Lenin/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIV.

W Kijowie w domu rabinatu odbywało się potajemne zgromadzenie przedstawicieli izraelickich. Gmach synagogi i przytykające do niej budynki były bacznie strzeżone przez młodych żydów, czających się na rogach ulic i w pobliskim ogrodzie.
W sali radnej przy okrągłym stole siedzieli rabini i cadyki w szatach rytualnych, poważni, skupieni i strwożeni. W głębokiem milczeniu stali wysłańcy gmin, stłoczeni, nieruchomym, gorejącym wzrokiem wpatrzeni w starszyznę.
Powstał podtrzymany pod łokcie sędziwy cadyk i rzekł:
— Izajasz prorok mówił: „Biada narodowi grzesznemu, ludowi nieprawością obciążonemu, nasieniu złemu, synom złośliwym: opuścili Pana, bluźnili świętego Izraelowego, obrócili się wstecz.[1]
Usiadł, głową sędziwą trząsł i ciężko oddychał.
Podniósł się młody rabin przyjezdny i, zwróciwszy się do zebranych, mówił:
— Sędziowie i wierni prawu Mojżeszowemu! Poleciliście mi zbadać, zgłębić sprawę ważną. Uczyniłem to. Rzucam oskarżenie na głowę ukrywających się pod obcemi nazwiskami, złośliwych synów Izraela. Stwierdziłem, że nieprawości czynią i we krwi chadzają. Zbrodnia to przed Panem, bo izraelska krew przelana została przez nich! Zbrodnia to przed ludem naszym! Rosjanie i inne narody, widząc żydów śród morderców nielitościwych, nienawiścią pałać przeciwko nam zaczynają. Poleje się krew narodu wybranego, zginą winowajcy i niewinni mężowie, niewiasty, dziatki! Ze słowami opamiętania zwróciliśmy się do synów złośliwych, w nieprawości trwających, lecz oni tyłem się odwrócili ku Panu. Nie nachylili uszu ku prośbom i radom kapłanów Jego. Serca ich pozostały zimne na proroctwo Izajaszowe, głoszące: „Ziemia wasza ogołocona, miasta wasze ogniem popalone, krainę waszą przed wami cudzoziemcy pożerają i spustoszeje, jako w zburzeniu nieprzyjacielskiem“. Oskarżam przeto nieprawych wielkiem oskarżeniem, podług Miszny i Tosefty, zgodnie z tekstem Makkot, albowiem „zetrze złośniki i grzeszniki społem, a którzy Pana opuścili, będą wyniszczeni“. Oskarżam i żądam śmierci dla nich, jako że prawo dał nam Mojżesz: „Kto uderzy człowieka, a ten zamrze, ma być śmiercią karany“!
Znowu podnieśli rabini cadyka sędziwego, a ten ręką potrząsnął i rzekł poważnym głosem:
— Powtarzam za Ezechielem słowa Jehowy: „Przetoż i Ja będę czynił w zapalczywości: nie sfolguje oko moje, ani się zmiłuje, a gdy będą wołać do uszu moich głosem wielkim, nie wysłucham ich!“
— Amen! — wyrzekli rabini i cadyki, pochylając głowy.
— Amen! — westchnął tłum.
Sługa synagogalny umieścił na stole urnę. Wszyscy obecni stłoczyli się dokoła. Rabin oskarżyciel czytał nazwiska, a drżący, wiekowy cadyk wyjmował z urny kartki.
Cisza zaległa salę.
Rabin wykrzykiwał:
— Salomon Szur!
Cadyk odpowiadał:
— Biała kartka.
— Mojżesz Rozenbuch!
— Biała...
Trwało to długo. Ogłaszano coraz to inne nazwiska, a po nich odzywał się słaby głos starca:
— Biała...
Nareszcie, gdy rabin odczytał:
— Dora Frumkin...
Cadyk podniósł nad głową kartkę i rzekł uroczyście:
— Czarna!...
Prawie do północy odbywało się głosowanie. Czarne kartki wykonawców wyroku śmierci padły na Dorę Frumkin, Kanegissera, Fanię Kapłan, Jankiela Kulmana, Mojżesza Estera i pięciu innych członków gmin żydowskich, które dostarczyły synhedrjonowi nazwisk ochotników, gotowych zgładzić zbrodniarzy, ściągających na cały naród izraelski nienawiść i zemstę świata chrześcijańskiego.
Sala powoli opustoszała. Tylko cadyki, kiwając głowami, długo pozostawali w niej, szeptali coś do siebie i wzdychali.
Tej nocy w tajemnicy zapadł wyrok.
Nikt o nim nie wiedział, bo gmina, jak rój pszczół, umiała działać społem, milczeć i ukrywać zamiary swoje.
Jednocześnie w innem też miejscu była postanowiona śmierć znienawidzonych komisarzy ludowych, srożących się coraz bardziej.
Lenin ani na chwilę nie przerywał swojej pracy. Wytężał wszystkie siły i zdolności swoje, aby zburzyć to, co przeszkadzało mu w budowie nowego życia.
