On to uczynił, nie Fedorenko, nie Dzierżyński, nie inni, tylko on, który zwołał pod swoje sztandary dzicz pół-mongolską, pijaną od wódki, krwi i nienawiści, mścicieli, obłąkańców, zbrodniarzy, ponurych katorżników, prostytutki...
On, tylko on — Włodzimierz Uljanow — Lenin, a więc...
Uśmiechnął się do Fedorenki łagodnie i odparł:
— Istotnie, służycie wiernie proletarjatowi! Nie zapomni on o wdzięczności dla was, towarzysze!... Narazie trudno pozostawać obojętnym...
— My już przyzwyczailiśmy się — syknął Dzierżyński. — Coraz szersze koła ludności uważane są przez Radę komisarzy ludowych za wrogów, więc musimy się śpieszyć, aby nadążyć... aby nadążyć za wami, towarzyszu!
— Tak, tak! — kiwając głową, szeptał Lenin, starając się zachować spokój i uprzejmy uśmiech na żółtej twarzy mongolskiej.
Odprowadzony przez Dzierżyńskiego, Fedorenkę i patrol wewnętrzny wsiadł do samochodu i odjechał do Kremlu.
Czekał na niego sekretarz.
— Ważne doniesienia od naszej delegacji pokojowej — rzekł, podając kilka telegramów.
Lenin usiadł przy biurku i odczytywał depesze Trockiego. Zmarszczył brwi i tarł czoło. Wieści nie były pomyślne. Niemcy wystawili nowe, jeszcze bardziej ciężkie żądania. Członek delegacji rosyjskiej, były generał carski, Skałon, pozbawił się życia, zostawiając pełen oskarżeń list.
— Odpowiem jutro, po posiedzeniu Rady, — szepnął. — Proszę zwołać ją na godzinę 8-mą rano.
Sekretarz wyszedł, lecz wkrótce zapukał do drzwi.
— Towarzysz Dzierżyński przysłał motocyklistę z pismem — rzekł, wchodząc. — Prosi o natychmiastową odpowiedź.
Podał kopertę. Lenin otworzył ją i wyjął czerwony arkusik z wyrokiem śmierci dla obywatelki Remizowej, u której przed zamachem mieszkała Dora Frumkin. Na osobnej kartce prezes „czeki“ pisał że skazana wniosła prośbę do towarzysza Lenina o miłosierdzie. Dzierżyński doradzał odmowę, gdyż jakiś stosunek pomiędzy straconą Frumkin a obywatelką Remizową istniał niezawodnie.
— Remizowa?... Remizowa? — powtórzył Lenin. — Kiedyś słyszałem to nazwisko...
Wzruszył ramionami i napisał na czerwonej kartce dwa słowa:
— Wyrok zatwierdzam.
Sekretarz opuścił gabinet.
Lenin chodził po pokoju. Czuł dreszcze i chłód przenikliwy.
Nie mógł się uspokoić.
— Napiłbym się gorącej herbaty... — pomyślał.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina czwarta. Zamieć nie ustawała. Siekła szyby, szeleściła po murach, wyła w kominach.
Lenin starał się o niczem nie myśleć. Wiedział, że natychmiast ogarną go ciężkie zwątpienia, osłabiające wahania, zrodzone pod sklepieniem „czeki“. Tymczasem musiał być twardy, nieustępliwy i spokojny, bo przeczuwał nową potyczkę w Radzie komisarzy. Już zaczął obmyślać plan swego przemówienia i sposób postępowania z najbardziej odpornymi towarzyszami, gdy spostrzegł leżącą na posadzce kopertę listu Dzierżyńskiego.
Podniósł ją i przeczytał czerwony napis: „Wszechrosyjska nadzwyczajna komisja śledcza w sprawach kontrrewolucji, sabotażu i spekulacji“.
— Śledcza komisja? Czeka — uśmiechnął się Lenin, podnosząc ramiona. — Nie! Jest to nieznana dotąd forma sprawiedliwości. Rękawica, rzucona moralności całego świata! Oskarżyciel i — jednocześnie sędzia i kat!... To nie mieści się w żadnej prawniczej głowie zachodniej! U nas, w Rosji, „świętej“ ujdzie! Przecież policmajster Bogatow opowiadał, że chłopi sami oskarżyli cygana i Tatarów o kradzież koni, sami osądzili na śmierć i pokarali ich, zabijając drągami i oddając na pożarcie mrówkom! Chłopów to nie zdziwi, a o nich mnie tymczasem najwięcej chodzi!
