Legionowa, Pana Komendanta Kasztanka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Strzemię-Janowski
Tytuł Eleganty
Pochodzenie Karmazyny i żuliki
Data wydania [1934]
Wydawnictwo Biblioteka prenumeratorów „Kurjera Porannego“
Druk Drukarnia Józefa Zielony
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


LEGIONOWA, PANA KOMENDANTA KASZTANKA
Współtowarzyszom moim więziennym,

spod sądów doraźnych „ukraińskich”,
z lat 1918 - 1919
i z obozów internowanych austrjackich,

1915 - 16 - 17 r.
U pana Marszałka każda rzecz jest nazwana po imieniu. Kiedy pies, to się nazywa krótko PIES — kiedy klacz maści kasztanowatej, to KASZTANKA, a kiedy pożal się Boże fajdan, to FAJDAN.

Niema u Pana Marszałka Filusiów i Azorków — niema Maryś i Białonóżek, tak jak nie było pp. Posłów za śp. dawnego Sejmu. Naturalnie że nie dla braku wyobraźni, tylko poprostu zapewne dla ścisłości, dla żołnierskiej, szczerej rzetelności, pan Marszałek nie szukał „słówek“ w dykcjonarzu, czy jak chcieli niektórzy dowcipnisie... u Boya.
Swoich własnych słówek za to nikomu nie szczędzi, koń nie koń, pies nie pies, poseł nie poseł, stosując je zwyczajnie, wyraźnie, dobitnie, niedwuznacznie, akuratnie, aby każdy wiedział, co o nim myśli i jak się wedle pana Marszałka zwie. Kasztankę, wiernego konia swego, nazwał KASZTANKA i tak przeszła do historji.
Elegantka była. Pysio białym pudrem mocno przypudrowane i długie białe rękawiczki pończoszki na kończynach strzelistych i pewnych. Zresztą cała złotowłosa. Urodziła się w Czaplach Małych, a potem przeszła do Czapli Wielkich, ponoś na p. Popielowe łąki, na tłusty, ciężki owies, na chleb w soli tęgo maczany i cukier w kostki. Nie żałowano jej! Konie były tam kochane, pieszczone, panieńskie rączki je głaskały — delikatni i sprawni jeźdźcy ujeżdżali. Mocna była, muskularna, wytrzymała i łagodna, choć nie najwyższej klasy.
Kończyła właśnie rok piąty — sierpień się zaczął, pamiętny sierpień 1914 roku. Pola były tak złote, że jej, kasztanki o złotej maści, prawie nie widać była na zżętym łanie. Trochę się dziwowała co jest, że niema o tej porze kawalkad, niema polowań z chartami, że ludzie jacyś zafrasowani, markotni, wystraszeni. I nagle wyruszyła kawalkada konna i ona — (nareszcie!) jedenaście wiorst do Miechowa. Był to wczesny sierpniowy dzień. Coś nieprawdopodobnego się działo na drogach i szosach. Ludzie, wozy, bydło — tu i owdzie pojedyńcze strzały, a w Miechowie pełno obcych — jakieś szare mundury dość nędzne, jakiś ruch i — wesołość. Klaczka odczuła, że wróciła radość, że tu przynajmniej ludzie nie są markotni i zestrachani. Chwała Bogu — wesołość.
Zarżała więc sobie i innym na kuraż i wtedy marsowe czyjeś oczy na nią spojrzały przelotem, poraz pierwszy. Potem coś ludzie mówili, coś rozpowiadali — wreszcie poczuła klaczka że ją przesiodłują, i że ją młode jakieś, miłe, obce, a niby bardzo swoje ręce biorą przy pysku za cugle. I znowu dojrzał a patrzące na nią spod gęstych brwi marsowe oczy. (Konie doskonale odczuwają spojrzenie ludzkie, ich wagę, lub znaczenie). Tymczasem ktoś rzekł:
— Podajcie mi, obywatelu, kasztankę...
Odtąd więc nazywała się KASZTANKĄ. Odtąd była Jego koniem, marsowych oczu własnością. Rżnęła do Kielc — wkraczała dumnie do N. Sącza, była pod Łowczówkiem, nad Nidą, pod Konarami, Jastkowem. Na wołyńskich, uciążliwych drogach naderwała sobie ścięgno i zaczęła utykać, lecz przeszła wszystkie Kostiuchnówki, Polskie Góry, Kamieniuchy. Od czasu do czasu, ręka łagodna i zarazem silna klepała ją w kłusie po szyi — czasem marsowe oczy były tak zamyślone, że ona wybierała drogę, ona kopytami próbowała dogodnych przejść i wytrzymałości mostów, ona w noce czarne wypatrywała odpowiedni szlak, bo przecież wciąż i zawsze byli na przedzie.