Zwierzał się z planów swoich przed Nadzieją Konstantynówną, właściwie przed samym sobą.
Siedziała milcząca, nieruchoma. Czuła się przedmiotem, niezbędnym w tej chwili wynurzeń Lenina.
— Socjalizm... socjalizm — to mrzonka! — mówił. — Dla niego nie dość rozwoju kapitalistycznego przemysłu i proletaryzowania społeczeństwa. Nie! Dla socjalizmu konieczne jest jeszcze coś, co ma się zrodzić tu i tu!
Z temi słowami uderzył się w czoło i pierś.
— Nie chodzi mi o socjalizm!... Jest niemożliwy, bo ludzkość nie posiada poczucia i potrzeby ofiarności...
Spostrzegłszy, że żona podniosła na niego oczy z milczącem pytaniem, zawołał:
— Tak! Tak! Jestem tylko lawiną, przebijającą gwałtem drogę dla socjalizmu w przyszłości! Teraz chcę zburzyć przeszkody: własność prywatną, indywidualność, kościół i rodzinę. Są to przeklęte twierdze, wstrzymujące postęp! O kapitalistach i burżujach nie myślę. Za miesiąc lub dwa nic z nich nie pozostanie. Nie byli ani zorganizowani, ani nie mieli odwagi przeciwstawić się nam. Idą jak barany pod nóż! Cha! Cha! Trudno będzie z chłopami, bo są najmocniejszymi drobnymi burżujami! Pazurami i zębami trzymają się ziemi...
— Masz jakiś plan? — wtrąciła nieśmiałym głosem Krupskaja. Wybuchnął wesołym śmiechem i odparł:
— Już zabiłem im klina do głowy, opublikowawszy dekret o wykonaniu wywłaszczenia ziemi samorzutnie przez chłopów bez udziału jakiejkolwiek władzy! Już tam piękne iluminacje urządzają nasi potulni, pobożni chłopkowie, podrzynają gardziele i pieką swoich „panów“ w palących się dworach! Teraz udało mi się rozbić partję socjal-rewolucjonistów, przeciągając na swoją stronę ich lewy odłam. Skusiłem ich służbą w „czeka“, gdzie mogą wypuścić, ile zechcą krwi z posiadaczy dużych obszarów ziemi! Będą się starali! Teraz wbijamy w chłopskie łby przeświadczenie, że konstytuanta, jak dziurawa, znoszona podeszew, nikomu nie jest potrzebna, bo ziemię już posiedli na wieczyste władanie!
— Znowu dużo piszesz... nocami — szepnęła Nadzieja Konstantynówna, z niepokojem spoglądając na żółtą twarz męża.
— Cóż chcesz, moja droga? Nasza dyktatura stała się dyktaturą dziennikarzy! — zaśmiał się. — My dopiero dowodzimy potęgi drukowanego słowa, które coprawda natychmiast popieramy czynem!
Odezwał się dzwonek telefonu. Lenin zdjął trąbkę z aparatu. Po chwili wesołym, radosnym głosem mówił do kogoś:
— Bardzo się cieszę! Proszę przyjść. Czekam!
Zwracając się do żony rzekł:
— Za kwadrans będę miał wizytę...
Krupskaja, o nic nie pytając, wyszła.
W kilka minut później zjawił się sekretarz Lenina i zameldował:
— Helena Aleksandrówna Remizowa...
— Proszę! — żywo odparł Lenin i poszedł ku drzwiom.
Do gabinetu weszła Helena. Miała bladą, wzburzoną twarz, usta jej drżały, w oczach migotały iskry gniewu.
— Przychodzę do pana ze skargą! — zawołała bez powitania.
— Co się stało? — zapytał Lenin, uśmiechając się ironicznie.
— Byłam w cerkwi ze swoimi wychowańcami. Ach! To wprost straszne! Wierzyć mi się nie chce! Raptownie wdarli się żołnierze czeki, powypędzali modlących się, szukających ukojenia i pocieszenia!.. Proszę pomyśleć, że to teraz Boże Narodzenie! Żołnierze biją ludzi, bluźnią straszliwie, strącają ze ścian obrazy, wyłamują podwoje, prowadzące do ołtarza, zwlekają z jego stopni biskupa, znęcają się nad nim, a później strzelają do obrazów i krzyżów... To straszne! To może wywołać wybuch oburzenia ludu, wojnę domową!
— A czy lud się sprzeciwiał, odgrażał, wszczynał bunt? — spytał Lenin, spokojnie patrząc na Helenę.
— Nie! W popłochu uciekał, tłocząc się i w ścisku walcząc ze sobą na pięści — odparła, na to wspomnienie wzdrygając się cała.
— No widzi pani, że wszystko idzie jak najlepiej! — zauważył ze śmiechem.
— Ależ były tam dokonane rzeczy straszne — bluźniercze, świętokradzkie! — wybuchnęła. — I wszystko pod płaszczykiem rozkazów Lenina!
