Lekcja życia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Lekcja życia
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


LEKCJA ŻYCIA.

Prostopadłe promienie słońca nieciły taki żar, że aż trudno było oddychać, po- prostu dusiło.
Obłoki, powietrze, rozpalone do białości, stały bez ruchu, rozciągnięte nad ziemią, niby tuman białawego, mieniącego się pyłu. Drzewa o liściach obwisłych, powleczonych warstwą kurzu, stały jak obumarłe — biła od nich senność i wyczerpanie. Kurz pod stopami rzadkich przechodniów unosił się niewielkiemi kłębami i opadał leniwie, kładąc szarą powłokę na pnie kasztanów i trawniki parków.
Cienie nie zachęcały, pocentkowane plamami słońca.
Przy klasztorze panowała cisza, przerywana chwilami urywkami pobożnych pieśni pielgrzymów. Od głównej bramy dochodziły senne zawodzenia dziadów lub półgłosem, przez sen, trzepane pacierze.
Pod murami klasztoru rozlegał się miarowy odgłos stąpań kilkudziesięciu musztrujących się żołnierzy i warkot bębna. Co chwila przesuwał się długi szereg, do połowy popielaty od kurzu. Co chwila czerwona wstęga lampasów u czapek skręcała się i rozkręcała, wydłużała, zwężała, wyginała to w tę, to w ową stronę i sunęła naprzód, rozwijając się jak wąż. Długi szereg nóg podnosił się jednocześnie i opadał z głuchym łoskotem na spieczoną ziemię. Ostro, energicznie wyrzucana komenda podnosiła się nad szeregami, przelatywała jak raca i milkła...
Wraz potem rozlegał się suchy chrzęst karabinów, przerzucanych do nogi, czasami zgrzyt bagnetu o bagnet i łopot ciężkich nóg. Oficer, z szablą w ręce, uwijał się przed frontem, w słonecznej spiekocie, jak salamandra, cofał wtył, gdy następowano, uchodził wbok, gdy kolumna jak wachlarz rozwijała się pasami, lub, oparty o cienki klon, chłodził chustką rozpalone czoło. Upał potęgował się coraz bardziej.
Ostrza karabinów błyskały jak wydłużone płomyki. Twarze okryte kurzem, bronzowe od słońca, oblewały się strumieniami potu.
Na ławie, nisko, u podstawy pomnika, siedziało kilku oficerów.
Młody kasztan skąpo chronił ich od skwaru. Rozmowa wlokła się ospale — obezwładniał ich upał w tem odsłoniętem miejscu, spotęgowany jeszcze odbiciem promieni od granitowych, polerowanych głazów monumentu... Pomnik wznosił się wysoko i panował nad morzem zieleni, któremu do stóp spływało. Nad nim i za nim strzelała w niebo wieżyca o ostrym szczycie, kamiennych kratowaniach balkonów i balustrad, przeświecających jak koronki na tle nieba. Nieco niżej zabudowania klasztorne o dachach zbiegających łamanemi linjami, stłoczone mnóstwem poprzyczepianych wieżyczek, dźwigały ciężkie masy swych ścian, podziurawionych setkami okien, w których łamały się oślepiające promienie słońca. Na dole olbrzymie mury z cegły, poczerniałe ze starości, zdawały się obejmować jak obręczą i trzymać w kamiennym uścisku górę całą wraz z klasztorem. Ze szczytu góry, jakby z amfiteatru, wzrok obejmował olbrzymią przestrzeń ziemi i nieskończony szmat nieba.
Wprost wieży, u stóp wzgórza, biegła aleja, obsadzona dwoma rzędami kasztanów; przepoławiała ona miasto na dwie części.
Blaszane dachy, szczyty nietynkowane kamienic, las kominów, wieżyczek, słupów, tłoczyły się chaotycznie zboku drzew, okryte białawą, przepaloną kurzawą. Dymy snuły się leniwie i rozwłóczyły w strzępy, niby rozdzierane kawały niebieskawych opon. Lazurowe kopuły cerkwi, zakończone złotemi krzyżami, błyszczały i zdawały się chwiać w mieniących się morą drganiach powietrza.
Z tej wysokości miało się całe jak na dłoni rozsiadłe miasto i szeroki szmat ziemi, ciągnący się jakoby w nieskończoność.
Dziwnym spokojem, melancholją, cichością i sennym bezwładem owiewał mnie ten bezmiar. Tak było dobrze patrzeć, chwilami nie myśleć i pogrążać się coraz głębiej w rozkosz niebytu, w jakąś napoły nieświadomą wegetację przyrody.
