Lenin/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.

Uljanow nigdy nie odznaczał się szczerością i zbytnią wesołością, ale po powrocie ze wsi nawet koledzy spostrzegli zmianę w jego twarzy, głosie i postawie.
Unikał rówieśników i nigdy nie prowadził z nimi rozmów. Tak, przynajmniej, im się wydawało. W istocie było inaczej.
Wołodzia, wróciwszy z wakacyj, przyglądał się kolegom bacznie. Badał ich tak, jakgdyby widział chłopaków po raz pierwszy.
Zrobił przegląd całej gromadki kolegów i przelotnie zadał im kilka niespodziewanych pytań.
O, teraz poznał dobrze tych chłopców!
Ten — syn dowódcy pułku, mówił tylko o znaczeniu swego ojca, o jego karjerze, o orderach, surowości, z jaką pokarał niesfornych żołnierzy, oddając ich pod sąd wojenny, na pewną śmierć.
Drugi — syn kupca, chełpił się bogactwem rodziców; rozpowiadał o zarobkach firmy podczas dorocznego jarmarku w Niżnim-Nowgorodzie, o sprytnej aferze, dzięki której dostarczano do wojska partję zgniłego sukna na płaszcze żołnierskie.
Inny — syn dyrektora więzienia, śmiejąc się brutalnie, rozwodził się szczegółowo nad sposobami dręczenia aresztantów. Mówił, jak ich karmią czosnkiem i śledziami, jak pozbawiają ich wody, jak ciągle budzą po nocach i tak wymęczonych, cierpiących ludzi znienacka poddają badaniu sędziów śledczych; opisywał ponure sceny stracenia, które widział z okna swego mieszkania.
Mały, dobroduszny Rozanow chwalił się tem, że jego ojciec, radca gubernjalny, zewsząd otrzymuje piękne i drogie upominki i, że on sam nosi mundurek z prawdziwego angielskiego kortu, podarowanego mu w dzień imienin przez pewnego kupca, mającego pilny interes do ojca.
Gruby, bezbarwny Kolka Szyłow wyśmiewał ojca swego, proboszcza katedralnego i prokuratora sądu konsystorskiego, wspominając o tem, jak drogo płacą bogaci panowie, żądający rozwodu, i jak poważny, szanowany w mieście i noszący złotą mitrę podczas nabożeństwa kapłan zamyka się z klientami w swojej kancelarji; układa z nimi plan sztucznych dowodów zdrady i cudzołóstwa, oraz innych „bezecnych świństw“, jak się wyrażał cyniczny synalek.
Każdego niemal namacał, dotknął, zbadał ponury Wołodzia i dopiero wtedy zaczął opowiadać im o życiu wieśniaków, strasznem, beznadziejnem i mrocznem. Wspominał o Darji Ugarowej, o złowróżbnej przepowiedni młodego popa, o śmierci Naśćki, o żebraku Ksenofoncie, o nędznych, śmiesznych sochach chłopskich, gdzie, zamiast żelaznego lemiesza, tkwił wygięty korzeń dębowy; opisywał rozpustę, panującą na wsi, praktyki znachorek, ciemnotę ludu i jego niewyraźne, mgliste nadzieje.
— Straszne to życie! — szeptał chłopak. — Tylko patrzeć jak powstaną chłopi, niech tylko znajdzie się jakiś nowy Pugaczew czy Razin. Pohulają oni wtedy!
— E—e, nie taki straszny djabeł, jak go malują! — machnąwszy ręką, zawołał syn pułkownika. — Mój ojciec pchnie swoich żołnierzy. Ci dadzą salwę, trrrach! i — po wszystkiem! Tym zwierzętom tylko to się należy!
Inni się zaśmiali, podtrzymując kolegę.
Od tego dnia Uljanow przestał rozmawiać z kolegami.
Cały oddał się nauce i czytaniu. Robił jakieś wyciągi, zapisując je w grubym kajecie i dodając własne uwagi. Brat Aleksander przypadkiem przejrzał kajet Wołodzi. Nic o tem nie powiedział, lecz zaczął mu dawać książki do czytania.
Wołodzia uczył się dobrze i wciąż zaczytywał się klasykami rzymskimi. W czwartej klasie już prawie nie posługiwał się słownikiem.
Nauczycieli nie lubił, bo i nie było zaco.
Kapelan głuchy i sepleniący „walił“ z książki, oczu od niej nie odrywając. Żądał, aby uczniowie umieli wszystko napamięć, słowo w słowo tak, jak stało w „pana profesora, doktora świętej teologji, przewielebnego protojereja Sokołowa“ podręczniku, przez świętobliwy synod aprobowanym i polecanym.