— Dlaczego pani mówi w imieniu Boga? — wzruszył ramionami obojętnie. — Czy Bóg się bardzo gniewał? Czy grzmiał? Czy pokarał żołnierzy „czeki“? Pani milczy? Więc, znaczy, nie gniewał się i nie karał? Wyśmienicie! Dlaczegóż pani jest tak oburzona, Heleno Aleksandrówno?...
Nic nie mówiła, z przerażeniem patrząc na niego.
Ujął ją za rękę i rzekł:
— Droga Heleno! Niech się pani uspokoi! Nie zrobiono tego bez mojej wiedzy... Ja jestem temu winien i całkowicie biorę na swoją odpowiedzialność bluźnierstwo, świętokradztwo i wszelkie skutki gniewu bożego. Wszystko! Wszystko!
Przyjrzał się jej bacznie i dodał:
— Widzi pani, ja muszę zburzyć kościół i wyplenić religijność. Są to kajdany, ciężkie kajdany ducha! Kościół prawosławny nie jest wojujący, jak katolicyzm, nie potrafił wyzwolić się ze zbrodniczych rąk rządu. Stał się narzędziem jego, żandarmem duchowym! Uczy bierności, rabiej pokory, posłuchu milczącego!
Przeszedł się po pokoju, poczem mówił przenikliwym głosem:
— Jakżebym mógł z opętanym religijną hipnozą ludem przerąbywać w ciemnym, odwiecznym borze szeroką drogę szczęścia i prawdziwej, dumnej wolności człowieka? Jak?!
— To straszne! — szepnęła.
— Możliwe, lecz czy zrozumiałe? — spytał, pochylając się ku niej.
Milczała, nie mogąc ochłonąć ze wzruszenia i otrząsnąć się ze wspomnień widzianych rzeczy, przejmujących lękiem, niemożliwych do pomyślenia.
Lenin pochylił się jeszcze niżej i suchą, gorącą dłonią znowu dotknął jej ręki.
— Heleno!... Heleno!... niech mi pani wierzy, bo ja nigdy nie mówię pięknie brzmiących frazesów. Niech mi pani wierzy! Dla Boga, jeśli istnieje jakaś wyższa potęga w kosmosie, w owem tajemniczem niebie, bardzo, zresztą, zaszarganem przez Kopernika i Galileusza, a także dla wierzących w bóstwo będzie stokrotnie lepiej, jeżeli ludzie przetrwają okres nowych wstrząsów i prześladowań!
— Nie rozumiem! — szepnęła.
— Wierzący biernie, z przyzwyczajenia, bezmyślnie pobożni staną się bojownikami swego Boga, bronić Go będą i uwielbiać w myśli i sercu. Zjawi się nie religijność, jako środek uciemiężenia, lecz wiara, płomienna wiara apostołów i męczenników, ta, która góry z posad zrzuca i cudów dokazuje! Ta nowa, wyzwolona, krwią i męką ożywiona wiara zrodzi uczucia prawdziwie chrześcijańskie, a z nich najpierwsze — ofiarność — początek i koniec moich dążeń — socjalizm na ziemi! Czy pani zrozumiała, Heleno?
— Tak... — jęknęła prawie z rozpaczą.
Więcej już o tem nie mówili.
Rozmawiali o rzeczach innych.
Rozstali się, mocno uścisnąwszy sobie ręce.
Z szafirowych oczu Heleny sączyły się łagodne blaski. Rozumiała Włodzimierza Uljanowa, przebaczała mu bezwzględność jego, surowość fanatyka i ascety, przekonania twarde, jak skała... Takich ludzi nigdy nie spotykała. Imponował jej, przerażał i zachwycał.
Ze smutkiem myślała, że, gdyby żył syn jej, oddałaby go temu potężnemu człowiekowi, aby służył mu wiernie w imię szczęścia narodu i ludzkości całej.
Ciężkie czasy przeżywał Lenin, chociaż wesołość i bujna swada nie opuszczały go.
Przeciwnicy jego, czując, że knuje coś przeciwko nim i konstytuancie, obsypywali dyktatora ciężkiemi oskarżeniami i oszczerstwami.
Szczególnie chętnie posługiwano się wynikami śledztwa, przeprowadzonego jeszcze przy Kierenskim. Mieńszewicy, posiadający dokumenty sądowe, dowodzili, że Lenin i jego pomocnicy byli płatnymi agentami Niemiec. Opierali swoje twierdzenia na tem, że Rada komisarzy ludowych otrzymała z Niemiec pieniądze przez niejaką Sumenson, mieszkającą w Sztokholmie.
Zarzut był ciężki i wywierał wrażenie w szerokich masach ludności. Nawet komuniści byli zbici z tropu i z powątpiewaniem kiwali głowami, pytając siebie:
— Lenin nic na to nie odpowiada?... To — dziwne!...
