Lenin/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Przed Świętami Bożego Narodzenia pan Ujanow otrzymał nową nominację. Został dyrektorem wszystkich szkół ludowych. Rozpoczął swoje czynności od zwiedzenia zakładów naukowych w całym obwodzie. Zabrał ze sobą Włodzimierza, korzystając z feryj świątecznych.
Podróż odbywali sankami pocztowemi, zapuszczając się nieraz w rzadko odwiedzane miejscowości, gdzie wśród lasów czaiły się osiedla bez kościołów i bez szkół, bez lekarzy i władz.
Włodzimierz pamiętał z wykładów Ostapowa, że cały obwód kazański stanowił niegdyś potężne, o wysokiej cywilizacji państwo bułgarskie, po którem nic nie pozostało, oprócz nazwy rzeki Wołgi. Do tego kraju w wieku XIII wpadli Tatarzy, pędząc przed sobą niezliczone szczepy, porwane falą mongolską, mknącą na zachód z głębin Azji. Resztki tej hordy spotykał teraz Wołodzia; byli to Wotiacy, Meszczeriaki, Czeremisy, Czuwasze i Mordwini, obok Tatarów i rosyjskich wieśniaków.
Ciemne mrowisko ludzi, różniących się pomiędzy sobą strojem, mową, wiarą, obyczajami i zabobonami — pierwotnemi, nieraz mrocznemi i krwawemi.
Nieprzejednana wrogość panowała między osiedlami, zamieszkałemi przez tubylców różnych szczepów.
Rosjanie pogardliwie spoglądali na dawnych najeźdźców, nazywając ich „tatarwa“ lub „białooka czudź“; ci ze swej strony odpłacali zimną nienawiścią. Samotny Tatar lub Wotiak nie mógł bezpiecznie przejść przez wieś rosyjską; chłop — wielkorus nie odważyłby się jechać bez towarzyszy w pobliżu wsi czuwaszskiej lub czeremiskiej.
Spory i bójki wybuchały nawet tuż przed kościołem po skończonem nabożeństwie, lub pośród dzieci w szkole.
Uljanow stał się świadkiem bardzo ciekawego i pouczającego widowiska.
Popasali w malej wiosce, czekając na posiłek i świeże konie.
Chłopak poszedł nad rzekę, gdyż zdaleka spostrzegł duże zbiegowisko ludzi. Małemi kupami ciągnęli na środek zamarzniętej rzeki, dążąc od wiosek, położonych na dwóch przeciwległych brzegach.
Nad urwiskiem stał tłum bab i dzieci. Wieśniaczki opowiedziały Włodzimierzowi, że dwie rozdzielone rzeką wioski prowadzą długo trwający spór o łąkę na wyspie, więc postanowiły sprawę zakończyć walną bitwą.
Rozpoczęto ją od ohydnych wyzwisk i przekleństw, poczem zaczęły się bić małe chłopaki, po nich — wyrostki; trwało to jednak niedługo, bo cały ten drobiazg zmiotły tłumy młodych i starych chłopów, rzucających się w wir bitwy.
Zapaśnicy uzbroili się, zacisnąwszy kamienie w ręku i omotawszy pięści grubemi rzemieniami, jak to czynili niegdyś gladjatorzy. Najtężsi chłopi, od których zależało ostateczne zwycięstwo, wymachiwali długiemi i ciężkiemi drągami lub nawet dyszlami wozów. Bójka trwała krótko, bo mieszkańcy wotiackiej wioski cofnęli się przed zuchowatym atakiem Tatarów z przeciwnego brzegu. Na śniegu pozostało kilku rannych, a może i zabitych; krew, niby szkarłatne maki, wykwitła na lodzie.
Uljanow myślał nad tem, w jaki sposób można byłoby pociągnąć wszystkich tych nienawidzących się wzajemnie tubylców, należących do fińskiej i mongolskiej rasy, ku wspólnemu celowi. Rozumiał, że było to marzycielstwo, którem się oszukiwała bezwiednie partja „Woli Ludu“.
— Tu trzeba tyle haseł, ile jest szczepów! — szepnął z szyderczym uśmiechem na zarumienionej od mrozu twarzy.