Na wszelkie, nieraz bardzo kazuistyczne pytania uczniów odpowiadał stereotypowemi słowy:
— Co musicie wiedzieć, tom powiedział i to znajdziecie w doskonałej książce doktora świętej teologji, przewielebnego ojca Dymitra Sokołowa na stronicy 76-ej...
Wołodzia, który, po powiedzeniu brata o nieistnieniu Boga, obawiał się wszczynać z nim rozmowę na tematy religijne, miał dużo wątpliwości. Chciał zapytać o nie kapelana, lecz, gdy ten odesłał go do 101-ej stronnicy podręcznika Sokołowa, machnął ręką i już się do niego nie zwracał. Zapytany sypał od deski do deski najautentyczniejszemi słowami „pana profesora i doktora świętej teologji“, dostawał piątkę i siadał ponury, zrozpaczony.
Nauczyciel matematyki, Eugraf Ornamentow, olbrzymi, kudłaty drab w ciemnych okularach na czerwonym nosie, zawsze pijany, w chwilach gniewu zapominał o miejscu, gdzie się znajdował, i wypluwał ohydne, ludowe przekleństwa. Gniewał się często, bo, mimo, że każdego roku odrabiał jedne i te same zadania, uczniowie nic z matematyki nie umieli i stali przy tablicy, jak „bałwany Króla Niebieskiego“, podług określenia krewkiego Ornamentowa.
Jedyną jego ostoją był mały Uljanow.
Gdy przyjeżdżały władze szkolne na wizytację gimnazjum, wylękły i zmieszany Ornamentow wołał do tablicy Włodzimierza i ten rozwiązywał zawiłe zadanie, podyktowane przez przybyłego urzędnika ministerjalnego.
Profesorem łaciny i greki był od dwóch lat wspaniały mąż, o głosie basowym, z łatwością przechodzącym w dźwięczny tenor, o długiej, kruczej brodzie, pięknej, bladej twarzy i niebieskich oczach, szyderczo świecących się za szkłami złotych binokli. Nazywał się Arsenjusz Kiriłowicz Iljin.
Wśród uczniów starszych klas krążyły wieści, że wspaniały Arsenjusz Kiriłowicz był lowelasem i amatorem przygód miłosnych, za które został z Moskwy przeniesiony na prowincję.
Istotnie tak też i było. Nawet Wołodzia słyszał o tem w domu.
Pan Uljanow ze śmiechem opowiadał Marji Aleksandrównie o romansie profesora Iljina z inspektorową gimnazjum.
Inspektor, schorowany, sterany życiem i ciągłą grą w karty, niedawno się ożenił z młodą dziewczyną, niemal niepiśmienną szwaczką, która zdradzać go zaczęła nazajutrz po ślubie, narazie z uczniami 8-ej klasy, a potem z majestatycznym, przystojnym Arsenjuszem Kiriłowiczem.
Łacinista doskonale wiedział, że „młode wilki“, jak nazywał swoich wychowanków, poinformowane były dokładnie o jego romantycznych awanturach, więc, wchodząc do klasy przybierał tajemniczą, lekko ironiczną minę, a niebieskie oczy mówiły bez słów:
— Wszystko, co wiecie o mnie, schowajcie dla siebie!
Iljin odrazu stał się bożyszczem dla Uljanowa. Profesor znał klasyków rzymskich i greckich wyśmienicie, kochał się w historji starożytnej, pamiętał nazwę każdej rzeczy ze świata antycznego, pięknie deklamował „Eneidę“, a heksametry homerowskie z ust jego płynęły, jak cudowna muzyka, z niczem nie zrównana.
Między profesorem a uczniem z tego powodu nawiązały się nici milczącej przyjaźni.
Pewnego razu Iljin spotkał Włodzimierza na ulicy i zatrzymał go.
— Cóż to, młody wilku, lubisz stary świat? Zamierzasz poświęcić się filologji? — spytał, życzliwie patrząc na chłopaka.
— Nie wiem jeszcze, panie profesorze, — odparł Uljanow.
— Czas już określić swoje upodobania i wybrać prawdziwą linję życiową — zauważył łacinista.
— Tak... Sam też tak myślę... ale... ale...
Chłopak nagle urwał.
— Ale — co? — zapytał Iljin.
— Wciąż mi się zdaje... zdaje, że teraźniejsze życie jest jakieś nieprawdziwe, sztuczne... że coś ma się stać i wszystko nagle się urwie... — szepnął Włodzimierz.