Dyktator, dowiedziawszy się o skutkach agitacji przeciwników, zatarł ręce i zaśmiał się wesoło.
— Dobrze! — zawołał i skinął na stenografistkę. — Proszę zapisać krótkie oświadczenie moje i jutro umieścić w gazetach!
Przeszedł się po pokoju i podyktował:
— Pieniądze istotnie były otrzymane od towarzyszki Sumenson. O ich pochodzeniu wiedzą dokładnie Karol Liebknecht, Klara Zetkin, Róża Luxemburg, Franz Platten i inni internacjonaliści zagraniczni. Żądamy stanowczych dowodów, że wskazana suma, niedostateczna jednak aby sprzedać Rosję Wilhelmowi II-mu, pochodzi z kasy głównego sztabu niemieckiego, jak twierdzą oszczercy, którym odpowiemy wkrótce innemi argumentami.
Zaśmiał się wesoło i raz jeszcze powtórzył:
— Do jutrzejszych gazet najgrubszym drukiem!
Po wyjściu stenografistki, telefonicznie porozumiewał się z Dzierżyńskim i Petersem.
W nocy rozległ się niecierpliwy sygnał telefonu.
Mówił Dzierżyński:
— Załatwiliśmy wszystko. Łotysze przyłapali trzech dziennikarzy, posiadających materjały śledztwa. Przed kwadransem zostali straceni...
— Dziękuję! — odpowiedział Lenin. — A miejcie baczne oko nad tą sforą szczekającą!
— Wiemy o każdym ich zamiarze! — brzmiała odpowiedź. — Jutro ma być próbna manifestacja na cześć Zgromadzenia Narodowego, wyznaczonego na 6 stycznia.
Lenin nachmurzył czoło i rzekł:
— Już mówiłem, jak macie postąpić.
— Jesteśmy przygotowani! — doszedł zły, syczący głos Dzierżyńskiego.
Lenin powiesił słuchawkę.
W kilka godzin później, mimo silnego mrozu, stał przy otwartem oknie i nadsłuchiwał. Zastygłe zimowe powietrze dziwnie wyraźnie donosiło odgłosy salw karabinowych i złośliwy, zdyszany turkot kulomiotów.
Na dziedziniec pełnym pędem zajechała motocykletka. Wyskoczył z niej żołnierz fiński i zniknął w sieni pałacu.
Po chwili wchodził do gabinetu dyktatora.
— Manifestacja rozproszona. Około pięciuset demonstrantów poległo. Sztandary i plakaty zerwane i zniszczone. Ludność miasta spokojna. Patrole nasze z kulomiotami czuwają na skrzyżowaniach ulic, towarzyszu! — meldował urywanym głosem.
— Dobrze! Możecie odejść! — rzekł Lenin.
Błysnął czarnemi oczami i szepnął:
— Macie już dwa argumenty, panowie mieńszewicy i ludowcy! Nie obawiajcie się zwłoki — przyjdą inne jeszcze...
O jednym z nich myślał przez całą noc ubiegłą.
Posłał żołnierza po towarzyszy Trockiego, Kamieniewa, Zinowjewa, Stalina, Antonowa, Urickiego, Murałowa, Piatakowa i Dybienkę.
— Jakie wieści z frontu? — spytał, gdy wszyscy wezwani zgromadzili się w gabinecie.
— Bardzo złe! — odparł niechętnie Trockij. — Donoszą nam, że Niemcy zamierzają rozpocząć nową ofenzywę w celu zdobycia Piotrogrodu. Wtedy — koniec rewolucji! W kołach kontr-rewolucyjnych czekają na Niemców, jak na zbawienie duszy!
Lenin się zaśmiał i mruknął:
— To już prawdziwa zdrada! A na nas psy wieszają, że my chcemy pokoju!
— Ludność Piotrogrodu i Moskwy wygląda Niemców, którzy mają przywrócić dawny porządek, wprowadzić na tron dynastję, a z nami zrobić koniec! — zawołał Zinowjew, chwytając się za gęstą, kędzierzawą czuprynę.
Lenin obojętnie wzruszył ramionami.
— Towarzysz prezes zanadto sobie lekceważy sytuację! — zauważył złośliwie Urickij. — Tu trzeba coś obmyśleć, postanowić radykalnie! Nie można się bawić w tępienie innych socjalistów rękami polskiego szlachcica Dzierżyńskiego gdy wróg stoi na progu! Imperjalizm niemiecki jest silny i nie będzie robił żartów, gdy wkroczy do Piotrogrodu, spotykany entuzjastycznie przez ludność.
— Tak! Towarzysz Urickij ma słuszność! — podtrzymał go Kamieniew, porozumiewawczo patrząc na Trockiego.
Lenin słuchał uważnie, a przed jego bacznym wzrokiem nie ukryły się najmniejsze odruchy wrażeń i niewypowiedzianych myśli towarzyszy.