Po większych wsiach już działały niedawno założone szkoły ludowe. Włodzimierz z ciekawością przyglądał się nauczycielom i nauczycielkom.
Pewna część ich spokojnie witała nowego dyrektora. Nie mieli ci ludzie nic do ukrywania. Te same, co i w gimnazjum, podręczniki, zalecane przez kościół i rząd, ten sam program, ogłupiający i oszukańczy.
Większość jednak nauczycieli, jak to odrazu zauważył spostrzegawczy chłopak, nie miała czystego, prawomyślnego sumienia. W rozmowie z dyrektorem byli nieufni, ostrożni, wstrzemięźliwi. W ich oczach łatwo można było wyczytać nieżyczliwość dla przedstawiciela rządu.
Pan Uljanow tego nie spostrzegał jednak. Wszystko na pozór było w porządku. Słuchał obojętnie skarg na marne uposażenie, na nędzę, na niechęć ludności do szkoły, a nawet wrogi stosunek do nauki i nauczycielstwa; to nie wchodziło w zakres jego działalności, o tem musiały myśleć władze centralne. Na jego odpowiedzialności leżało, aby wszystko się odbywało przepisowo.
Odjeżdżał zadowolony i spokojny, nie podejrzewając nawet, że w kuferkach nauczycieli ludowych leżały starannie zamaskowane broszurki pisarzy „Woli Ludu“, którzy śmielej, niż urzędowi, płatni „uczeni“, rozprawiali się z historją „Rusi Świętej“.
Z ciężkiem sercem powracał do domu młody Uljanow.
Rozumiał, że lud nie jest jednolity, bo, podzielony na wrogie szczepy, hołduje dzielnicowemu patrjotyzmowi i nie zna wspólnych dążeń i zasad.
Widział bezdenną przepaść pomiędzy wsią a miastem, pomiędzy włościaństwem a inteligencją, której chłopi nie rozumieli i nie lubili, bo była dla nich albo uosobieniem rządu, albo czemś djabelskiem z całą jej wiedzą, nauką i obcemi obyczajami.
— Tylko Dżengiz-chan, lub inny wielki najeźdźca mógł dać sobie z nimi radę! — myślał Włodzimierz. — Krwawą ręką gnał ich wraz ze sobą na podbój świata, prowadząc ku celowi, przez siebie wytkniętemu. Nic się od tego czasu nie zmieniło, więc i teraz potrzebny jest tylko nowy chan, lub nasz rosyjski zuchwały, brutalny antychryst — Piotr Wielki, nowator-marzyciel z grubym kijem w mocnej łapie!
O swoich wrażeniach obszernie opowiadał chłopak w domu Ostapowych.
Lubili go tam wszyscy i nazywali pieszczotliwie — Wola.
Po raz pierwszy usłyszał to imię z ust drobnej, złotowłosej Heleny i, sam nie wiedząc dlaczego, zarumienił się po uszy.
Stary doktór Ostapow słuchał ze zdumieniem opowiadania poważnego Woli, mówiącego, jak dorosły, o sformowanych pojęciach człowiek.
Logika, jasna bez przesady i porywów myśl; prosta, a silna dialektyka zastanawiały starego lekarza. Nieraz myśląc o tem, formułował swoje wrażenia w ten sposób:
— Ani moje pokolenie, ani rówieśnicy syna nie mieli tej surowej, jasnej i śmiałej myśli. Ha! W życie wchodzi młoda generacja, całkiem do nas niepodobna. Może ona potrafi nie tylko budować błyskotliwe gmachy na glinianych fundamentach, lecz istotnie wznieść coś wielkiego i wiecznego — piramidę rosyjskiego Cheopsa, naprzykład!
Godzinami rozmawiał stary doktór z Włodzimierzem. Chłopak wolał to, niż słuchać obojętnego, pełnego zwątpienia głosu profesora.
Pewnego razu, gdy Włodzimierz twierdził z głębokiem przekonaniem o możliwości zmiany poglądu na prawo i moralność, młody Ostapow rzucił gorzkie, bezsilne słowa:
— Nic z tego nie będzie! Rosja skazana jest na zagładę...