— Hm — mruknął profesor, z podziwem patrząc w poważne oczy ucznia. — Hm! Takie masz myśli?
— Tak!
— No, tedy niema innego wyboru. Syp, chłopcze, na filologję! — zawołał Iljin. — Bo widzisz, ja z temi myślami chodzę po tej głupiej ziemi już trzydzieści zgórą lat i tak sobie powiedziałem: „Poco masz, Arsenjuszu Kiriłowiczu, pozostawać w towarzystwie różnych świń, draniów, łapowników, idjotów, gdy możesz z rozkoszą spędzić kilka godzin dziennie z wielkimi ludźmi i to z jakimi! Z Homerem, Wergiljuszem, Owidjuszem, Ksenofontem, Demostenesem, Cyceronem, Platonem!“
Niestety, gdy Wołodzia przeszedł do klasy szóstej, Arsenjusz Iljin został przeniesiony do Moskwy, zabierając ze sobą panią inspektorową.
Tego nie mógł zrozumieć Uljanow.
Piękny świat antyczny, wykuty w marmurze posągów, w granicie potężnych świątyń i nagle do tego świata cudów, genjuszów, wielkich wodzów i myślicieli sfrunęła głupia, kochliwa, rozpustna inspektorowa, nieinteligentna szwaczka.
Wzruszył ramionami i odrazu przestał żałować profesora.
Wyczuł nieprawdę, nieszczerość w jego życiu i w słowach.
Następcą jego był tępy kretyn, formalista i nieuk.
Profesor rosyjskiej literatury, seminarzysta Blahowidow, do rozpaczy doprowadzał Uljanowa. Chłopak przeczytał prawie całą literaturę rosyjską i miał o niej własny sąd. Znał klasyków i gniewał się na nich, że przeważnie pisali o szlachcie, carach i generałach. Lubił Czernyszewskiego, Niekrasowa, Tołstoja, Kolcowa, bo mówili o narodzie. Śmiał się z Aksakowa za jego dążenie do połączenia się Rosji ze Słowianami Zachodu. W Kazaniu spotykał zesłanych Polaków i poznał przepaść, dzielącą ich od Rosjan.
Profesor stosował metodę głuchego kapelana. Zmuszał uczniów do powtarzania nieciekawych, tendencyjnych stronic podręcznika urzędowego, nic od siebie nie dodając.
Zresztą miewał własne pomysły... Urządzał niedzielne odczyty literackie. Wychwalał tych pisarzy ojczystych, którzy szerzyli swemi utworami, wzmacniali miłość ku panującej dynastji, wszystkich zaś innych nazywał buntownikami i zdrajcami.
Był tak tępy, uparty i tak chciał otrzymać za swoje lojalne przekonania kolejny order i rangę, że Uljanow, zamierzający rozpocząć z nim debaty, splunął tylko i zaniechał zamiaru.
Nadał mu przezwisko: „Bydlę z orderem“; przyrosło ono do seminarzysty na cały czas jego pedagogicznej karjery.
W klasie siódmej zaszły ważne wypadki, stanowiące o życiu Włodzimierza Uljanowa.
Wakacje spędzali razem z bratem Aleksandrem, który już był studentem, pracującym nad matematyką i naukami przyrodniczemi.
Na przechadzkach Aleksander bardzo poważnie rozmawiał z młodszym bratem, podziwiał jego oczytanie, myśl głęboką i jasną logikę dowodzeń.
Opowiedział mu o rewolucyjnej partji „Woli Ludu“ i przyznał się, że należy do niej.
— Chcemy — mówił Aleksander — aby cały lud nasz, a więc przedewszystkiem najliczniejszy jego odłam — włościaństwo zabrało głos w sprawach rządzenia Rosją. Musimy zmusić dynastję, aby zwołała konstytuantę, przez którą będzie ustalona forma rządzenia krajem. Wtedy dopiero zniknie ciemnota i nędza ludu — naszego męczennika uciemiężonego!
Włodzimierz słuchał.
Gdy brat skończył, spytał go:
— W jaki sposób zmusicie cara do tego? Lud nasz jest rządzony tak, jakgdyby był bezmyślnem stadem. Sam nie potrafi nic zrobić, bo jest nieufny i dotąd nie nauczył się iść ramię w ramię; widziałem to na każdym kroku na wsi.
— Partja szuka współczujących sobie w kołach liberalnej szlachty — odparł Aleksander. — Ona ma wpływy i potrafi dotrzeć do cara...
— Dziwi mnie to! — zawołał chłopak. — Przecież, jeżeli lud będzie miał głos, zmniejszy się dobrobyt szlachty? Ona nie podtrzyma was!
