Lenin/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Ciemna noc listopadowa wisiała nad Piotrogrodem. W łożyskach ulic warstwił się mrok, ciężki, mroźny. Rzadkie latarnie, pozostałe po krwawych dniach lipcowych i nie ustających walkach, oświetlały słabo wyboistą jezdnię Newskiego Prospektu, mętne, ciemne okna domów i wystawy sklepowe, zabite deskami.
Prószył śnieg.
Tu i ówdzie z wnęk bram wyglądały blade twarze żołnierzy i czarne czapki policjantów. Głucho szczękały opierane o chodniki kolby karabinów. Błyskały ostrza bagnetów.
Ulica była pusta. Cisza czaiła się wszędzie, groźna, pełna naprężonej, czujnej trwogi.
Nagle od wybrzeża kanału Mojki rozległ się łoskot otwieranej bramy i drugi — głośniejszy zatrzaskiwanej, ciężkiej furty.
Szybkie kroki idącego człowieka odezwały się trwożnem echem, odbijającem się od domów opustoszałej ulicy.
Przechodzień, nasunąwszy czapkę z daszkiem na oczy i podniósłszy kołnierz, wyszedł na Newski Prospekt i skręcił ulicą Morską ku łukowi, prowadzącemu na plac Zimowy.
Pod olbrzymią arką kroki rozlegały się jeszcze donośniej, huczały niby warkot bębna.
Idący już widział przed sobą ciemne kontury pałacu Zimowego i wysmukłą sylwetkę kolumny aleksandrowskiej; zamierzał przeciąć plac, kierując się ku wyspie Bazylijskiej, gdy od strony białego gmachu Admiralicji gruchnęło kilka strzałów.
Kule z lekkiem klaskaniem uderzyły w mur i odłupały tynk, z szelestem spadający na przysypany śniegiem chodnik.
Przechodzień potknął się i runął na jezdnię.
— Cha! Cha! — zasyczał z poza grubych bloków granitowej podstawy łuku śmiech. — Szczekacz Kierenskij boi się o swoją skórę. Ktoś jeszcze broni pałacu i osoby kuglarza rewolucji! Jak myślicie, towarzyszu Antonow-Owsienko, co będzie jutro?
Mówił to człowiek małego wzrostu, o szerokich barach i dużej głowie, tonącej w starej czapce robotniczej.
Jego towarzysz — blady, chudy, odziany w płaszcz żołnierski, wzruszył ramionami i, zdejmując okulary, odparł:
— Włodzimierzu Iljiczu, ja już swoje słowo powiedziałem. Stolica jutro do wieczora zostanie zdobyta... Dwa dni biegam po wszystkich fabrykach i koszarach. Czterdzieści tysięcy uzbrojonych robotników, pułki Pawłowski i Preobrażeński na pierwszy rozkaz Lenina wyjdą z bronią na ulicę. Od was teraz wszystko zależy...
— Jam gotów! — syknął Lenin.
Mongolska twarz skurczyła się, przez wąskie szparki zmrużonych, skośnych oczu połyskiwały czarne źrenice, oświetlone latarnią elektryczną.
— Jam gotów! — powtórzył. — Tylko oni jeszcze się wahają...
— Kto? — zapytał Antonow. — Zinowjew, Kamieniew?
— Tak! Oni, a i inni, oprócz młodzieży, nie są pewni zwycięstwa. Muszę ich przekonać, bo zaczynać bez wiary w triumf byłoby zbrodnią przed proletarjatem!
— Cofać się już nie możecie! — zawołał Antonow. — W swoim artykule zapowiedzieliście stanowczo termin walki o władzę komunistów. Cofać się za późno!
— Ja się nie cofam! — zaśmiał się Lenin. — Ja tylko dążę do osiągnięcia ogólnego porywu i wysiłku największego.
— Rzeknijcie słowo, Włodzimierzu Iljiczu, a za godzinę nie będzie opornych... — mruknął Antonow i ponuro spojrzał na Lenina. — Wyrżnę chociażby cały centralny komitet partji i całą Radę robotniczych i żołnierskich deputatów!