— Wyczuwam, że towarzysz Urickij niezadowolony jest z mego zaufania do Dzierżyńskiego? Nie chcę nieporozumień pomiędzy nami. Dzierżyńskiemu poleciłem drażliwą sprawę, aby nie narażać was — izraelitów na niebezpieczeństwo. Posiadam informacje, że gmina uprzedzała was... Czy tak?
Milczeli chwilę, poczem skinęli głowami.
— No, więc z tem koniec! Chyba zrozumieliście teraz? Dzierżyńskiemu ufam, bo przypomina mi piekielną maszynę, naładowaną nienawiścią.
— To szaleniec, manjak! — zawołał Zinowjew histerycznym patosem. — Czy wiecie, towarzyszu, że on szpieguje nawet nas?!
Lenin uśmiechnął się łagodnie, co zmusiło towarzyszy do szczególnej czujności. Znali ten uśmiech. Wzbudzał obawę, że w tej chwili spadnie ciężki cios, nieodparty, niespodziewany i szybki.
Jednak Lenin zaśmiał się wesoło i rzekł:
— Ten szalony Polak prosił mnie niedawno, abym wyznaczył nadzór nad nim samym. Taki z niego fanatyk! Nikomu, nawet sobie nie wierzy!
— Malinowskiego zwabił do siebie przed tygodniem i kazał zabić! — zawołał Urickij, tupiąc nogami. — Zabił, z pewnością, bo nikt nie widział od tego czasu towarzysza Malinowskiego!
Lenin zmrużył oczy i szepnął:
— Trochę się pośpieszył... Trochę tylko... Tymczasem ten agent carskiej policji więcej nam przyniósł korzyści, niż szkody... No, ale i tak, wcześniej czy później musiał zginąć... Wkrótce nie byłby już nam potrzebny.
Machnął niedbale ręką i rzekł:
— Towarzysze! Przez trzy dni, które pozostają nam do nowego roku, musicie trąbić w prasie we wszystkie trąby jerychońskie, że proletarjat musi chwycić za broń i odeprzeć germańskich imperjalistów od czerwonej stolicy. Skierujcie na to całą energję i zdolności wasze! Puścić w ruch aparat agitacyjny!
— Armja nie zechce podstawiać raz jeszcze swojej głowy — zauważył Antonow ponuro.
— Tak! — mruknął Murałow. — Wiedzą dobrze, że zbraknie nam materjałów wojennych i prowjantu. Na wojnę domową — pójdą, bić się z wrogiem zewnętrznym — nie zgodzą się!
— Poślemy tedy robotników zbrojnych, proletarjat rewolucyjny! — zawołał Lenin. — Francuska rewolucja dowiodła czego może dokazać nawet nieuzbrojony lud!
Trockij uśmiechnął się zjadliwie.
— Francuska, nie rosyjska... — syknął.
Lenin nagle się zaśmiał tak szczerze, że aż mu łzy wystąpiły na oczy.
— Nic nie rozumiecie! — mówił, zanosząc się od śmiechu. — Przecież przewiduję, że jeżeli Niemcy pluną z kulomiotów, — nasze rewolucyjne drużyny rozproszą się, jak stado myszy! Jednak wystąpienie nasze mieć będzie skutki pierwszorzędnej wagi. Posłuchajcie!
Przechodząc od jednego do drugiego, chwytając za ręce i klepiąc po ramionach, objaśniał przez śmiech:
— Rewolucyjna armja wystąpiła... Udekorujemy to urbi et orbi pompatycznie, ho, ho! potrafimy pięknie przybrać ten fakt! Co z tego wyniknie? Zamilkną nasi oszczercy — socjaliści z dogorywającej po Kierenskim Radzie; zamyślą się kontr-rewolucjoniści, marzący o stworzeniu nowej armji ochotniczej; przeciągniemy na swoją stronę oficerów, których już nie puścimy potem; Francuzi i Anglicy podniosą głowy i niezawodnie natrą z nową siłą na zachodzie; Niemcy zmuszeni będą odciągnąć od naszego frontu kilka dywizyj i staną się bardziej podatni do pokojowego z nami traktatu; nasze wystąpienie przeciwko Niemcom raz na zawsze rozwieje podłe oskarżenie nas o służbę na rzecz Germanji; gdyby tak było, musiałby sztab Wilhelma opublikować kompromitujące nas dokumenty, czego nie może uczynić, bo dokumentów takich nie posiada...
Wszyscy się zdumieli.
Był to plan szatański, stworzony w proroczem zrozumieniu stanu rzeczy.
— Machiaveli!... — pomyślał Trockij, z szacunkiem patrząc na żółtą twarz i kopulastą czaszkę Lenina.
— Niech żyje Iljicz! — wrzasnął namiętny Gruzin — Stalin.
Ten okrzyk podchwycili natychmiast Murałow, Piatakow, Dybienko i Antonow.
Po chwili i inni towarzysze przyłączyli swoje głosy do gorącej, żywiołowej owacji na cześć tego mędrca o twarzy mongolskiej i przebiegłych, wesołych oczach drobnego przekupnia.