Rozkosznie było w cieniu i chłodzie, na miękkiem podścielisku traw, z plecami opartemi o mury klasztorne. Widziałem coraz mniej, odczuwałem coraz niewyraźniej, a te przestrzenie, upał i cisza rozmarzały tak słodko.........Komenda oficera, miarowe stąpania żołnierzy, wydłużone linje ludzi i broni, śpiewy dziadów... wszystko zdawało się sennem majaczeniem... Czułem, ale nic sobie już nie uświadamiałem...
Jacyś mężczyźni rozłożyli się na trawie, w cieniu olbrzymich osiczyn, stojących na skraju parku. Poruszali się jak marjonetki, musieli mówić lub śpiewać, dochodziły mnie stamtąd jakieś niewyraźne, zmącone echa głosów. Później zdawało mi się, że jacyś ludzie, w białych spodniach, wychodzą z werandy restauracyjnej, migocąc tą bielą pośród drzew; ostre dźwięki, jakby brzęk szkła dochodziły stamtąd, lecz nie przenikały do mej świadomości, której nici rozsnuwały się coraz bardziej, w wyczuwaniu rozkoszy półsnu, półjawy..
W pewnej chwili zdawało mi się, że ktoś idzie pod górę, wprost ku mnie. Jakaś postać zamajaczyła przede mną ciemną plamą...
Patrzyłem, lecz nie mogłem, nie chciało mi się skupić uwagi. Jednocześnie irytował mnie ten stały punkt, który przyciągał wzrok i przeszkadzał...
Drażniło mnie, że już nie mogę nic nie widzieć. Wprawdzie mogłem nie patrzeć, ale trzeba się było zdobyć na wysiłek, zamknąć oczy lub odwrócić głowę w inną stronę... Tymczasem owa postać przenosiła się bezustannie z miejsca na miejsce, przecinając mi moje pole widzenia. Wreszcie skierowała się ku tym leżącym na trawie i stanęła. Odetchnąłem z ulgą. Lecz po krótkiej chwili zaczęła się znowu kręcić, dziwacznie poruszać, jakby pochylać w ukłonach lub prostować wyniośle...
Zdjęła mnie nieprzeparta, głucha chęć rzucić kamieniem, ze złości, że mi drzemać nie pozwala, lecz, chcąc to uczynić, należało wykonać ruch jakiś, podnieść rękę. Uporczywie zacząłem się w ten punkt wpatrywać i wnet zapomniałem, na co patrzę. Za- padłem w dziwny stan, że, czuwając z natężoną uwagą, z otwartemi oczyma, nie zdawałem sobie sprawy, że jestem...
Przedmioty odbijały się w mych oczach, jak w zwierciadle, rzucając blady refleks, przysłaniający źrenice nieprzenikającej głębi.
«Żebyś ty, matko, rózgą dziecko siekła...»
Snać dziad, przebudzony na mgnienie, wyrzucił z siebie odruchowo ten urywek i zadrzemał zpowrotem. Drgnąłem, poruszony dosadnością tego śpiewu. Rozejrzałem się dokoła, i znów wzrok mój zatrzymał się na nieznajomym. Stał teraz bliżej, na niewielkim, pustym, bez drzew, placyku. Leżący w cieniu śmiali się donośnie i klaskali w ręce. Już go widziałem wyraźnie. Żebrak był to jakiś. Żółta, łysa czaszka świeciła w słońcu jak polerowana, hipnotyzowała mnie. Myślałem z przykrością, czemu stoi w takiem słońcu, czego tam wypatruje? Zacząłem się przyglądać uważniej. Leżący na trawie pokazywali mu butelkę, a on wyciągał po nią rękę z jakimś patetycznym gestem, coś przytem mówiąc.
Nie mogłem się oprzeć ciekawości, podniosłem się i podszedłem blisko, stając prawie obok niego, w cieniu. Chudy był, wysoki, o nagiej czaszce, cofniętem czole, szerokiem w skroniach, twarz miał długą, żółtą, pooraną zmarszczkami, ułożonemi w zastygłe fałdy. Brwi krzaczaste osłaniały głęboko wpadnięte, siwe, mętne jakieś oczy. Ostry nos. Biała broda spływała w długich, żółtawych kosmykach i zasłaniała całe piersi. W twarzy wyraz cierpki i niezwykle namaszczony. Miał na sobie coś w rodzaju szlafroka, ściągniętego w pasie sznurem. Żylaste, suche łokcie świeciły przez dziury w rękawach. Jedną nogę miał obutą w kalosz, drugą okręconą szmatami. Przez całe to poszarpane okrycie przeglądała ostateczna nędza i opuszczenie. Na piersiach, wśród łachmanów, świecił pęk medalików i krzyżyków. Od szyi zwisał sznur aż do ziemi, na końcu którego uwiązane były kawałki blachy, pudełka, stare podeszwy i inne jakieś rupiecie. Za każdem poruszeniem ogon ten podskakiwał z brzękiem. Ująwszy poły swej okrywki, podniósł butelkę, z gracją wykonywając jakieś niesamowite pląsy.