Trzeci, ukryty w ciemnem załamaniu muru, zgrzytnął zębami.
— Co wam jest, towarzyszu Chalajnen? — spytał Lenin.
Łamaną mową odpowiedział:
— Znacie fińskich rewolucjonistów, ochraniających was? Powiedźcie, a my zrobimy porządek... Nikt już nie będzie miał odwagi sprzeciwiać się wam...
Znowu zgrzytnął zębami i wyprostował się. Był jak młody dąb, twardy, nieugięty.
Lenin śmiał się cicho.
— Obaczymy... Dzisiejsza noc pokaże — szepnął. — Teraz chodźmy!
Nie kryjąc się, wyszli na Newski prospekt, rozmawiając głośno o rzeczach obojętnych.
Zatrzymano ich koło pałacu Aniczkowskiego.
Patrol przeglądał legitymacje.
Były wydane na imię sekretarzy Rady robotniczej i delegata, powracających z pałacu Zimowego, gdzie rezydował rząd tymczasowy.
Poszli dalej.
Na ulicy, gdzie podziemnem korytem przepływała rzeczka Ligowka, spostrzegli przed gmachem dworca kolejowego patrole żołnierskie, a w bramach wszystkich domów — zaczajone kupki ludzi — młodych i starych, w ubraniach cywilnych i w wojskowych płaszczach.
Posuwając się w stronę pałacu Taurydzkiego, spotykali coraz liczniejsze gromady robotników i żołnierzy, ukrytych w półciemnych zaułkach i we wnękach domów. Samotne postacie i znaczniejsze tłumy ciągnęły ku Ligowce i placowi Znamienskiemu. Dalekie przedmieścia wyplusnęły te milczące groźne cienie, czające się i czołgające w mroku nocnym, łożyskami ubogich, brudnych ulic.
— Awangarda proletarjackiej rewolucji!... — szepnął Lenin i zatarł ręce. — Ci nie zdradzą!
— Nie zdradzą! — powtórzył Antonow. — Innych zgromadziliśmy wpobliżu poczty, fortecy i gmachu Banku Państwowego...
Umilkli, szybko idąc naprzód.
Doszli do dużego, rzęsiście oświetlonego gmachu, otoczonego obszernym ogrodem. Nie zdejmując palt i czapek, weszli do sali, zatłoczonej robotnikami, żołnierzami, studentami.
Spostrzeżono ich odrazu. Po sali przebiegł szept zdumienia:
— Włodzimierz Lenin! — Kierenskij kazał aresztować go... Lenin nie zna strachu!
Towarzysze tymczasem zamaszystym krokiem przedzierali się przez tłum, dążąc do stołu prezydjalnego, stojącego na wysokiem wzniesieniu.
Lenin wszedł na estradę, zerwał z głowy czapkę i, mnąc ją obydwiema rękami, zaczął mówić.
Głos jego brzmiał brutalnie, myśli padały twarde, proste, zrozumiałe; frazesy krótkie, nie upiększone fachową wymową, urwane nieraz na półsłowie, uderzały, jak ciężkie kamienie; była to mowa pełna siły wewnętrznej, przekonania niezwalczonego, swady niemal szalonej, gotowej wybuchnąć w nienawiść i bluźnierstwo.
Łysa czaszka miotała się w mętnem, przepojonem dymem powietrzu, podnosiły się, niby młoty i biły w stół pięści, zapalały się i gasły ognie w oczach, które wszystko ogarniały, badały każdą twarz, odpowiadały na każdy wykrzyknik, groziły i pochwalały, oceniały najdrobniejszy szczegół, nieuchwytny grymas na obliczach zgromadzonych.