Słuchowo znała wszystkie pułki — rozeznawała zdaleka głuchy łoskot maszerującej piechoty druzgoczący stuk artylerji — lekki galop konnicy — obojętna była na strzały pojedyńcze i na działa — cóż!? jeżeli się marsowe oczy nie boją, to dlaczegóżby ona miała się bać? Jego rzecz nie jej. Tylko zmyślnie strzygła uszami, aby dać znać marsowym oczom, że nie jest tępą kłodą, że rozumie, ale jest spokojna, bo im ufa. („Kasztankę“ zarekwirował dla Legjonów p. Z. Protassewicz).
Czasem bywało głodno, czasem siekał wiatr, ze śniegiem i deszczem pomieszany, czasem tchu już niestawało płucom ze zmęczenia — źrenice KASZTANKI stawały się melancholijne, ale szła dalej, równo i spokojnie: jak sztama to sztama. Wszakże wszyscy wokół mej są głodni, zmordowani i zziębnięci. Jak sztama to sztama. Z niemi przejdzie etapy ich dążeń, ich klęsk, zwycięstw i postojów. Legionowa, pana Komendanta KASZTANKA.
Miał swego dropiastego Czarnecki, miał swego białego Napoleon, miał swego bułanka ks. Józef Poniatowski — ona, KASZTANKA, jest Jego.
I tak jak obszył, trzynaście lat mu służyła, wiernie, służbisto, chętnie i chełpliwie. Kiedy wzdłuż Polski smagał Go wicher, smagał i ją — kiedy grzechy narodu odosobniły Go w Sulejówku, na długo, na zanadto długo — KASZTANKA namawiała na krótkie spacery — a kiedy przyszły godziny chwały, KASZTANKA dumnie pod Nim patrzyła na defilujące wojsko. Przyszedł rok 1927 i wielkie listopadowe rewje na Placu Saskim. Stała wtedy KASZTANKA w stajniach 7 p. Ułanów w Mińsku Mazowieckim i tak brzmiał ostatni o niej raport — dodatek do rozkazu dziennego pułkowego, nr. 251.:
Mińsk Mazowiecki, 25.11.1927 r.
Dnia 3 listopada 1927 r. klacz KASZTANKA, własność Marszałka Piłsudskiego, została wysłana do Warszawy na defiladę, z okazji obchodu 9-ciolecia Niepodległości Polski, w dniu 11 listopada. Wysłanie nastąpiło na zarządzenie gabinetu wojskowego Ministra Spraw Wojskowych. KASZTANKA była klaczą wierzchową, używaną pod siodłem przez Marszałka Piłsudskiego od r. 1914. KASZTANKA brała udział 11.11 w defiladzie, będąc poraz ostatni dosiadana przez Marszałka Piłsudskiego.
W dniu 21.11. 1927 została odesłana do Mińska Mazowieckiego, transportem kolejowym, gdzie w drodze zachorowała. Przywieziona na dworzec miejscowy, pomimo udzielonych zabiegów lekarskich, przez lekarza weteren. 7 p. Ułanów, por. W. Koppe, nie zdołała się już podnieść. Została przewieziona do koszar. Wobec pogarszania się stanu zdrowia, została zawezwana pomoc lekarska z Warszawy i, w nocy z dnia 21 na 22.11. przybyli ppłk. lekarz weter. Konrad Millak i ppłk. lek. weter. Wład. Kulczycki. Lekarze ci nadal czynili energiczne zabiegi lekarskie — nie zdołali polepszyć stanu zdrowia i o godz. 10-ej tegoż dnia, wydali następujące orzeczenie:
Poważny uraz wewnętrzny.... silne zaburzenie naczyń krwionośnych i serca.
KASZTANKA padła dnia 23.11. o godzinie 5-ej.
Podobno w wagonie, KASZTANKA chciała przedostać się na drugą stronę przegrody — uderzyła kręgosłupem z całej siły o drąg i to było powodem jej śmierci. Wedle kalendarzowych dni pana Marszałka, 13-ka i tu odegrała rolę. Równo trzynaście lat Mu służyła. Kochały ją i pieściły córki pana Marszałka — dzieci Kasztanki bywały „z wizytą“ w Sulejówku, witane cukrem i pieszczotami.
Coprawda niezbyt się udały te dzieci KASZTANCE. Jest klaczka MERA, jest ogierek NIEMEN — takie sobie. Trudno. Nie każdemu psu Łysek, nie każde stworzenie dziedziczy po rodzicach piękno, siłę i... szczęście. Szczęścia mają dzieci KASZTANKI poddostatkiem, bo wojsko polskie o nich nie zapomina, tylko już nosić pana Marszałka nie będą, jak tamta, po całej Polsce, w godzinach trudu, w godzinach samotności i w godzinach chwały. I w literaturze, poezji, piosence, szopce i karykaturze nie będą figurowały.
Bodaj że pierwsza piosenka polskiego żołnierza była ta, z imieniem KASZTANKI związana:

Jedzie jedzie na Kasztance —
siwy strzelca strój —
Hej, hej, Komendancie,
miły Wodzu mój...

(K. Biernacki)


I ta inna (Bol. Lubicza):

Jedźże, jedź! Koń Twój stąpa po darni —
liście dębu Ci damy do wianka —
w zorzę złotą, po dniach męczarni,
wwiedzie Ciebie i huf Twój Kasztanka.


Bodaj że pierwsze kukiełki w Polsce Odrodzonej, były z nią:

...a gdy mnie dosiadł,
muzyka grała i śliczna parada Saskim placem szła —

A Wanda z Jagódką,
z okna wesolutko
na mnie patrzała, tratata...

Siadał na mnie Dziadek za wojennych lat,
dziś ma cięższy wsiadek — mocno na mnie wsiadł.

Czuje to siedzenie całe Zgromadzenie,
polityczny świat, tratata...
żyję sobie fajnie, honorowy człek,
ci świcie do stajni, przylatuje Beck —
Rano kawa z pianką, a na obiad sianko
i wieprzowy stek, tratata...

Codzień w stajni tłumnie tłoczą się u bram,
już dwa razy u mnie był pan Stroński sam:
 — Szanowanie klaczy, pani mi wybaczy,
ale prośbę mam tratata...
Niech Mu szepnie pani, gdyby znowu wlazł,
kiedy siedzi na niej, czemu dusi nas?
To się już nie godzi, z konia przecież schodzi,
a nie złazi z nas, tratata...

Złośliwość matołcza też ją kąsała, bo tak się już splotło, że KASZTANKA była jednym z wielu motywów politycznych — głupota rodaków poniektórych wszakże, jest nieprzebraną w środkach i pomysłach, a wiadomo, że kiedy ktoś tonie, to się i końskiego ogona ima. Imali się więc i ogona poczciwej, wiernej KASZTANKI, któraby ich ździeliła kopytem jak się patrzy, gdyby... gdyby wogóle wiedziała o ich egzystencji. A niech tam.
W nr. 323 Głosu Prawdy znajdujemy pod wzmianką o jej śmierci, takie proste i wzruszone słowa:

— Przyoblekła cię piosenka żołnierska w czaprak poezji i z nią pamięć o pracowitem życiu twem w sercach żołnierskich zostanie, o wiernym koniu Wielkiego Wodza opowieść prawdziwą snując...

Cóż dowcipy, dowcipuszki i kłamstwa, wobec tej opowieści — ?!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Strzemię-Janowski.