Wszyscy uczuli chłód od tych beznadziejnych, upokarzających myśli.
Tylko Uljanow bacznie spojrzał na profesora i odpowiedział natychmiast:
— Rosja liczy 130 czy 150 miljonów ludzi, a na całej kuli ziemskiej zamieszkuje chyba dwa miljardy, czujących i cierpiących tak samo. Niechże ginie Rosja, aby zwyciężyła prawda... ogólnoludzka.
— Nie, doprawdy, tego już za wiele! — zawołał lekarz.
— Nie możemy ustanawiać czysto-rosyjskiej prawdy — odpowiedział Włodzimierz. — Nie ma ona ani celu, ani środków.
— A ogólno-ludzka prawda?
— Nad nią wszyscy wspólnie będą pracowali: my, Anglicy, Murzyni i Hindusi. Razem lepiej i szybciej to pójdzie!
— Jakaż to prawda? — spytał profesor.
— Nie wiem jeszcze, ale czuję ją... tu, tu...
To mówiąc, Włodzimierz palcem dotknął czoła.
W kąciku cicho siedziała Helena, pochylona nad robótką.
Przy ostatnich słowach Włodzimierza podniosła na niego oczy, a gdy wskazał na swoje czoło, przymknęła powieki i cicho westchnęła.
Po odejściu ojca i brata, nie odrywając się od haftowanego gałganka, spytała:
— Czy Wola jest przekonany, że wyczucie prawdy mieści się tylko w mózgu?
— Tak! — odpowiedział. — Tylko w mózgu.
— Ja myślę inaczej! — zaprzeczyła, potrząsając jasną główką. — Wielkie ideje wtedy tylko mogą mieć władzę nad ludźmi, gdy zmieniają się w uczucia. To znaczy, że w okresach tworzenia, utrwalenia i przyjęcia prawdy musi działać serce...
— Nie! Skoro serce wchodzi w grę, zaczynają się kompromisy — nie znoszę i nie uznaję ich! — zawołał opryskliwie.
— Czy Wola nigdy nie pójdzie za głosem serca?
— Nie, nigdy! Serce jest wrogiem rozumu.
Westchnęła i umilkła, niżej pochylając się nad stołem.
— Dlaczego, Lena, westchnęła? — zapytał Włodzimierz.
Długo nie odpowiadała. Włodzimierz cierpliwie czekał, patrząc jak światło lampy kładzie się złotemi plamami na gładko uczesanych włosach i muska długie, grube warkocze dziewczyny.
— Smutno mi jest... — szepnęła.
Uljanow milczał.
— Smutno mi jest — powtórzyła i nagle podniosła na niego duże, niebieskie oczy, pełne gorących błysków. — Wola jest niedobry!
Włodzimierz nie odzywał się.
— Czy Wola nic nie kocha w życiu?
Pomyślał i odparł:
— Życzę dobra i prawdy wszystkim ludziom całego świata...
— A więc — kocha?
— Nie! Na to sam rozum wystarczy — rzekł spokojnie.
Po chwili Helena, nie spuszczając z niego oczu, szepnęła:
— I nikogo... nie kocha?
Chciał odpowiedzieć, lecz nagle zmieszał się i z żywym rumieńcem na twarzy zaczął przeglądać ilustrowane wydanie Puszkina, leżące na stole.
— Naprzykład, czy mnie... kocha Wola? — doszedł cichy jej szept.
Uljanow drgnął i zacisnął zęby.
— Bo ja kocham Wolę... kocham, jak ojca, jak kochałam matkę... o, nie! kocham więcej — tak, jak Boga!
Przez zaciśnięte zęby odpowiedział:
— Niebardzo przekonywające porównanie!... Boga, Leno, niema! Jest to przestarzała idea, przypadkowo pozostająca w obiegu.
Oczu jednak nie podniósł na nią, bał się spojrzeć w jej źrenice, pełne błysków serdecznych.
— Dla mnie Bóg istnieje! Ja kocham Go, a obok Niego — Wolę! — szepnęła.