Mowa była długa, lecz Lenin, niby wbijając gwoździe w drzewo, co raz to powtarzał jedną i tę samą zwrotkę:
— Oczekiwać dłużej byłoby zbrodnią! Byłoby zdradą rewolucji! Powstanie zbrojne powinno być rozpoczęte natychmiast! Rząd obecny nie ma ani zdrowego sensu, ani planu, ani sił, ani ratunku. Ulegnie nam! Zawarcie pokoju zaproponujemy jutro! Ziemię wieśniakom — natychmiast! Fabryki — robotniczym masom natychmiast! Albo zwycięstwo rewolucji, albo zwycięstwo reakcji!! Jeżeli zbrojne powstanie wybuchnie dziś — zwycięstwo, jeżeli będziemy zwlekali — klęska! Zwłoka to — zbrodnia, to — zdrada! Zwycięstwo nasze będzie wymagało dwuch lub trzech dni bitwy. Niech żyje socjalna rewolucja! Niech żyje dyktatura proletarjatu! Niech żyje zbrojne powstanie!
Zerwała się burza okrzyków, oklasków; do Lenina cisnęli się, tłocząc i przedzierając przez tłum robotnicy, żołnierze; ludzie krzyczeli, wyciągali do niego ręce, bili się w piersi. W tym zgiełku utonęły krzyki protestów i głosy, wołające:
— Szaleństwo! Utopja!
Na estradę wbiegł nagle olbrzymi marynarz i głosem, pokrywającym zgiełk i hałas, oznajmił:
— Krążownik „Aurora“ na wezwanie towarzysza Lenina rzucił kotwicę na Newie! Działa jego skierowaliśmy na fortecę i pałac Zimowy! Czekamy sygnału!
Nieopisany entuzjazm ogarnął całe zgromadzenie. Nawet ci, co przed chwilą protestowali, krzyczeli teraz wraz z innymi:
— Niech żyje zbrojne powstanie!
Lenin uderzył pięścią w stół i podniósł wysoko nad głową rękę z zaciśniętą w niej czapką:
— Towarzysze! O świcie musicie być na miejscach, na najniebezpieczniejszych miejscach, w szeregach awangardy rewolucji! — wołał chrapliwie.
— Niech żyje Lenin! — rwały się i wybuchały nowe okrzyki.
Powstał zgiełk, zamieszanie: ludzie wybiegali z sali, tłoczyli się przy drzwiach, szukając swego ubrania. Inni otoczyli stół prezydjalny i słuchali, co mówił człowiek o bladej twarzy i zaciętych wargach; wbił czarne oczy, kruczą czuprynę, rozmiotaną w nieładzie, pochylił nad mapą i, zdawało się, groził haczykowatym nosem, na którym połyskiwały binokle.
— Tak! Tak! Towarzysz Trockij ma rację! — potakiwali chorąży Krylenko i barczysty marynarz Dybienko, wpatrując się w plan Piotrogrodu.
— Wysłać telegram do towarzysza Murawjewa, aby zaczynał „katarynkę“ w Moskwie — rzekł Lenin, dotykając ramienia Trockiego.
— Telegram przygotowany! — odparł Trockij, patrząc przez szkła binokli zuchwałemi, świdrującemi oczami. — Towarzysz Wołodarskij pojedzie na telegraf i wyśle depeszę.
— Czy uda mi się oszukać baczność rządowych cenzorów? — zapytał młody student.
— Telegraf w naszym ręku od południa. Cenzorowie przyłączyli się do partji — rzekł Antonow.
Lenin zaśmiał się głośno, zaczął pocierać ręce i chodzić po estradzie, powtarzając:
— A, to dobrze! To dobrze!
Nagle spoważniał i skinął na Antonowa.
— Zaczynajcie, towarzyszu, natychmiast, aby się nie cofnęli ci, co nie mają odwagi!
Człowiek w żołnierskim płaszczu nic nie odpowiedział i wybiegł z sali.
Lenin usiadł na uboczu i nie słuchał narad dowódców, którzy nazajutrz mieli poprowadzić proletarjat na zwycięstwo lub na śmierć.
Wydobył z kieszeni kajet i zaczął pisać.
Zbliżył się Trockij i ze zdumieniem patrzał na niego.
— Piszę artykuł, coś nakształt naszego manifestu; powinien on stanowić podwaliny nowego prawa — odpowiedział Lenin na milczące pytanie towarzysza. — Zróbcie wszystko, aby ten artykuł był jutro w dziennikach.