— Wtedy zastosujemy teror! — krzyknął Aleksander.
— Co dały wam bomby Żelabowa i Perowskiej? Cara Aleksandra III-go i dawny, mikołajewski, żołnierski rząd? — wzruszył ramionami Włodzimierz.
— Skąd ty o tem wszystkiem wiesz?
— Mówił mi o tem nasz nauczyciel historji — odpowiedział Włodzimierz. — Ten, którego w połowie roku przysłano do gimnazjum, Szymon Aleksandrowicz Ostapow... Ale chcę zadać ci jeszcze jedno pytanie. Powiedz, czy macie na celu dobro całej Rosji, czy tylko włościaństwa??
— Co za pytanie? — zdziwił się brat. — Rzecz prosta: chodzi nam o całą Rosję, od szczytu do dołu!
Włodzimierz uśmiechnął się pogardliwie i, niedbale podnosząc ramiona, powiedział:
— Jeżeli tak — bawicie się w mrzonki!
— Dlaczego?!
— Dlatego, że wszyscy będą niezadowoleni i powstanie ciągła wewnętrzna walka. Przypuśćmy nawet na chwilę, że chłopi będą mieli przewagę w rządzie. Marzą oni tylko o jednem: zdobyć jak najwięcej ziemi. Ostapow dowodzi, że właśnie dlatego marny rząd carski trzyma się tak długo. Jego ideałem stała się zaborczość, a to dogadza dążeniom, apetytom i marzeniom całego ludu. Ale porzućmy ten temat. Interesuje mnie inna sprawa. Chłopi, uzyskawszy wpływy na rząd, ogarnięci odwieczną żądzą ziemi, odrazu wytworzą nowych obszarników, których zkolei znienawidzą i dawni posiadacze ziem i biedota wiejska. Gdzież tu zdrowy sens, jeżeli chodzi o całą Rosję, od szczytu aż do dołu?
Wybuchnął suchym śmiechem i zmrużył oczy.
Nieraz powracali bracia do tego sporu, a Aleksander zawsze musiał przyznać, że młodszy brat prowadzi go do zwątpienia w zbawienność programu „Woli Ludu“.
Pewnego razu Włodzimierz rzekł do brata:
— Chętnie rzuciłbym bombę w cara i jego pomocników, ale do twojej partji nie pójdę nigdy!
— Dlaczego!?
— Jest to zbiorowisko „świętych szaleńców“! Poco macie w imieniu ludu myśleć, żądać i robić? On sam potrafi w swoim czasie wrzasnąć, zagłuszając wybuchy waszych bomb, a teror obmyśli taki, że sam Żelabow zarumieniłby się, jak żak!
— To też Ostapow ci powiedział? — spytał Aleksander.
— Nie, to ja ci mówię! — odparł chłopak poważnym głosem. — Wiem, że tak będzie, bo nasz lud jest dziki, krwiożerczy, nikogo i niczego nie żałuje, nie ma przywiązania do przeszłości, gdyż była ona dla niego, jak i teraźniejszość, — macochą; nie ma żadnych zasad i nie zna innej przeszkody, oprócz brutalnej siły, przed którą się tylko ugnie.
Więcej już nigdy o „Woli Ludu“ nie rozmawiali.
Aleksander wkrótce zaproponował bratu czytanie razem z nim dzieł Karola Marksa.
Książki te odrazu porwały Włodzimierza.
Porzucił dla nich ulubionych klasyków rzymskich i nie wertował wspaniałego „Realnego słownika klasycznych starożytności“ Lübkera, co czynił dla własnej przyjemności. Spieszył się teraz z odrobieniem niezbędnych lekcyj i zabierał się do Marksa, robiąc notatki i zapisując całe stronice własnemi myślami.
Gdy starszy brat ze zdumieniem patrzył na niego, mówił podnieconym, zachwyconym głosem:
— To wam potrzebne i — nic więcej! Tu — taktyka, strategja i niewątpliwe zwycięstwo!
— To dobre dla uprzemysłowionego państwa, a nie dla naszej „Rusi świętej“ z jej drewnianemi sochami, kurnemi izbami i znachorami! — zaprzeczał brat.
— To dobre dla walki jednej klasy przeciwko całemu społeczeństwu! — odpowiadał Włodzimierz.
W gimnazjum wszystko szło po dawnemu. Uljanow wciąż był pierwszym uczniem. Nawet gdyby nie był tak staranny i zdolny, łatwo by mu przyszło utrzymać się na tem stanowisku.
Koledzy pozostawali daleko za nim.