— Leno! — rzucił zduszonym głosem, jakgdyby wołanie o ratunek.
Nie widział, lecz domyślił się, że wyciąga do niego rączkę, drobną z dołeczkami nad każdym paluszkiem.
Porwał ją, pociągnął prawie brutalnie, uczuł przy swojej piersi bijące serce Leny, więc przygarnął ją do siebie i, mrużąc ciemne oczy skośne, wpił się ustami w jej zimne, drżące wargi.
— Twoja, twoja na całe życie, do ostatniego tchu!... — szepnęła z uniesieniem.
— Na całe życie! — powtórzył i nagle jakiś chłód zakradł się do piersi chłopca. Nie wiedział, czy poczuł fałsz w tych słowach gorących, czy złe przeczucie go tknęło.
Helena, jak prawdziwa kobieta, już planowała całe ich życie.
— Wola ukończy uniwersytet i stanie się adwokatem, bronić będzie tylko najnieszczęśliwszych, najbardziej pokrzywdzonych, jak naprzykład Darję, która poszła na tułaczkę; ja przestudjuję medycynę i będę leczyła najbiedniejszych i opuszczonych...
Dalszą rozmowę przerwał profesor Ostapow. Stanął na progu i zawołał:
— Chodźcie, przyjaciele, na kolację!
Po tej rozmowie z Leną Uljanow starał się każdą wolną chwilę spędzać u Ostapowych. Zarzucił nawet Marksa. W okresie pierwszej miłości wydawał mu się zbyt zimnym i bezwzględnym.
Marja Aleksandrówna domyślała się prawdy i była zadowolona z obrotu sprawy.
— Bardzo porządna i miła dziewczyna! — zwierzała się mężowi. — Z dobrej rodziny, poważna, uczciwa. Może, Bóg da, że dojdzie to do skutku. Cieszyłabym się z tego!
— Naturalnie! — zgadzał się Uljanow. — Ojciec — generał, najlepszy lekarz w mieście. To — partja!
— Najważniejsze, że to bardzo wartościowa panienka, rozsądna i dobrego serca! — poprawiła męża pani Uljanowa.
— Chwała Bogu! — wołał, zacierając ręce, ojciec.
Nikt nie wiedział, że Włodzimierz w tym czasie przeżywał męki zwątpienia.
Czuł, że zdradza coś, co jest ważniejsze od jego osobistego życia. Przypomniał sobie pijanego Ostapowa, majaczącego o wyrzutach sumienia Judasza. Rozumiał teraz Judasza... Rozumiał, że on sam jeszcze podświadomie, nieuchwytnie zdradził Lenę.
— A gdybyż tak, jak było z łyżwami i z łaciną? Porzucić Lenę i wziąć się znowu za Marksa, za swoje notatki, za książki?
Nie mógł jednak przezwyciężyć się i szedł do Ostapowych, męczeńskim wzrokiem patrzył w niebieskie oczy Leny, uśmiechał się do błysków na jej złotych warkoczach i czuł przyjemny dreszcz podniecenia, gdy, marszcząc brwi, uważnie słuchała jego mowy.
Młody był, nie mógł zrozumieć, że skoro nasunęło mu się porównanie uczucia do tej słodkiej dziewczyny z zamiłowaniem do łyżew, odrywających go od pracy, to nie kochał jej na całe życie, do ostatniego tchu.
Nie wiedział o tem i walczył z pochłaniającą go pierwszą miłością, Walczył... Poddawał się jej słodkiemu czarowi i strząsał z siebie jej urok, aby w chwili słabości znowu po nią wyciągnąć ręce. Odczuwał to, co przeżywali święci pańscy podczas kuszenia, sprowadzającego ich z dróg bożych. Poddawali się pokusie, już dotykali spragnionemi ustami, czarownej czary zatrutej i odtrącali ją, aby w męce trwać, aż znów upadali i marzyli o nowej, pięknej zjawie, ponętnej, kuszącej. Pogardzali sobą, buntowali się przeciwko słabości ducha, dręczyli siebie i — zwyciężali w imię Boże, krocząc drogą, ostremi kamieniami i cierniami okrytą.