— Otoczę drukarnię „Prawdy“ bataljonem Pawłowskiego pułku i dziennik z artykułem waszym zjawi się — rzekł Trockij.
Lenin zaczął się śmiać, zacierać ręce i powtarzać:
— Dobrze i tak, jeżeli inaczej nie można!... Dobrze i tak!
Dokończył i oddał zapisane arkusiki Trockiemu.
Dotknął jego ramienia i spytał:
— Jak będziemy tytułowali naszych ministrów? Ministrami nie możemy ich nazywać. Stary to i znienawidzony tytuł! Pomyślcie tylko! Minister Plewe, minister Goremykin, minister Kierenskij... Do djabła! To — na nic! Samo takie zestawienie może wzbudzić w masach nieufność i zgubić całą sprawę. Minister — to przeklęte, potrzykroć przeklęte słowo!
— Może... „komisarzami ludowymi“ — poddał myśl Trockij.
— Ludowy komisarz?... — mruknął Lenin. — Ludowy komisarz... Może, to i dobre?... Pachnie rewolucją, a to grunt dla mas... Komisarz ludowy!... Zupełnie dobrze!
Zatarł ręce i rzekł ze śmiechem:
— Już pisałem w naszych dziennikach o tem „Czy utrzyma proletarjat władzę w swoich rękach“. Że władza zostanie zagarnięta — o tem już nie może być mowy i wątpliwości. Lecz jak ją utrzymać — należy wyjaśnić tłumom...
— To sprawa dalsza! — odparł Trockij. — Najpierw musimy dojść do władzy, a później...
Lenin zmarszczył brwi i gniew zapalił zimne ognie w oczach skośnych.
— Nic na później! Wszystko odrazu!... Ja wiem, co należy czynić. Nie jestem tylko pewny centralnego komitetu partji komunistycznej i wszelkich ugodowców. Może zechcą bawić się w sentymentalizm i prawowierność burżuazyjną? Do djabła! Ja jeszcze zagranicą wszystko sobie ułożyłem. Znam lud rosyjski od dna do szczytów. Na górze panuje utopja i brak woli, dalej przepaść, a na dnie — nieporuszone, uśpione siły! Obudzić je — to nasze zadanie. A droga, prowadząca do celu — wyraźna, raczej nie droga, lecz bita szosa!
Trockij pochylił głowę i pytająco spojrzał na przyjaciela.
— W jaki sposób doszliśmy do wypadków dnia dzisiejszego i do tej sali? — ciągnął Lenin. — Drogą zrozumienia niemych dążeń mas i zgody na żądania ich instynktów. Były one znużone i zgnębione wojną, więc rzuciliśmy hasło: „Precz z wojną“! Chłopi niechętnie patrzyli na zabieranie im ludzi od pługów — hasło nasze trafiło wnet do przekonania, a gdy rzucimy inne — „ziemia dla wieśniaków“ — przejdą duszą i ciałem na naszą stronę. Robotnicy, tyle razy i tak długo oszukiwani przez socjal-demokratów, pozbawieni nadziei na polepszenie bytu, w jednej chwili stanęli w naszych szeregach, nad któremi widniały czerwone płachty z napisami — „Kontrola nad produkcją i pracą — robotnikom“. Teraz damy im jeszcze więcej.
— A burżuazja, inteligencja? — zapytał słuchający tej rozmowy stary, brodaty robotnik.
— Ta musi wyginąć! Zmieciemy tę klasę z drogi zwycięskiego proletarjatu, towarzyszu! — zawołał, zaciskając pięści, Lenin.
— A! Nareszcie! Nareszcie doczekam się godziny zemsty! — krzyknął robotnik. — Za nędzę całego życia, za zabicie radości od dzieciństwa, za córkę-prostytutkę, za...
Lenin podszedł do niego i położył mu ręce na ramionach.
Wpatrywał mu się w oczy długo, a później zmrużył powieki i przez zęby szepnął:
— Dokonacie zemsty, towarzyszu, w całej pełni, od początku i do końca! Dam wam tę sposobność. Jak się nazywacie?
— Piotr Bogomołow. Kowal z fabryki w Obuchowie...