Niektórzy z nich nie wyszli poza ramy beznadziejnego mieszczaństwa. 16-to lub 17-to letni młodzieńcy lubowali się w pijatykach i hazardownej grze w karty; oddawali się rozpuście, czyniąc nocne wyprawy na przedmieście, do ciemnych uliczek, gdzie groźnie, zuchwale paliły się czerwone latarnie domów publicznych; romansowali obcesowo z pokojówkami, szwaczkami i przybywającemi do miasta dziewczynami wiejskiemi, poszukującemi zarobku.
Nikt nic nie czytał, nikogo nic nie zajmowało i nie pociągało. Jedna myśl kierowała wszystkimi. Skończyć za wszelką cenę gimnazjum, a po niem uniwersytet lub inną uczelnię, zostać urzędnikiem i spokojnie pędzić beztroskie życie, opromieniane od czasu do czasu znaczniejszą łapówką, nową rangą, orderem lub wyższą nominacją służbową.
Był to okres martwoty ducha, spodlenia charakterów, rabiego milczenia i służalczości bezgranicznej, — nudne, zgniłe trzęsawisko życia, na które ze ślepą bezwzględnością nadepnęła ciężka stopa Aleksandra III-go; okres, w którym kościół, nauka, talenty ugięły się przed potęgą dynastji. Była to cisza przed straszliwą burzą, milczenie dręczące, budzące trwogę, przed którą uciekano się do bezwolnej pokory, do bezmyślnego bytu, do istnienia, kierowanego z wysokości tronu przez pomazańca Bożego.
Włodzimierz rozumiał to i przebaczył „Woli Ludu“ marzycielstwo bezpodstawne i rozpaczliwe. Czuł, że był to żywiołowy protest. Nie chodziło tu ani o Rosję, ani o lud. Trzeba było wstrząsnąć całym krajem, zniewolić go do wyjścia ze stanu bierności, chociażby przez wybuch maszyny piekielnej.
Pomiędzy nim a bratem urwała się jednak, napozór bez przyczyny, nić zażyłości i bliskości duchowej. Był dla Aleksandra zbyt trzeźwym, śmiało patrzącym prawdzie w oczy, surowym. Nie ukrywał zresztą, że nie uważa brata za stworzonego na rewolucjonistę.
Aleksander pisał rozprawę naukową. Całemi dniami siedział pochylony nad mikroskopem, studjując jakieś robaki.
— Prawdziwy rewolucjonista nie powinien tyle czasu tracić na jakieś robaki! — myślał Włodzimierz z oburzeniem. — Na wsi umierają Naśćki, oddane w ręce dzikich ojców i ciemnych znachorek; na żebractwo idą Darje i ich córki; ulubioną zabawą dzieci po miastach jest topienie psów i kotów; buszuje radca kolegjalny Bogatow; pije i gada o pokorze i moralności ojciec Makary; wszyscy milczą i chodzą z obleśnemi minami, a tu — robaki! Co komu po tem, aby wiedzieć, czy mają one serce i mózg, czy nie? Tu o stu dwudziestu miljonach ludzi myśleć trzeba, nie zaś o robakach!
Włodzimierz poczuł ostro swoje osamotnienie.
Nie miał już nikogo, z kim mógłby podzielić się nurtującemi go myślami.
Pozostał przy nim tylko Karol Marks. Nowe i coraz bardziej porywające prawdy odsłaniał przed młodzieńcem zuchwały, zimny myśliciel.
Ucieszył się Włodzimierz, otrzymawszy pewnej niedzieli zaproszenie do profesora Ostapowa, którego bardzo lubił. Młody, o bladej, prawie przezroczystej twarzy i dużych piwnych oczach nauczyciel spotkał go z serdeczną poufałością.
Ściskając mu rękę, mówił:
— Dawno miałem zamiar zaprosić pana do siebie, aby przeprosić za bzdury, któremi najczęściej ugaszczam klasę. Zresztą dla niej to arcystrawna rzecz, ale przed panem, który, jak wywnioskowałem z odpowiedzi jego, nie tylko czytał dużo, lecz potrafił zrozumieć, czem jest nasza piękna współczesność, — czuję się zawsze zawstydzony!
Włodzimierz zmieszał się i coś mruczał.
— Nie, proszę nie przeczyć! Wiem przecież sam i zdaję sobie sprawę ze swoich postępków — przerwał mu profesor. — Lecz cóż pan chce? „Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie wpuszczają“! Nie należę do bohaterów! Boję się własnego cienia, cóż dopiero kuratora okręgu lub gubernatora?! Oprócz tego słaby ze mnie człowiek, bardzo słaby!