— W imię jakiego boga mam walczyć? — pytał sam siebie Włodzimierz. — Kto żąda ode mnie tej ofiary?
Niema odpowiedzi — tylko gdzieś w labiryncie mózgu ślizga się, jak chyży wąż, myśl dziwna, niepokojąca, niby nakaz władny:
— Musisz być samotny, wyzwolony z trosk życiowych, niczem nieskrępowany! Oddaj wszystkie siły, całą potęgę rozumu, cały żar nikogo nie kochającego serca!...
— Czemu lub komu mam oddać? — szeptał, czując dreszcz, wstrząsający nim.
Znowu — milczenie. Nowa walka, zwątpienie, wyrzuty sumienia, słabość, niebieskie oczy Leny, włosy złote i — męka, męka ponad siły!..
Aleksander Uljanow, skończywszy z robakami i mikroskopem, zaczął zapraszać do siebie kolegów i znajomych. W oficynie gwarno było, niemal codzień, a pokój napełniały obłoki dymu i głosy spierającej się młodzieży.
Na widok starego Uljanowa, pyszniącego się z otrzymanego niedawno krzyża świętego Włodzimierza, nadającego mu dziedziczne szlachectwo, młodzież milkła odrazu i nawiązywała zdawkowe, banalne rozmowy. Jednak do uszu ojca doszły oddzielne wyrazy. Były to straszne słowa: rewolucja, wola ludu, bohaterski czyn Żelabowa...
Robił później gorzkie wyrzuty synowi, mówiąc, że ta „banda bezbożników“ doprowadzi do zguby całą rodzinę.
Jednak słuchy o zebraniach w domu radcy stanu i kawalera orderu św. Włodzimierza doszły wkońcu do policmajstra.
Zaprosił do siebie Uljanowa i po przyjacielsku uprzedził o tem, że już ma na oku i pod obserwacją jego dom i szczególnie Aleksandra Iljicza, jak się wyraził „młodzieńca o niepospolitym genjuszu uczonego, lecz, niestety, zarażonego zbrodniczemi marzeniami masonów i rewolucjonistów z partji morderców świętego cara, Aleksandra „Oswobodziciela“.
Stary zrobił taką awanturę synowi i tak się uniósł, że aż zemdlał. Chorował ciężko całe dwa tygodnie, doglądany przez doktora Ostapowa.
Aleksander przeniósł swoje zebrania do jakiegoś konspiracyjnego lokalu. W domu zapanowały spokój i zgoda.
Wiedząc, że ojciec lubi szachy, Aleksander często grywał z nim, a stary nigdy już nie wszczynał rozmowy o niestosownem i niebezpiecznem postępowaniu jego, jako syna kawalera tak wysokiego orderu.
Nie miał już żadnych podejrzeń.
Włodzimierz myślał tak samo.
Gwałtownie przejrzał jednak, bo pewnego razu, powróciwszy do domu, spostrzegł wyglądającą z pod poduszki brata książkę. Wziął ją do rąk i zdziwił się ogromnie.
Była bardzo ciężka. Korzystając z nieobecności brata, obejrzał ją starannie. Kawał żelaza, wydrążony pośrodku, miał zewnętrzny wygląd książki.
Straszna myśl błysnęła w głowie chłopca. Zdawało mu się, że zrozumiał wszystko.
— Jesteś nieostrożny, Sasza! — rzekł, gdy brat powrócił do domu. — Takie rzeczy należy ukrywać starannie.
Brat zmieszał się i nic nie odpowiedział.
— Ta-ak! — pomyślał Włodzimierz. — Robaki nie przeszkodziły Aleksandrowi zostać rewolucjonistą, a mnie Lena zabiera dużo czasu i myśli moje sprowadza na mieszczańskie, egoistyczne tory. Trzeba z tem skończyć!
Nie mógł jednak...
Różne myśli, związane z odkryciem, uczynionem w pokoju brata, męczyły go. Wahał się i borykał ze sobą. Stał na rozdrożu i długo nie znajdował wyjścia.