— Niech żyje młodość i wódka! Hej, łyk jeden a drugi, zaraz jaśniej na świecie. Używajcie, w tem mądrość! Wiwat kompanja... — wypił do dna, odrzucił precz butelkę i kankanowa! dalej.
Widzowie zanosili się od śmiechu, klaskali w dłonie, krzyczeli.
Skończywszy taniec, przykucnął na ziemi, dysząc ze zmęczenia.
— Messieurs, panowie! Przed odejściem dam jedną radę: Zamknijcie w jednym roku całą młodość, całe życie, a polem powieście się. Ha! Ha! Ha! Łeb na stryk, i śmierć w mig! Żegnam, żegnam godnych następców, ja już schodzę z pola. Addio — kłaniał się, zbierając jałmużnę, której mu nie szczędzono. Wchodził wolno pod górę. Skoro się tylko wychylił z parku, obskoczyła go gromada dzieciaków, rzucając weń gruz i kamienie, krzycząc i gwiżdżąc.
— Warjat! Warjat! — wrzeszczała czereda oberwańców.
Stanął i milczał, i chociaż niejeden raz bolesny go dosięgnął, nie zdradził się ani jednem poruszeniem, utkwiwszy wzrok przed siebie.
Na tle blado-niebieskiego powietrza wyglądał jak jeden z kamienowanych apostołów Tintoretta.
Tymczasem krzyki, razy i obelgi rosły.
— Do nogi, szczenięta — zawołał niespodzianie, cicho pogwizdując.
Było coś niezmiernie bolesnego w tej scenie. Już nikt nie wątpił, że to obłąkany. Zdjęty litością, zwróciłem się do dzieci, chcąc je skarcić, gdy on znowu zawołał:
— O, panie, czemużeś ich zostawił? Czemże są te małpy głupie, to bydło rozbrykane? Zostawiłeś ich, panie, żeby płodzili głupotę! Czemuś nie poraził piorunami tej hołoty? Spal, zniszcz, wyrżnij i siarką wykadź, żeby smrodu nie pozostało. A tamci poco przyszli? — wołał groźnie na widok przeciągających pątników.
— Modlić się? Hi! Hi! przed kawałkiem deski, przed kukłą wystrojoną w srebrne blachy? Fetysza przyszli prosić o urodzaje, o zagubienie wszy, o lekkie połogi, o ładne cielęta... Tylko płaćcie, dużo płaćcie... a da wam tu!... wszystko dostaniecie i lepszego pypcia na ślepie, ho! ho! — wołał donośnym głosem, wyciągał ręce, trząsł głową.
Dzieci umilkły. Coraz więcej ciekawych napływało. W końcu przemowy zaczął bełkotać, wydymać usta, pluć, aż wkońcu umilkł i zamyślił się.
Po chwili znów rzucił się na kolana, wyciągnął ręce do słońca i rzewnym głosem zapłakał:
— Ja, woltyżer armji włoskiej, pozdrawiam cię, Majestacie.
Szmer zdziwienia przebiegł po zgromadzonych. Oficerowie przestali gawędzić. Nawet komenderujący zatrzymał się przez chwilę. Żołnierze tylko jak automaty, z wciśniętemi w ramiona głowami, wyprężeni jak struny, z bronią u nogi, maszerowali dalej obojętnie. Odgłos ciężkich stąpań i obłok kurzu wlókł się za nim, a długi, oślepiający szereg bagnetów kołysał się i migotał w świetle...
— Ja, sierżant z pod Mantui, pozdrawiam cię, Majestacie — chylił się dziad w ukłonach.
— Ja, chorąży z pod Wa- gram, ja jenerał, wódz, feldmarszałek wszystkich ludów, czasów, wojen, przychodzę do stóp Wszechmocnego. Stwórco Stwórców, klękam przed Tobą, pomścij mnie!