Wprowadził gościa do saloniku, gdzie siedziało kilka osób, widocznie, przyjezdnych, bo Włodzimierz nigdy ich w mieście nie spotykał.
Jeden z obecnych, w mundurze studenckim, opowiadał o życiu w stolicach.
Obraz, kreślony ze swadą, z talentem naracyjnym i ironją, jeszcze bardziej upewnił Uljanowa o celowości istnienia chociażby marzycielskiej partji „Woli Ludu“.
— Moi panowie! — zakończył student swoje opowiadanie. — Byłem, jak wiecie, zesłany na Syberję i powiem wam, że tam jest stokroć lepiej niż w Petersburgu, pod opiekuńczym skrzydłem jego cesarskiej mości, najjaśniejszego pana, Aleksandra Aleksandrowicza Wszechrosji! Tam jest nienawiść i oczekiwanie czegoś nowego, nieuniknionego. W stolicy — mrok egipski i klajster; w mózgach — siedem chudych krów faraonowych!
— Beznadziejna sytuacja! — mruknął jeden z gości.
— I tak, i nie! — zawołał student. — Wszyscy usiłują o niczem nie myśleć, a jednak wyczuwają, że tak długo nie potrwa. Coś się musi stać!
— Ale co? — zapytał Ostapow.
— Nie wiem! Jedno tylko niezawodne, że coraz więcej ludzi przechodzi dobrze postawiony uniwersytet — więzienie! Stamtąd wychodzą ludziska zdecydowani na wszystko! — rzekł ze śmiechem. — Nie będą to nasi domorośli jakobini z duszyczkami lojalnemi, mimo teatralnych bomb, schowanych w zanadrzu!
— Aha! — pomyślał Włodzimierz i poruszył się żywiej na krześle.
Student spojrzał na niego podejrzliwie.
— Hm... — mruknął. — Młodych gości zaprasza pan profesor...
Ostapow uśmiechnął się.
— To brat Aleksandra Uljanowa — szepnął i dodał głośno: — Włodzimierz Iljicz, mimo swego młodocianego wieku, jest bardzo rozsądnym człowiekiem.
— Kiedy tak, to już dobrze! — rzekł student. — Więc płynę dalej! Powiadam wam, panowie, że widziałem się z Michajłowskim, Lepeszyńskim i innymi, którzy spróbowali i żelaznych krat i czystego powietrza syberyjskiego. Już inaczej gadają, chociaż nie tak, jak ci, co powąchali Marksa.
— Jakież są prądy? — pytano.
— Prąd jasny — żadnych rozmów, tylko rewolucja, ogólna, wszechrosyjska przeciwko carowi wszechrosyjskiemu, ot co! — zawołał student, śmiałemi oczami patrząc na słuchaczy. — Wszech—ro—syj—ska re—wo—lu—cja!
Zapanowało długie milczenie. Nikt nie wiedział, co ma powiedzieć wobec tak poważnej nowiny.
I nagle odezwał się uczeń gimnazjalny.
Twarz miał bladą, lecz ponure oczy patrzyły twardo, głos nie zdradzał żadnego wzruszenia. Wyczuwało się w nim nawet zimne szyderstwo:
— Ci panowie ze świeżego powietrza syberyjskiego — niczego się nie nauczyli, lub nie zrozumieli Marksa. Na dnie ich duszy drży, jak owczy ogon, ta sama lojalność, jaką tu zarzucono „Woli Ludu“. I to prawda! Partja ta posiada lojalną duszę... Wszechrosyjska rewolucja udać się nie może — to śmieszny plan! Chłopi obecnie przeciwko cerkwi nie podniosą buntu; przeciwko policji i lekarzom — owszem, ale wyrżnąwszy tych wrogich i obcych im ludzi, na kolanach poczołgają się do stopni tronu i łapówkę carowi złożą — głowy policjantów i eskulapów! Rewolucja powinna być skierowana nie przeciwko carowi, lecz przeciwko wszystkiemu, aby kamienia na kamieniu nie pozostało, żeby trawa dziesięć lat nie śmiała rosnąć na pobojowisku! Takiej rewolucji może dokonać nie głupi, ciemny naród, lecz jedna, zorganizowana porwana hasłem partja!
Wszyscy ze zdumieniem słuchali młodzieńca o wystających policzkach mongolskich i oczach skośnych. Po długiem milczeniu student klasnął w dłonie i zawołał:
— Ja wam powiem, że o tym malcu posłyszy cały świat! Zapiszcie, com powiedział w tej chwili. To łebski chłopak jak Boga kocham!