Zbladł i wychudł straszliwie. Jednak milczał i z zaciętością rozpaczliwą zaciskał usta. Czuł się jak człowiek, po raz pierwszy podpisujący wyrok śmierci.
Tak trwało przez całe lato.
Na jesieni 1886 roku nagle zmarł ojciec.
Był to ciężki czas. Wtedy jeszcze bardziej pokochał Lenę. Ona jedna umiała pocieszyć stroskaną matkę i ukoić jej ból i tęsknotę. Pani Uljanowa nigdy nie przeceniała męża, tęskniła jednak za nim, przeżywszy tyle lat razem, w doli i niedoli. Marja Aleksandrówna kochała męża miłością matki, zdając sobie sprawę że ten nierozumny, służalczy pół-Kałmuk astrachański przeszedł swoją drogę życiową, zawdzięczając jej, która budziła w nim godność ludzką i wskazywała na znaczenie i prawdziwą treść jego pracy.
Córki Marji Aleksandrówny, śmiałe i inteligentne, przepadały za Leną i otwarcie nazywały ją szwagierką.
Włodzimierz tylko nie robił już żadnych planów i wyrzekł się marzeń. Z dnia na dzień oczekiwał nowego ciosu, który musiał spaść na rodzinę i zmienić, a może nawet zburzyć wszystko. On jeden wiedział o tem lepiej, niż nawet ten, po myśli którego cios ten miał być zadany. Nie miał złudzeń i nadziei.
W marcu następnego roku, gdy Włodzimierz uczęszczał już do 8-mej klasy, po mieście gruchnęła wieść, że w rocznicę śmierci Aleksandra II-go z ręki Żelabowa, w Petersburgu został wykryty zamach na życie panującego cara.
Wśród aresztowanych spiskowców okazał się Aleksander Iljicz Uljanow, a śród podejrzewanych — siostra Anna.
Zrozpaczona i przybita do samej ziemi ogromem nieszczęścia Marja Aleksandrówna, postanowiła jechać do Petersburga. Dzieci nie mogły puścić jej samej. Zwróciły się więc do starych, dobrych znajomych, lecz nikt nie chciał narażać się władzom, okazując zażyłość z rodziną zbrodniarza, podnoszącego rękę na cara. Niektórzy z nich nie przyjmowali nawet młodych Uljanowych. Stary przyjaciel ojca, Szyłow, unikał spotkania z nimi i już nigdy nie wpadał na partję szachów.
— Inteligentne społeczeństwo zostało spodlone do reszty! — rzucił Włodzimierz i pogardliwie splunął, gdy wraz z siostrą powracał od dawnych przyjaciół, którzy nie chcieli nawet wpuścić ich do swego mieszkania.
Z Marją Aleksandrówną wyruszyła w daleką podróż Lena Ostapowa pod pozorem zebrania informacyj o wstąpieniu na medycynę.
Nieszczęśliwa matka nie zdołała jednak pomóc synowi. Car Aleksander, „miłujący pokój“, umiał mścić się na wrogach pomazańca Bożego.
Prośba matki o zamianę kary śmierci na dożywotnie więzienie została odrzucona.
Na ponurym podwórku fortecy Schlüsselburskiej, która widziała od czasów Piotra nieprzerwany łańcuch okrucieństw, dokonanych nad wrogami despotyzmu, — Aleksander Uljanow został powieszony.
Marja Aleksandrówna powróciła do domu.
Napozór, wydawała się zupełnie spokojną, posiwiała tylko nagle, oczy jej przygasły, a głowa się trzęsła, jakgdyby nigdy nieustający dreszcz wstrząsał wychudłem, wyczerpanem ciałem.
Helena Ostapowa nazajutrz po powrocie zaprosiła do siebie Włodzimierza.
Uljanow spostrzegł wielką zmianę w ukochanej dziewczynie.
Nie była to już promienna, pogodna Lena.
Jakiś cień padł na nią. Nabrały zimnego spokoju niebieskie oczy, zacisnęły się mocno świeże, gorące wargi, zniknął rumieniec, głos nabrał twardego dźwięku metalu. Powitała go bez dawnych wybuchów radości i szczęśliwego śmiechu.
