Przejdź do zawartości

Lekkie piórko i fakt solidny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Lekkie piórko i fakt solidny
Pochodzenie Ząb czasu
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1931]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
LEKKIE PIÓRKO I FAKT SOLIDNY.

Literatura piękna przyczyniła się — przyznać trzeba — do rozwoju nauk technicznych i kiedy ktoś w naszym wieku maszynowym wspomni o wspaniałym rozkwicie wiedzy ścisłej, o wynalazkach, o nowych teorjach, o wielkich pracach laboratoryjnych — powieściopisarze ze słuszną dumą wymieniają wielkie nazwisko: Juljusz Verne. Zdumiewający ten człowiek, umiłowany autor naszych lat dziecinnych, siadał spokojnie przy biurku, maczał pióro w kałamarzu i — budował już wtedy drapacze nieba w Ameryce, odbywał podróże „balonem do bieguna“, jeździł pod wodą, uprzedzając dzielnego kapitana Wilkinsa, przemierzał oceany powietrzne, jak Lindbergh i Costes, urządzał wycieczki w stratosferę, jak profesor Piccard. Wyprzedził ich. Miał poprostu dar jasnowidzenia i — co ciekawsze — nie był unikatem w dziejach piśmiennictwa. H. G. Wells napisał w r. 1895 powieść fantastyczną „Maszyna czasu“ i pierwsze karty tego utworu beletrystycznego są świetnym wstępem do wykładu teorji Einsteina z roku 1905! Można i dziś jeszcze cytować słowa „Podróżnika“ (tak się nazywa bohater romansu) w odczycie o zasadzie względności. To, co z trudem usiłowali zrozumieć najlepsi fizycy owych czasów, pojął, przeczuł, przewidział na dziesięć lat przed nimi... literat. Zresztą zauważono już dawno, że Szeherazada, E. T. A. Hoffmann i Andersen powinni mieć kartę w dziejach techniki, albo jakiś dyplom honoris causa w nagrodę za świetne pomysły i wynalazki — za kobierce fruwające, kule kryształowe, automaty, przyrządy mechaniczne. I „lekkie metale“ z „Lalki“ Prusa znalazły zastosowanie w dzisiejszym przemyśle i nawet fantastyczne „zimne światło“ mego doktora Przybrama lada dzień zabłyśnie na ulicach miast i skrzydłach samolotów. O pracowniku mechanicznym — niesamowity „robot“ ze sztuki Capka — myślą inżynierowie amerykańscy, ich „telovox“ jest jakby rodzonym bratem dziwacznych postaci głośnego autora dramatycznego.
Znacznie gorzej powodzi się na tem polu dziennikarzom. Na łamach prasy powstają często — zwłaszcza w sezonie ogórkowym — przeróżne tasiemce i węże morskie, których później przez lata całe wytępić nie można. Nie są to produkty czystej fantazji. Do gazet przedostają się wiadomości naukowe w formie groteskowej, wykrzywionej, prawda z blagą tworzą tu jakąś pocieszną mieszaninę i wywołują tysiączne nieporozumienia. Dziennikarze np. ogromnie lubią „promienie“ i co pewien czas wynajdują inny gatunek fal. Niedawno czytaliśmy o pewnym panu, który postanowił zastosować promienie kosmiczne w ogrodnictwie i jął otaczać swoje kwiatki... spiralami z drutu. Otóż — promienie kosmiczne przechodzą przez grube płyty ołowiane, przenikają przez metale, jak przez powietrze poranne, nie będą się troszczyły o druciki i spirale — poczciwy ogrodnik wyłysieje, nim się jakiego skutku z swoich doświadczeń doczeka.