Zaśmiał się głośno i kręcił kopertę w palcach. Po chwili spostrzegł, że we wnętrzu jej leży mały, zmięty skrawek papieru.
Rozwinął i krzyknął przeraźliwie.
Była to kartka, na której przed trzema miesiącami napisał dla Heleny Aleksandrówny Remizowej upoważnienie na zwracanie się do niego osobiście w każdej sprawie...
Remizowa! Helena... Remizowa.
Złocista główka, pochylona nad haftem, niebieskie oczy, pełne łagodnych błysków... namiętne usta, posyłające go na zemstę za powieszonego brata... To — ona prosiła go o miłosierdzie?!
Skoczył do telefonu. Wywoływał numer „czeki“.
Dzierżyński długo nie podchodził do aparatu. Wreszcie Lenin usłyszał jego głos.
— Proszę tymczasem zawiesić wyrok nad Remizową i jutro porozumieć się ze mną! — krzyknął zdyszanym głosem.
Dzierżyński nie odpowiadał. Widocznie, przeglądał papiery. Ich ostry szelest wyraźnie dochodził uszu Lenina.
— Obywatelka Remizowa, Helena Aleksandrówna, zamięszana w sprawie zamachu z dnia 1 stycznia roku bieżącego; oskarżonej udowodniono, że w jej mieszkaniu w Petersburgu, przy ulicy Preobrażeńskiej pod nr. 21, przebywała wykonawczyni zamachu, obywatelka Dora Frumkin. Obywatelka Remizowa została skazana na śmierć przez rozstrzelanie — powolnym głosem czytał Dzierżyński.
— Wstrzymajcie wyrok do jutra... — znowu krzyknął Lenin.
— Przed kilkoma minutami powiadomiono mnie, że wyrok został wykonany. Właśnie czytam: Remizowa, No. 1780, przesłana z Petersburga w związku z...
Lenin rzucił słuchawkę i ryczał:
— Przekleństwo... Przekleństwo!... Podły potwór... Kat krwawy... bez serca... obłędny... zbrodniczy....
Zwykle sprawnie pracujący umysł zadał odrazu pytanie:
— Kto? O kim mówisz?
Lenin ścisnął skronie i zawył przeciągle, tak, jak wyła zrozpaczona, oszalała sędziwa żydówka w lochach „czeki“.
— To ja—a! To ja — a — a!
Drzwi się uchyliły i do gabinetu zajrzał zaniepokojony sekretarz.
Lenin odrazu zamilkł, zacisnął zęby, oczy zmrużył i, wkładając ręce do kieszeni, spytał obojętnie:
— Co się stało?
— Zdawało mi się, że... wołaliście, Włodzimierzu Iljiczu...
— Nie! — odparł krótko. — Lecz dobrze, że przyszliście. Siadajcie i piszcie. Będę dyktował.
Chodził po pokoju, kurczył i prostował palce i rzucał urywane zdania:
— Jakkolwiek ciężki będzie pokój dla Rosji... pamiętać... pamiętać musimy, że... wszelkie ofiary... nawet życie swoje... i najbliższych... najdroższych... najdroższych istot... powinniśmy oddać... dla dobra proletarjatu... który wyrwie wrogom wszystko... co w tej chwili straciliśmy...
Sekretarz zapisał i czekał.
Lenin nie odzywał się... Stał przed oknem, nieruchomy.
Głowa dyktatora trzęsła się, szerokie ramiona podnosiły się i opadały... w oczach czuł gryzący żar...
— Mnie nikt, nikt nie zwróci Heleny... Heleny...
Łza stoczyła się po żółtych policzkach, pozostawiając po sobie palący ślad.
Lenin ścisnął palcami gardło, aby nie zawyć, westchnął głęboko, ukradkiem obtarł wilgotne oczy, odwrócił się i głuchym, chrapliwym głosem wyrzęził:
— Jutro dokończymy, towarzyszu... Znużony jestem... Myśl nie pracuje. Ciemno dokoła... zamieć jęczy... mroźno... Noc już głęboka... tylko umierać można... umierać... w taką noc przeklętą!
Spojrzał na zdziwionego sekretarza i nagle krzyknął cienko, przenikliwie:
— Precz! Precz!
Młodzieniec wypadł wylękły.
Lenin odtworzył w pamięci fanatyczną, drgającą twarz Dzierżyńskiego, wzdrygnął się cały, zatkał palcami uszy i oczy, zwarł szczęki i runął na kanapę, sycząc:
— Helenę zabito! Zabito...
Pode drzwiami zmieniali się żołnierze na czatach i powtarzali ponuremi głosami parol nocny:
— Lenin... Lenin...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.