Długo milczała, wpatrując się w mizerną, surową twarz Włodzimierza.
— Zrozumiałam... — rzekła.
Podniósł na nią zdziwiony wzrok.
— Przecierpiałeś i już znalazłeś ujście dla smutku i gniewu! — szepnęła.
Milczał.
— Wiem, że teraz nie czas myśleć o sobie, o mnie, o miłości, o życiu szczęśliwem... wiem!... Nastał czas zemsty za śmierć Aleksandra.
— O, tak! — wyrwało się Włodzimierzowi.
— Opowiadano mi o procesie zamachowców... Było ich kilku... Ci, którzy obmyślili całą rzecz, zwalili wszystko na Aleksandra i jego towarzyszy... Partja, przerażona i zdemoralizowana, ukryła się, rozpadła... Tchórze! Nikczemnicy!...
Uljanow nachmurzył brwi i milczał.
— Koniecznem jest pokazać rządowi, że protest nie wygasł! Nowe bomby powinny być rzucone! Gniew narodu należy podtrzymać! Nie wątpię, że ty o tem myślałeś i postanowiłeś pójść w ślady brata. Wola, odpowiedz!
Włodzimierz jeszcze niżej spuścił głowę i nie odzywał się.
— Mów! — szepnęła namiętnie. — Twoje siostry przysięgły być wrogami Romanowych, a ty milczysz? Boisz się? — pytała.
Uljanow podniósł głowę.
Surowa, zawzięta twarz była spokojna. Ciemne oczy patrzyły zimno.
— Nie boję się! — odparł suchym, chrapliwym głosem.
— Więc co postanowiłeś?
Oparł głowę na rękach i, nie patrząc na Lenę, mówił, niby spowiadał się przed samym sobą:
— Wiedziałem dawno, że brat zamierza wykonać zamach. Znalazłem u niego część maszyny piekielnej... Przerażało mnie to... Ani chwili nie wątpiłem, że skończy się to śmiercią brata... W wypadku niepowodzenia powiesił go Aleksander III; gdyby zamach się — udał — uczyniłby to samo następca jego... Innego wyjścia nie było, nie mogło być! Miałem możność uprzedzić nieszczęście, uprosić brata, powiedzieć o wszystkiem matce... Nie uczyniłem tego... Ja jeden wiem, jakie męki przeszedłem! Pozwoliłem Aleksandrowi wyjechać z bombami... na śmierć. Nie mogłem postąpić inaczej! Człowiek powinien żyć dla idei i celu, zapominając o sobie... Powstrzymywać go nie wolno!
Przerwał i patrzył nieruchomo przed siebie.
— A teraz? Co będziesz robił? Milczał? Cierpiał? — spytała Lena i dotknęła ręką czoła Włodzimierza.
Spojrzał na nią zmrużonemi oczami i rzekł, akcentując każde słowo:
— Ja bomby rzucać nie myślę! Jest to zabawa w bohaterstwo. Głupia, nędzna awantura! Bezcelowy rozlew krwi... Ja przysięgam zemścić się na Romanowych, lecz czas na to nie przyszedł jeszcze... Przyjdzie niebawem... Wtedy poleje się krew! Morze krwi!
— A jeżeli ten czas nie przyjdzie?
— Przyjdzie... Ja go przyśpieszę! — odpowiedział, uderzając pięścią w stół.
Lena popatrzyła na niego ze zdumieniem.

Myślała, że ten młodzieniec rzuca puste, szumne frazesy, aby oszukać ją i siebie, usprawiedliwić swoje tchórzostwo i bezczynność. Nagle spostrzegła wyraz ostrych oczu jego, skierowanych na siebie. Stały się podobne w tej chwili do przenikliwych źrenic ptaka drapieżnego. Paliły ją i docierały do najtajniejszych zakątków jej mózgu.
ALEKSANDER ULJANOW
(starszy brat przyszłego dyktatora Rosji, powieszony za zamach na cara Aleksandra III)
Wyczuła, że on widzi wszystko i rozumie każde drgnienie myśli.