Umilkł, bił się w piersi, rozkładał ręce, zginał się ku ziemi. Medale dzwoniły, ogon z brzękiem bił go po piętach...
Nikt się już nie śmiał. W jego głosie było tyle patosu i zarazem cynizmu, że śmiech zamierał na ustach, ale i litość serc nie poruszała.
Oficerowie przysłali mu jakiś datek — przyjął w milczeniu. Na jego twarzy zajaśniała dziwna pogoda, nawet jowjalność. Postękując, powlókł się zwolna ku bramie, podpierając się ciężko na kiju.
Bezwiednie podążyliśmy za nim.
Przystawał, oglądał się nieznacznie i szedł dalej. Minąwszy długi wał, wystający jak cypel na placu, uważał widocznie, że jest już dostatecznie osłonięty, gdyż ukląkł znowu, wyciągnął ręce ku kościołowi i zaczął szeptać głosem, jakby skądś z pod serca dobytym.
— O, Marjo, Królowo, Panienko Najświętsza!
Jakieś niejasne podejrzenia zaczęły we mnie kiełkować, więc zatrzymałem się wpobliżu. A dziad się modlił:
— O, Matko, pociesz nas w strapieniu, daj moc, daj wytrwanie. Widzisz łzy nasze, daj pocieszenie... O, Najświętsza, przekonaj ich, żem ja nie sprzedawczyk, nie... — powtórzył głośno, rozpaczliwie.
W głosie i w oczach miał łzy, usta mu się trzęsły, pierś falowała, wstrząsana łkaniem.
Wzruszenie ogarnęło widzów. Już niejeden sięgał do kieszeni. Kilku bliżej stojących wyciągało rękę z jałmużną. Zagrodziłem im drogę, wołając z oburzeniem:
— Panowie, nic nie dawajcie! To oszust, wydrwigrosz! To nie warjat! Pamiętacie, co tam przed chwilą mówił o fetyszach!
Zerknął na mnie zukosa i zaczął się jeszcze żarliwiej modlić:
— Ja zdrajca, ja oszust! Niechże te rany za mnie świadczą — i odsłonił piersi czarne, istotnie pełne blizn i plam czerwonych. — Niechaj ta krew, którą przelałem za ojczyznę najukochańszą, świadczy za mnie, czym oszust!
Rzucił się na ziemię, rozkrzyżował ręce, wybuchnął spazmatycznym płaczem i łkał długo.
Cofnąłem się zawstydzony. Czułem, że otaczający patrzą na mnie z wyrzutem. Więc, ile tylko miałem drobnych, wysypałem w rękę podnoszącemu się z ziemi dziadowi, za moim przykładem poszli inni. Odsunąłem się nabok zły i niezadowolony z siebie. Dziad przyjmował jałmużnę w milczeniu, z uśmiechem słodyczy i godności. Zwolna zaczęto się rozchodzić. Podniósł kij i skierował się, nie śpiesząc, ku wyjściu. Mijając mnie, zatrzymał się na chwalę, nachylił, zajrzał w oczy i szepnął cicho, bezdźwięcznie:
— Panie! I co to panu szkodziło? Poco ma jeden drugiemu przeszkadzać? Każdy żyć potrzebuje...
Na usta wybiegł mu nieskończenie szyderczy, smutny uśmiech, a oczy mrużył filuternie.
Zdumiony, upadłem na ławkę. On zaś szedł sobie dalej, śmiejąc się zcicha, jękliwie: — Hi! Hi! Hi!
Na odchodnem, zwrócony już do mnie profilem, nie przestając chichotać, dorzucił jeszcze:
— Każdy żyć potrzebuje!
Powtórzyłem za nim jak echo. Widocznie usłyszał, bo już w bramie zwrócił głowę w moją stronę i pokiwał nią, jakby przytakując.
Wiatr się poruszył, wionęło chłodem.
Dokoła wrzało życie, przekupnie świętości zachwalali swój towar, bębny warczały pobudkę, komenda grzmotem przelatywała nad szeregami, ściśnięte kolumny maszerowały, biali mnisi witali przemowami pielgrzymów, śpiewy podnosiły się i milkły, dzwony biły głęboko i przejmują co, modlitwy dziadów rozlegały się coraz natarczywiej, echa miejskich gwarów rozwłóczyły się po wzgórzu, a we mnie zaczęło drżeć coś boleśnie, i w sercu, przejętem nawskroś bezbrzeżną litością i smutkiem, dźwięczały wciąż słowa:
— Każdy żyć potrzebuje!

Krosnowa, rok 1892.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.