— Towarzyszu Bogomołow, gdy władza będzie do nas należała, przypomnijcie mi rozmowę dzisiejszą, dam wam możność zemsty do dna, do syta, a, gdybyście przyszli do mnie z córką waszą, — to i jej dam!... Niech odbije na wrogach proletarjatu nędzę i hańbę swoją!...
W tej chwili z poza olbrzymich okien sali przybiegł i szarpnął, zadzwonił szybami suchy trzask dalekiej salwy.
Wszyscy umilkli i wstrzymali oddech.
Słychać było, jak tętniły serca.
Z różnych stron dolatywały oddzielne odgłosy strzałów, zlewały się w salwy i zamierały. Gdzieś zaturkotał kulomiot. Jeszcze jeden... jeszcze...
Po ciemnem niebie ślizgnęło się białe żądło projektora i wnet po niem buchnął strzał armatni. Zadrżały z żałosnym brzękiem szyby okien i zgasła stojąca na stole lampka elektryczna.
— To — „Aurora!“ — zawołał Zinowjew. — Bombarduje fortecę!
— Zaczęliśmy nareszcie! — westchnął Lenin i, rozłożywszy ramiona, przeciągnął się.
Ze zmrużonemi oczami i rozchylonemi wargami grubemi był podobny do dużego zwierza drapieżnego.
— Zaczęliśmy... — szeptem odpowiedzieli mu siedzący przy stole ludzie.
— W szczęśliwą godzinę! — odezwał się uroczystym, zachwyconym głosem kowal i przeżegnał się nabożnie.
Lenin tupnął nogą i zwrócił do niego złośliwą pełną pogardy twarz.
— Nie przychodźcie do mnie, towarzyszu, bo nic dla was nie uczynię! — syknął. — Jesteście niewolnikiem starych, obezwładniających przesądów, głupich, jadowitych zabobonów o Bogu. Taki z was rewolucjonista, jak ze mnie metropolita!
Splunął i poszedł ku wyjściu z sali, wołając:
— Suchanow! Idę się przespać u was...
Kowal jednak zaszedł mu drogę i mruknął:
— Ja wam popów rżnąć i dusić będę temi oto rękami, bo oni pomagali carom gnębić nas... Ale Bóg — to co innego. On mówi do człowieka...
— Jeżeli mówi, to słuchajcie Go, a mnie dajcie spokój! — przerwał mu Lenin.
— Tak! Odzywa On się głosem duszy... tam gdzieś głęboko... Oj, nie mówcie tak, towarzyszu Lenin, nie mówcie hardo, bo nieraz usłyszycie Go, gdy ciężko wam będzie, a myśl, jak zbłąkany żebrak głodny, będzie stała na skrzyżowaniu dróg, nie wiedząc, dokąd iść — na prawo czy na lewo? Oj, nie mówcie! Bóg — to wielka rzecz!
Lenin nic nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na mówiącego.
Robotnik stał jeszcze chwilę i patrzył na niego. Mrucząc, szybko wyszedł z sali.
— Ciemne, głupie bydlę, oszukane przez kościół! — powiedział Lenin i, zwracając się do Trockiego, dodał:
— Słyszeliście, jaką nienawiścią brzmiał głos tego starca, gdy mówił o zemście? To był zew instynktu! Wykorzystanie jego doprowadzi nas do zwycięstwa!
— A jeżeli wszystkie instynkty ciemnego, dzikiego jeszcze narodu przerwą się nazewnątrz? — spytał stojący wpobliżu Zinowjew.
Tej rozmowie przysłuchiwał się wysoki, chudy człowiek, o zapadłej piersi. Twarz jego ciągle kurczyła się i drgała. Zimne, nieprzytomne oczy pozostawały szeroko otwarte, nieruchome. Podszedł i z bladym uśmiechem na twarzy rzucił przez zaciśnięte zęby:
— Jest na to rada! Zdusić, przerazić terorem, jakiego świat nie widział nigdy, terorem, wykonywanym w imię wyższych haseł, niż żądze instynktu... Trzeba tylko potrafić wynaleźć takie hasła, rzucić, aby pękły w tłumie, jak maszyna piekielna, z hukiem, ogniem, krwią.