Od tego czasu pomiędzy Ostapowem i jego uczniem stanęła niema umowa.
Profesor wykładał historję dla niego tylko. Mówił śmiele i otwarcie. Szczególnie się zapalił, opowiadając o dekabrystach, których uwielbiał. Rylejew, Pestel, Wołkonskij wzbudzali w nim zachwyt prawdziwy. Spostrzegł jednak, że Uljanow słucha go z zimną obojętnością. Zakończył wykład już z mniejszym patosem i szukał później Włodzimierza na korytarzu gimnazjalnym.
— Co pan myślał o dekabrystach? — spytał, dotykając jego ramienia.
— Myślałem, że byli romantykami — odparł. — Rewolucja, wszczęta przez najsłabszą, znienawidzoną klasę, — to awantura, drobny, nic nie znaczący epizod!
Ostapow wkrótce był zmuszony zmienić ton swoich wykładów.
Syn radcy gubernjalnego opowiedział o nich swemu ojcu, który doniósł o nieprawomyślnym profesorze kuratorowi. Historyk otrzymał pierwsze ostrzeżenie i surowe upomnienie od dyrektora gimnazjum, rzeczywistego radcy stanu i kawalera kilku orderów.
Zaczęły się urzędowe lekcje, jednostajne, podług bezczelnie fałszywej i arongancko głupiej książki sławnego w dziejach szkolnictwa Iłowajskiego.
Ostapow wykładał monotonnym głosem, wparłszy wzrok w czarny blat stołu i nie podnosząc oczu na klasę. Czuł się małym, nikczemnym, niemal podłym. Wstyd i wyrzuty sumienia paliły go i żarły.
Ponuro i pogardliwie słuchał go Włodzimierz.
Pewnego wieczora przybiegła po niego służąca od Ostapowa, prosząc, aby natychmiast odwiedził go w ważnej sprawie.
Niechętnie ubrał się i poszedł.
Ostapow siedział w rozpiętym szlafroku, nieogolony, w rozchełstanej na piersi koszuli. Włosy w nieładzie spadały na spocone czoło.
Oczy nieruchome i jarzące się patrzyły wprost przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.
Profesor nawet nie słyszał wejścia Włodzimierza.
Siedział przy stole. Przed nim stała duża karafka z wódką i napełniony do polowy kieliszek, a obok — lustro, w którem uporczywie przeglądał się pijany już Ostapow. Mruczał cicho, tajemniczo:
— Ha! Znowu przyleciałeś? No i cóż? Nic nowego i straszniejszego nie powiesz! Wszystko słyszałem... Dałeś mi cyrograf, podpisałem go. Słyszysz? Podpisałem, wisielcze!
Wyszczerzył zęby i z całej siły uderzył pięścią w lustro. Z brzękiem i łoskotem upadło na podłogę, a za nim potoczyły się karafka, kieliszek i podręcznik Iłowajskiego.
Otrzeźwiony gwałtownym ruchem, podniósł oczy i spostrzegł Uljanowa.
— A-a! — przeciągnął. — Przyszedł pan, mimo że... O tem na później! Siadaj, pan! Może wódeczki?... Takiej dobrej, mocnej z anyżem... Piotr Wielki lubił taką... Nasz rosyjski Antychryst!... Piotr Wielki, cieśla Saardamski, nowator, pogromca zgniłego zachodu... Najpierw okradł go, a później pobił... Chytra to była bestja — Piotr Wielki, car z kijem grubym!... Wyrąbał w kurnej chacie okno na Europę... poobcinał kudłatym bojarom brody i zażądał, aby ich za dandysów uważano... Wesołek! Synka swego, za miłość do patrjarchalności święto-rosyjskiej, za przywiązanie do kurnych chat, zabobonów, kołtuniastych, zawszawionych bród więzieniem dręczył i kijem zatłukł...
Włodzimierz siedział nieruchomy, nie rozumiejąc, co się stało z Ostapowym.
— Pijany jestem! — zaśmiał się na cały głos profesor. — Pijany! Rosyjski człowiek szczęśliwszy jest od innych. Ma ucieczkę od bólu, rozpaczy, wyrzutów sumienia... Zachodni człowiek w takich wypadkach strzela sobie w łeb, rzuca się do rzeki lub stryczek sobie z szelek zakłada i — kaput! A my — dajemy nura do Nirwany — wódki — matki! Ha-ha-ba! Tak, mój młodzieńcze, i pana to nie minie, bo masz za dużo w głowie i w sercu... Awdotja, dawaj wódki i dwa kieliszki! A ruszaj się, jak najzwinniejsza gracja, na Bachusa!