Osiwieć też może czytelnik, któremu po licznych depeszach o triumfach wielkiego Einsteina podają nagle bez komentarzy wiadomość, że pewien tajemniczy inżynier wytacza znakomitemu twórcy teorji względności proces o plagjat. Tyle hałasu z tym relatywizmem narobili i — patrzcie państwo — całą historję wymyślił jakiś nieznany inżynierek. Trzeba się nad sprawą przez dłuższą chwilę zastanowić, żeby zrozumieć, ile zdrowego humoru tkwi w takiej plotce, opowiedzianej tonem poważnym. Einstein ogłosił swoją teorję lat temu dwadzieścia pięć i grosza za nią nie dostał, bo artykuły w poważnych czasopismach naukowych nie są płatne od wiersza. Autor otrzymuje kilkanaście czy kilkadziesiąt odbitek i te rozsyła natychmiast w różne strony świata. Od tej chwili jego praca jest tematem ustawicznych — bardzo rzeczowych dyskusyj — jedni stwierdzają doświadczalnie, że jego wywody są słuszne, inni próbują obalić wnioski, szukając dziury w rozumowaniu logicznem, tu powstaje przyczynek, tam wielka rozprawa, jedni są za, inni wytaczają ważkie argumenty przeciw. Przez ćwierć wieku najwybitniejsi ludzie wszystkich krajów przerzucają się od Tokio do Cambridge i od Upsali do Toronto dowodami, zastrzeżeniami i obserwacjami, a pewien tajemniczy inżynierek kwitnie przez ten czas w ukryciu i nikt o nim nic nie wie. Nagle wstaje i powiada skromnie: „Panowie, przepraszam, to ja...“
Uważny czytelnik trafić może w swej gazetce na jeszcze ciekawsze wieści ze świata. Naprzykład na historję o pewnym wynalazcy z Gdańska. Co ten wynalazca wynalazł — niewiadomo, w każdym razie uważa Newtona za największego złoczyńcę w dziejach. Bo to Newton — imieniem Izaak! — wymyślił ciążenie powszechne i przytwierdził człowieka do ziemi, jak motyla szpilką. Gdyby nie on — fruwalibyśmy dawno w przestworzach bez propellerów i motorów.
Jak tu wytłumaczyć w kilku słowach dzielnemu feljetoniście i jego genjalnemu gdańszczaninowi, że spłodzili razem fenomenalne głupstwo? Wielki Newton nie „wynalazł ciążenia“, połączył tylko i powiązał — nadludzką intuicją wiedziony — fakty oddawna znane. Domyślił się, że jabłko spada z jabłoni dla tych samych powodów, dla których księżyc obraca się naokoło ziemi. Od trzystu lat najściślejsza z nauk ścisłych — astronomja — stosuje te wzory, przewiduje zaćmienia z dokładnością do sekundy, wyznacza orbity, wykrywa matematycznie nowe planety... Newtona można „obalić“ — a raczej uzupełnić — uczynił to właśnie Einstein, tworząc nową teorję grawitacji. Ale gdybyśmy wielkiego Izaaka nawet dziesięć razy na obie łopatki obalali, zmieniamy, poprawiamy tylko teorję, nie fakty, i nikt w Gdańsku, ani w Warszawie, wyskakując na bruk z trzeciego piętra, nie wzbije się — bez motoru i śmigła — w powietrze.
Dlaczego nam imponują naiwne plotki i śmieszne legendy w czasach, kiedy praca wre i huczy we wszystkich laboratorjach i obserwatorjach świata? Dlaczego piszemy o „wężach morskich“ w chwili, kiedy wynaleziono cudowną „tubę Williamsona“ i operatorzy filmowi zdejmują ryby głębinowe, utrwalają potwory morskie na błonach, chwytają życie podwodne na gorącym uczynku?
Dlaczego interesują nas wciąż jeszcze dziecinne powieści, fantastyczne podróże międzyplanetarne, kiedy już oddawna powstało „lotnisko rakietowe“ w Berlinie, kiedy Amerykanie budują olbrzymi teleskop kwarcowy — największą źrenicę świata — kiedy astrofizyka tyle rzeczy ciekawych opowiada o granicach kosmosu, o wirujących mgławicach, o czarnych wyspach w przestrzeni?
Piękna to rzecz owa sławetna wyobraźnia poetycka, ale dziś suche fakty są o wiele piękniejsze. Ostatnie dzieło wielkiego fantasty, Wellsa nazywa się „Nauka o życiu“ i zdaje sprawę ze zdumiewających odkryć biologji współczesnej...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.