Opuścił oczy i powiedział:
— Nie boję się niczego i nikogo oszukać nie zamierzam! Serce każe mi rzucić bombę natychmiast, nie zwlekając, lecz rozum wskazuje, że dla zemsty dojrzeje chwila wtedy, kiedy będzie się robił porachunek za wieki całe i gdy nakreślony zostanie plan dla wieków przyszłych. Ja tego dokonam, Leno!
Wielka siła i gorący poryw zabrzmiały groźnie w zdławionym głosie Włodzimierza.
Na chwilę jedną poddała się temu wrażeniu, lecz tylko na jedną chwilę. Przyszło natychmiast zwątpienie i bolesne podejrzenie o nieszczerość, o usiłowanie odwrócenia jej uwagi w inną stronę.
Milczała, z wyrzutem patrząc na niego.
Włodzimierz znowu wpił się w nią ostrym wzrokiem skośnych oczu i blady uśmiech przebiegł po ustach jego.
Wstał. Na twarzy widać było wahanie.
Syczącym, prawie złym głosem mówił:
— Mógłbym odejść teraz bez słowa, Leno. Wiem, co myślisz o mnie. Nie będę się tłumaczył. Robię tak, jak chcę! Powiem tylko, że jesteś jedynym człowiekiem, którego kochałem, i — ostatnim. Powrócę do ciebie, gdy spełni się to, o czem mówiłem tu przed chwilą!
Mocno zacisnęła ręce i szepnęła:
— Ja ciebie nigdy nie zapomnę...
Czekała, że zbliży się do niej i, jak to czynił zwykle, przytuli do siebie w milczeniu.
Włodzimierz nie uczynił tego. Ogarnął ją raz jeszcze zagadkowym, nieuchwytnym wzrokiem i pomyślał z niechęcią i pogardą:
— Nie uwierzyła! Uważa mnie za tchórza!
Odrazu stała się obcą dla niego, niepotrzebną; jeszcze chwila, jeszcze jedno słowo i — mogłaby się była wydać wrogiem, dla którego nie znalazłby, może, innego uczucia, oprócz nienawiści.
Nie oglądając się więcej, wyszedł.
Nie cierpiał nad rozłąką i nie tęsknił do Leny.
Z gimnazjum powracał teraz wprost do domu, spędzał cały czas z matką, uczył się zapamiętale i czytał.
Stał się jeszcze bardziej milczący i skupiony.
Matka zapytała go o przyczynę zerwania znajomości z Ostapowymi.
Skłamał, mówiąc, że dano mu do zrozumienia, aby nie narażał Ostapowych na przykrości z powodu bliskich stosunków z rodziną zamachowca.
— Niech profesor Ostapow w spokoju otrzyma orderek, o który mu tak bardzo chodzi! — zakończył ze śmiechem.
Pozostawszy sam w swoim pokoju, pomyślał, że przecież popełnił nikczemność, bo spodlił w oczach matki starego przyjaciela, złotowłosą Lenę i bezbronnego, obojętnego na wszystko profesora.
— Ech! — machnął ręką pogardliwie. — Wszystko jest dobre, co najprędzej i najprościej do celu prowadzi! Teraz przynajmniej będę miał spokój!
Bardzo prędko zapomniał o wszystkiem. Uczył się zapamiętale, przygotowując się do matury. Egzaminy wypadły świetnie.
Włodzimierz Uljanow został odznaczony złotym medalem i wstąpił do uniwersytetu w Kazaniu, zapisawszy się na wydział prawny.
Na wakacje razem z matką i siostrami pojechał do ciotki, a gdy na jesieni powrócił, dowiedział się od kolegów że doktór Ostapow z córką wyjechali do Petersburga, a profesor dostał nominację na inspektora gimnazjum w Ufie.
Włodzimierz westchnął.
Ciągle czujny, kontrolujący samego siebie, ustalił, że nie było to westchnienie smutku, lecz raczej ulgi, — świadomość swobody ostatecznej, niczem nie skrępowanej.
— To, co utraciłem, było drogie, to, co uzyskałem — jest wielkie, jak najwspanialszy skarb! Wolność! — szepnął do siebie.
Czuł się potężnym.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.