Lenin śmiał się, umiejętnie ukrywając swoją radość.
Czuł, że odniósł wielkie zwycięstwo i, że towarzysze, na których mu bardzo zależało, stali się w tej chwili jego ludźmi.
Chciał umocnić swój triumf ostatecznie.
— Zrozumieliście mój plan? Zajmijcie się nim starannie i szybko! Ponieważ, jednak, nasza „czeka“ będzie miała dużo pracy, mianujmy, towarzysze, Wołodarskiego szefem wywiadu politycznego, Urickiego — kierownikiem zbrojnych sił tej instytucji, a Dzierżyńskiemu oddajmy najbrudniejszą robotę — sąd. Mówię: najbrudniejszą, bo to i — krwawe dzieło, i takie, za które przeklinać nas będą, ponieważ sąd ten nie będzie normowany żadnem innem prawem, oprócz osobistego przekonania prokuratora, sędziego i... kata w jednej osobie. Zgoda?
— Nie protestujemy! — odezwali się towarzysze.
— Doskonale! Do roboty zatem! — zakończył naradę Lenin.
Towarzysze wyszli, a on biegał po pokoju, zacierał ręce i, mrużąc oczy skośne, chytre, śmiał się cicho, urągliwie.
W trzy dni później syrena, ustawiona na dachu Smolnego Instytutu, ryczała długo, groźnie, rzucając nowe hasło, poprzednio zapomocą dzienników i agitatorów wbite w głowy robotników, chłopów okolicznych i różnych wyrzutków, wykolejeńców, zbrodniarzy, kręcących się koło „rządu proletarjatu“.
Lenin nie pomylił się.
Wszystko, przewidziane przez niego, dokonywało się niby na rozkaz wprawnego reżysera. Zmylił, oszukał, zwiódł wszystkich: aljantów carskiej Rosji, Niemców, kontr-rewolucjonistów, socjalistów, proletarjat i... własnych towarzyszy.
Myśląc o nich, Lenin krzywił usta i szeptał:
— Oni się boją konstytuanty, jako najwyższego wyrazu woli ludu... Teraz ten wyraz gnieździć się będzie we mnie... Ja zaś rozpędzę lub zgniotę konstytuantę, podpiszę pokój i zacisnę wszystko w jednym roku... Nikt mi się nie oprze teraz!
Postanowił zadać nowy cios sprzeciwiającym się dyktaturze proletarjatu socjalistom. Kazał zwołać wielki wiec informacyjny w maneżu Michajłowskim. Krzyczały o tem wszystkie dzienniki; czerwone afisze i plakaty, rozwieszone na ulicach, nawoływały ludność na wiec, wyznaczony na pierwszego stycznia r. 1918.
W wilję tego dnia w gabinecie Lenina zjawił się Wołodarskij w towarzystwie nieznajomego człowieka o niespokojnych ruchach i biegających oczach.
— Przyprowadziłem towarzysza Guzmana, mego pomocnika, — rzucił Wołodarskij. — Mamy do zakomunikowania ważną sprawę. Czy tu nikt nas nie podsłucha?
Lenin wzruszył ramionami i odparł z uśmiechem:
— Tu? Chyba nikt...
— Towarzyszu, posiadamy bardzo ważne i zupełnie ścisłe informacje. Pewna organizacja przygotowuje zamach...
— Na kogo? Na mnie? — spytał.
— Nie wiemy dokładnie na kogo. Powiadomiono nas tylko, że na komisarzy ludowych — szepnął Guzman i podniósł palec do góry.
— Jakaż to organizacja? — zadał pytanie Lenin i z ciekawością czekał odpowiedzi, nie spuszczając podejrzliwego wzroku z oczu komisarzy.
Po krótkim namyśle odpowiedział Wołodarskij:
— Organizacja mieszana... Wchodzą do niej biali oficerowie i socjal-rewolucjoniści... o ile wiemy...
— Posiadacie nieścisłe informacje! — zawołał Lenin. — Carscy oficerowie nie biorą w tem udziału. Mogli tysiąc razy targnąć się na zamach, a nie uczynili tego. Są pozbawieni ducha i odwagi... Żywe trupy polityczne! Socjal-rewolucjoniści, albo... Zresztą nie ma to znaczenia! Cóż poradzimy na te knowania? Znacie domniemanych wykonawców zamachu?
— Nie! Wiemy tylko, że zamach jest przygotowany — odpowiedział Wołodarskij. — Przyszliśmy, aby powstrzymać was, towarzyszu, od zamiaru wystąpienia na jutrzejszym wiecu!
Lenin przeszedł się po pokoju.
Zaciskał ręce i śmiał się.
— Powstrzymać mnie? Zapowiedziałem przecież swoją mowę! Wystąpię, towarzysze! — odparł.
Patrzyli na niego ze zdumieniem.