Wystraszona służąca przyniosła nową karafkę. Ostapow nalał do kieliszków i, podnosząc swój, rzekł.
In vino veritas! Ave, amice, morituri te salutant! Bibamus!
— Ja nie będę pił! — opryskliwie, z obrzydzeniem odpowiedział Uljanow.
— Nie godzien jestem w tak szlachetnej kompanji... — zaczął złośliwym, szyderczym szeptem Ostapow i raptem skurczył się cały, zbladł, drżeć zaczął i oglądać się na wszystkie strony, mrucząc:
— Widzisz? Widzisz! Tam! Tam — znowu! Jak iskierki... Zapalą się... zgasną i znów się zapalą... To oni!... Idą... urągać będą... przeklinać...
Włodzimierz mimowoli spojrzał w kierunku ręki Ostapowa. W półciemnych kątach czaił się mrok, na ścianach ledwie dostrzegalne pełzły cienie, rzucane przez migający płomień lampy i palących się na biurku świec.
— Nikogo niema! — rzekł spokojnym głosem, patrząc na profesora.
— Nikogo?... Tymczasem... ale przyjdą... O! oni nigdy nie wybaczą i przyjdą... — szeptał Ostapow.
Umilknął i po chwili mówić zaczął, nie patrząc na siedzącego przed nim Uljanowa:
— Judasz zdradził Chrystusa, miłując go, lecz straciwszy wiarę w niego, jako w Mesjasza prawdziwego... Wziął za jego głowę 30 srebrników, żeby pokazać całemu światu, że więcej nie wart, jako zwykły śmiertelnik... Nawet zwrócił synhedrjonowi te srebrniki... A później przyszły do niego małe, chyże, złośliwe biesy... Śmiać się jęły, szarpać, znęcać się... Oganiał się im, a one szeptały: „Idź na górę, gdzie nad urwiskiem rośnie suche drzewo!“ Powtarzały mu to przez cały dzień, całą noc i jeszcze przez cały dzień. Poszedł i usiadł pod drzewem, patrząc na żółtą równinę i na mętną, daleką smugę Jordanu. Wtedy wypłynęła przed nim i ożyła twarz Chrystusa; zsiniałe, żółcią i octem napojone usta poruszyły się i szepnęły: „Zdrajco, sprzedałeś Boga swego!“... Z powrozu opaski zadzierżgnął Judasz pętlę i zawisnął nad urwiskiem... jako ofiara sumienia... Sumienia!
Przetarł oczy i wypił kieliszek wódki.
Zerknął nieprzytomnemi oczami po ciemnych kątach i szeptał dalej:
— Teraz do mnie przylatują biesy te... chyże, ognikami błyskające i tu i tam... Po nich wstaje we mgle... pięć szubienic... a na nich powieszeni... Pestel, Rylejew, Bestużew, Kachowskij, Murawjew... wszyscy, którzy chcieli naprawić antychrystusowe szaleństwo Piotra... Rosję zbawić... oświecić... podnieść... Patrzą na mnie strasznym wzrokiem, nienawidzącym i krzyczą obrzękłemi wargami: „Zdrajca! Zdrajca!“ Bo to ja uląkłem się kuratora, pokornie wysłuchałem wymówek i za srebrniki milczę o męczennikach świętych... Milczę, jak zdrajca, jak tchórz... O-o! Idą już idą! Widzisz?...
Z trudem uspokoił Włodzimierz profesora, pomógł mu przebrać się i wyprowadził z domu. Długo chodzili, milcząc, a gdy Ostapow otrzeźwiał ostatecznie, poszli do Uljanowych.
Chłopak szepnął matce o zajściu i oddał profesora pod jej opiekę. Ostapow spędził noc w oficynie razem z młodymi Uljanowymi, a nazajutrz Marja Aleksandrówna napisała list do rodziny profesora, radząc, aby ktoś przyjechał i zaopiekował się chorym.
W dwa dni później w mieszkaniu Ostapowa zjawiła się siostra profesora — Helena, szesnastoletnia dziewczyna. Po miesiącu zjechał ojciec — stary lekarz wojskowy.
Profesor powoli powracał do zdrowia i równowagi. Nie odzyskał tylko już nigdy ani dawnego spokoju, ani swobody. Pędził jednostajne, szare życie nauczyciela, z dnia na dzień, od rangi do rangi, od orderu do orderu. Nie cieszyło go to i nie budziło żadnych wspomnień. Zobojętniał na wszystko, jak tylu innych w tem śmiertelną ciszą zatrutem panowaniu Aleksandra III — cara, miłującego pokój... pokój cmentarzyska.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.