Lenin podniósł na niego badawczy, ostry, podejrzliwy wzrok. Nie przypominał sobie tego człowieka.
Pytająco spojrzał na Trockiego.
Ten pochylił się i rzekł:
— Towarzysz Dzierżyński... Mało znacie go, Włodzimierzu Iljiczu, chociaż to nasz stary, bojowy druh. Oddał nam wielkie przysługi podczas propagandy w armji na froncie. Uważam towarzysza Dzierżyńskiego obok Dziewałtowskiego i Krylenki za najzdolniejszego i najenergiczniejszego działacza naszej partji.
Lenin wyciągnął dłoń do Dzierżyńskiego.
— Pozdrawiam was, towarzyszu! Cieszę się, słysząc to... Jesteście Polakiem? Cenię Polaków, bo jest to naturalny, historyczny element rewolucyjny...
— Jestem Polakiem, — syknął Dzierżyński — Polakiem z duszą pełną nienawiści i pragnienia zemsty.
— Nad kim? — spytali z nagłym niepokojem Lenin i Trockij.
— Nad Rosją... — odparł Dzierżyński bez namysłu.
— Nad Rosją?
— Tak! Nad Rosją carską, która rzuciła siew spodlenia do narodu polskiego. Magnatów potrafiła przywiązać do tronu, a lud wieśniaczy zmusiła do samowolnego, w obronie własnej nałożenia kajdan, niewolniczego, ślepego umiłowania ziemi i tradycyj!
— Towarzysz Dzierżyński hołduje nacjonalizmowi i patrjotyzmowi?! — pogardliwie krzywiąc usta, spytał Lenin.
— Nie! — potrząsnął głową Dzierżyński. — Chcę tylko widzieć Polaków w pierwszych hufcach proletarjackiej armji; tymczasem jest to niemożliwe, bo ojczyznę miłują do fanatyzmu, towarzyszu!
— Znajdziemy na nich sposoby! — uspokoił go Trockij.
Dzierżyńskiemu twarz zadrgała straszliwie, aż musiał ją ścisnąć obydwiema rękami. Oczy rozwarły się jeszcze szerzej, kurcz wykrzywił cienkie, blade wargi.
— Zamierzacie, towarzysze, wciągnąć Polskę w sferę waszych działań? — spytał.
— Teraz chodzi nam o Rosję — wymijająco odpowiedział Lenin.
— Teraz... a później? — padło nowe pytanie i jeszcze straszliwszy kurcz przebiegł po bladej twarzy Dzierżyńskiego.
Patrzył na stojących przed nim towarzyszy zastygłym, nieruchomym wzrokiem, niemal obłąkanym, lecz groźnym.
— Polska wejdzie w plan światowej rewolucji proletarjackiej — odpowiedział Trockij, bo Lenin w milczeniu uważnie przyglądał się Polakowi.
— Zdaje mi się, że rozumiem was — mruknął po chwili, robiąc krok w stronę Dzierżyńskiego. — Cieszę się, że poznałem was... Oddamy w wasze ręce ściganie wrogów proletarjatu i rewolucji.
Dzierżyński nagle wyprostował się i wysoko podniósł głowę. Zdawało się, że chce niebo powołać na świadka słów swoich.
Dobitnie rozdzielając słowa i sylaby, rzucił krótkie zdanie:
— We krwi utopię ich...
— Rewolucja klasowa zażąda tego od was... — szepnął Lenin.
— Spełnię!... — padła odpowiedź.
Do sali wbiegł student bez czapki z karabinem w ręku:
— Dworce kolejowe opanowane prawie bez strzału... Walka idzie o pocztę, Bank Państwowy, stację telefoniczną...
Wybiegł z sali, przewracając krzesła i potrącając wychodzących ludzi.
Gdzieś daleko przewalały się echa strzałów armatnich, ciężko toczyły się nad miastem i uderzały w olbrzymie okna, wstrząsając niemi.
Przez szyby sączyły się już pierwsze mętne strugi przedświtu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.