— Myślicie, że można mnie nastraszyć? Człowiek, który oddawna o sobie nie myśli, nie zna strachu. Wiecie, przecież że zagranicą chodziłem samotny na rozmowy z agentami policji politycznej? Pamiętacie, że po przyjeździe do Piotrogrodu, przed wystąpieniem lipcowem, odwiedzałem koszary i wygłaszałem mowy. Przechodziłem wtedy wśród szeregów nienawidzących mnie, uzbrojonych oficerów dawnej gwardji carskiej i żołnierzy, przekonanych, że jestem zdrajcą ojczyzny, i gotowych rozszarpać mnie. Było to nie raz i nie dwa, a dziesięć, dwadzieścia! Rezultat był zawsze jeden i ten sam! Po mowie mojej żołnierze wynosili mnie na rękach, a oficerowie zmuszeni byli się ukrywać przed gniewem oszukanych przez nich szeregowców! Tak będzie i teraz. Skoro zacznę mówić, nikt już nie odważy się napaść mnie. Nikt!
Długo spierali się jeszcze komisarze, lecz Lenin był nieubłagany. Miał myśl rzutką, elastyczną, bo łatwo przechodził od jednego postanowienia do drugiego, uważając je za lepsze, praktyczniejsze, lecz w wypadkach wzięcia odpowiedzialności na siebie i narażenia życia nie znał wahania.
Musieli mu więc ustąpić.
Nazajutrz o godzinie 11-ej wchodził już do maneżu, zatłoczonego tak szczelnie, że ludzie poruszać się nie mogli. Gdy stanął na mównicy i spojrzał na tłum, wydało mu się, że widzi olbrzymi łan, gdzie chwiejące się głowy, niby kłosy dojrzałe, tworzyły fale.
— W takim ścisku nikt strzelić nawet nie potrafi — pomyślał, z uśmiechem dobrotliwym patrząc na najbliższe szeregi widzów.
Przez całą godzinę głuchym, chrapliwym głosem, wymachując rękami i tłukąc niemi w mównicę, niby młotem w kowadło, podkreślając ruchami łysej czaszki najważniejsze pojęcia, wbijał Lenin w głowy słuchaczy kilka niezbędnych myśli, powtarzając je wkółko w coraz to innej formie i odmiennym, bardziej stanowczym tonem.
Objaśniał konieczność obrony przed imperjalizmem niemieckim, obiecywał prędki koniec wojny, która zakończy się skierowanem do proletarjatu błaganiem germańskiej burżuazji o pokój.
— Wy go nie dacie rządowi Wilhelma, — wołał Lenin, — bo wiecie, że lada dzień powstanie w Berlinie socjalistyczny rząd Karola Liebknechta, z którym warunki pokoju będą warunkami wojny z kapitalizmem Anglji i Francji o dyktaturę proletarjatu w Europie! Wy tylko — robotnicy i wieśniacy Rosji, jesteście awangardą światowej rewolucji! Wieśniacy mają w posiadaniu całą ziemię i dostarczą walczącemu proletarjatowi potrzebnych produktów w imię wolności, równości, wiecznego pokoju! Baczcie tylko, aby wrogowie nie oszukali was! Już teraz żądają od nas posłuchu dla konstytuanty, do której wejdą jawni i tajni zdrajcy pracującego ludu!
Podniosły się krzyki stronników i przeciwników Lenina.
Dyktator mówił dalej.
Doszedł wreszcie do opisu dobrobytu, jaki zapanuje w Rosji, gdy wszyscy pracować będą, jako bracia, dla ogółu, gdy zapomną o ciężkich latach niewoli i ucisku; pytał surowo, niby ojciec, upominający dzieci:
— Czyż myślicie, towarzysze, bracia i siostry, że dla przyszłego szczęścia waszego nie warto przetrwać kilku miesięcy niewygód, niedostatków i wysiłków?
Zerwała się burza okrzyków:
— Niech żyje Lenin! Ojciec nasz! Wódz! Opiekun! Obrońca! Prowadź nas! Naucz!
Lenin podniósł rękę i krzyknął:
— Pamiętajcie, coście postanowili w tej chwili. Obrona kraju! Praca i chleb dla armji! Odrzucenie konstytuanty, która nową waśń rozpali w narodzie i więzy na wieśniaków nałoży nieskruszone!
— Pamiętamy! Przysięgamy! — ozwały się okrzyki.
Tłum drgnął, docisnął się do mównicy, porwał Lenina i, podając go sobie z rąk do rąk, wyniósł z maneżu.
Lenin wsiadł do samochodu, a za nim chciał wsunąć się Trockij.
— Nie! — rzekł dyktator. — Mam do pomówienia z towarzyszem Plattenem. On pojedzie ze mną!...
Szwajcarski internacjonalista natychmiast wszedł do samochodu.
Lenin uśmiechał się i myślał, że poco miał jechać z Trockim, nad którego głową zaciężył wyrok, wyraźnie brzmiący w słowach deputacji żydowskiej? Najlepszą towarzyszką odwagi jest ostrożność.
Myśli te przerwały dwa strzały rewolwerowe.
Ich suchy trzask ledwie przebił się przez zgiełk okrzyków i wycie tłumu, wylęgającego z maneżu.
Siedzący obok Lenina Platten jęknął i schwycił się za ramię. Przez zaciśnięte na rękawie palce sączyła się krew.
— Jestem ranny... — szepnął.
Samochód całym pędem ruszył z miejsca.
Lenin obejrzał się. W ścianie samochodu spostrzegł dwa otwory od kul.
— Dobrze strzelali, — pomyślał, — lecz niezupełnie..
Skrzywił usta pogardliwie.
W korytarzach Smolnego Instytutu natychmiast zaroiło się od towarzyszy. Komisarze ludowi, przedstawiciele wszelkich organizacyj, komitetów i dowódcy wiernych pułków przybywali, aby dowiedzieć się o zdrowie swego wodza i o szczegóły zamachu.
Lenin spotykał wszystkich życzliwie i śmiał się wesoło, mówiąc:
— Nie mam pojęcia o tem, kto strzelał do mnie. Śledztwo zarządzone. Towarzysz Dzierżyński pokaże, co umie.
Najwyższy sędzia nie zjawiał się tymczasem. Telefon w jego biurze nie odpowiadał wcale. Posłany po niego motocyklista powrócił z wiadomością, że towarzysz Dzierżyński od rana nie był widziany w gmachu „czeki“. Łotysze, stojący na wewnętrznych posterunkach, spostrzegli go wychodzącego o godzinie 7-ej rano na ulicę. Od tego czasu nie powracał.
Antonow, pełniący obowiązki komendanta pałacu, wzmocnił posterunki na korytarzach, schodach i dokoła gmachu. Dopiero późno w nocy wyrzucił „Smolny“ ze swego wnętrza obcych ludzi. Na najwyższem piętrze, gdzie mieszkali Lenin i inni komisarze, zapanowała cisza.
Dyktator siedział w swoim pokoju i spokojnie pisał artykuł, w którym gromił burżuazję i jej najemnych morderców za zamiar zadania rewolucji śmiertelnego ciosu w plecy.
Pisał, rzucając na papier krótkie, dobitne zdania, najeżone cudzysłowami, znanemi każdemu cytatami z Pisma Świętego i wyjątkami z bajek najpopularniejszych, dosadnych i złośliwych.
Tak się zagłębił w pracy, że nie słyszał cichej rozmowy za drzwiami i szmeru kroków człowieka, stąpającego po kobiercu, okrywającym pokój.
Ujrzał go przypadkowo, podnosząc od papieru oczy, aby przypomnieć sobie końcową strofę bajki Kryłowa o „Świni i dębie“.
Przed nim stał Dzierżyński. Zimne oczy wbił w oblicze dyktatora i krzywił kurczące się usta.
— Szukałem was przez cały dzień... — rzekł Lenin, uśmiechając się do straszliwie drgającej twarzy Dzierżyńskiego.
— Wiem, — odparł, — byłem na mieście... Szukałem sprawców zamachu. Jeszcze wczoraj mówiłem Wołodarskiemu, gdzie ma ich znaleźć... Nie chciał, czy nie śmiał...
Spojrzał znacząco na Lenina i długo wytrzymywał ostry, badawczy blask czarnych oczu mongolskich.
— No, i cóż? — spytał Lenin.
— Pochowali się, jak krety pod ziemię, — szepnął, — lecz ja ich wytropię. Kazałem aresztować Wołodzimirowa...
— Mego szofera?! — wykrzyknął Lenin.
— Waszego szofera... On był w zmowie z zamachowcami — szepnął Dzierżyński. — Zresztą, przekonacie się wkrótce, towarzyszu. Zostawcie tylko tę sprawę mnie!
Lenin skinął głową i wzruszył ramionami.
Dzierżyński, nic nie mówiąc więcej, opuścił pokój.
Dyktator znowu pochylił się nad biurkiem.
Cicho skrzypiało pióro. Duże litery pisma wiązały się w krzywe, faliste linje, nad któremi, jak nad zaroślami krzaków, podnosiły się do wysokich drzew podobne — wykrzykniki, znaki zapytania i cudzysłowy bez końca.
Praca szła swoim trybem. Rewolucja proletarjatu nie dopuszczała zwłoki, chwiejności, obawy, cofania się, wzruszeń, pozbawiających równowagi.
Albo wszystko, albo nic! Albo zaraz, albo nigdy!
Lenin pisał... Szeleścił papier. Jak cykanie zjadliwego owadu cienko zgrzytało pióro.
W korytarzu i na dworze rozlegały się twarde, ciężkie kroki.
Zbrojni w karabiny i granaty Łotysze strzegli proroka wolności i szczęścia nędzarzy, gotowi w każdej chwili porwać, przebić bagnetem, rozszarpać śmiałka, wdzierającego się do kuźni promiennego jutra...


Przypisy

  1. Proroctwo Izajaszowe, I. 4.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.